5. Sąd
Śnieg prószył bez ustanku. Z północka przymarzło trochę. Gdy Trzaska wyjrzał rano z chałupy, cały świat, gdzie okiem rzucić, wszystkie role i łąki, drogi i ścieżki, drzewa, strzechy domów i płoty, wszystko pokryło się białym puchem. Górą płynęły ciężkie skłębione chmury, ale wschodni wiatr pędził je gdzieś w dalekie kraje, rozdzierał czasem jakiś bielszy obłok i na mgnienie oka migotało coś niebieskiego, za czym łączyły się znów chmury i znowu było szaro i smutno.
W izbie czynił się ruch. Zbroina uprosiwszy Wojciechową, by sobie wypoczęła i leżała jak najdłużej, krzątała się przy ognisku, gotując wszystkim śniadanie. Kamień jej spadł z serca, bo Jagnesia po wczorajszej kąpieli całą noc przespała spokojnie i obudziła się chłodna, z przytomnymi oczkami. Nawet jeść wołała, ale ją matka tylko napoiła mlekiem i utuliła na nowo. Dziecko, zmęczone wczorajszą gorączką, chrapało smacznie pod pierzyną.
Zbroja siedział na ławie zgięty wpół, z łokciami na kolanach, z twarzą w dłoniach. Pierwszy wybuch żałości niezmiernej przeminął, została tępa rozpacz i zawziętość wściekła, choć niema. Nikt nie śmiał budzić go z odrętwienia. Pocieszali się, że drzemie.
Już i dzieci powstawały ze słomianych pościółek. To jedno, to drugie przebiegało do sieni i przed dom napatrzyć się pierwszemu śniegowi. Czasem które zaśmiało się głośno, a on siedział bez ruchu jak skamieniały.
Zbroina zdobyła się na odwagę, przystąpiła do męża cichutko i dotknęła go ręką.
— Paweł. Napiłbyś się gorącego żuru, zaraz porzetelniejesz. Skrzepłeś na zimnie. Jak będziesz tak cięgiem siedział, to zamróz z ciebie nie wyjdzie ani na południe. No, wstań. Trza się opamiętać. Nie wstyd ci, ja, baba, a nie daję się biedzie. No, Paweł, dobrze ci radzę.
Westchnął ciężko i podniósł głowę.
— Czego chcesz ode mnie?
— Naści garnuś żuru i chleba skibkę. Mójeś ty, usłuchaj mnie!
Wypił chciwie duszkiem.
— Nie chcę chleba, niegłodnym.
Zbliżył się Wojciech.
— Na mój rozum, sąsiedzie, to by wam zaraz, dziś do Krakowa pojechać, prosto do króla. Zabierzemy się razem, a żem jest najbliższy wasz sąsiad i widziałem wszystko od pierwszego uderzenia siekiery do ostatniego, więc świadczył będę, jako wam się niewinnie stała krzywda, od pamięci świata nie słychana.
Zbroja podniósł się ociężale z ławy, położył ręce na ramionach Trzaski i patrzył mu w oczy długo, badawczo.
— A ja... a ja... o, rany Pana Boga, a ja was psami poszczuć chciałem! O, Jezu miłosierny, toćżeś mnie jeszcze za letko skarał!
— Cichajcie, sąsiedzie. Co inszego mamy na głowie, a nie stare dzieje wypominać. Za godzinkę pojedziemy, dobrze?
— Nie! Póty się z tego miejsca nie ruszę, póty kęsa chleba nie przełknę, póty żebrakiem przed wami stał będę, póki mi ze szczerego serca nie odpuścicie. Jakoż mi własnej krzywdy dochodzić, kiedy sam tyle lat nękałem was na każdym kroku?
— A, dajcie już spokój! Nie trapcie się byle czym. Jeszcze wczoraj, w tym straszliwym nawiedzeniu pańskim, wszelaką urazę rzuciłem precz. Pan Jezus mi świadkiem, że się cale a cale nie gniewam i w świętej zgodzie z wami żył będę do grobowej deski. Ino jedna rzecz musi ostać po staremu.
