I
Hrabina Guy de Saint-Prix, młodsza siostra Juliusa, którą śmierć hrabiego Justusa Agenora powołała nagle do Paryża, od niedawna dopiero wróciła do ładnego pałacyku w Pezac, o cztery kilometry od Pau. Nie opuszczała prawie tej posiadłości od czasu swego wdowieństwa, a tym bardziej od czasu małżeństwa i ustalenia się swoich dzieci. Otóż pewnego dnia złożono jej tam szczególną wizytę.
Hrabina wróciła właśnie z rannej przejażdżki, którą zwykła była, powożąc sama, odbywać w lekkim powoziku; uwiadomiono ją, że jakiś kapucyn czeka na nią od godziny w salonie. Nieznajomy powoływał się na kardynała André, jak zaświadczał bilet Jego Eminencji, który wręczono hrabinie; bilet był w kopercie; pod nazwiskiem kardynała można było wyczytać te słowa, skreślone jego drobnym, prawie kobiecym pismem:
Poleca bardzo szczególnym względom hrabiny de Saint-Prix księdza J. P. Salus, kanonika w Virmontal.
To było wszystko, i to wystarczało. Hrabina chętnie przyjmowała osoby duchowne; co więcej, kardynał André dzierżył duszę hrabiny w swoich rękach. Jednym susem znalazła się w salonie, przepraszając, że dała na siebie czekać.
Kanonik był pięknym mężczyzną; jego szlachetna twarz tryskała męską energią, która kłóciła się dziwnie z pełną wahań ostrożnością gestów i głosu, tak samo, jak mogły zdziwić jego włosy, prawie białe, przy świeżej i młodej twarzy.
Mimo uprzejmości hrabiny rozmowa nie kleiła się; obracała się dokoła zdawkowych kondolencji z powodu świeżej żałoby hrabiny, zdrowia kardynała André, nowego zawodu, jakiego doznał Julius w Akademii. Ale stopniowo głos księdza stawał się wolny i głuchy, a wyraz jego twarzy pełen troski. Wstał wreszcie, ale zamiast się pożegnać, rzekł:
— Pragnąłbym, pani hrabino, i to w imieniu kardynała, pomówić z panią o ważnej sprawie. Ale pokój jest akustyczny; przeraża mnie ilość drzwi, boję się, aby nas ktoś nie usłyszał.
Hrabina przepadała za zwierzeniami i fasonami; wprowadziła kanonika do małego buduaru118, do którego dostęp był jedynie z salonu, i zamknęła drzwi.
— Tu jesteśmy bezpieczni — rzekła. — Niech ojciec mówi bez obawy.
Ale zamiast mówić, ksiądz, który usiadł na wprost hrabiny na niskim krzesełku, wydobył fularową chustkę i zdławił konwulsyjne łkania.
Wystraszona hrabina chwyciła ze stolika koszyk do robótek, poszukała w koszyku flakonu z solami119, zawahała się, czy ma je ofiarować gościowi, w końcu zdecydowała się powąchać je sama.
— Niech mi pani daruje — rzekł po chwili ksiądz, wyłaniając z fularu twarz nabiegłą krwią. — Wiem, że pani jest zbyt dobrą katoliczką, pani hrabino, aby pani nie miała rychło zrozumieć i podzielić mego wzruszenia.
Hrabina nie cierpiała roztkliwiań; schroniła swoją poprawność za face-à-main120. Ksiądz opanował się natychmiast i przysuwając nieco fotel, mówił dalej:
— Trzeba było, pani hrabino, uroczystego zapewnienia kardynała, aby mnie skłonić do tej wizyty; tak, zapewnienia z jego ust, że wiara pani nie jest ową wiarą ludzi światowych, prostym płaszczykiem obojętności...
— Przejdźmy do faktów, księże kanoniku.
— Kardynał zapewnił mnie tedy, że mogę pokładać pełne zaufanie w pani dyskrecji, dyskrecji spowiednika, śmiem powiedzieć...
