Wyjazd
Zbliża się chwila wyjazdu. Jeszcze jedna, ostatnia, wizyta. Spodziewam się po niej pewnego wyrobienia sobie zdania o sprawach Kościołów chrześcijańskich w Niemczech. Choć kroki kieruję do katolików, mam jednakże nadzieję usłyszeć trochę i o stanie protestantyzmu. Pod tak silnym ciśnieniem, jakie panuje obecnie, tworzą się przecież najdziwniejsze sojusze. Wszak widzieliśmy w Rosji Sowieckiej niewątpliwe objawy pewnej solidarności chrześcijańskiej, której próżno by szukać na przykład w Ziemi Świętej. Nadzieje nie zawiodły: znalazłem u moich katolickich informatorów wszystko, czego oczekiwałem. Nie będę jednak nawet robił próby naszkicowania obrazu walk i przeobrażeń toczących się w łonie Kościołów protestanckich. Trzeba by dobrze znać życie i ustrój trzech głównych gałęzi protestantyzmu niemieckiego, żeby móc zrozumieć to, co się obecnie dzieje. Płynność organizacji, dogmatyki i liturgii oraz łatwość, z jaką zbory ewangelickie abdykują z najbardziej, zdawałoby się, zasadniczych rzeczy, łatwość znajdowania kompromisu, wszystko to stworzyło taki stan rzeczy, że Hitler nie miał właściwie, pomimo bardzo stanowczych sprzeciwów prezydenta Hindenburga, zasadniczych trudności z przeobrażeniem protestantyzmu w narzędzie zupełnie podległe narodowej rewolucji, nie dając mu jednakże żadnych przywilejów religii panującej. Der totale Staat141 nie może, oczywiście, patrzeć życzliwym okiem na żadną religię. Religia to konkurencja. Nacjonaliści to najbardziej skrajni monoteiści. Jedno jest bóstwo: państwo. Reszta to opium dla ludu. Nie wątpię, że wśród protestantów działy się i zapewne jeszcze dzieją tragedie. Cierpieć musi wielu purystów, ale cierpią przypuszczalnie głównie ci, którzy widzą dzieło może całego swego życia zniszczone. Mam na myśli ludzi pracujących w organizacjach i związkach wyznaniowych. Tragedie te jednak są bez wyjątku tragediami cichymi. Głośnych protestów nie słychać. Pamiętam tylko jeden w sprawie oczekiwanego zakazu przyjmowania na wiarę protestancką Żydów. Protest ten zresztą okazał się skuteczny, gdyż ustawa normująca obecny stan Kościołów protestanckich nie jest zaopatrzona w paragraf aryjski. Zdziaławszy już tak wiele, rząd myśli teraz o wciągnięciu do wspólnej organizacji także Kościołów protestanckich w krajach bałtyckich, Czechosłowacji, Austrii i Jugosławii, ażeby potem użyć ich jako ogarów hitlerowskiej infiltracji.
