Rozdział IX. Mistrz

McMurdo należał do ludzi, którzy potrafią szybko zwrócić na siebie uwagę. Przekonano się o tym wszędzie, gdzie się pojawił. W ciągu tygodnia stał się najważniejszą osobą u Shafterów. Mieszkało tam dziesięciu czy dwunastu gości, ale byli to uczciwi sztygarzy lub zwykli subiekci41 sklepowi, ludzie odmiennego kalibru niż młody Irlandczyk. Wieczorami, kiedy zbierali się razem, jego dowcipy były zawsze najlepsze, rozmowa z nim najciekawsza, jego śpiew najładniejszy. Był znakomitym towarzyszem zabaw i umiał budzić wesołość. A jednak od czasu do czasu zdradzał, jak w wagonie kolejowym, skłonność do nagłego, niepohamowanego gniewu, budzącego szacunek, a nawet strach w tych, którzy mu się narazili. Dla prawa i wszystkich, którzy mu służyli, okazywał pogardę, która cieszyła jednych, a niepokoiła innych z jego współlokatorów.

Od pierwszej chwili swoim nieskrywanym zachwytem okazał, że urocza córka pana domu zdobyła jego serce. Nie krył się ze swoją miłością. Na drugi dzień wyznał, że ją kocha, i odtąd powtarzał jej to stale, nie dbając zupełnie o to, co mogłaby mu odpowiedzieć, żeby go zniechęcić.

— Ktoś inny? — zawołałby — Tym gorzej dla niego! Niech się strzeże! Czy pozwoliłbym sprzątnąć sobie szczęście sprzed nosa? Może mi pani odmawiać, Ettie! Przyjdzie dzień, kiedy powie pani „tak”. Jestem młody, mogę czekać.

Był niebezpiecznym wielbicielem ze swymi eleganckimi, ujmującymi manierami i ostrym, irlandzkim dowcipem. Miał zresztą coś z człowieka doświadczonego, tajemniczego, co pociąga kobietę i w końcu każe jej kochać.

Opowiadał o słodkich dolinach hrabstwa Monaghan42, skąd pochodził, o uroczej, dalekiej wyspie, o niskich wzgórzach i zielonych łąkach, które wydawały się jeszcze piękniejsze, kiedy marzyło się o nich wśród śniegu i brudu. Potem opisywał życie w miastach na północy Stanów, w Detroit i w osadach drwali w Michigan, o Buffalo i w końcu o Chicago, gdzie pracował w tartaku. A potem wspomniał o dziwnych zdarzeniach, romantycznych przygodach, które przeżył w tym wielkim mieście, tak niezwykłych i tajemniczych, że nie można było o nich mówić. Wspominał o nagłym wyjeździe, o zerwaniu dawnych związków i ucieczce w obcy świat, która go sprowadziła do tej smutnej doliny, a Ettie słuchała z oczyma pełnymi współczucia i litości, tych dwóch uczuć, które tak szybko i tak łatwo mogą przekształcić się w miłość.

McMurdo znalazł chwilowe zajęcie jako księgowy, gdyż był człowiekiem wykształconym. Pracując przez cały dzień, nie miał dotąd czasu zgłosić się do mistrza loży Prześwietnego Zakonu Wolnych Ludzi. O tym zaniedbaniu przypomniała mu jednak pewnego wieczoru wizyta Mike’a Scanlana, jego towarzysza podróży koleją. Scanlan, niski, nerwowy, o wyrazistej twarzy i czarnych oczach, ucieszył się bardzo, że znów się z nim spotkał. Po jednym czy dwóch szklankach whisky wyłuszczył cel swoich odwiedzin.

— Słuchaj, McMurdo, przypomniałem sobie twój adres — rzekł — i dlatego zaglądnąłem do ciebie. Dziwię się, że dotąd nie przedstawiłeś się mistrzowi. Czemu jeszcze nie poszedłeś do Szefa?