— Ależ, księże kanoniku, niech mi pan daruje jedno pytanie: jeżeli chodzi o tajemnicę, którą kardynał zna, o tajemnicę takiej wagi, czemu nie zwierzył mi jej sam?
Sam uśmiech księdza mógł uprzytomnić hrabinie niedorzeczność jej pytania.
— List! Ależ, pani hrabino, w naszej epoce poczta otwiera wszystkie listy kardynałów.
— Mógł panu powierzyć ten list.
— Tak, pani, ale czy można wiedzieć, co się stanie z papierem? Jesteśmy tak dozorowani! Więcej jeszcze: kardynał woli nie wiedzieć o tym, co ja zamierzam pani powiedzieć, woli być poza nawiasem... Och, pani! W ostatniej chwili odwaga opuszcza mnie i nie wiem doprawdy, czy...
— Księże kanoniku, ksiądz mnie nie zna, nie mogę tedy czuć się obrażoną, że ksiądz nie ma do mnie więcej zaufania — rzekła łagodnie hrabina, odwracając głowę i opuszczając face-à-main. — Mam najgłębszą cześć dla tajemnic, jakie mi ktoś powierza. Bóg widzi, czym kiedy zdradziła bodaj najdrobniejszą. Ale nigdy nie zdarzyło mi się dopraszać zwierzeń...
Hrabina uczyniła lekki ruch, jakby chcąc wstać; ksiądz wyciągnął ku niej rękę.
— Wybaczy mi pani! — rzekł. — Raczy pani zważyć, że pani hrabina jest pierwszą kobietą, pierwszą, rzekłem, uznaną za godną przez tych, którzy powierzyli mi swoją straszliwą misję... uznaną za godną, aby przyjąć i zachować w duszy ten sekret. I przeraża mnie, wyznaję, to, iż czuję, że ta wiadomość jest bardzo ciężka, bardzo kłopotliwa dla inteligencji kobiecej.
— Świat ma wiele złudzeń co do niedostatków kobiecej inteligencji — rzekła hrabina oschle. Po czym, założywszy ręce, ukryła swoją ciekawość pod obojętną, zrezygnowaną i jakby nieco ekstatyczną miną, jaką uznała za najwłaściwszą dla przyjęcia ważnej tajemnicy Kościoła.
Ksiądz przysunął znów krzesełko.
Ale tajemnica, którą ksiądz Salus gotował się powierzyć hrabinie, wydaje mi się dziś jeszcze zbyt nieoczekiwana, zbyt osobliwa, abym ją śmiał tu przytoczyć bez obszerniejszych wyjaśnień.
Jest powieść i jest historia. Wytrawni krytycy określili powieść jako historię, która mogła się była dziać, a historię jako powieść, która się działa. Trzeba w istocie uznać, że sztuka powieściopisarza często zdobywa wiarę, tak jak fakt często jej urąga. Są sceptycy, którzy przeczą faktowi, z chwilą gdy odskakuje od przeciętności. Nie dla nich piszę.
Czy przedstawiciel Boga na ziemi mógłby być porwany ze świętego stolca121 i przez intrygę Kwirynału122 skradziony niejako całemu chrześcijaństwu, to problem wielce drażliwy, którego nie ośmielę się poruszać123. Ale faktem historycznym jest, że pod koniec roku 1893 obiegały takie pogłoski; pewne jest, że wstrząsnęły one wiele pobożnych dusz. Parę dzienników pisało o tym nieśmiało: nakazano im milczenie. Ukazała się w Saint-Malo broszura124 w tym przedmiocie: skonfiskowano ją. Bo też o ile masonerii nie zależało na tym, aby się rozeszła wieść o tak strasznej zbrodni, o tyle partia katolicka nie śmiała przyciskać pedału ani też nie miała ochoty pokrywać nadzwyczajnych składek, które natychmiast zorganizowano z tego powodu. To pewna, iż sporo pobożnych dusz upuściło sobie krwi (sumy zebrane lub strwonione z tej okazji szacują blisko na pół miliona), ale pozostaje wątpliwe, czy wszyscy ci, którzy gromadzili owe fundusze, to byli ludzie naprawdę pobożni; może byli to wręcz hultaje. Bądź co bądź, aby przeprowadzić z powodzeniem taką kwestę, trzeba było — w braku przekonań religijnych — zuchwalstwa, zręczności, taktu, wymowy, znajomości ludzi i faktów, zdrowia wreszcie, które to przymioty mogło posiadać jedynie paru chwatów takich jak Protos, eks-kolega Lafcadia. Uprzedzam lojalnie czytelnika: to on zjawił się dzisiaj pod postacią i fałszywym nazwiskiem kanonika Virmontal.
