IV
W tym czasie ważny kongres socjologiczny powołał do Rzymu hrabiego Juliusa de Baraglioul. Nie był tam może specjalnie wezwany (ile że co do kwestii społecznych miał raczej przekonania niż poglądy), ale skorzystał z tej sposobności celem nawiązania stosunków z paroma znakomitościami. Że zaś droga jego prowadziła przez Mediolan, gdzie, jak wiadomo, za radą ojca Anzelma zamieszkali państwo Armand-Dubois, hrabia skorzystał z tego, aby odwiedzić szwagra. W tym samym dniu, w którym Fleurissoire opuszczał Pau, Julius dzwonił do drzwi Antyma.
Wprowadzono go do nędznego mieszkania trzypokojowego — jeżeli można liczyć za pokój ciemny stryszek, na którym Weronika sama przyrządzała jakieś jarzyny, ich zwykłą potrawę. Szpetny metalowy reflektor odbijał skąpe światło wnikające z podwórka. Julius, zatrzymując w ręce kapelusz, który wahał się położyć na wątpliwej ceracie przykrywającej owalny stół, i stojąc przez wstręt do wygniecionej kanapy, chwycił za ramię Antyma i wykrzyknął:
— Nie możesz przecie tutaj zostać, mój drogi!
— Czemu mnie żałujesz? — rzekł Antym.
Słysząc głosy, nadbiegła Weronika.
— Czy uwierzyłbyś, drogi szwagrze, że on na nic innego nie umie się zdobyć wobec psich figlów i szelmostw, jakich padliśmy ofiarą.
— Kto wam kazał jechać do Mediolanu?
— Ojciec Anzelm; tak czy owak nie mogliśmy zatrzymać naszego mieszkania w Rzymie.
— Na co nam ono było? — rzekł Antym.
— Nie o to chodzi. Ojciec Anzelm przyrzekł ci kompensatę. Czy dowiedział się o waszej nędzy?
— Udaje, że o niej nie wie — rzekła Weronika.
— Trzeba się poskarżyć biskupowi z Tarbes.
— Już Antym to zrobił.
— Cóż biskup powiedział?
— To przezacny człowiek; gorąco umocnił mnie w wierze.
— Ale od czasu jak tutaj jesteś, nie zwracałeś się do nikogo?
— Omal nie rozmawiałem z kardynałem Pazzi, który okazał mi zainteresowanie i do którego niedawno pisałem; przejeżdżał przez Mediolan, ale kazał mi powiedzieć przez lokaja...
— Że atak podagry151 nie pozwala mu opuszczać pokoju — przerwała Weronika.
— Ależ to okropne! Trzeba zawiadomić Rampollę! — wykrzyknął Julius.
— Zawiadomić o czym, drogi szwagrze? To fakt, że jestem w trudnym położeniu, ale na cóż nam więcej? Za czasu swojej pomyślności błądziłem, byłem grzeszny, byłem chory. Teraz jestem uleczony. Niegdyś mogłeś słusznie ubolewać nade mną. Wiesz przecież: fałszywe dobra odwracają od Boga.
— Ale koniec końców należą ci się te fałszywe dobra. Niechże cię Kościół uczy gardzić nimi, ale niech cię ich nie pozbawia.
— Oto rozsądne słowa — rzekła Weronika. — Z jaką ulgą słucham ciebie, drogi bracie. Te abnegacje152 Antyma doprowadzają mnie do szału, nie ma sposobu namówić go na to, aby się bronił; dał się oskubać jak gąsior, dziękując wszystkim tym, którzy chcieli brać i brali w imię Pańskie.
— Weroniko, przykro mi słuchać, gdy mówisz w ten sposób; wszystko, co się dzieje w imię Pana, jest dobre.
— Jeżeli cię to bawi żyć na barłogu...
— Jak Hiob153, mój przyjacielu.
Wówczas Weronika, zwracając się do Juliusa:
— Słyszy go szwagier? I tak jest co dzień; wciąż tylko prawi nam swoje kazania i kiedy ja się dobrze naharowałam, chodząc na targ, gotując i sprzątając, szanowny pan cytuje Ewangelię, uważa, że ja się troszczę o rzeczy zbyteczne, i każe mi się zapatrywać na lilie polne154.
— Pomagam ci, ile mogę, droga żono — rzekł seraficznym głosem Antym. — Nieraz proponowałem ci, skoro teraz mogę chodzić, że pójdę na targ albo sprzątnę za ciebie.
— To nie jest robota męska. Pisz sobie dalej swoje kazania, tylko postaraj się, aby ci za nie lepiej płacili.
Po czym, wciąż coraz bardziej podrażnionym tonem (ona, niegdyś tak uśmiechnięta!), dodała:
— Czy to nie wstyd, kiedy się pomyśli, ile on zarabiał w „Dépêche” swymi bezbożnictwami! I z tych paru groszy, jakie mu płaci dzisiaj „Pielgrzym”155 za jego litanie, jeszcze potrafi oddać trzy czwarte biednym.
— Więc to jest kompletny święty!... — krzyknął Julius przerażony.
— Och, niemożliwy jest ze swoją świętością!... O, masz, czy wiesz, co to jest takiego? — Weronika pobiegła w ciemny kąt, skąd wywlekła kojec: — To są dwa szczury, którym pan uczony wykłuł swojego czasu oczy.
— Och, Weroniko, czemu do tego powracasz? Karmiłaś je wówczas, kiedy ja na nich eksperymentowałem; i ja ci to wymawiałem... Tak, Juliusie, za czasu moich zbrodni przez ciekawość naukową oślepiłem te biedne zwierzęta; troszczę się o nie teraz, to całkiem naturalne.
— Chciałbym tylko, aby Kościół uważał również za naturalne zrobić dla ciebie to, co ty robisz dla tych szczurów, oślepiwszy cię tak samo.
— Oślepiwszy, powiadasz! I ty to mówisz w ten sposób? Oświeciwszy, bracie, oświeciwszy.
— Mówię o rzeczach konkretnych. Stan, w którym cię zostawiają, jest dla mnie czymś niedopuszczalnym. Kościół przyjął wobec ciebie zobowiązania. Trzebaż, aby ich dopełnił; dla swego honoru i dla naszej wiary. — Po czym zwracając się do Weroniki: — Jeżeliście nic nie uzyskali, zwróćcie się jeszcze wyżej, wciąż wyżej. Mówiłem o Rampolli? Co Rampolla! Myślę o suplice156 do samego papieża; do papieża, któremu nie jest tajne twoje nawrócenie. Takie pogwałcenie sprawiedliwości warte jest, aby się o nim dowiedział. Zaraz jutro wracam do Rzymu.
— Zostaniesz u nas na obiedzie — zaryzykowała nieśmiało Weronika.
— Darujcie mi, mam żołądek nie bardzo... — tu Julius, który miał paznokcie bardzo wypielęgnowane, zauważył krótkie, kwadratowe końce palców Antyma — wracając z Rzymu, odwiedzę was na dłużej i pomówię z tobą, drogi Antymie, o nowej książce, którą przygotowuję.
— Odczytałem w tych dniach na nowo Dech wyżyn i wydało mi się to lepsze niż z początku.
— Tym gorzej, drogi Antymie! To chybiona książka: wytłumaczę ci czemu, kiedy będziesz w stanie mnie wysłuchać i ocenić szczególne myśli, które mnie oblegają. Za wiele byłoby mówić. Dosyć na dzisiaj.
Pożegnał państwa Armand-Dubois, każąc im być dobrej myśli.