— Znalazłem pracę. Jestem bardzo zajęty.

— Musisz znaleźć czas. Wielki Boże, popełniłeś straszne głupstwo, nie zgłosiwszy się do Domu Związkowego zaraz pierwszego dnia po przybyciu.

McMurdo zdziwił się nieco.

— Jestem członkiem loży od ponad dwóch lat, ale nigdy nie słyszałem, żeby to była taka pilna sprawa.

— Może w Chicago...

— Przecież to to samo stowarzyszenie.

— Doprawdy?

Scanlan przyjrzał mu się długo i uważnie. W jego oczach było coś złowrogiego.

— Więc nie?

— Powiesz mi o tym za miesiąc. Słyszałem, że miałeś małe starcie z policjantami po tym, jak wysiadłem z pociągu.

— Skąd wiesz?

— Och, słyszałem... nowiny rozchodzą się tu prędko, na dobre i na złe.

— Tak jest. Powiedziałem tym psom, co o nich myślę.

— Na Boga, sądzę, że przypadniesz do serca McGinty’emu.

— Czyżby nie lubił policjantów?

Scanlan wybuchnął śmiechem.

— Idź i zobacz się z nim, mój chłopcze — powiedział, żegnając się. — Inaczej całą swoją nienawiść do policji przeleje na ciebie. Dlatego usłuchaj przyjacielskiej rady i idź zaraz.

Tak się złożyło, że tego samego wieczoru McMurdo miał jeszcze jedną, ważniejszą sprawę, która skłoniła go, by poszedł za radą. Być może zaloty do Ettie stały się bardziej widoczne, a może gospodarz dopiero teraz zdał sobie z nich sprawę, dość że wezwał młodzieńca do swojego prywatnego pokoju i od razu przystąpił do rzeczy.

— Zdaje się, mój panie — rzekł — że Ettie wpadła panu w oko. Czy to prawda?

— Tak, to prawda — odpowiedział młody człowiek.

— Otóż chciałem panu powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Stara się o nią ktoś inny.

— Mówiła mi o tym.

— Mówiła panu prawdę. Ale czy wspominała, kto to taki?

— Nie. Pytałem, ale nie chciała mi powiedzieć.

— Nie śmiała powiedzieć. Może nie chciała pana przestraszyć.

— Przestraszyć? — McMurdo zaperzył się w jednej chwili.

— A tak, mój przyjacielu! Nie ma się co wstydzić tego strachu! To Teddy Baldwin.

— I któż to jest, u diabła?

— Jeden z szefów Grasantów.

— Słyszałem już o nich. Wspomina się o Grasantach to tu, to tam, a zawsze szeptem. Czego się ich wszyscy tak boicie? Kim są ci Grasanci?

Właściciel pensjonatu instynktownie zniżył głos, jak każdy, kto mówił o straszliwym stowarzyszeniu.

— Grasanci — rzekł — to Prześwietny Zakon Wolnych Ludzi.

Młody człowiek drgnął.

— Jak to?! Przecież sam należę do tego zakonu.

— Pan? Nie użyczyłbym panu gościny, gdybym wiedział... nawet za sto dolarów tygodniowo.

— Ale co jest złego z Zakonem? Ma na celu miłosierdzie i wzajemną pomoc. Tak głosi reguła.

— Może gdzie indziej. Nie tutaj!

— A tutaj?

— To związek morderców, nic więcej.

McMurdo uśmiechnął się z powątpiewaniem.

— Jakie pan ma dowody? — zapytał.

— Dowody? Czy pięćdziesiąt morderstw to mało? Śmierć Milmana i van Shorsta, i rodziny Nicholsonów, i starego pana Hyama, i małego Billy’ego Jamesa i innych. Oto dowody! Wie o tym każdy mężczyzna i każda kobieta w tej dolinie.