— Dlaczego musi i co takiego?
— Zawziąłem się srodze, że moja Basia nie dla waszego Staszka, ani wasz Staszek nie dla mojej Baśki. Amen!
— A ja właśnie... pokłonić się wam chciałem...
— Nie, nie. Już mi nie wspominajcie nawet. Święta zgoda między nami, tylko o tym ani słowa.
— Nie dziwuję się — rzekł smutno Zbroja. — Gdybym był na waszym miejscu, nie inaczej bym uczynił.
— Wiecie, co sobie rozważam — zagadnął Trzaska, zmieniając rozmowę — łaska boska, żeście mieli przy chałupie sad, a za sadem dopiero stodołę i stajnię. Tego przynajmniej nie kazała wam zburzyć ta ladacznica.
Dawna buta błysnęła w oczach Zbroi.
— A ja se takusieńki dom zbuduję, na tym samym miejscu, ino jeszcze o kilka piędzi85 wyższy.
— Dziękować Bogu, już mój Paweł pozdrowiał! — rzekła Zbroina, ruszając ramionami — już się go głupstwa chytają. A zbuduj, zbuduj, ona ci drugi raz rozwali, ino cię już wtedy nie do drzewa przywiąże, a na drzewie obwiesi. Zobaczysz.
— Oho, drugi raz nie będzie się ważyła! Król nie żartuje. Pamiętacie, Wojciechu, jak to nasz miłościwy pan skazał na wieżę86 starostę wojnickiego za to, że pobił do krwi karbowego87 i rękę mu złomał? Ponoś sześć niedziel88 za kratą siedział.
— Aha! A tenże Godzamba, podczaszy jakiś czy krajczy, co to rolę wdowie nieprawnie zagarnął? Nie ino wszystko musiał oddać, jeszcze caluśką morgę doczynić ze swego za karę.
— Ano, tedy zważcie, mądre ludzie, czy owa skarga na Rokiczanę tak wam pójdzie, jak po maśle, hę? Na jedną wagę padnie sprawiedliwość strasznie ciężka, na drugą wagę miłowanie. Teraz jeden Pan Jezus Przenajświętszy wie, co u króla zacięży bardziej. Ja bym ta jeszcze nie wyskakiwała z radości.
— Brednie bajesz, Orsula. Ino niespokój budzisz takim wątpieniem. Król nie ścierpi mojej krzywdy!
— A jeżeli cale przydarzenie jej usta pierwej opowiedzą, nie twoje? Wszak ci każda sprawa może być czarna jak smoła abo biała jak śnieg, ino ją umieć wykręcić wedle potrzeby. Zresztą, nie przeciwię się. Być może, iż król wynagrodzi cię sowicie i łaską udaruje, ale onej... co zawiniła, nie ukarze. Będzie se dalej panowała we dworcu i już jej głowa w tym, coby tobie, mnie i naszym dzieciom życie obmierzło. Spomnisz moje słowo.
Drzwi się otwarły i Staszek wpadł do izby. Podszedł ku ojcu i objął go z płaczem za nogi. Ale Zbroja, pokrzepiony na duchu pojednaniem z Trzaską, zagadał do niego spokojnym głosem:
— Żal ci, synu, pradziadkowej chałupy? Oj, i mnie się serce krwawi. Ale darmo. Co się stało, nie odstanie. Już nie ma naszego gniazda. Trza klecić nowe. Ino pierwej jadę po sprawiedliwość do króla. Dobrze, żeś przyszedł. Ma się wiedzieć, że już twoja noga tam nie postanie. Biegaj do szopy, wytocz wóz.
— Tatusiu, ady sanna rozścieliła się niczym kobierzec. Piękniuśko aż radość.
— Tym ci lepiej. Saniami pojedziemy. Słomy nie żałuj, siedzenie wymość szerokie. Jedziemy oba z Wojciechem, ty nas powieziesz.
Staszek patrzył zdumionym wzrokiem to na ojca, to na gospodarza. Nie mógł się połapać, czuł jednak, że jakaś otucha wstępuje mu w serce.