Ale kwestia katolicyzmu jest w Niemczech stokroć ciekawsza i ważniejsza. Przeszło czwarta część ludności to katolicy. Śląsk, Bawaria i Nadrenia są całkowicie katolickie, a nawet w Berlinie jest około dziesięciu procent katolików. Kiedy się widzi zlikwidowanie wewnętrznego życia politycznego Rzeszy przez starcie z mapy Niemiec wszystkich partii; kiedy zagadnienia robotnicze i społeczne przestały być aktualne dzięki bezwzględnej koordynacji; kiedy się w dodatku wie, że ten stan rzeczy trwać może ad infinitum, gdyż nawet głód spowodowany wrogiem i koniunkturami gospodarczymi nie przestraszy rządzących, jak ich nie przestraszył i w Rosji, dopóki Reichswehra, SS, SA i Stahlhelm są nakarmione i zadowolone (a ten świetny aparat terroru liczy zaledwie około ośmiuset tysięcy ludzi) — wówczas kwestia katolicka staje się, czy też powinna się stać, problemem największej wagi. Gdyby życie było logiczne, w rękach katolików spoczęłyby losy rewolucji, ale ponieważ logika na arenie politycznej nie króluje, więc w rękach katolików spoczną nie losy, lecz tylko odpowiedzialność za rewolucję. Bo jakże inaczej napiętnować niesłychaną bierność katolików niemieckich zgrupowanych w zwarte jednostki geograficzne, w jednostki cieszące się do niedawna (widocznie nie dosyć) autonomią polityczną (patrz — Bawaria) i mające też do niedawna reputację bardzo „rzymskich”. Stawiano ich przecież zawsze za przykład wszystkim katolikom plączącym sprawy wiary z szowinizmem. A cóż się okazuje? Heca antyżydowska jest najdalej posunięta w Nadrenii, kraju katolickim. Zwracam wybitnemu działaczowi katolickiemu uwagę na wysoce niechrześcijański charakter tego ruchu. Otrzymuję wymijającą odpowiedź, że w Meksyku Żydzi nie bronili prześladowanych katolików.
W ogóle tych kilka cichutkich protestów, czy to w sprawie wolności prasy i słowa, czy to piętnujących objawy brutalności rewolucji, robiło wprost przykre wrażenie, kiedy się wiedziało, jakie możliwości w sensie kulturalnej opozycji czekały tylko na wyzyskanie przez katolików. Zakneblowanie potężnej prasy katolickiej, zamknięcie i konfiskata majątku licznych związków i organizacji katolickich nie wywołały sprzeciwu. Wiem dobrze, że sprzeciw może być równoznaczny z utratą wolności. Ale, o ile mnie pamięć nie myli, Kościół katolicki posiadał już w przeszłości swoich męczenników. Ci katolicy jednak, którzy dzisiaj są uwięzieni, cierpią za swoją przeszłość, cierpią z powodu koniunktury politycznej, ale rzadko kiedy cierpią za akty odwagi cywilnej. Nad tym właśnie ubolewał jeden z moich informatorów, ksiądz, który potem został zresztą aresztowany. On rzeczywiście „cierpi dla sprawiedliwości”. Mówił mi prawie z entuzjazmem, że tylko czeka na więzienie czy obóz koncentracyjny, że jedynie przez pokazanie narodowi męczenników można wyrwać go spod hipnozy nacjonalizmu. Jeżeli za czasów Kulturkampfu — ciągnął dalej — aresztowano nawet biskupów, o ileż jaskrawsze powinny być dzisiaj objawy walki, kiedy duch rewolucji jest o tyle bardziej zasadniczo obcy i wrogi duchowi wszelkiej religii. Bo przyznać trzeba, że jeżeli rzadko uświadamiamy sobie, a może nawet negujemy fakt, że kultura, w której byliśmy wychowani, jest kulturą chrześcijańską, w dzisiejszych Niemczech przekonamy się, stosując metodę eliminacji, że to, co panuje w Europie poza Niemcami (zostawiam oczywiście na uboczu Rosję), jest może oddalonym, ale jednakże refleksem „przewrotu chrześcijańskiego” sprzed tysiąca dziewięciuset lat. Nic bardziej niechrześcijańskiego, ba, nawet niepogańskiego, niż obecny przewrót niemiecki. Nacjonalizm to kult nizinny. Nie rozwija się on w cieniu Góry Oliwnej ani nawet Olimpu.
Miałem też sposobność zetknięcia się z katolickimi pacyfistami142. Ludzie ci, a raczej resztki tej grupy, które znajdują się jeszcze na wolności w Niemczech, to rzeczywiście cudowny element ludzki. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tak bezwzględnie uczciwych, tak niezdolnych do kompromisu. Dziś ich dążenie do intronizacji ideałów chrystianizmu przez braterstwo ludów może się wydać prawie śmieszne. Lucjan Rydel143 i pani generałowa Ludendorff — oto typy dzisiejszych popularnych teologów. Ale niemieccy pacyfiści katoliccy nie bali się tej śmieszności i tego odosobnienia. Raczej Rzesza bała się ich i dlatego przedsięwzięła od czasu rewolucji odpowiednie kroki, aby ich wpływy unieszkodliwić.