— Niech pan posłucha! — powiedział poważnie McMurdo. — Albo pan cofnie te słowa, albo się pan wytłumaczy. Zrobi pan to, zanim wyjdę z pokoju. Proszę się postawić na moim miejscu. Jestem obcy w tym mieście. Należę do stowarzyszenia, o którego niewinności jestem przekonany. Jest ono znane w całych Stanach jako organizacja zupełnie niewinna. W chwili, kiedy zamierzam dołączyć do niej tutaj, mówi mi pan, że to banda morderców zwanych Grasantami! Myślę, że powinien mnie pan przeprosić albo się wytłumaczyć, panie Shafter.

— Mogę powiedzieć to tylko, co wszyscy wiedzą, proszę pana. Szefowie jednej organizacji są szefami drugiej. Jeśli obrazi się jednego, drugi uderza. Przekonaliśmy się o tym często.

— To plotki! Żądam dowodów! — rzekł McMurdo.

— Jeśli pan tu zostanie, dowodów znajdzie się dosyć. Ale zapomniałem, że pan należy do nich. Będzie pan wkrótce taki sam jak inni. Proszę poszukać sobie innego mieszkania. Nie chcę pana mieć w swoim domu. Nie dość, że jeden z tych ludzi zaleca się do mojej Ettie, a ja nie śmiem wyrzucić go za drzwi, teraz jeszcze drugi wprowadza się pod mój dach. Tak jest, nie życzę sobie, żeby pan tu jutro nocował.

McMurdo nie tylko został skazany na wygnanie z wygodnego mieszkania, ale i odsunięty od ukochanej dziewczyny. Spotkał się z nią w jadalni tego samego wieczoru i zwierzył się ze swoich kłopotów.

— Pani ojciec wypowiedział mi mieszkanie — rzekł. — Mniejsza o pokój, ale doprawdy, Ettie, chociaż znam panią dopiero od tygodnia, nie mogę żyć bez pani.

— Cicho, cicho! Niech pan tak nie mówi! — odparła. — Czyż nie powiedziałam, że zjawił się pan za późno? Jest już ktoś inny i chociaż nie przyrzekłam mu małżeństwa natychmiast, nie mogę go obiecywać innemu.

— A gdybym był pierwszy, czy miałbym nadzieję?

Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach.

— Och, gdyby pan był pierwszy! — wyjąkała przez łzy.

McMurdo padł przed nią na kolana.

— Na miłość Boską, niech tak będzie! — zawołał. — Czy chcesz złamać życie sobie i mnie z takiego powodu? Posłuchaj głosu serca, najdroższa! To najlepszy doradca.

Ujął białe rączki Ettie w swoje silne, ogorzałe dłonie.

— Powiedz, że będziesz moja, a damy sobie radę.

— Nie tutaj?

— Tak, tutaj.

— Nie, nie, Jack! — Wtuliła się w jego ramiona. — Tutaj to niemożliwe. Nie możesz mnie stąd zabrać?

Przez chwilę widać było, że McMurdo walczy ze sobą, ale za moment jego twarz stężała jak wykuta w granicie.

— Nie, tutaj — rzekł. — Obronię cię przed całym światem, Ettie.

— Dlaczego nie możemy wyjechać razem?

— Nie, Ettie, nie mogę stąd wyjechać.

— Ale dlaczego?

— Spaliłbym się ze wstydu, gdybym się dał stąd wypędzić. Zresztą, czego mam się bać? Czy nie jesteśmy wolnymi obywatelami w wolnym kraju? Jeśli ty mnie kochasz, a ja ciebie, kto odważy się stanąć między nami?

— Nie wiesz, Jack. Jesteś tu od niedawna. Nie znasz Baldwina. Nie znasz McGinty’ego i jego Grasantów.

— Tak, nie znam ich, nie boję się ich i nie wierzę w to, co o nich mówią! — odparł McMurdo. — Żyłem wśród grubiańskich ludzi, najukochańsza, ale się nich nie bałem i zawsze koniec końców to oni bali się mnie. To szaleństwo, Ettie. Jeśli ci ludzie, jak twierdzi twój ojciec, popełnili w tej dolinie tyle zbrodni i jeśli wszyscy ich znają, to czemu żaden z nich nie stanął przed sądem? Powiedz mi, Ettie.

