Antykwariusz na czele rewolucji

Większość literatury polskiej składa się z dzieł, które czytającemu ogółowi znane są tylko z tytu­łów; większość jej wielkich pisarzy stanowią tacy, których żadnej książki nikt poza specjalistami nie trzymał w ręce. Do takich należy Joachim Lelewel64.

Nic to, że jest historykiem: wszak Gibbon i Michelet byli również nimi, a porównanie z nimi wcale nie jest przypadkowe, skoro o Lelewelu każ­dy historyk literatury polskiej powie, że był pol­skim Micheletem i polskim Gibbonem. Tyle tylko, że pisać, niestety, nie umiał; „dzieła jego jak dotąd nie zostały przetłumaczone na język polski” — pi­sał któryś ze złośliwych mu współczesnych. Za to mówił podobno niezrównanie. Jego wileńskich wy­kładów o historii powszechnej słuchało nieraz i osiemset osób. Tłok był taki, że gdy się kto wśród stojących poruszył — opisuje jeden ze słuchaczy — cały tłum falował. Sam Lelewel dziwił się, co spro­wadza takie masy słuchaczy na jego wykłady; był to człowiek brzydki, nieśmiały, nieefektowny. Tak, ale był rok 1815, kiedy obejmował katedrę historii powszechnej na Uniwersytecie Wileńskim. Historia była wielką namiętnością ówczesnej młodzieży, a była to młodzież zapalona, poddana już pierw­szym romantycznym prądom. Uniwersytet Wileń­ski stanowił wówczas świetną wprawdzie, lecz przestarzałą redutę pozytywnego ducha oświece­niowego; kultywowano tam przede wszystkim nau­ki ścisłe, a w humanistyce dawano pierwszeństwo filologii. Katedra historii przez kilka lat nie była wcale obsadzona, aż naraz objął ją profesor, który ledwo co opuścił studenckie ławy, profesor znają­cy pragnienia i zainteresowania młodzieży, mó­wiący jej językiem, myślący jej kategoriami, profesor, który dwadzieścia osiem lat liczył, kiedy wy­głaszał swój wykład inauguracyjny.

Lelewel urodził się w Warszawie 22 marca 1786 roku. Pochodził ze spolszczonej rodziny nie­mieckiej. Jeszcze jego ojciec pisał się Loelhoeffel, a ożeniony był z Rosjanką, Ewą z Szeluttów. Wiel­ki polski historyk, wychowawca romantycznego po­kolenia, jeden z głównych przywódców politycz­nych podczas powstania listopadowego 1830–1831 i później na emigracji, nie miał w sobie ani kropli krwi polskiej! Miał za to silne związki ze sprawą polską przez ojca, który w całej swej urzędniczej karierze służył najlepszym narodowym przedsię­wzięciom: kierował finansami Komisji Edukacji Narodowej, pierwszego w Polsce, a i podobno w Europie, ministerstwa oświaty, którego utwo­rzenie było sygnałem odrodzenia narodowego w ostatnich latach Rzeczypospolitej; pracował potem w biurze Sejmu Wielkiego, który program odro­dzenia ujął w historyczną ustawę konstytucyjną 3 maja; był komisarzem cywilno-wojskowym w czasie insurekcji Tadeusza Kościuszki, radcą stanu w Księstwie Warszawskim utworzonym przez Na­poleona. Umarł w noc 29 listopada 1830 roku, właś­nie wtedy, gdy w Warszawie zaczynało się powsta­nie, a wraz z nim nowa epoka w życiu Polaków i w życiu jego syna, czterdziestoczteroletniego wówczas Joachima.

Młody uczony miał za sobą już piętnaście lat działalności pedagogicznej na Uniwersytecie Wileń­skim i Warszawskim, kilkanaście wydanych prac, był już członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk (odpowiadającego Akademii), miał ogromny auto­rytet naukowy i polityczny. Usunięty z Uniwersy­tetu Wileńskiego pod zarzutem szerzenia ducha liberalnego wśród młodzieży, wrócił do Warsza­wy. Tu atmosfera polityczna była już napięta. Mno­żyły się konflikty między sejmem, wiernym konstytucji, a rządem, posłusznym zawsze dyrekty­wom dworu. Lelewel, wybrany posłem do zbunto­wanego sejmu, stał się w nim filarem skrajnej opo­zycji. Gdy wybuchło powstanie, wzniecone przez garść oficerów, studentów, dziennikarzy i litera­tów, Lelewel wszedł do Rządu Tymczasowego jako rzecznik kół spiskowych, a jednocześnie wybrany został zaocznie prezesem Towarzystwa Patriotycz­nego, które wzorem paryskich klubów rewolucyj­nych obradowało nieprzerwanie i publicznie w salach redutowych teatru.