Ale tymczasem pan von Papen, ten sam, który wygłosił cytowaną przeze mnie mowę w Münsterze, który wystąpił z Centrum, który pozwolił w następstwie na rozwiązanie partii katolickich i na wszystkie antykatolickie poczynania swego rządu, podpisuje w Rzymie konkordat, jakiego nie potrafił „wyłudzić” od Watykanu sam wielki Bismarck i zostaje odznaczony jakimś wielkim orderem papieskim, choć pewno nie Pro Ecclesia et Pontifice144.
Co będzie dalej? Dobrzy katolicy oburzają się często na oportunizm, nacjonalizm i bierność episkopatu niemieckiego, który nie tylko nie protestuje w samych Niemczech, ale także jakoby mylnie i łagodząco informuje papieża. Czy pesymiści w sprawach konkordatu mają rację, pokaże przyszłość. Wydaje się nawet dla laika rzeczą niemożliwą, ażeby der totale Staat nie mieszał się do szkolnictwa wyznaniowego, tej najdrażliwszej strony życia katolickiego. A co będzie po prostu z niedzielnymi kazaniami? Nawet kapelan wojskowy nie potrafi mówić zupełnie „po linii”, o ile czuje się naprawdę księdzem. Chyba że Kościół zażąda od swych wiernych nowego rodzaju męczeństwa, a mianowicie złożenia ofiary z zasad i z przekonań.
Trzeba jechać — a człowiekowi się nie chce. Nigdy nie zakosztowałem tak często opiewanego uroku Wschodu, przeciwnie, całe życie czułem instynktowny Drang nach Westen. Zachód nigdy nie wydał mi się tak zgniły jak Wschód. Wsiadanie do pociągu jadącego w kierunku wschodnim jest dla mnie zawsze prawdziwą przykrością. Więc choć w Niemczech widziałem bezsprzeczne objawy zdziczenia, położenie geograficzne Berlina i warunki życia robią z tego miasta coś jednakże bardziej europejskiego od Warszawy. A poza tym od Berlina zaczyna się „mój koniec świata”. Gdyby moje pojęcie o geografii sięgało czasów przedkopernikowskich, nie wątpiłbym po przejechaniu wschodnich przedmieść Berlina, że tu zbliżam się do krańca świata. Przedmioty, na których może spocząć oko, stają się coraz rzadsze, koloryt coraz bardziej wyblakły i kto wie, czy ta sina linia lasów na widnokręgu, łącząca szarawe niebo z mało zieloną ziemią, nie jest właściwie szparą, przez którą widać nicość. Zresztą studiowanie najnowszych map niewiele w tym względzie przyniesie pociechy, bo jeżeliby objechać kulę ziemską na wysokości geograficznej Berlin-Warszawa, droga przedstawiałaby się dość beznadziejnie. Urozmaicenia nader słabe: Ural, Bajkał, sowiecka część Sachalinu, południowy cypel Kamczatki, Góry Skaliste Kanady, dobrze na północ od Vancouveru, dno Zatoki Hudsona, Labrador, no i wreszcie południowa Irlandia i Europa. Jak widzimy, o egzotyce nie ma mowy. A Łowicz nie każdemu wystarcza.
Ale co tu się zastanawiać — jechać trzeba. Wsiadam do pociągu. W moim przedziale siedzą już dwie panie o rysach wybitnie semickich, każda z córeczką w wieku siedmiu, ośmiu lat. Na dworcu żegnają je mężowie. Ruszamy. Moje panie pokazują sobie swoje domy, koło których przejeżdżamy i rozmawiają po niemiecku o rzeczach błahych: nawet podsłuchiwać nie warto. Oddaję się medytacjom, przechodzę myślą wszystko, com widział, com słyszał, hipotezy, jakie budowano, przepowiednie, jakie wygłaszano.