— Ponieważ nikt nie śmie zeznawać przeciwko nim. Nie przeżyłby wówczas nawet miesiąca. Mają zresztą swoich ludzi, którzy przysięgną, że oskarżony był z dala od miejsca zbrodni. Musiałeś chyba o tym czytać, Jack! Sądziłam, że o tych wypadkach pisały wszystkie gazety w Stanach.

— Prawda, trochę o tym czytałem, ale uważałem, że to takie sobie historyjki. A może ci ludzie mają jakieś powody, żeby tak robić. Może są krzywdzeni i nie umieją sobie inaczej poradzić?

— Och, Jack, nie mów w ten sposób! On też tak mówi... ten drugi!

— Baldwin. A więc on tak mówi?

— I dlatego się nim brzydzę. Och, Jack, teraz mogę ci powiedzieć prawdę. Nienawidzę go z całego serca, ale i boję się go. Boję się go ze względu na siebie, ale przede wszystkim ze względu na ojca. Czuję, że gdybym powiedziała, co o nim naprawdę myślę, sprowadziłabym na nas wielkie nieszczęście. Dlatego łudziłam go półobietnicami. To była nasza jedyna nadzieja. Ale gdybyś zgodził się ze mną uciec, Jack, zabralibyśmy ojca i żyli razem daleko stąd, gdzie nie sięga władza tych przeklętych ludzi.

Znowu na twarzy McMurdo odmalowała się walka i znowu jego twarz skamieniała.

— Nic złego ci się nie stanie, Ettie, ani twojemu ojcu. A co do tych przeklętych ludzi... kto wie, czy za jakiś czas nie przekonasz się, że jestem równie zły co najgorszy z nich.

— Nie, nie, Jack. Zawsze będę w ciebie wierzyła.

McMurdo zaśmiał się gorzko.

— Mój Boże, jak mało o mnie wiesz! Twoja niewinna dusza, najdroższa, nie zdaje sobie nawet sprawy, co dzieje się w mojej. Ale kto to zawitał?

Drzwi otwarły się nagle i wszedł młody człowiek z miną, która wskazywała, że czuje się tu jak u siebie w domu. Był przystojny, rzutki, mniej więcej w tym samym wieku i o tej samej budowie co McMurdo. Spod czarnego filcowego kapelusza z szerokim rondem, którego nie raczył zdjąć, wyzierała przystojna twarz o groźnych, władczych oczach i zakrzywionym orlim nosie. Spojrzał ze złością na siedzącą przy kominku parę.

Ettie zerwała się na nogi, zmieszana i zaniepokojona.

— Cieszę się, że pana widzę, panie Baldwin — rzekła. — Przychodzi pan wcześniej, niż sądziłam. Proszę spocząć.

Baldwin stał z rękami na biodrach i wpatrywał się w McMurdo.

— Kto to taki? — zapytał krótko.

— To mój znajomy, panie Baldwin, nasz nowy lokator. Panie McMurdo, pozwoli pan, że mu przedstawię pana Baldwina.

Obaj młodzi ludzie skłonili się sobie niechętnie.

— Zapewne panna Ettie wspomniała panu, co nas łączy? — rzekł Baldwin.

— Nie sądzę, żeby pana z nią coś łączyło.

— Doprawdy? To zaraz się pan dowie. Mówię panu, że ta młoda dama jest moja, dlatego radzę, żeby pan skorzystał z pięknego wieczoru i udał się na spacer.

— Dziękuję, nie mam ochoty.

— Nie ma pan ochoty? — Dzikie oczy mężczyzny zabłysły gniewnie. — A może ma pan ochotę się bić, panie lokatorze?