— Gdyby człowiek zaczął spominać to, co się nasłucha o sprawiedliwości królewskiej, to by do wieczora było co gadać.
— A ja wam jedno powiem — rzekła Zbroina, biorąc się pod boki — mądrzyście jak dwa Salomony, a i tak nie wiecie nic.
— To źle, kiej nic nie wiemy — odparł Zbroja ze śmiechem. — Zniosła kura dwa jajka naraz? Czy co ważniejszego jeszcze się stało?
— Słowa nie cofam. Nie wiecie nic. Starosta, podczaszy, podstoli, podsędek, niech ta będzie, kto se chciał, to jest co inszego, a niewiasta umiłowana, gładka, młodziuśka, przychlibna, to zasię co inszego. Nie ma żywej duszy w Łobzowie, ba, co gadam, w całym Krakowie nawet, co by nie wiedziała, że jej miłość Rokiczana tyle znaczy u króla, co źrenica oka.
— Bóg święty widzi, że nie łżecie — szepnął smutno Trzaska.
— No, idź, idź. Zaprzęgaj, a duchem!
— O, ludzie, ludzie! W tej turbacji wszyscyśmy potracili głowy! — zawołała Wojciechowa ze swego kąta.
— Cóż ci się dzieje? O co krzyczysz? — spyta) mąż, podbiegając do łóżka.
— Jeszcześ nie pomiarkował? Toli dziś niedziela, miałeś pożyczyć koni i jechać z dzieckiem do kościoła.
— Raju, do krzty zabaczyłem89! Lada chwila i kumoter90 nadejdzie, co teraz robić?
— Kumoter? Toście się już postarali o chrzestnego ojca? — spytał ciekawie Zbroja.
— Sam się naraił91.
— Prochal albo Magiera, prawda?
— Nie zgadujcie darmo, bo ani my sami nie wiemy, jak się ten człowiek zowie.
— Jakżeby to być mogło? Krotofile92 wyprawiacie?
— Ano, miarkujcie sami, czy krotofile. Akuratnie w ten dzień, co się dziewuszątko narodziło, zapukał ktoś do drzwi wieczorem. Wpuszczamy. Podróżny zmęczony, przemokły, zziębnięty chciał się zagrzać u naszego komina.
— Cóż za jeden?
— Ciemno było w izbie, nie mogłem dojrzeć tak dalece. Biedota jakaś ze sprawą do Krakowa.
— I takiegoście przyjęli? Zmiłujcie się! Oberwaniec, może ladaco jakie?
— Roztropnie gadał. Zaraz od pierwszego słowa widno było, że człek dorzeczny, niegłupi. Trochęśmy się nawet przemówili93, ale bez gniewu. Cóżem miał robić, skoro sam się wprosił. Musiałem przyjąć, jeszcze i podziękować.
— Kto go ta wie, czy się stawi w słowie taki obieżyświat... Lepiej byście to nasze świeże pojednanie kumoterstwem umocowali, co?
— Z duszy, serca bym rad, mój Pawle kochany, ale sami powiedzcie, nie godzi się wzgardzić gorszym dla lepszego. Muszę nań czekać cierpliwie do południa. Gdyby nie przyszedł, to z uradowaniem waszą ochotność przyjmuję. A jakby tam za jaki roczek Pan Jezus obdarował nas dziewiątym...
— Wojtek! Moja Pawłowa, przylepcie mu ta w kark, ino mocno! Słyszał kto coś podobnego! Jeszcze ósme nie ochrzczone, a onemu już dziewiąte w głowie!
— Nie źlij się, Margoś, bo cię zimno chyci. Ja nic nie mówię, ino powiadam, jakby... tam... kiedyś... co... na ten przykład, takiego... to choćby mi się sam pan stolnik Wierzynek w pas kłaniał, nie jego chcę mieć za kumotra, ino was. A tymczasem nie wiadomo, co robić, czy na skargę, czy do chrztu jechać.