Widziałem więc kraj, w którym odniosła zupełne, miażdżące zwycięstwo rewolucja narodowa. (Zdaje się, że po wypadkach we Włoszech sprzed dziesięciu lat, a teraz w Niemczech, określenie to ma już zupełnie ścisłe, prawie naukowe znaczenie). Widziałem kraj jeden i niepodzielny. Jest to prawie jedyne wielkie dzieło Hitlera. Należy jednak uniknąć nieporozumień co do przymiotnika „wielki” w powyższym zastosowaniu. Dzieło Hitlera jest wielkie, bo nikt tego dotychczas dokonać nie potrafił, bo może być brzemienne w następstwa dla przyszłej historii Europy; ale nie jest wielkie, jeżeli chodzi o kulturę Niemiec i o spokój naszego kontynentu. Powyższe twierdzenia nie wymagają chyba argumentacji. Prawie zupełna konsolidacja Rzeszy stała się jednak faktem i, jak dotychczas, tak dalecy duchowi pruskiemu południowcy nie skarżą się ani jawnie nie żałują utraty swych praw do niezależności i poddania się kompletnego pod batutę Berlina. To, że Hitler jest Austriakiem, nie odgrywa tu żadnej roli.
Czy rewolucja w tych wreszcie zjednoczonych Niemczech siedzi mocno w siodle? Na to pytanie słyszy się przeważnie odpowiedź pozytywną. Z góry zaznaczam, że w przepowiednie nie mam zamiaru się bawić. Postaram się tylko myśleć logicznie, ale i to w polityce czy w historii niedaleko prowadzi. Kiedy się zastanawiać, skąd może przyjść wróg groźny dla rewolucji — z punktu widzenia nazistów trudno nie być optymistą. Katolicy, jak już pisałem, zawiedli. Socjalizm zmarł śmiercią naturalną, tą papenowską Strohtod. Jest to zresztą bardzo przejmująca historia, że drogę do obecnego stanu rzeczy w Niemczech utorowała właśnie socjaldemokracja. Wprawdzie mogła ona też doprowadzić do komunizmu, ale właśnie ten paniczny strach wspólnego frontu z komunistami, choćby stworzonego na krótki okres, dostateczny do zorganizowania strajku generalnego, nawet tak niedawno, jak między 30 stycznia a 5 marca bieżącego roku, spowodował, że Hitler zwyciężył i że klasy pracujące zostały pozbawione i głosu w życiu społecznym, i broni do walki o swe stanowisko w narodzie. Skąd jednak ta zupełna bierność socjalizmu niemieckiego? Tłumaczono mi, że głównym niedomaganiem tej partii był brak ludzi młodych na stanowiskach decydujących. Zaobserwować to zresztą można także i w innych krajach, choćby we Francji i w Polsce. Starzy liderzy socjalistyczni w Niemczech nie byli dostatecznie demagogicznie nastawieni. Za mało urządzali wieców, za mało histerycznie nawoływali tłumy, za rzadko przyjmowali wiązanki kwiatów od dziewczynek w bieli (jak to ciągle czyni Hitler), a przede wszystkim byli kunktatorami i ludźmi politycznie mało odważnymi. Doszło do tego, że wielu synów przywódców socjalistycznych zalicza się do zagorzałych hitlerowców.
Prawodawstwo zmierzające do utrzymania obecnego stanu posiadania rewolucji narodowej z każdym dniem staje się bardziej drakońskie. Istnieją specjalne rozporządzenia przeciwko „ludziom zrzędzącym” (Miesmachen). W biednych dzielnicach Berlina i prawie we wszystkich tańszych lokalach innych dzielnic właściciel lub obsługa są w porozumieniu z wywiadem policyjnym. Praca jaczejek jest niemal zupełnie uniemożliwiona. Jak już pisałem, Niemcy znajdują się w prawie hermetycznie zamkniętym kręgu terroru. A każdy rząd, który swą bezwzględność posuwa poza granice praw i dbania o dobrobyt i szczęście obywateli, jest zwykle rządem dość długotrwałym. Przewraca się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się wahać i mieć skrupuły.