— Owszem — zawołał McMurdo, zrywając się na nogi. — Z prawdziwą przyjemnością.

— Na miłość boską, Jack! Och, na miłość Boską! — zawołała biedna, zrozpaczona Ettie. — Och, Jack! Jack, on ci zrobi coś złego!

— Och, więc to już „Jack”? — rzekł Baldwin z przekleństwem. — Jużeście się porozumieli?...

— Och, Ted, zastanów się... nie rób głupstw! Zrób to dla mnie, Ted, jeśli mnie kiedykolwiek kochałeś, bądź wspaniałomyślny i miej litość!

— Sądzę, Ettie, że najlepiej zrobisz, jeśli zostawisz nas samych — spokojnie rzekł McMurdo. — A może, panie Baldwin, ma pan ochotę wybrać się ze mną za miasto? Wieczór jest ładny, a za rogiem jest otwarty plac.

— Poradzę sobie z tobą, nie brudząc rąk — odparł jego przeciwnik. — Zanim z tobą skończę, pożałujesz, że twoja noga stanęła w tym domu!

— Najlepiej teraz! — zawołał McMurdo.

— Sam wybiorę czas. Znajdę odpowiednią chwilę. Spójrz tutaj! — Odwinął rękaw i odsłonił na przedramieniu tajemniczy znak, który wyglądał jak wypalony żelazem. Był to trójkąt w kole. — Wiesz, co to znaczy?

— Nie wiem i nie obchodzi mnie to!

— A zatem się dowiesz. To ci obiecuję. Nie będziesz długo czekał. Może panna Ettie coś ci o tym opowie. Co do ciebie, Ettie, przyjdziesz do mnie na kolanach. Słyszysz, dziewczyno? Na kolanach. I wtedy powiem ci, jak cię ukarzę. Nawarzyłaś piwa... i na Boga, wypijesz je!

Obrzucił ich wzrokiem pełnym wściekłości. Potem odwrócił się i za chwilę drzwi z trzaskiem zamknęły się za nim.

McMurdo i dziewczyna stali czas pewien w milczeniu. Potem zarzuciła mu ramiona na szyję.

— Och, Jack, jaki jesteś dzielny! Ale to na nic... Musisz uciekać. Jeszcze tej nocy, Jack... tej nocy! To jedyny twój ratunek. On cię zabije. Wyczytałam to w jego straszliwym spojrzeniu. Co poradzisz w walce z wieloma, kiedy mają za sobą McGinty’ego i całą potęgę loży?...

McMurdo uwolnił się z jej uścisku, ucałował ją i delikatnie posadził na krześle.

— Cicho, najdroższa, cicho! Nie martw się i nie bój się o mnie. Sam jestem jednym z Wolnych Ludzi. Właśnie powiedziałem o tym twojemu ojcu. Może nie jestem lepszy niż inni, dlatego nie rób ze mnie świętego. A może mnie już nienawidzisz, skoro ci to powiedziałem.

— Nienawidzić cię, Jack? Nigdy w życiu. Słyszałam, że gdzie indziej bycie Wolnym Człowiekiem to nic złego, że tylko tutaj jest inaczej, dlaczego więc miałabym o tobie źle sądzić? Jeśli jednak jesteś jednym z nich, Jack, dlaczego nie pójdziesz i nie zyskasz przychylności McGinty’ego? Och, śpiesz się, Jack, śpiesz się! Musisz się z nim rozmówić, inaczej te psy rzucą się na ciebie.

— I ja tak myślę — rzekł McMurdo. — Pójdę tam teraz i załatwię całą sprawę. Powiedz swojemu ojcu, że dzisiaj jeszcze tu przenocuję, a rano znajdę sobie inną kwaterę.