Hrabina, zdecydowana nie otworzyć już ust, nie zmieniać postawy ani nawet wyrazu twarzy przed zupełnym wyczerpaniem sekretu, słuchała niewzruszenie rzekomego księdza, którego pewność siebie stopniowo rosła. Wstał i chodził wielkimi krokami. Dla lepszego przygotowania ujmował sprawę, jeżeli niezupełnie u jej początków (czyż zasadniczy konflikt między Lożą a Kościołem nie istniał zawsze?), to przynajmniej wracał do pewnych faktów, w których ujawniły się kroki wojenne. Przypomniał najpierw hrabinie dwa listy skierowane przez papieża w grudniu roku 1892, jeden do ludu rzymskiego, drugi w szczególności do biskupów, przestrzegające katolików przed akcją wolnomularzy; następnie, ponieważ pamięć była słabą stroną hrabiny, musiał sięgnąć bardziej wstecz, przypomnieć wzniesienie pomnika Giordana Bruno125, dokonane pod egidą Crispiego126, poza którym kryła się dotąd Loża. Mówił, że Crispi, oburzony tym, iż papież odepchnął jego awanse, odmówił traktowania z nim (a pod traktowaniem trzeba rozumieć ugodę, poddanie się!). Odmalował ów tragiczny dzień: oba obozy zajmują pozycję, wolnomularze zdejmują wreszcie maskę. Podczas gdy ciało dyplomatyczne akredytowane przy Stolicy Apostolskiej udaje się do Watykanu, manifestując tym aktem wzgardę dla Crispiego, a cześć dla obrażonego Ojca Świętego — Loża, z rozwiniętymi sztandarami, na placu Campo dei Fiori, gdzie się wznosiło wyzywające bożyszcze, oklaskuje sławnego bluźniercę.
— Na konsystorzu127, który nastąpił niedługo potem, 30 czerwca roku 1889 — ciągnął ksiądz (wciąż stojąc, opierał się obecnie rękami o stoliczek, pochylony ku hrabinie) — Leon XIII dał wyraz gwałtownemu oburzeniu128. Protest jego słyszała cała kula ziemska; chrześcijaństwo zadrżało, kiedy mówił o możliwości opuszczenia Rzymu! Rzekłem: opuszczenia Rzymu!... Wszystko to, pani hrabino, pani już wie, cierpiała pani nad tym i pamięta to pani równie dobrze jak ja.
Zaczął znów chodzić.
— W końcu Crispi postradał władzę. Czy Kościół miał odetchnąć? W grudniu 1892 papież napisał tedy owe dwa listy. Pani...
Usiadł, przysunął nagle krzesło i chwytając hrabinę za ramię, rzekł szeptem:
— W miesiąc później papież był uwięziony.
Kiedy hrabina uparcie milczała, kanonik puścił jej ramię i ciągnął spokojniej:
— Nie będę się starał rozczulić pani cierpieniami jeńca; serce kobiet zawsze skłonne jest wzruszyć się obrazem niedoli. Zwracam się do twojej inteligencji, hrabino, i proszę, abyś się pani zastanowiła nad zamętem, w jakim nas, chrześcijan, pogrążyło zniknięcie naszego duchowego wodza.
Lekka zmarszczka zarysowała się na bladym czole hrabiny.