Tak zaczął się polityczny dramat Lelewela, tym cięższy do przeżycia, że chwilami stawał się podobny do farsy. Towarzystwo Patriotyczne, któ­remu Lelewel prezydował, dążyło do obalenia rzą­du, w którym Lelewel jednocześnie zasiadał, Towarzystwo przeciwne było rokowaniom z wielkim księciem Konstantym, w których właśnie Lelewel osobiście uczestniczył. Jak silna była magia jego nazwiska, skoro przywódcy Towarzystwa nie od­ważyli się z nim zerwać, mimo zasadniczej rozbieżności w poglądach! Wypadki warszawskie ujawniły zarazem podwójną naturę Lelewela. Romantyk, a więc rewolucjonista w pojmowaniu całości dzie­jów, był, zdaje się, z temperamentu legalistą. Uwielbienie młodzieży dla przedmiotu, który wy­kładał, i dla doktryny, którą głosił, postawiło go w sytuacji politycznej, której nie umiał sprostać. Toteż jego obecność na posiedzeniach rządu i zgromadzeniach ludu była symboliczna: tu i tam zda­wał się drzemać i o czym innym myśleć. Odżył na emigracji, w Paryżu, gdzie znalazł się cały aktyw polityczno-wojskowy powstania. Lelewel stanął na czele utworzonego tam Komitetu Narodowego Pol­skiego, prezydował mu przez rok, uprawiając poli­tykę taką właśnie, od jakiej stronił, gdy był na nią czas właściwy, tj. w Warszawie, póki wojna trwała. Rozpisywał odezwy do ludów Europy, czyli do wszystkich liberalnych, opozycyjnych jawnych lub tajnych stronnictw i związków we Francji, we Wło­szech, w Belgii, w Hiszpanii. Wzywał do powszech­nej rewolucji, do zrzucenia tyranów, do interwen­cji na rzecz Polski, protestował przeciwko wszel­kim próbom likwidowania emigracji polskiej jako politycznego i wojskowego organizmu, torpedował wszelkie próby dyplomatycznych zabiegów w pol­skiej sprawie, twierdząc, że Polska może powstać tylko dzięki samej sobie przy pomocy „ludów”, a nie przy pomocy rządów czy tronów. Cała ta twórczość utrzymywała emigrantów w stanie wrze­nia politycznego i przyczyniła się z pewnością do tego, że emigracja stała się na długo, aż do lat pięćdziesiątych, nieustannie czynnym wulkanem ideowym; tu rodziły się idee najbardziej sprzeczne z sobą i skrajne, od mistycznego nacjonalizmu aż po socjalizm utopijny; tu powstawały plany no­wych powstań, których koncepcje coraz bardziej zbliżały się do terrorystycznej partyzantki, jaką w czyn wprowadzono dopiero w roku 1863, i do przejęcia walki wyzwoleńczej przez chłopstwo czy w końcu przez proletariat przemysłowy, co się sprawdziło aż w 1905 roku. Wszystkie programy ideowe XIX wieku zostały wypracowane na emi­gracji; w kilku nędznych hotelikach paryskich, w kilku prowincjonalnych miastach Francji, gdzie osiedlono oficerską i żołnierską biedotę, dokonało się przejście Polaków przez próg historyczny, jaki dzielił historię upadłej bezpowrotnie rzeczypospolitej szlacheckiej od narodu nowoczesnego. Na emi­gracji narodziła się inteligencja polska. Oficerowie, politycy, pisarze, uchodzący przed wyrokami car­skimi, byli jeszcze szlachtą; zostawiali w kraju ma­jątki, koligacje, pretensje. W biedzie emigracyjnej, we wspólnocie, zajęci wyłącznie ideami i progra­mami, odcięci od swej bazy społecznej i ekonomicz­nej, przewartościowali swą tradycję, pojęli zmiany dokonujące się w świecie, stali się zdolni do obję­cia przewodnictwa umysłowego nad krajem zacofanym, podzielonym i sterroryzowanym. Tym wy­gnańcom Polska zawdzięcza to, że po 125 latach odrodziła się republiką, a wygnańcy owi Lelewe­lowi zawdzięczają to, że się nie rozpłynęli w obcym żywiole, że nie zasilili rekrutem i kondotierami obcych armii, że nie dali się sproletaryzować i wy­narodowić. Wszyscy przywódcy powstania, zna­lazłszy się na ziemi francuskiej, zapewniali rząd Ludwika Filipa, że Polacy nie mają żadnych celów politycznych, lecz pragną tylko opieki i życzliwości władz. Pierwszy Lelewel oświadczył, że Polacy przybywają na obczyznę jako reprezentanci naro­du walczącego, że poddają się opiece ludu fran­cuskiego i wszystkich ludów dążących do wolności. Lelewel stał się jednym z wielkich ojców polskiej inteligencji i polskiej demokracji.