Bar McGinty’ego był jak zwykle zatłoczony, gdyż tu najchętniej zbierały się najgorsze szumowiny miasta. Właściciel był człowiekiem popularnym ze względu na swoje szorstkie, jowialne usposobienie, które stanowiło maskę, skrywającą wiele rzeczy. Pominąwszy jednak tę popularność, lęk, jaki budził w całym mieście i w długiej na trzydzieści mil dolinie, a nawet za górami, wystarczał, żeby zapełnić lokal, gdyż nikt nie ośmielał się lekceważyć jego gościny.

Poza tą tajną władzą, z której, jak powszechnie sądzono, korzystał w bezwzględny sposób, zajmował także wysokie stanowiska publiczne. Był radcą miejskim i pełnomocnikiem do spraw komunikacji, wybranym głosami bandytów, którym odwdzięczał się z kolei w rozmaity sposób. Podatki i opłaty były olbrzymie, o sprawy publiczne nikt nie dbał, przekupieni urzędnicy sprzeniewierzali dochody, a uczciwy obywatel musiał opłacać złodziei publicznego dobra i trzymać język za zębami z obawy, by nie spotkało go coś gorszego. I tak z roku na rok brylantowe szpilki od krawata McGinty’ego coraz bardziej rzucały się w oczy, jego złoty łańcuch stawał się coraz cięższy na coraz obszerniejszej kamizelce, a jego knajpa coraz bardziej się rozrastała się, aż w końcu niemal pochłonęła całą stronę rynku.

McMurdo pchnął wahadłowe drzwi baru. Torował sobie drogę przez tłum w sali wypełnionej dymem tytoniowym i wyziewami alkoholu. Lokal był jasno oświetlony, a wielkie, ciężkie, pozłacane lustra na wszystkich ścianach odbijały i uwydatniały wspaniałość iluminacji. Barmani z podwiniętymi rękawami krzątali się, przyrządzając napitki dla gości, którzy tłoczyli się do szerokiej, okutej grubą blachą lady. Na jej końcu, wsparty o nią całym ciałem, z cygarem w kącie ust, stał rosły, silny, dobrze zbudowany mężczyzna, który mógł być tylko sławnym McGintym. Był to czarnogrzywy olbrzym, z brodą zachodzącą aż za policzki i kruczą czupryną, która spadała mu na kołnierz. Cerę miał smagłą jak Włoch, a jego oczy miały dziwny, martwy, czarny kolor, co w związku z lekkim zezem nadawało im złowrogi wyraz. Poza tym wszystko w tym człowieku — jego szlachetna postać, regularne rysy i otwartość — zgadzało się z jowialnymi manierami, które przybrał. Oto, powiedziałbyś, człowiek prosty, uczciwy, który ma prawe serce, chociaż czasem mogą mu się wymknąć szorstkie słowa. Dopiero kiedy martwe, czarne oczy, głębokie i bezlitosne, spoczęły na rozmówcy, pojmował on, że stoi twarzą w twarz z ucieleśnieniem zła, wspartym siłą, odwagą i chytrością, które czyniły je tysiąckroć straszliwszym.

Przypatrzywszy się mu dokładnie, McMurdo utorował sobie do niego drogę łokciami z wrodzoną sobie bezwzględną śmiałością i przecisnął się przez grupkę pochlebców, którzy otaczali wszechpotężnego Szefa i rechotali na całe gardło z jego najdrobniejszych żartów. Bystre, szare oczy młodego nieznajomego spoglądały nieustraszenie przez okulary w matowe, czarne oczy, które groźnie zwróciły się ku niemu.

— Nie przypominam sobie pana, młodzieńcze.

— Jestem tu obcy, panie McGinty.

— Ale powinien pan przynajmniej wiedzieć, jaki noszę tytuł.

— To radca McGinty, młody człowieku — odezwał się ktoś z grupki.

— Przepraszam, panie radco. Nie znam tutejszych stosunków. Ale poradzono mi, żebym się z panem zobaczył.

— To już mnie pan widzi. Taki właśnie jestem. I cóż pan o mnie myśli?

