IV

Mimo wszystkich podjętych ostrożności, mimo zaleceń w urzędzie policji Julius de Baraglioul nie mógł zapobiec niedyskrecji dzienników, które nie tylko rozgłosiły jego powinowactwo z ofiarą, ale wprost wymieniły hotel, gdzie mieszkał.

W dodatku poprzedniego dnia hrabia przeszedł chwile osobliwego wzruszenia, kiedy wróciwszy z urzędu około północy, znalazł w swoim pokoju położony na widocznym miejscu bilet Cooka, opiewający na jego nazwisko, a którym się posłużył Fleurissoire. Natychmiast zadzwonił; stojąc blady i drżący w korytarzu, poprosił służącego, aby zajrzał pod łóżko, bo nie śmiał zajrzeć sam. Pobieżne dochodzenie, które przeprowadził na miejscu, nie doprowadziło do żadnego wyniku; ale jak polegać na służbie wielkiego hotelu?... Mimo to, po nocy dobrze przespanej za zaryglowanymi drzwiami, Julius obudził się w lepszym usposobieniu; teraz opiekowała się nim policja. Napisał szereg listów i depesz, które zaniósł sam na pocztę.

Kiedy wrócił, oznajmiono mu, że pytała się o niego jakaś dama; nie powiedziała nazwiska, czeka w reading room246. Julius udał się tam i z niemałym zdziwieniem zastał Karolę.

Nie w pierwszej sali, ale w drugiej, ustronniejszej, mniejszej i mniej oświetlonej, Karola siedziała przy bocznym stole; z udawaną pewnością siebie przeglądała niedbale album. Widząc wchodzącego Juliusa, wstała, bardziej zawstydzona niż uśmiechnięta. Spod czarnego płaszczyka wyglądał stanik ciemny, skromny, prawie dystyngowany; awanturniczy natomiast, mimo iż czarny, kapelusz charakteryzował ją w sposób raczej podejrzany.

— Uzna pan to za wielką śmiałość z mojej strony, panie hrabio. Nie wiem, skąd wzięłam odwagę, aby się zjawić w tym hotelu i pytać o pana; ale pan mi się tak grzecznie ukłonił wczoraj... A przy tym to, co mam panu do powiedzenia, jest tak ważne...

Stała za stołem; Julius zbliżył się pierwszy i przez stół podał jej bezceremonialnie rękę.

— Czemu zawdzięczam przyjemność pani wizyty?

Karola spuściła głowę.

— Wiem, że pana spotkał cios...

Julius zrazu nie zrozumiał, ale widząc, że Karola wyciąga chustkę i przykłada ją do oczu, rzekł:

— Jak to! Pani z kondolencją?

— Znałam pana Fleurissoire — odparła.

— A!

— Och! Od niedawna. Ale bardzo go lubiłam. Był taki uprzejmy, taki dobry. To nawet ja dałam mu te spinki do mankietów; wie pan, te, które opisano w gazecie; po tym zgadłam, że to on. Ale nie wiedziałam, że to był pański szwagier. Bardzo mnie to zdziwiło i wyobraża pan sobie, jaką mi to zrobiło przyjemność... Och, przepraszam, nie to chciałam powiedzieć...

— Niech się pani nie wstydzi, droga pani; chce pani zapewne powiedzieć, że pani jest rada z tej sposobności ujrzenia mnie.

Bez odpowiedzi Karola ukryła twarz w chusteczce; wstrząsnęło nią łkanie. Julius czuł się w obowiązku ująć ją za rękę.

— I ja także — rzekł nieco wzruszony — i ja także, droga pani, proszę mi wierzyć... iż...

— Owego rana przed wyjazdem mówiłam mu, żeby uważał na siebie. Ale to nie było w jego naturze. Był zbyt ufny, pan wie.

— To był święty, droga pani, to był święty — rzekł Julius z zapałem, wydobywając również chustkę.

— Czułam to! — wykrzyknęła Karola. — W nocy, kiedy myślał, że ja śpię, wstawał, klękał przy łóżku i...

To bezwiedne wyznanie do reszty zmąciło spokój Juliusa; schował chustkę i zbliżając się jeszcze, rzekł:

— Niech pani zdejmie kapelusz, droga pani.

— Dziękuję, nie zawadza mi.

— Ale mnie zawadza... Pozwoli pani...

Ale gdy Karola odsuwała się wyraźnie, opamiętał się.

— Niech mi pani pozwoli się zapytać, czy pani ma jakąś osobliwą przyczynę do obaw?

— Ja?

— Tak; kiedy pani powiedziała memu szwagrowi, aby się miał na baczności, pytam się, czy pani miała powody przypuszczać... Niech pani mówi szczerze: rano nigdy nie ma tu nikogo i nikt nie może nas usłyszeć. Czy pani kogo podejrzewa?

Karola spuściła głowę.

— Niech pani zrozumie, że to mnie szczególnie obchodzi — ciągnął wielomówny Julius — i niech pani stara się zrozumieć moje położenie. Wczoraj wieczór, wróciwszy z urzędu, gdzie poszedłem złożyć zeznania, znajduję w moim pokoju, na stole, na samym środku stołu, bilet kolejowy, na który ten biedny Fleurissoire podróżował. Bilet był na moje imię; te karty okrężne są ściśle imienne, źle zrobiłem, żem mu jej pożyczył, ale nie o to tutaj chodzi... W tym fakcie odniesienia mi mojego biletu, cynicznie, do mojego pokoju, pod osłoną mojej chwilowej nieobecności, muszę widzieć wyzwanie, fanfaronadę247, niemal zniewagę... która by mnie nie wzruszała, rozumie się samo przez się, gdybym nie miał słusznych przyczyn mniemać, że mnie z kolei oni mają na oku, a oto czemu: ten biedny Fleurissoire, pani przyjaciel, był w posiadaniu sekretu... straszliwego sekretu... sekretu bardzo niebezpiecznego... którego od niego nie żądałem... którego wcale nie pragnąłem poznać... a który on z bardzo dotkliwą nierozwagą powierzył mi. A teraz pytam się pani: czy pani wie, kto jest ten, który dla zdławienia sekretu nie wahał się posunąć do zbrodni?

— Niech się pan uspokoi, panie hrabio; wczoraj wieczór oskarżyłam go przed policją.

— Panno Karolo, spodziewałem się tego po pani.

— Przyrzekł mi, że mu nie zrobi nic złego; powinien był dotrzymać obietnicy, byłabym i ja dotrzymała swojej. Teraz mam tego dość; może mi zrobić, co mu się podoba.

Karola zdradzała rosnące podniecenie. Julius okrążył stół i zbliżył się znów do niej.

— Swobodniej porozmawiamy może w moim pokoju.

— Och, proszę pana — rzekła Karola — powiedziałam już panu wszystko, co miałam do powiedzenia; nie chciałabym pana zatrzymywać dłużej.

Wciąż cofając się, obeszła stół i znalazła się blisko drzwi.

— Lepiej, abyśmy się rozstali teraz — odparł z godnością Julius, który chciał mieć zasługę tego oporu. — Och, chciałem powiedzieć jeszcze: gdyby pojutrze przyszła pani ochota być obecną na pogrzebie, lepiej byłoby, aby mnie pani nie poznawała.

Po tych słowach rozstali się, nie wymówiwszy nazwiska niepodejrzewanego Lafcadia.