Sam osobiście nie był przytomny przemianom, jakim ulegała emigracja. Jego autorytet został bar­dzo nadwyrężony niefortunną próbą wszczęcia w kraju wojny partyzanckiej w roku 1833 oraz wyprawą do Frankfurtu nad Menem, dla wsparcia rzekomo mającej wybuchnąć tam rewolucji. Po kolejnej odezwie, tym razem skierowanej do ludu rosyjskiego, rząd francuski na interwencję peters­burskiego ambasadora wydalił Lelewela z Paryża. Uczony wziął wówczas kij do ręki, na plecy zarzu­cił tobołek i ruszył piechotą ku granicy belgijskiej. Przyjmowany po drodze z entuzjazmem przez libe­rałów francuskich i rozproszonych Polaków, prze­padał, bywało, na tygodnie całe w małych miastach, jednakże nie dla montowania spisków politycznych, lecz dla grzebania w archiwach i bibliotekach. Wędrował tak pół roku; odrodził się w nim uczony, badacz źródeł, zbieracz i znawca dokumentów, a nade wszystko monet. Osiadł w Brukseli, już na zawsze, w ciasnej izdebce hotelowej nad knajpką emigracyjną, zwaną „Estaminet de Varsovie65”.

Żył w samotności, na skraju nędzy, prawie trzydzieści lat. Tu powstawały jego główne dzieła naukowe: dwutomowa Numismatique du Moyen-Âge (1835) i pięciotomowa Géographie du Moyen-Âge (1852–1857) z własnoręcznie wykonanymi planszami. Tym dziełom, ogłoszonym po francusku, Lelewel zawdzięcza swą pozycję w nauce europejskiej. Jest może jakaś ironia w tym, że wielki ro­mantyk w historii i polityce stał się w końcu auto­rem pedantycznych, przyczynkarskich, antykwarycznych dzieł; jest w tym cały paradoks Lelewelowski, który najlepiej może wyraził jego zacięty antagonista polityczny, Maurycy Mochnacki, tak go charakteryzując: „Lica blade, zapadłe, głowa cokolwiek pochylona, oznaczały antykwariusza, a poetę blask w oku żywym”.

Nie przestawał zresztą Lelewel uprawiać swej „poezji” na temat Polski: Polska odradzająca się (1836), Porównanie dwu powstań narodu polskiego, 1794 i 1830–1831 (1840), po francusku napisana Histoire de la Pologne (1844), czterotomowa Polska wieków średnich (1846–1851) — oto spis niektó­rych jego dzieł brukselskich. Co z nich pozostało żywe? Jak powiedziałem na początku, żadne z jego dzieł nie znajduje się wśród współczesnych lektur przeciętnego Polaka. XIX wiek obfitował w zna­komitych pisarzy historycznych (Szujski, Szajno­cha, Askenazy, Kubala, Bobrzyński), przesłaniają­cych brukselskiego samotnika stylem znakomitym, lotnością myśli i lepszą znajomością źródeł, które przed nim były jeszcze zamknięte. Ta wspaniała historiografia rozwinęła się wokół zagadnienia, które aż po niedawne czasy, aż po dziś dzień właś­ciwie, nie przestało pasjonować Polaków: dlaczego upadła Polska w XVIII wieku, dlaczego nie zdołała powstać w ciągu XIX wieku? Otóż to zagadnienie pierwszy postawił Lelewel. Z jego tezą polemizo­wały potem trzy pokolenia historiografów. Polska upadła — twierdził Lelewel w swej programowej rozprawie pt. Uwagi nad dziejami Polski i ludu jej ogłoszonej po francusku pt. Considérations sur l’état politique de l’ancienne Pologne et sur l’histoire de son peuple (1844) — ponieważ rozprzęgła się jej demokracja pierwotna i upadł jej „duch republikancki”. Za idealny dla Polski ustrój uważał Lelewel demokrację szlachecką z królem wybieral­nym, z sejmikami gromadzącymi ogół szlachty, z sejmem jednomyślnym, którego uchwały unie­ważnić może jedno „veto”, z konfederacją, jako prawomocną formą protestu przeciw łamaniu praw. Przyznawał, że demokracja ta bywała nadużywana, lecz odpowiedzialność za to przypisywał królom, ich mianowicie aspiracjom dynastycznym, ich za­kusom na wolność „ludu szlacheckiego”. Przyzna­wał, że demokracja ta uległa z czasem degeneracji, lecz proces ten przypisywał „cudzoziemskim wpływom”: jezuitom przede wszystkim, którzy stworzyli ideowe podstawy despotyzmu, luteranom, którzy nie dopuścili do ugody wszystkich polskich dysydentów, lecz rozpętali spory religijne; cudzoziemscy królowie wnieśli dążność do despotyzmu, w cudzych krajach polska szlachta nauczyła się przyjmować herby i tytuły i wyłoniła spośród sie­bie arystokrację. Obce mocarstwa w końcu zdecy­dowały o rozbiorze Polski...