— Brak papieża to rzecz straszna, pani. Ale pal sześć: fałszywy papież to rzecz jeszcze straszniejsza. Bo aby ukryć swoją zbrodnię, co mówię? aby zachęcić Kościół do rozbrojenia się i wydania się na łup, Loża posadziła na tronie apostolskim, w miejsce Leona XIII, jakiegoś zausznika Kwirynału, jakiegoś manekina, sobowtóra świętej ofiary, jakiegoś szalbierza, dla którego musimy udawać cześć z obawy, aby nie zaszkodzić prawdziwemu, przed którym przecie, o hańbo! w czasie jubileuszu pochyliło głowy całe chrześcijaństwo.
Przy tych słowach chustka, którą kanonik skręcał w rękach, rozdarła się.
— Pierwszym aktem fałszywego papieża była owa zbyt sławna encyklika, encyklika zwrócona do Francji129, od której krwawi jeszcze serce wszelkiego Francuza godnego tego miana. Tak, tak, pani hrabino, wiem, ile twoje wielkie, dumne serce cierpiało, słysząc, jak Święty Kościół zaparł się świętej sprawy Korony; Watykan przyklaskujący Republice! Ach, uspokój się, pani! Miałaś prawo być zdumioną. Uspokój się, pani hrabino, ale pomyśl o tym, co Ojciec Święty cierpiał w swojej niewoli, słysząc, jak ten uzurpator głosił go republikaninem!
Po czym, rzucając się w tył ze śmiechem przechodzącym w szloch, kanonik ciągnął:
— I co pomyślałaś, hrabino de Saint-Prix, coś pomyślała o tym godnym dopełnieniu okrutnej encykliki: o audiencji, udzielonej przez Ojca Świętego redaktorowi „Petit Journal”130? Tak, pani hrabino: „Petit Journal”, och, pfe! Leon XIII w „Petit Journal”! Czuje pani sama, że to niemożliwe. Twoje szlachetne serce już musiało zakrzyknąć, że to fałsz!
— Ależ — wykrzyknęła hrabina, niezdolna już się powstrzymać — trzeba to krzyczeć całemu światu.
— Nie, pani, trzeba to ukrywać! — zagrzmiał straszliwy ksiądz. — Trzeba to przede wszystkim ukrywać, trzeba to ukrywać, aby działać.
Po czym, jakby przepraszając, głosem nagle złamanym:
— Widzi pani, że mówię do pani jak do mężczyzny.
— Ma ksiądz rację, księże kanoniku. Działać, powiedział ksiądz. Prędko: coście postanowili?
— Och, wiedziałem, że znajdę u pani tę szlachetną męską niecierpliwość, godną krwi Baraglioulów. Ale nic, niestety, nie jest w danych okolicznościach groźniejsze niż niewczesny zapał. Jeżeli niektórzy wybrani świadomi są tych ohydnych zbrodni, nieodzowne jest dla nas, pani, liczyć na ich najdoskonalszą dyskrecję, na ich pełne i całkowite poddanie się wskazówkom, jakich się im udzieli we właściwym czasie. Działać bez nas to znaczy działać przeciw nam. I poza potępieniem kościelnym, które będzie mogło pociągnąć... pal sześć... ekskomunikę, wszelka postronna inicjatywa spotka się z kategorycznym i formalnym zaprzeczeniem naszego stronnictwa. Chodzi tu, pani hrabino, o prawdziwą krucjatę: tak, ale o krucjatę ukrytą. Niech mi pani daruje, że kładę nacisk na ten punkt, ale polecono mi bardzo szczególnie uprzedzić panią, że kardynał chce całkowicie ignorować tę historię i nie zrozumie nawet, o czym jest mowa, jeżeli mu kto wspomni o tym. Kardynał nie chce wiedzieć o tym, że mnie widział na oczy; i tak samo później, jeżeli wypadki zetkną nas dwoje, niech będzie dobrze ustalone, że myśmy ze sobą nigdy nie mówili. Ojciec Święty potrafi niebawem rozpoznać swoje prawe sługi.
Nieco zawiedziona, hrabina szepnęła nieśmiało:
— Zatem?...