— Co robić? I jedno, i drugie — rzekł Zbroja. — Dziewuszkę ochrzcimy, a potem na gród do miłościwego króla. Moja baba siądzie z dzieckiem na sanie, ino musicie omatulić94 chrobaczka95 dokumentnie, jeszcze i kożuchem się okryje po wierzchu. Kumoter wedle 96niej — coby się ino nie spóźnił — my oba naprzeciw, Staszek strzeli z bata i „szczęśliwa droga!” Pilno mi też, to pilno do onego Krakowa! Nijakie słowo tego nie wypowie, co ja za ogień mam w sercu. Wiecie co, Wojciechu, pójdę pomóc chłopakowi zaprzęgać.
— Ja z wami. No, bywaj zdrowa, Margoś. A o to dziewiąte nie turbuj97 się tak srodze. Rok długi, dwanaście miesięcy, to kawał czasu.
— Idż mi z oczu! Nienawidzę cię.
— I ja ciebie. Wiesz, damy onemu Kasper abo Majcherek, bo z pewnością będzie synek. A mój duch mi cosi gada, że na Trzy Króle przypadną chrzciny.
— Pawłowa, rozbijcie mu ta który garnczek na głowie, proszę was.
— Idę już, idę. A pośpieszcie się przewinąć czyściutko, bieluśko tego chrobaczka biednego. My tu zaraz nadjedziemy.
Wyszli na drogę i mieli iść w górę, poza sad Zbrojów, do stajni, gdy jakiś gwar głosów uderzył ich uszy. Z każdej chałupy, z bocznych ścieżek wybiegały dzieci, dziewczęta. Przez płoty przeskakiwali chłopcy. Nawet starsi gospodarze i gospodynie wychylali głowy poza wrota. Kilkoro młodzieży przeleciało pędem mimo98 Trzaski i Zbroi.
— No, Walek, oślepiło cię czy co, prosto na ludzi walisz?
— Wybaczcie, moiściewy, moiściewy, ja ino niechcący. Ady99 wszyscy przeciw królowi biegniemy.
— Co takiego?
— Ano Jędrek Wajda gnał na przełaj skroś łąk do domu, że to uwidział królewski orszak w tę stronę zmierzający.
— Król jedzie! — krzyknął Zbroja nieludzkim głosem.
— A jużci. Dwa tygodnie go nie było, trza się panu pokłonić.
— Trza się panu pokłonić — powtórzył Zbroja ponuro.
Zawrócił z miejsca i jak nieprzytomny biegł drogą ku Krakowowi.
Pośród gromadki śpieszącej naprzeciw miłościwego pana zrobiła się jakby ulica. Ludność wiejska rozstępowała się ze strachem, chłopi szeptali coś do siebie i kiwali smutnie głowami.
Kilkadziesiąt kroków dzieliło tę garstkę łobzowian od zbliżającego się orszaku jezdnych.
Król Kazimierz miał pod sobą silnej budowy karogniadego wierzchowca. Jechał stępa100 i z widocznym zadowoleniem rozglądał się po zaśnieżonych polach i sędzielizną101 pokrytych drzewach przydrożnych. Kołpak miał aksamitny, kunim futrem obkładany. Płaszcz bez rękawów zarzucony na ramiona, spięty srebrną klamrą, osłaniał go od zimna i spadał na boki i zad konia. Spod płaszcza łyskał czasem pas ze złotych płaskich ogniw pleciony, zapięty na ciemnym żupanie102. Nogawice sukienne i grube ciżmy103 skórzane dopełniały zimowego ubioru króla.
Kochan, ulubiony dworzanin, jechał obok na siwym koniu, zaś o kilka kroków z tyłu sześciu pokojowców i dwóch paziów miarkowali104 chód swych dziarskich mierzynów105, by się nie przybliżać zanadto do miłościwego pana.