Antymonarchizm i ksenofobia charakteryzu­ją doktrynę Lelewela; z tymi właśnie wątkami polskiej romantycznej myśli walczyli później histo­rycy krakowskiej szkoły, dowodząc, że przyczyny upadku Polski tkwiły w jej ustroju właśnie, a oca­lenie leżało w przejęciu z Europy zachodniej form monarchii centralistycznej, wspartej na stanie trze­cim. Współczesna historiografia twierdzi znów, że demokracja szlachecka była właściwie oligarchią i że równowaga ustrojowa została naruszona w sa­mym układzie społecznym, w którym szlachta zgar­niała wszystkie przywileje kosztem mieszczaństwa i chłopów. Ani jedno twierdzenie Lelewela nie utrzymało się, ani jedno jego zdanie nie weszło w trwały obieg; pozytywnym jego dorobkiem pozo­stały chyba tylko numizmatyczne katalogi. A prze­cież... Przecieżby bez niego nie było stuletniej dy­skusji o przyczynach upadku Polski, gdyż to on stworzył romantyczną szkołę historycznego myśle­nia, on z historiografii uczynił naukę żywą i przed­miot polemiki, on ją połączył z aktualnymi spra­wami narodu, on ukazał związki wydarzeń daw­nych z przyszłymi, on pierwszy wreszcie ukazał dzieje narodu na tle dziejów powszechnych, ucząc myślenia przez analogie i porównania. Historię, bę­dącą do niedawna tylko kronikarskim zapisem, Le­lewel uczynił nauką i filozofią.

Na wiosnę 1861 roku dwaj dawni przyjaciele Lelewela, przybyli z Paryża, odnaleźli w brudnej, zasłanej papierami izdebce starca wycieńczonego do ostatnich granic pracą, nędzą i zaniedbaniem. Siłą prawie wywieźli go stamtąd do Paryża i umie­ścili w szpitalu, gdzie zmarł.

Arcydzieło, czyli dług zaciągnięty w młodości

Ze wszystkich pytań, jakie można sobie zadać w sprawie literatury, mnie w tej chwili interesuje jedno: jak powstaje arcydzieło?

Nie pytam, czym ono jest i jak się je poznaje. Składa się nań powszechna zgoda; płynna to miara, a więc sprawia niejakie zmiany na mapie litera­tury; co dziś arcydziełem zdaje się bez wątpie­nia, jutro być nim przestanie. Tak było nieraz: ponad miarę cenili współcześni np. Bohdana Za­leskiego, stawiając go przed Słowackim; zbyt po­spieszyli się też chyba historycy XIX wieku, kompletując trójcę „wieszczów” akurat Krasiń­skim, który jako poeta nie dorasta do dwóch pozostałych. Nazbyt wysoko wyniesieni byli Asnyk, Tetmajer; zbyt nisko ceni się dzisiaj Orzeszkową. W końcu jednak wszystko się jakoś porządkuje; w obrębie mniej więcej stu lat każda epoka krzep­nie w układ trwały, w którym tylko jakiś cud, jak np. odnalezienie Norwida, może wprowadzić istotne zmiany.

Otóż arcydziełem jest to, co za arcydzieło uwa­żamy: to znaczy to, co stanowi podstawę naszego wychowania literackiego. Arcydziełami mierzymy jakości literackie — wiemy, co warta jest literatu­ra, gdy ją mamy do czegoś przymierzać — arcydzie­łami także wyznaczamy granice epok. Warto zazna­czyć, że są one czymś jakby różnym od samej lite­ratury. Ona płynie swoim strumieniem, w miarę szerokim, w miarę wartkim; każdy może w niej grzebać, łowić w niej, co się podoba. Arcydzieła są niewzruszone. One same zdają się być świadkami tego ruchu, który się wokół nich odbywa. Znako­mita większość historyków literatury zajmuje się owym ruchem; bada prądy literackie, wpływy, za­leżności, walczy o miejsce tych czy owych za­pomnianych lub niedocenionych twórców. Pisarz, który by miejsce swoje w literaturze uzależniał wyłącznie od aktywności owych skrzętnych jej administratorów, rychło by musiał popaść w skraj­ny sceptycyzm; na szczęście, istnieje w literaturze miara absolutna, niewzruszona. To właśnie arcy­dzieła, dla których wszystko się robi; nie znaczy to, by każdy pisarz czuł się powołany do stworzenia arcydzieła, jak żołnierz napoleoński, co buławę marszałkowską nosił w tornistrze. Natomiast każ­dy pisarz musi mieć poczucie (i ma!), że w jakiś sposób pracuje na arcydzieło; tylko dlatego możli­we jest uprawianie literatury, że arcydzieła są możliwe. Przypomina to zbiorowy trud poszuki­waczy złota: wszyscy kopią, aby ktoś jeden trafił na żyłę.

Ale mniejsza o to; metafory na ten temat można mnożyć; każdy pisarz ma zapas zwierzeń w tej delikatnej sprawie.

Pytanie, które chcę zadać, brzmi inaczej: jak mianowicie możliwe jest arcydzieło? Co się na nie składa? Jakie warunki są konieczne, aby ono po­wstało? Może czas sprzyjający, a to znaczy dni spo­kojne dla poetów i opieka nad ich pracą, talentem, losem? Może szczególna jakaś przychylność w spo­łeczeństwie? Może format duchowy całego pokole­nia, zdolnego sprostać wielkości literackiej i wy­magającego od literatury tak wiele, że aż arcydzie­ła trzeba, aby jego oczekiwanie zaspokoić?