— Działa się, pani hrabino; działa się, niech pani będzie bez obawy. I jestem nawet uprawniony, aby pani odsłonić część naszego planu.
Rozparł się w fotelu na wprost niej; hrabina podniosła teraz ręce do twarzy i siedziała z biustem podanym naprzód, z łokciami na kolanach i z podbródkiem w dłoniach.
Zaczął opowiadać, że prawdopodobnie papieża zamknięto nie w Watykanie, ale raczej w zamku Świętego Anioła131, który, jak to z pewnością hrabinie wiadomo, łączy się z Watykanem podziemnym korytarzem; że nie byłoby zapewne zbyt trudno wyrwać Ojca Świętego z tej kaźni, gdyby nie zabobonna niemal obawa, jaką służba, mimo iż sercem oddana Kościołowi, żywi wobec masonerii. I na to właśnie liczyła Loża: przykład uwięzionego Ojca Świętego utrzymuje dusze w postrachu.
Nikt ze służby nie chce użyczyć swojej pomocy bez uprzedniej rękojmi, że będzie mógł żyć z dala od prześladowców. Osoby nabożne i o wypróbowanej dyskrecji złożyły poważne kwoty na ten cel. Pozostaje już tylko usunąć jedyną przeszkodę, która znaczy więcej niż wszystkie inne zjednoczone razem. Tą przeszkodą jest pewien książę krwi, naczelny strażnik Leona XIII.
— Przypomina sobie pani hrabina, jaką tajemnicą spowita jest do dziś podwójna śmierć arcyksięcia Rudolfa132, następcy tronu Austro-Węgier, oraz jego młodej, świeżo zaślubionej małżonki133, którą znaleziono rzężącą przy jego boku, Marii Vetsera, siostrzenicy hrabiny Grazioli?... Samobójstwo, mówiono! Pistolet znalazł się tam jedynie po to, aby zmylić opinię publiczną: faktem jest, że oboje zostali otruci. Kuzyn arcyksięcia Rudolfa, również arcyksiążę, zakochany do szaleństwa, niestety, w Marii Vetsera, nie zniósł, aby miała należeć do innego... Po tej okropnej zbrodni Jan Salwator Lotaryński134, syn Marii Antoniny, wielkiej księżnej Toskanii, opuścił dwór swego krewniaka, cesarza Franciszka Józefa. Wiedząc, że go odkryto w Wiedniu, miał wszystko wyznać papieżowi, miał go błagać, wzruszyć go. Uzyskał przebaczenie. Ale pod pozorem pokuty Monaco — kardynał Monaco La Valette135 — zamknął go w zamku Świętego Anioła, gdzie jęczy od trzech lat.
Kanonik wygłosił to wszystko głosem dość spokojnym; odczekał, po czym lekko przytupnąwszy nogą, mówił:
— Jego to Monaco ustanowił naczelnym dozorcą Leona XIII.
— Jak to, kardynał! — wykrzyknęła hrabina. — Więc kardynał może być masonem?
— Niestety — rzekł kanonik zamyślony. — Loża potężnie nadgryzła Kościół. Pojmuje pani, pani hrabino, że gdyby Kościół sam lepiej umiał się bronić, wszystko to nie byłoby się zdarzyło. Loża nie mogła owładnąć osobą naszego Świętego Ojca inaczej niż przy współudziale kilku swoich członków, bardzo wysoko postawionych.
— Ależ to okropne!
— Co pani rzec więcej, pani hrabino? Jan Salwator myślał, że jest jeńcem Kościoła, wówczas gdy był jeńcem masonów. Zgadza się dziś pracować nad uwolnieniem naszego Świętego Ojca jedynie o tyle, o ile mu się da równocześnie możność ucieczki; może zaś uciec jedynie bardzo daleko, do kraju, skąd wydanie nie jest możliwe. Żąda dwustu tysięcy franków.
Na te słowa Walentyna de Saint-Prix, która od paru chwil chyliła się wstecz i opuszczała ramiona, odrzuciła głowę, wydała słaby jęk i straciła przytomność. Kanonik rzucił się ku niej.