Na wspaniałym i zazwyczaj poważnym obliczu króla malowała się dziś swobodna wesołość. Mądre oczy przybierały wyraz żartobliwy, gdy zwracając się do Kochana, coś mówił półgłosem i gładził ciemną brodę, sztucznie106 gorącym żelazem jakby w rurki trefioną107. Właśnie coś wielce zajmującego a śmiesznego wymówiły usta miłościwego pana, bo dworzanin aż się ręką po udzie uderzył i w głos się roześmiał, gdy zaczerniała droga od nadchodzących ludzi, przed którymi szedł Zbroja jak oszalały, z wyciągniętymi rękoma. Tak nagle nań spadła wiadomość o przyjeżdzie króla, tak bez przygotowania poczuł, że lada chwila skarga jego będzie przyjęta lub odrzucona, że niemal stracił przytomność.
Ogrom krzywdy jęczał mu w uszach tysiącem dzwonów, każda kropla krwi drgała żądzą pomsty.
Przypadł tuż pod nogi konia królewskiego i rzucił się z krzykiem na ziemię.
Kazimierz szarpnął uzdę, gniadosz wspiął się na zadnich nogach i uskoczył w bok, inaczej byłby niechybnie musiał stratować leżącego tuż pod kopytami chłopa.
— Co to jest? Co to ma znaczyć! — zawołał król gromko do nadciągającej rzeszy.
Mężczyźni spuścili głowy i milczeli. Kobiety zawodziły płaczliwie:
— O, Jezu, Jezu! O, Najświętsza Panienko!
— Spytaj, wasze, tych ludzi, czego chcą — rzekł król do Kochana, brwi marszcząc gniewnie.
Tak się dziś wesoło dzień zapowiadał, bez troski, prawdziwie niedzielny. Pogoda nawet robiła się od rana: chmury pouciekały, słońce jarzyło się na błękitnym niebie niczym owiośnie. A tu, jak na złość, obłąkany czy pijak na czele zuchwałej zgrai drogę panu zastępuje! Zuchwałej? Nie. Ci ludzie smutni są, przerażeni, nie śmią w oczy spojrzeć królowi, a płaczą. Zawinili ciężko i boją się przyznać?
Dworzanin podjechał ku gromadce gospodarzy i rozpytywał jednego po drugim. Załamywali ręce i wzrokiem wskazywali na Zbroję. Tymczasem i król pochylił się z konia, by dojrzeć twarz leżącego.
— Wójt łobzowski? Co ci się dzieje, człecze? Na miły Bóg, wstań i gadaj!
Zbroja dźwignął się na kolana, czepił się strzemienia królewskiego i ryknął jak zraniony niedźwiedź:
— Krzywda!
— Ciebie kto skrzywdził?
— Mnie!
— Co ci uczyniono?
— Dom, co pradziady zbudowały, gniazdo pięciu pokoleń...
— Podpalił kto? Z dymem puścił? — pytał król ze zgrozą, pochylając twarz ku mówiącemu.
— Zburzyli... na trzaski porąbali... ziemia na tym miejscu zaorana.
Król spojrzał po ludziach.
— Ten człowiek chory jest. Od rzeczy gada. Sam nie wie, co mówi. Czy tak?
— Prawdę mówi, najmiłościwszy królu! — zawołali wszyscy jednym głosem.
— Któż śmiał popełnić takie straszliwe okrucieństwo?
— Kto?! — zakrzyczał Zbroja, zrywając się z klęczek. — Kto to popełnił?! Jej miłość pani ze dwora!
— A!
Król rzucił się z koniem wstecz. Ziemista szarość pokryła jego oblicze, nadając mu nieruchomość kamienia.
Żadne usta nie ośmieliły się wymówić słowa. Zapatrzeni w srogą twarz pańską, ludzie bali się odetchnąć. Konie tylko, spragnione ruchu, żuły wędzidła i chrapały niecierpliwie.
Rokiczana, zamknięta w swej sypialnej izbie, kończyła się przystrajać na przyjęcie miłościwego pana. Król spędzał w Łobzowie wszystkie wolne od pracy godziny, prawie każde święto albo niedzielę. Sądy w Bieczu i Tarnowie zajęły mu blisko dwa tygodnie czasu, toteż piękna Czeszka spodziewała się na pewno przybycia jego dziś, przed południem.