Na wszystkie te pytania można twierdząco i przecząco odpowiedzieć. Twierdząco, gdy się po­myśli np. o złotym, to jest siedemnastym, wieku li­teratury francuskiej, wieku Corneille’a, Racine’a, Molière’a, Pascala, Bossueta. Literatura powstawała wtedy jako ukoronowanie sukcesów królewskich, jako ozdoba życia i tak już świetnego, znajdowała możnych i wrażliwych protektorów, publiczność czujną, skorą do entuzjazmu, a krytyczną.

Ale jest to przykład klasyczny, któremu prze­ciwstawić można przykłady wręcz przeciwne, cho­ciażby przykład złotego wieku literatury polskiej. Historia literatury nazywa tak wiek XVI, wiek Jana i Piotra Kochanowskich, Frycza-Modrzewskiego, Łukasza Górnickiego. Wydaje mi się jednak, że na to miano zasłużył sobie naprawdę dopiero wiek XIX, wiek Mickiewicza, Słowackiego, Kra­sińskiego, Mochnackiego, Norwida, Fredry, nie mówiąc już o późniejszych powieściopisarzach i publicystach, którzy wystąpili w ostatnich dwu­dziestu latach tego wspaniałego wieku, który zło­tym nazywam dlatego choćby, że jego pisarzy do dziś czytamy, podczas gdy tamtych, doskonałych stylistów XVI wieku, podziwiamy na odległość i na słowo honoru.

Zmniejszmy jeszcze pole widzenia; zajmijmy się tylko dziesięcioleciem 1830–1840, w ciągu któ­rego powstają kolejno Dziadów część trzecia, Kor­dian, Pan Tadeusz, Historia powstania narodu polskiego Mochnackiego, Zemsta Fredry, Nie-Boska Komedia i Irydion Krasińskiego, Anhelli i Balla­dyna, i najważniejsze liryki Słowackiego... W ja­kich warunkach to się dzieje? Na miły Bóg: trudno o gorsze. Klęska powstania niszczy życie narodowe w dosłownym, najbardziej materialnym sensie. Lu­dzie zostają rozłączeni z rodzinami, tracą majątki, są skazani na tułaczkę i nędzę. Literatura emigra­cyjna nadużyła może takich słów, jak tułaczka i nędza, ale przecież nie były to frazesy. Słowacki i Krasiński byli jeszcze w sytuacji uprzywilejowanej, bo obaj dostawali regularnie pieniądze na ży­cie i podróże. Słowackiego nie bieda zniszczyła, lecz choroba wtenczas nieuleczalna... Ale reszta emi­gracji? Jak ciężko musiał pracować Mickiewicz na utrzymanie rodziny, chociaż wszystkie kasy emi­gracyjne stały dlań otworem. W końcu, gdyby nie to, że miał bardzo solidne przygotowanie uniwersy­teckie, że znał wybornie literatury klasyczne i ję­zyki, doprawdy nie wiadomo, jak przeżyłby kry­tyczny czas; aby zdobyć np. posadę profesora w Lozannie, musiał stanąć do konkursu. Mochnacki po prostu żebrał o zasiłki — już nie na jedzenie nawet, bo żył byle czym, ale na opłacenie druku swego dzieła o powstaniu. W końcu musiał patrzeć bezradnie, jak umiera jego brat na gruźlicę i z gło­du. W rok po nim sam umarł, z wycieńczenia serca i mózgu. Lelewel, który otrzymał rozkaz opuszcze­nia Paryża i Francji, piechotą wędrował do granicy belgijskiej. A co się działo ze zwykłymi wojsko­wymi emigrantami, zwłaszcza w „zakładach”, to jest w miastach prowincjonalnych, które wyzna­czono na przymusowy pobyt żołnierzom i oficerom! Początkowo płacono im żołd, tak jak w wojsku francuskim, później jednak obniżono subsydia i najczarniejsza nędza zapanowała wśród emigran­tów, którzy w dodatku uparli się pozostać w swym gronie, aby pełnić rolę politycznej reprezentacji ujarzmionego narodu, stanowić rezerwę gotową do chwycenia broni, gdy tylko wybuchnie wojna po­wszechna lub rewolucja ludów... Nie przyjmowali więc ofert do Legii Cudzoziemskiej, do pułków afrykańskich, z jakimi zwracały się do nich władze francuskie; oponowali przeciw próbom angażowa­nia ich do armii belgijskiej lub portugalskiej, za zdradę narodową mieli wszelkie w tych sprawach negocjacje do tego stopnia, że generał Bem, który je prowadził, cudem uniknął śmierci z rąk zama­chowca. Raz wraz wybuchała wśród emigrantów panika, że władze zmuszać będą do wyjazdu, a żoł­nierzy nawet porywać będą siłą. Zdarzały się rze­czywiście zresztą wypadki szantażu, jak z dwoma statkami żołnierzy polskich, których Prusacy z Gdańska wysłali do Francji. Przez dwa tygodnie statki stały na redzie w Bordeaux, bo nie chciano Polaków na ląd wpuścić, póki się nie zadeklarują do Algierii. Ludność z Bordeaux manifestowała na ich rzecz i dostarczała im żywności, polscy emisa­riusze z zakładów nocami podpływali pod burty statków, aby żołnierzy utrzymywać w oporze... W końcu Francuzi ustąpili. Za to Polacy gotowi byli natychmiast angażować się do egipskiej armii, gdy tylko wybuchnął konflikt między paszą Egiptu a Turcją — a to dlatego, że Turcję poparła Rosja; za to na pierwszą fałszywą wieść o rewolucji w Niemczech pięciuset ludzi bez pieniędzy, zapasów żywności, bez butów i płaszczy, w słotę marcową opuściło zakład w Besançon i poczłapało ku gra­nicy, aby pomóc ludowi niemieckiemu; zupełnie jak te dzieci, które w XIII wieku szły piechotą do Je­ruzalem.