Tymczasem pogłoski o pomrukach ludu rozczarowanego brakiem konkretnych dobrodziejstw rewolucji idą zawsze w parze z wiadomościami o coraz to nowych obostrzeniach prawnych i nowych przywilejach dla organów władzy, rządu i partii. Trochę mniej najzupełniej zbędnej, wiecowej demagogii — a zapewne pracującym warstwom niemieckim oszczędziłoby się niejednego objawu niezdrowo rozbudzonego apetytu. Słowa „apetyt” używam tutaj i w przenośnym, i w dosłownym jego znaczeniu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili, kiedy o tym myślę, zatrzymujemy się we Frankfurcie nad Odrą. Jest niedziela. Słyszę śpiew. Znajoma melodia. To oddział szturmowców śpiewa w odjeżdżającym pociągu środkową zwrotkę Horst Wessel Lied:
Die Strasse frei den braunen Bataillonen,
Die Strasse frei dem Sturmabteilungsmann,
Es schaun aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen,
Der, Tag für Freiheit, und für Brot bricht an!145
Brzmi to jakoś nieaktualnie. Co do chleba, gdzież jest ta nadzieja? Urzędowe dane statystyczne pokazują pewne zmniejszenie bezrobocia, ale należy pamiętać o istnieniu obozów dobrowolnej pracy, ciążących na budżecie państwa, a także o tym, że ci, co utracili posady z powodów politycznych czy rasowych, nie są zaliczani do bezrobotnych. Jeżeli zaś chodzi o wolność, wiemy tylko, że poza opisanymi już gwałtownymi represjami, jakie stosuje rząd niemiecki, zaczęto w ostatnich czasach aresztować rodziny zbiegłych za granicę emigrantów politycznych, ażeby w ten sposób zmusić ich do powrotu i ukarać.
Widziałem więc kraj rządzony według wzorów wziętych po trochu z Rosji i z Włoch. Komunizm jest zbrodnią. Mandaty socjalistyczne do wszelkich ciał ustawodawczych czy samorządowych zostały unieważnione. Inne partie przestały też istnieć: spieszą się jedna przez drugą, która też pierwsza rozwiąże się „dobrowolnie”. Pozostaje więc tylko partia narodowosocjalistyczna, ale kto rządzi nią naprawdę? Hitler, Goering, Goebbels? A może jeden z nich? A może Kerrl albo Rust, albo Freisler, albo Heines146! A może po prostu sztab generalny Reichswehry? Nie sposób powiedzieć. Jak w Rosji, mamy tu prawe i lewe odchylenia. To lewe odchylenie wydaje się odchyleniem przyszłości. Może i Otto Strasser147 powróci jeszcze do łaski. Ale z drugiej strony przemysł zachodni też mocno stoi na nogach i wygląda, jakby nie tracił, ale — przeciwnie — zyskiwał grunt pod tymi nogami. Powinno się pamiętać, że w swych początkach cały ruch nazistowski był finansowany przez kapitał i przemysł nawet po części żydowski, jako środek obrony przeciwko zmorze komunizmu. W obecnej chwili broń zdaje się chwilami obrócona przeciwko jej dostawcom, a już w każdym razie przeciwko junkrom. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko w dalszym ciągu spoczywa w rękach kapitału przez duże K. Przypuszczam, że wersja ta jest przesadzona, tak samo jak przesadzone są przypuszczenia krążące wśród lewicowej inteligencji, że w krótkim czasie dojdzie niechybnie do wielkich buntów wśród rozgoryczonych i rozczarowanych tłumów bezrobotnej biedoty.