Najzręczniejsza z dworskich dziewcząt, Bogna, pomagała pani przy ubieraniu. Gęste i długie włosy podzieliła na osiem pasm izaplotła w szeroki, płaski warkocz, dodając pomiędzy sploty ognistopąsową wstążkę, zakończoną misternym węzłem o czterech puklach108. Na głowie nie miała dziś Rokiczana codziennej czapeczki perłami szytej, tylko twarde okrągłe denko, obciągnięte gładziutko aksamitem i otoczone grubym wałeczkiem również aksamitnym, zdobnym w gwiazdki z drogich kamieni. Ponieważ taki ubiorek nie uleżałby żadną miarą na głowie, podtrzymywała go znowu wstążka, przyszyta do czapeczki z lewej, a zapięta szpilką diamentową z prawej strony twarzy. Rokiczana chciała dziś oczarować króla swą urodą, miała bowiem trochę obawy, czy nie zostanie ostro połajana za wczorajszy wybryk.
„Muszę być tak śliczna — myślała uśmiechając się do zwierciadła — by nie tylko głupiego chłopa, ale całego świata poza mną nie widział!”
— Bogna, próżniaku, niezdaro, jeszcześ szaty nie dobyła ze skrzyni?!
— Czyli wiem, jaką wdziać chcecie? — odparła dziewczyna, ruszając ramionami.
— Już bym do tego czasu psa i kota wyuczyła posługi, a ta stoi na środku izby jak pień! Masz!
I rozzłoszczona niewiasta uderzyła dziewczynę po głowie kantem ciężkiego stalowego grzebienia.
— Karmazynową dawaj! Wszak widzisz, w jakiej barwie wstęga we włosach i czółko na głowie! Prędzej, prędzej, nie na jutro mi potrza109, ino na dziś!
Stanik obcisły, dokoła szyi okrągło wycięty i zahaftowany, schodził aż do połowy bioder, gdzie była doń przyszyta lekko fałdzista spódnica. Połączenie tych dwóch części sukni zdobiła szeroka wstawka ze złotej lamy, iskrząca od szafirów i rubinów. Ciasne rękawy zakrywały rączki do pół dłoni, zwierzchnie zaś, o wiele szersze, a od łokcia rozprute, spadały do ziemi. Czerwone safianowe ciżemki dopełniały stroju.
Ktoś załomotał silnie drzwiami.
— Co takiego? Kto śmie!
— Otwierajcie, wasza miłość! — wołał drżącym głosem Ścibor, nie przestając stukać.
Odsunęła rygiel.
— Cóż za pilna sprawa? Nie możesz poczekać?
— Król przyjechał!
— No, to i co?
— Kazał omieść ze śniegu ławę pod jesionem na góreczce.
— Ławę? Po co?
— Zasiadł na niej i was kazał przywołać.
— Nie wyjdę. Zimno, śnieg, ciżemki mam cieniuchne, mogłabym nogi zamoczyć. Proś króla do izby. Powiedz, żem niezdrowa.
— Odziejcie się ciepło i wynijdźcie. Miłościwy pan zagniewany, niech się wasza miłość nie przeciwi.
Rokiczana zmarszczyła brwi, przygryzła wargi, stanęła w progu, wahając się. Po krótkim namyśle wybiegła z domu w samej sukni i mknęła lekko przez wymiecione podwórze za bramę.
— Otom jest! — wołała przechylając zalotnie głowę i śmiejąc się już z daleka do króla. — Cóż za nowy obyczaj ustanowiliście, miłościwy panie? Zali110 was przed wrotami ma witać wierna służebnica wasza?
Król siedział pod drzewem sztywno wyprostowany, z dłońmi na kolanach. Nie odwrócił głowy, patrzył prosto przed siebie, w jakąś dal bez granic.
Za drzewami służba trzymała konie u pysków, żeby stały spokojnie; poniżej, na drodze, garstka chłopów zdrętwiała w oczekiwaniu czegoś wielkiego, a u stóp królewskich skurczony, z głową ku ziemi, Zbroja.
Lodowaty strach przeleciał Rokiczanę od stóp do głów.