Takie były losy i takie było usposobienie naszej emigracji, wśród której powstawały jednocześnie szczytowe dzieła naszej poezji. Powie kto może, iż było to usposobienie poezji sprzyjające, bo mistycz­ne, całkowicie obrócone na sprawę narodową; po­wie kto, że w sytuacji, w której każdy los indywi­dualny był związany z losem narodu, poezja Mic­kiewicza i Słowackiego była rzeczywiście chlebem codziennym. I to nieprawda! Nic mistycznego w usposobieniu emigracji. Polacy bali się wysyłki gdzieś daleko, bo zbyt żywe w ich pamięci były jeszcze losy legii polskiej straconej na San Do­mingo. Leźli do Niemiec robić rewolucję, bo mieli nadzieję, że się tamtędy jakoś do kraju, do domu dostaną, zwłaszcza gdy już zamieszanie będzie po­wszechne, a zbyt ciemni byli, zbyt źle poinformo­wani, żeby oceniać realne szanse. To samo dotyczy tzw. wyprawy Zaliwskiego. Gromada zapaleńców ulega namowom fantasty i głupca, który ich za­pewnił (Bóg wie przez kogo poduszczony), że rewo­lucja lada dzień wybuchnie; w 1833 roku przedo­stali się jakoś do kraju grupkami, aby powstanie wzniecić, a tu dali się wyłapać żandarmom. Zginęli na miejscu lub pojechali na Sybir. A poważni przywódcy emigracyjni, jak gen. Dwernicki i Le­lewel, patronowali temu przedsięwzięciu. Głupota czy zbrodnia? — zapytywali współcześni. Ileż razy Polak w owym czasie musiał zadawać sobie to py­tanie! Z jakim bezmiarem idiotyzmu, przekupstwa, zdrady, intryg miał na co dzień do czynienia. Komu wtedy nie zarzucano zdrady albo pospolitego złodziejstwa! Pamiętać trzeba, że wywiady ówczesne i tajne wydziały ministerstw pracowały z wielką perfekcją, czyniąc wszystko, co można, aby atmos­ferę polityczną zanieczyścić, aby cień podejrzeń rzucić na wszystkich. Przez prasę emigracyjną pły­nie nieprzerwana struga kłamstw, pomówień lub zwykłej goryczy; to samo widzi się w pięknej, ro­mantycznie wystylizowanej korespondencji owego czasu.

W biedzie, w strachu, wśród głupstwa i łaj­dactwa rodziła się więc największa polska poezja. Powstawała w hotelach i „pokojach umeblowa­nych” Francji, Włoch, Szwajcarii. Bez mecenasów ani czytelników, bo ich nie znajdowała ani wśród emigracji zadręczonej i zajętej walką o chleb, ani w kraju, do którego nie wpuszczał jej cenzor. A zresztą łatwo sobie wyobrazić usposobienie społeczeństwa w kraju po klęsce, która tutaj wyda­wała się znacznie bardziej ostateczna, niż to z emi­gracji można było zobaczyć! Na emigracji była bieda, były swary i kłopoty meldunkowe, w kraju zaś działała policja jawna i tajna, krążyli szpicle, szantażyści, lizusy, oportuniści. Strach tu rządził — strach przed aresztowaniem, deportacją, konfiskatą mienia, wygnaniem z domu, przed wyrzuceniem dziecka ze szkoły...

Skąd więc właściwie wziął się materiał na arcy­dzieła? Czy tylko z wielkiego wstrząsu, jakim było powstanie? Oczywiście, wstrząs ten odegrał zbaw­czą rolę; ponadto pamiętać należy o literackim przygotowaniu na podobną literaturę, jakie młodzi wówczas pisarze odebrali przez lektury swych wielkich poprzedników i rówieśników: Goethego66 i Schillera67, Byrona68 i Chateaubrianda69. Ale to wszystko nie jest jednak rozstrzygające. Nieraz już bywało tak przedtem i potem, że wielkie wydarze­nia wstrząsały życiem narodowym, że wielka lite­ratura ogarniała inne kraje, a u nas rodziły się albo spóźnione, albo słabe, prowincjonalne reakcje. Tak było np. po pierwszej wojnie światowej i po odzyskaniu niepodległości.