— Trudno powiedzieć od razu. Jeśli pańskie serce nie ustępuje pańskiemu ciału, a dusza jest równie piękna jak rysy twarzy, to nic więcej nie potrzeba — odparł McMurdo.

— Na Boga, masz pan irlandzki dowcip! — zawołał właściciel baru, nie wiedząc, czy żartować z tak śmiałym gościem, czy też zachować powagę stosowną do swojej godności. — A zatem, łaskawco, podoba ci się mój wygląd?

— Jasne — odparł McMurdo.

— I powiedziano ci, żebyś się ze mną zobaczył?

— Tak właśnie.

— A kto ci powiedział?

— Brat Scanlan z loży 341, Dolina Vermissy. Piję za pańskie zdrowie, panie radco, i za naszą bliższą znajomość! — Podniósł do ust szklankę, którą mu podano, i dał znak małym palcem, kiedy ją wychylał.

McGinty, który obserwował go uważnie, uniósł swoje gęste, czarne brwi.

— Ach, więc to tak? — rzekł. — Cóż, muszę przyjrzeć się temu bliżej, panie...

— McMurdo.

— Trochę bliżej, panie McMurdo, bo w tych stronach nie ufamy ludziom tak łatwo ani nie wierzymy we wszystko, co mówią. Chodźmy tu na chwilę, za bar!

Był tam mały pokoik z rzędami beczek. McGinty zamknął ostrożnie drzwi, po czym usiadł na jednej z nich, gryząc cygaro i przyglądając się młodzieńcowi swoimi niepokojącymi oczyma. Przez kilka minut siedział w zupełnym milczeniu.

McMurdo zniósł te oględziny z humorem, trzymając jedną rękę w kieszeni, drugą podkręcając brązowego wąsa. Nagle McGinty pochylił się i wyciągnął groźnie wyglądający rewolwer.

— Przypatrz się tu, żartownisiu — rzekł. — Gdybym przypuszczał, że szykujesz nam jakiś kawał, nie robiłbym z tobą ceremonii.

— Dziwne przywitanie — odpowiedział McMurdo z godnością — jak na mistrza loży w stosunku do nieznanego brata.

— Owszem, ale tego właśnie masz dowieść, że jesteś bratem — rzekł McGinty — i niech Bóg cię ma w opiece, jeśli nie zdołasz. Gdzie cię wtajemniczano?

— W loży 29, w Chicago.

— Kiedy?

— 24 czerwca 1872 roku.

— Kto jest tam mistrzem?

— James H. Scott.

— Kto zarządza okręgiem?

— Bartholomew Wilson.

— Hm, odpowiadasz dość pewnie. Co tu robisz?

— Pracuję, jak i pan, ale w gorszej robocie.

— Widzę, że nie zastanawiasz się dwa razy nad odpowiedzią.

— Tak, zawsze byłem prędki w mowie.

— A w działaniu?

— Cieszyłem się pewną sławą w gronie znajomych.

— Dobrze, przekonamy się o tym wcześniej, niż przypuszczasz. Słyszałeś już coś o loży w tych stronach?

— Słyszałem, że bratem może być tylko prawdziwy mężczyzna.

— To prawda, panie McMurdo. Dlaczego opuściłeś Chicago?

— Niech mnie powieszą, jeśli powiem.

McGinty otworzył oczy. Nie był przyzwyczajony, by odpowiadano mu w podobny sposób, i to go rozbawiło.

— Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?

— Bo żaden brat nie powinien okłamywać brata.

— A zatem prawda jest aż tak zła?

— Może pan myśleć, co się panu podoba.

— Słuchaj no, nie możesz oczekiwać, że ja, mistrz, przyjmę do loży kogoś, czyjej przeszłości nie znam.

McMurdo zmieszał się. Potem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni pomięty wycinek z gazety.

— Nie wyda mnie pan? — zapytał.

— Dostaniesz w gębę, jeśli jeszcze raz odezwiesz się do mnie w podobny sposób! — zawołał McGinty z gniewem.

