X

Przy nim młoda niewiasta — czemuż kiedy młoda,

Tak zamglonym promieniem świeci jej uroda?

Ni ją ubiór udatny, ni ją stroją kwiaty;

Czarne oczy spuszczone i żałobne szaty;

A w twarzy smutek, czoło co schyla w cichości61,

Którego całym blaskiem — uśmiech Cierpliwości!

Lub jeśli kiedy nagle, wpośrzód gęstych cieni,

Jaka myśl czy pamiątka, jej lica zrumieni,

To tak mdłym, bladym światłem — jak gdy księżyc w pełni

Niezwykłym życiem rysy posągu napełni.

Piękna, szlachetna postać — do Aniołów grona

Dążyła, ich czystości czarem otoczona;

Ale trawiący oddech światowych uniesień

Owiał pąk młodych uczuć i zwarzył jak jesień:

To jeszcze jest na drodze, gdzie nią wicher miota,

W ciężkich kajdanach ziemi dla nieba istota;

Serce nosi uschnięte, a świeci jak zorza.

Podobna do owoców umarłego morza62,

Pod których śliczną farbą, wśrzód trudu, mozoły63,

Podróżny widzi64 nektar, znajduje — popioły.

Jakaś posępna słodycz w jej każdym ruszeniu;

Ani łzy, ani żalu w jej mglistym spojrzeniu;

O! nie — przeszłych już zgryzot nie widać tam wojny,

Tylko znikłej nadziei grobowiec spokojny,

Tylko się lampa szczęścia w jej oczach paliła,

I zgasła, i swym dymem całą twarz zaćmiła.