Pokolenie romantyczne inny miało atut w rę­kach: aktywną, intensywną młodość.

W biografii Mickiewicza tę młodość traktuje się dość pobłażliwie. W wielu monografiach lite­rackich Mickiewicza można spotkać nawet sąd, że dopiero uwolnienie się poety od filomatów dało lot jego poezji i jego potężnej indywidualności pozwo­liło rozwinąć się ponad prowincjonalną miarę. To jest na pewno prawda, lecz przychodzi zarazem odpowiedzieć na inne pytanie: co mianowicie, prócz „młodzieńczych ideałów” i przyjaźni, Mickiewicz zawdzięczał wileńskim przyjaciołom? Jaki właści­wie charakter miały te stowarzyszenia? W trady­cyjnej polonistyce podkreślano stale apolityczny charakter filomatów, „promienistych” i filaretów. Pisze o tym Alina Witkowska we wstępie do Wy­boru pism filomatów, wydanego w Bibliotece Narodowej. Autorka dowodzi zarazem, że pogląd ten zrodził się w polonistyce z wersji, którą filomaci sami stworzyli przed sądem.

Lektura pism filomackich ukazuje niewiary­godną wprost aktywność tych chłopców, którzy mieli po 20 lat w czasie procesu, a po 17 i 18 lat, gdy zakładali owe stowarzyszenia, gdy pisali usta­wy, gdy opracowywali naukowe, filozoficzne i moralistyczne referaty na zebrania.

Alina Witkowska podkreśla słusznie, że pod­stawą czy kierunkiem zasadniczym ich działania była utopia. „Organizacja społeczności filomackiej posiada wiele cech charakterystycznych dla utopii społecznych... Filomaci przejęli z tradycji wzór spo­łeczeństwa zamkniętego i próbowali przystosować go do normalnych rygorów życia społecznego i je­go materialnej obudowy... Wyznając pogląd, że „w spodlonym świecie” nie można liczyć na pomoc ani na zrozumienie, otoczyli tajemnicą swoją dzia­łalność, izolując się w ten sposób przed infiltracją... Stworzone przez siebie Towarzystwo nazywali chętnie «republiką młodzieńczą», szukając w nim rekompensaty za podwójne zło świata: brak rze­czywistej ojczyzny i brak społeczeństwa, które by młodości podawało skrzydła”. Wokół planu utopii, wokół owej idealnej republiki, w której rządzić miały braterstwo, miłość, cnota, rozwijała się olbrzymia działalność organizacyjna, ustawodaw­cza, pisarska i krasomówcza chłopców w wieku, który byśmy dzisiaj licealnym nazwali! Stu kilkudziesięciu ich było łącznie zaangażowanych we wszystkich ogniwach związku, którego budowa by­ła szalenie skomplikowana i zdaje się do dziś nie jest zupełnie jasna dla badaczy. „Towarzystwo w swoim układzie powinno być jak najwięcej skomplikowane i pozornie rozmaite, a cała jego bu­dowa ma być dla niewielu znajoma” — pisał Mic­kiewicz do przyjaciół w sprawie ustaw. „Tajemnica jest pokrywą, która machinę zasłaniając od pyłu i działania atmosfery, zabezpiecza jej pewne dzia­łanie”. ...Zastanawia trochę to porównanie z dzie­dziny mechaniki — bardzo to w duchu Oświecenia było traktować ustrój jak maszynę — a także do myślenia daje podwójny powód tajności. Pierw­szym powodem był naturalnie lęk przed władzami szkolnymi i policyjnymi, które wszystko o życiu studentów chciały wiedzieć, nawet to, co państwu nie zagrażało bezpośrednio. Towarzystwo Filoma­tów nie miało początkowo celów politycznych, i w gruncie rzeczy nie powinno było obawiać się prze­śladowań. Dążenie do tajności, której Mickiewicz był bezwzględnym zwolennikiem (jedna dziesiąta działań i składu towarzystwa — twierdził — może być jawna, a reszta winna być okryta tajemnicą... ), pochodziło raczej z przeświadczenia, że ludzie tworzący Towarzystwo są lepsi od otoczenia, że wmieszanie się „obcych”, „innych”, „profanów” może tyl­ko popsuć jego prace. W tej chęci odgrodzenia się od „profanów” wyraża się konflikt pokoleń, z któ­rego zrodziły się towarzystwa. Uniwersytet Wileń­ski prowadzony był wtedy przez ludzi zupełnie zapóźnionych, nierozumiejących dążeń i nastrojów młodzieży. Zostawmy na boku konflikt „Oświece­nie — Romantyzm” czy spór klasyków z romanty­kami, o których mówi się, gdy tylko młodzież wi­leńską przeciwstawia się jej profesorom, takim jak Śniadeccy czy rektor Malewski. Inna sprawa jest podłożem owego konfliktu, który doprowadził mło­dzież wileńską do ukonstytuowania się w tajne związki. Otóż starzy wierzyli jeszcze w liberalizm cara Aleksandra, w jego dobrą wolę i przyjazne uczucia dla Polski, oraz w obietnice, które składał wobec Sejmu Królestwa Polskiego, że odbuduje mianowicie Polskę w granicach 1772 roku i zapewni jej demokratyczną konstytucję, na trzeciomajowej opartą. Starzy wierzyli w tę konstytucję Królestwa Polskiego, w dynastii gottorpskiej widzieli jedyny dom panujący, w którym szukać należało Pola­kom opieki i gwarancji bezpiecznego bytu. Związek z Rosją był dla starszego pokolenia logicznym na­stępstwem historycznym, optymalnym rozwiąza­niem dramatu rozbiorowego, był dla nich koniecz­ny, przeto słuszny. Bezpieczeństwo, spokój, moż­ność kontynuowania pozytywnych prac dla nauki i gospodarki przekładano ponad wszystkie inne ce­le. Starsze pokolenie wyrzekło się aktywności poli­tycznej, sądząc, że w ten sposób zabezpiecza byt narodowy. Otóż te wszystkie dogmaty podważali młodzi; widzieli jasno, że liberalizm cara obliczony był tylko na jedno pokolenie, że stanowił tylko alibi wobec sojuszników z koalicji antynapoleońskiej, tylko zastaw złożony na kongresie wiedeń­skim w zamian za odstąpienie Rosji gestii w pol­skiej sprawie. „Starzy” korzystali jeszcze z okresu łask, z okresu pozorów: brali urzędy, ordery i be­neficja z rąk polskiego króla panującego w Peters­burgu. Młodzi już na własnej skórze czuli zaciska­jący się system policyjnej biurokracji; widzieli, jak lojalizm zmienia się w serwilizm, jak cnoty oby­watelskie stają się urzędniczymi, jak czynowniczy70 duch ogarnia całe społeczeństwo, jak się ludzkie osobowości zatracają w powolnych, leniwych obro­tach machiny państwowej, jak osobowość narodo­wa traci oblicze, jak przepadają, dewaluują się wartości, jak gaśnie energia zbiorowa, jak niknie wszelki zapał i ochota do pracy, życia, twórczości, jak umierają przyjaźń i miłość. Jeżeli się kryli ze swoim programem, to dlatego, że się obawiali destrukcyjnego działania ludzi już zepsutych, już zdeprawowanych, już straconych.