Możliwa jest też monarchia. Wiele elementów socjalistycznych patrzy dziś z upragnieniem na tę możliwość. Ufają, że z powrotem monarchii powrócą też bardziej kulturalne formy rządzenia i sprawiedliwości. O cesarzu Wilhelmie148 nie ma, zdaje się, mowy, pomimo żartu o rzekomym telegramie Kronprinza do ojca: Vater, komm bald zurück, wir sind das kleinere Übel („Ojcze, powracaj prędko, jesteśmy mniejszym złem”). Mówi się, jako o kandydatach, o synach cesarza oraz o innych książętach krwi, nawet nie o Hohenzollernach. Masy są na tę ewentualność monarchii zupełnie przygotowane. Gdyby do tego doszło, entuzjazm byłby niewątpliwie wielki, ale kierownictwo partii, a zwłaszcza lewy jego odłam, nie zdaje się bynajmniej dążyć ku temu.
Widziałem, i to może najważniejsze, kraj rządzony prymitywnym instynktem szczepu i jego odrębności. Ani na chwilę podczas pobytu w Berlinie nie mogłem zapomnieć o tym odrodzeniu prymitywizmu. Jaskinia, maczuga, owłosiony małżonek broniący kobiety z cofniętym czołem — takie obrazki stają wciąż przed oczami, kiedy się żyje w atmosferze gloryfikacji poczucia stadnego.
Ale rozmowy w przedziale przerywają mi tok rozmyślań. Po tematach obojętnych moje towarzyszki podróży zaczynają omawiać kurs złotego. Aha, może jadą do Polski. Zjawia się konduktor. Zerkam na bilety. Są do Łodzi. Już wiem trochę więcej. Następuje dyskusja, czy i kiedy należy się przesiadać. Wreszcie nadchodzi kontrola paszportów, z woreczków wyłaniają się niewątpliwe polskie paszporty konsularne. Serce rośnie — rodaczki. Ale rozmowa ciągle jeszcze jest niemiecka, i to niemczyzną zupełnie poprawną. Opuszczamy ostatnią stację niemiecką. Jedna z dziewczynek siedzi przy oknie, wygląda znudzona, wystukuje bezmyślnie palcami po szybie jakąś melodię i coś nuci pod nosem. Przysłuchuję się. Tak, nie mylę się: Deutschland, Deutschland über alles. Słyszy to matka i nagle odzywa się językiem Esterki i Mickiewicza: „Dziecko, po co ty to śpiewasz, ty przecież umiesz i polskie piosenki, zaśpiewaj lepiej coś po polsku!”. Rewelacja! Dziecko posłuszne, choć dalej znudzone, zaczyna bez zapału, ale wyraźnie podśpiewywać: „Oto dziś dzień krwi i chwały”... W tej chwili pociąg wjeżdża na stację Zbąszyń. Wyprawa moja skończona. Jestem już w Polsce. Na jak długo żegnam się z Trzecią Rzeszą, która mnie nie nawróciła, pomimo mej uczciwej chłonności? Ufam jednak, że zostanę należycie zrozumiany. Pisałem tylko prawdę i pisałem ją, mając wciąż na myśli, że nie należy jątrzyć już i tak trudnych stosunków pomiędzy Polską a Niemcami. Unikałem wszystkich szablonów zgiełkliwej histerii europejskiej prasy lewicowej i tylko prawda zmuszała mnie do wysuwania, niestety, dosyć ciężkich oskarżeń.
Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe. Ale czy tak jest naprawdę? Człowiek posiadający wyobraźnię może zrozumieć i odtworzyć wiele z tego, co się dzieje w Niemczech, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. W piśmie sanacyjnym czyta się o inicjatywie rządu w organizowaniu Święta Morza, Święta Straży Przedniej, Święta Przysposobienia Wojskowego. (Pomimo istnienia ogromnej, dobrze, bo za połowę z górą polskiego budżetu, wyekwipowanej, jawnie rozwijającej się armii, która nie zna żadnych traktatowych ograniczeń). Można się dowiedzieć o Legionie Młodych, o jedynej partii, która coś znaczy — BB149; o tym, że zjazdy strzeleckie odbywają się pod hasłami: Każdy Polak winien zdobyć w 1933 roku odznakę strzelecką; Polskę obronimy karabinami, a nie rezolucjami uchwalonymi na wiecach; Każdy obywatel żołnierzem, każdy żołnierz — obywatelem. (Druga część aforyzmu jest trochę niezrozumiała, bo jakże może wykazywać cnoty obywatelskie człowiek pozbawiony inicjatywy i swobody). Dowiemy się o konieczności zdobycia przez możliwie największą liczbę obywateli Państwowej Odznaki Sportowej; o tym, że ćwiczenia wojskowe mają być obowiązkowe na wyższych uczelniach, jak już obowiązują w szkołach średnich; o tym, że dziecko powinno być wychowane jako posłuszne narzędzie, a jego indywidualność ma się całkowicie poddać duchowi państwa. Przepraszam. Powtarzam się trochę, ale zwracam uwagę czytelnika, że tym razem mowa jest o Polsce czy też o przyszłej Europie.
Powracam jeszcze na chwilę do prasy endeckiej. Znajduję tam pewne analogie z duchem prasy sanacyjnej, obok — przyznajmy — zasadniczych rozbieżności. Wspólną więc cechą jest bezwzględność i tolerowanie brutalności, a elementami dopełniającymi obraz dzisiejszych Niemiec — demagogia i antysemityzm, uprawiany zresztą w Polsce przez osoby, które w Niemczech dawno padłyby ofiarą paragrafów aryjskich.
W trakcie czytania tych gazet można usłyszeć, jak przejeżdżający szwadron ułanów śpiewa ochoczo nieprawdopodobną, wprost sadystyczną piosenkę:
Jak to na wojence ładnie,
Kiedy z konia ułan spadnie,
Koledzy go nie żałują,
Jeszcze końmi go stratują.
Prawdą jest, że w Niemczech odbywają się obchody na cześć zabójców Rathenaua150, ale podobnej piosenki nie ma, jak też nie jest używana zdrobniała forma słowa „wojna”. Dotyczy to zresztą sześciu znanych mi języków europejskich. Nie twierdzę, że w Polsce kwitnie duch agresji, bo przeczyłbym swoim najgłębszym przekonaniom, ale od kraju, który podniósł i wykombinował hasło rozbrojenia moralnego, wolno i należy wymagać, aby frazesy na eksport słyszane były, choćby tylko jako frazesy, także i wewnątrz kraju. To chyba nie są przesadne wymagania.
Ale poza tym wszystkim, tak w prasie endeckiej, jak sanacyjnej, tak w Polsce, jak w Niemczech, we Włoszech i w Rosji, ta sama, jedyna myśl przewodnia o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa, i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl Życie termitów Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności działającej sprawnie i celowo. Wszystko dla podtrzymania rodzaju, nic dla pocieszenia i nagrodzenia jednostki. Straszna, doprawdy, wizja tego, co nas czeka. W ten obraz przyszłości instynkt świata stara się wmalować jakiś promień szczęścia. We Włoszech jest ciepło i słonecznie, więc termitom tamtejszym zupełnie źle być nie może. Kościoły, coraz bardziej wkraczające w życie jednostki, obiecują szczęście po śmierci. Rosja zapewnia szczęście naszym prawnukom, co mało pociesza ludzi pozbawionych instynktów dynastycznych.
Niemcy są najuczciwsze: nie obiecują one szczęścia, tylko ogromny szmat ziemi rządzony przez Niemców i ciągnący się od skolonizowanej Syberii po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego po Sycylię Barbarossy. To kolosalne państwo, oczyszczone z wszelkiego indywidualizmu, będzie grząskie od krwi swych synów i krwi wroga, ale odrębne od reszty świata i od reszty świata odosobnione.