— Wołaliście mnie, panie? — rzekła siląc się na uśmiech. — Pójdziemy do komnat, zimno tu, a jam się nie przyodziała. Biegnę przodem, a wy mię gońcie, dobrze?
— Zbliż się, stań przede mną — przemówił król dziwnym, nie swoim głosem.
— Już stoję. A dalej co? — zbladłymi wargami śmiała się niewiasta.
— Coś uczyniła wczoraj?
— Com czyniła? I wczoraj, i przedwczoraj, i tydzień temu tęskniłam za wami, panie.
— Odpowiadaj na to, o co pytam.
— Nie rozumiem was. Kobierzec szyłam na podarunek dla mego pana.
— Uczyniłaś mi podarunek nad wszystkie dary. Pomstę bożą cisnęłaś na moją głowę.
— Ja? Przenigdy! O zdrowie wasze co dzień się mo...
— Milcz, bezecna! Nie przydawaj111 bluźnierstwa do pełnej miary swych niegodziwości. Co ci zawinił człek spokojny, uczciwy, żeś go zdeptała niczym robaka? Żeś zniweczyła najdroższą pamiątkę po praojcach? Żeś go rzuciła na mróz z żoną i dziatkami?
— A żebyście wiedzieli, panie, że mi wiele złego uczynił. Ufam łasce waszej, że go raczycie sprawiedliwie ukarać.
— Milcz!
— Nie będę milczała! Dobrym sercem przywołałam go do mego domu, starą poczerniałą chałupę kupić odeń chciałam za podwójną albo i potrójną cenę. Zuchwalec, nie tylko nie ustąpił, jeszcze obelgi miotał na mnie!
Z płaczem upadła na kolana, tuląc się do nóg królewskich.
— O, panie mój najmiłościwszy, ujmijcie się w swym własnym sercu za mną, sierotą! Nienawidzą mnie ludzie tutejsi, knują tajemnie wszyscy razem, coby mnie łaski waszej zbawili. A wiecie dlaczego? Bo ich w oczy kole, że nikt wam nie jest wierniejszy ode mnie, że was nad świat cały miłuję!
Kazimierz podniósł się z ławy i silną ręką rozplótł zaciśnięte około swych kolan palce Rokiczany.
— Nie próbuj mnie jednać kłamliwymi słowy — rzekł tonem już zupełnie zimnym i spokojnym. — Miłowałem cię za gładkość i urodziwość twoją. Miłowałem cię za słodkość oczu twoich, z których, zdało mi się, dobroć serca poglądała. Miłowałem cię za tkliwe piosenki, którymi smętek i znużenie koiłaś. Ta dobra, słodka, miłująca i umiłowana umarła wczoraj. Idż precz! Obmierzłaś112 mi tak, że wstydno mi patrzeć na cię. Zabierz, co twoje, zabierz wszystko, co masz w klejnotach i złocie, wszystko, czym cię łaska moja obsypała, i precz uciekaj, choćby na kraj świata, żebym cię już przenigdy w życiu nie oglądał.
— Aaa... To taka sprawiedliwość króla Kazimierza, na cały świat sławna! — zakrzyczała Rokiczana, nie hamując już swej złości. — Lada chłopu wolno błotem obrzucać niewinną niewiastę, a gdy się broni i karci go w słusznym gniewie, to ją pan miłościwy kopie nogą jak psa! Naprzykrzyła się Rokiczana? W porę się przygodził113 Zbroja ze swoją zbutwiałą chałupą!
Ale na darmo wrzeszczała i tupała nogami. Król zeszedł powoli z pagórka i przywołał Kochana.
— Tobie zlecam i przykazuję — rzekł — aby wola moja była do wieczora wypełniona. Podwód114 i koni dać, ile sama zażąda. Służba niech pomaga przy ładowaniu. Odwieźć uprzejmie do granicy czeskiej, nie śpiesząc zbytnio, coby się niewiasta nie utrudziła. Zasię i o tym pomnij, co najważniejsze, by nikt i nigdy nazwiska jej nie wymówił w mojej obecności.