— Niech się pani uspokoi, pani hrabino — rozcierał jej ręce. — Pal sześć! — przytykał jej flakon z solami do nosa. — Na tych dwieście tysięcy franków mamy już sto czterdzieści. — I kiedy hrabina otworzyła jedno oko, dodał: — Księżna de Lectoure subskrybowała tylko pięćdziesiąt tysięcy; pozostaje do wpłacenia sześćdziesiąt.
— Będziecie je mieli — szepnęła prawie niedosłyszalnym głosem hrabina.
— Hrabino, Kościół nie wątpił o tobie.
Wstał, bardzo poważny, prawie uroczysty, odczekał chwilę, po czym rzekł:
— Hrabino de Saint-Prix, mam do twego szlachetnego słowa najpełniejsze zaufanie; ale niech pani pomyśli o niewysłowionych trudnościach, z jakimi może być połączone doręczenie tej sumy inaczej niż z ręki do ręki, z twojej ręki, hrabino, do mojej. Jesteśmy śledzeni. Moja obecność tutaj może wywołać komentarze. Czy jesteśmy kiedykolwiek pewni służby? Pomyśl pani o kandydaturze hrabiego de Baraglioul! Nie trzeba, abym tu zjawił się jeszcze.
I kiedy po tych słowach stał wryty w podłogę, nie mówiąc słowa i nie ruszając się, hrabina zrozumiała.
— Ależ, księże kanoniku, rozumie przecież ksiądz, że ja nie mam przy sobie tak ogromnej sumy. A nawet...
Ksiądz niecierpliwił się lekko; nie śmiała tedy dodać, że trzeba jej będzie zapewne jakiegoś czasu, aby zgromadzić sumę (miała bowiem nadzieję, że nie wyłoży jej sama jedna). Szepnęła:
— Co począć?
Następnie, gdy brew kanonika stawała się coraz groźniejsza:
— Mam na górze trochę klejnotów...
— Och, fe, pani hrabino; klejnoty to są wspomnienia. Czy widzi mnie pani w roli handlarza kamieni? I czy pani myśli, że zechcę ściągnąć na siebie podejrzenia, starając się o najlepszą cenę? Groziłoby mi to, że naraziłbym równocześnie i panią, i nasze dzieło.
Poważny głos księdza stawał się nieznacznie ostry i gwałtowny. Głos hrabiny drżał lekko.
— Niech pan zaczeka chwilę, księże kanoniku, popatrzę, ile mam w biurku.
Wróciła niebawem. Kurczowo zaciśnięta dłoń mięła błękitne banknoty.
— Na szczęście odebrałam właśnie czynsze. Mogę dziś księdzu wręczyć sześć tysięcy pięćset franków.
Kanonik wzruszył ramionami.
— Co pani chce, abym z tym począł?
I z osmuconą wzgardą, szlachetnym gestem odsunął od siebie hrabinę.
— Nie, pani hrabino, nie, nie wezmę tych banknotów. Wezmę je tylko razem z resztą. Ludzie cali pragną całości. Kiedy mi pani będzie mogła wręczyć całą sumę?
— Ile czasu ojciec mi zostawia?... Tydzień?... — pytała hrabina, która zamierzała zrobić zbiórkę.
— Hrabino de Saint-Prix, czyżby się Kościół omylił? Tydzień! Powiem tylko jedno słowo: papież czeka.
Po czym, wznosząc ręce do nieba:
— Jak to, pani masz to olbrzymie szczęście, aby trzymać w rękach oswobodzenie, i ociągasz się! Lękaj się, hrabino, lękaj się, aby Pan w dniu twego oswobodzenia nie kazał również czekać i męczyć się twojej opieszałej duszy u wrót Raju!
Stawał się groźny, straszliwy; po czym nagle przytknął do ust krucyfiks wiszący u różańca i zatonął w szybkiej modlitwie.
— Choć tyle czasu, abym napisała do Paryża? — jęknęła zrozpaczona hrabina.