Na tym zresztą tle toczył się spór w łonie To­warzystwa: pierwszy jego prezydent, Józef Jeżow­ski, chciał mianowicie Filomatom nadać charakter naukowy, związać myślał Towarzystwo z Uniwer­sytetem i szukał w tym celu osobistej protekcji księcia Adama Czartoryskiego, wówczas kuratora szkolnego dla guberni przyłączonych. Jeżowski nic nie uzyskał; księciu podobał się projekt, ale nie chciał się angażować w popieranie stowarzyszeń, za których lojalność wobec władzy nie mógł rę­czyć. Odmowa jego poparcia, rychło potem rozwią­zanie przez władze Związku Promienistych, który był jawną nadbudową Towarzystwa Filomatów, zdecydowały o tym, że wileńskie stowarzyszenia ukryły się ostatecznie w konspiracji, a zarazem zbliżyły się w swej ideologii do politycznych spis­ków, jakimi już objęte było Królestwo Kongreso­we. Nie ma wtedy chyba na terenie całej Polski jednego ucznia gimnazjum czy uniwersytetu, który by nie otarł się w taki czy też inny sposób o taj­ne związki. One były szkołą myślenia, ponieważ cały system wychowania był przestarzały; one były szkołą współżycia społecznego i działania organi­zacyjnego; one sprawiły, że młodzież dojrzewała wtedy tak szybko i że na wielką potem żyła skalę, tworząc świetne, bogate, dramatyczne biografie. To na ich miarę powstawała potem literatura. Z tę­sknoty za wspaniałą młodością i z poczucia wier­ności dla towarzyszy dawnych powstawała wielka poezja romantyczna; jak wielkie musiało być po­czucie związku z przyjaciółmi młodości i jak wielka dla nich wdzięczność u arcypoety naszego, skoro odważył się na to, co w literaturze nieczęsto się zda­rza — a może jest nawet unikalnym wyjątkiem: ułożył przecież dramat, którego bohaterami byli oni właśnie, owi chłopcy, w czasie powstawania Dzia­dów części trzeciej dopiero ledwo trzydziestoletni: Frejend, Zan, Suzin, Jan Sobolewski, Kółakowski...

Arcydzieło nie powstaje nagle. Składa się na nie praca pokolenia całego; nie pisarzy „prekursorów”, nie krytyków umiejących przewidywać koleje literatury, lecz praca społeczeństwa rozbudzonego, uznającego, że przyszedł dlań moment decydujący.