— Telegrafuj pani! Niech twój bankier przeleje sześćdziesiąt tysięcy franków do Crédit Foncier136 w Paryżu, skąd zatelefonują do Crédit Foncier w Pau, aby pani bezzwłocznie przekazano tę sumę. To drobiazg.
— Mam pieniądze na rachunku w Pau — rzekła nieśmiało.
— U bankiera?
— Właśnie w Crédit Foncier.
Wówczas ksiądz oburzył się do reszty.
— Och, pani, czemuż trzeba pani tej okrężnej drogi, aby mi to powiedzieć? Czy to jest owa gorliwość, jaką pani okazujesz? Co powiedziałaby pani teraz, gdybym odrzucił jej udział?
Potem, chodząc po pokoju, z rękami założonymi w tył i jak gdyby niechętnie usposobiony do wszystkiego, co ona mu powie:
— To jest coś więcej niż opieszałość (tu mlasnął lekko językiem, jakby na wyrażenie swego wstrętu), to prawie dwulicowość.
— Księże kanoniku, błagam pana...
Przez kilka chwil kanonik wciąż chodził ze zmarszczonymi brwiami, nieugięty. Aż wreszcie:
— Zna pani, wiem o tym, księdza Boudin, z którym jem dziś właśnie śniadanie (wyjął zegarek)... i któremu daję czekać na siebie. Niech pani wystawi czek na jego nazwisko, on podejmie dla mnie sześćdziesiąt tysięcy, które będzie mógł mi natychmiast wręczyć. Kiedy go pani zobaczy, niech mu pani tylko powie, że to było „na kaplicę ekspiacyjną137”; to człowiek dyskretny, zna życie i nie będzie pytał o więcej. No i co, na co pani jeszcze czeka?
Hrabina, w tej chwili wpółleżąca na kanapie, podniosła się, zawlokła do sekretarzyka, wyjęła podłużny karnet w oliwkowej oprawie i wypełniła kartkę wysokim, spiczastym pismem.
— Niech mi pani daruje, że panią nieco złajałem przed chwilą, pani hrabino — rzekł łagodniej ksiądz, biorąc czek, który mu podała. — Ale gdy takie interesy są w grze!
Po czym, wsuwając czek do kieszeni:
— Byłoby bluźnierstwem dziękować pani, nieprawdaż? bodaj w imieniu Tego, w którego rękach jestem tylko bardzo niegodnym narzędziem.
Zdławił w fularowej chustce krótki szloch, po czym, opanowując się natychmiast, szurnął nogą i mruknął coś szybko w obcym języku.
— Pan jest Włoch? — spytała hrabina.
— Hiszpan! Szczerość moich uczuć zdradza mnie.
— W każdym razie nie akcent. Doprawdy, mówi pan po francusku tak...
— Jest pani zbyt uprzejma, pani hrabino. Daruje pani, że panią opuszczę tak spiesznie. Dzięki naszej kombinacyjce będę mógł się dostać jeszcze dziś wieczór do Narbony138, gdzie kardynał oczekuje mnie z wielką niecierpliwością. Żegnam panią!
Ujął jej ręce, przegiął się wstecz i patrząc bystro na hrabinę, rzucił:
— Żegnaj, hrabino de Saint-Prix. — Potem z palcem na ustach: — I pamiętaj pani, że jedno twoje słowo może wszystko zgubić.
Zaledwie wyszedł, już hrabina biegła do dzwonka.
— Amelio, powiedz Piotrowi, aby miał powozik w pogotowiu, zaraz po śniadaniu pojedziemy do miasta. Och, jeszcze chwila. Niech Germain wsiądzie na rower i zawiezie natychmiast do pani Fleurissoire list, który ci wręczę.
I schylona nad otwartym jeszcze sekretarzykiem, napisała, co następuje:
Droga pani!
Będę u pani niebawem. Niech mnie pani czeka około drugiej. Mam jej coś bardzo ważnego do powiedzenia. Niech się pani tak urządzi, żebyśmy były same.
Podpisała, zapieczętowała, po czym podała kopertę Amelii.