— Ma pan słuszność, panie radco — powiedział potulnym tonem McMurdo. — Proszę o wybaczenie. Nie zastanowiłem się nad swoimi słowami. Wiem, że mogę panu zaufać. Proszę spojrzeć na ten wycinek.

McGinty przebiegł wzrokiem wzmiankę o zastrzeleniu w pierwszym tygodniu stycznia 1874 roku niejakiego Jonasa Pinto, w barze przy Market Street w Chicago.

— Tyś to zrobił? — zapytał, oddając mu wycinek.

McMurdo skinął potakująco.

— Czemu go zastrzeliłeś?

— Pomagałem Wujowi Samowi43 robić dolary. Być może moje nie były tak dobre jak jego, ale wyglądały równie dobrze i były tańsze. Ten człowiek, Pinto, pomagał mi puścić je w obieg... Potem groził, że mnie wyda. Może mnie wydał. Nie czekałem na to. Zabiłem go i dałem nura do tego górniczego okręgu...

— Dlaczego tutaj?

— Bo wyczytałem w gazetach, że tu nie zwracają uwagi na podobne drobiazgi.

McGinty roześmiał się.

— Byłeś najpierw fałszerzem, potem mordercą, a teraz przyjechałeś w te strony, myśląc, że powitamy cię tu z otwartymi rękami?

— Otóż to — odpowiedział McMurdo.

— Mam wrażenie, że daleko zajdziesz. Powiedz, czy potrafisz jeszcze robić te dolary?

McMurdo wyjął kilka monet z kieszeni.

— Te nigdy nie widziały mennicy w Waszyngtonie — rzekł.

— Nie mów! — McGinty trzymał je do światła na swej ogromnej, owłosionej jak u goryla ręce. — Nie widzę różnicy. No, będziesz, jak sądzę, bardzo użytecznym bratem. Przyda nam się paru takich ludzi. W dzisiejszych czasach musimy dbać przede wszystkim o siebie. Wkrótce zostalibyśmy zepchnięci pod ścianę, gdybyśmy nie odpychali tych, którzy nas popychają.

— Cóż, myślę, że sprawię się w tym równie dobrze co reszta braci.

— Masz, zdaje się, mocne nerwy. Nawet nie drgnąłeś, kiedy do ciebie wymierzyłem.

— Bo to nie mnie coś groziło.

— Więc komu?

— Panu, panie radco. — McMurdo wyciągnął z bocznej kieszeni kurtki rewolwer z odwiedzionym kurkiem. — Przez cały czas mierzyłem do pana. Sądzę, że mój strzał padłby równocześnie z pańskim.

McGinty poczerwieniał z gniewu, a potem wybuchnął śmiechem.

— No! — rzekł. — Sądzę, że loża będzie z ciebie dumna... Czego chcesz, u diabła! Czy nie mogę z nikim pomówić sam na sam przez pięć minut, żeby mi ktoś nie przeszkadzał?

Barman stał speszony.

— Przepraszam, panie radco, ale to pan Ted Baldwin. Mówi, że musi się z panem zaraz widzieć.

Niepotrzebnie się tłumaczył, gdyż sponad jego ramienia wyjrzała już wzburzona, okrutna twarz samego Baldwina. Odepchnął barmana i zamknął za nim drzwi.

— A więc — rzekł, obrzucając McMurdo spojrzeniem pełnym wściekłości — przybiegłeś tu pierwszy, tak? Panie radco, chcę panu coś powiedzieć o tym człowieku.

— To mów pan zaraz, tu, przy mnie! — zawołał McMurdo.

— Powiem, kiedy mi się będzie podobało i gdzie zechcę.

— Spokojnie, spokojnie! — upomniał McGinty, wstając z beczki. — Tak nie można. To nasz nowy brat i nie możemy go witać w taki sposób. Uściśnij mu rękę, człowieku, i pogódź się z nim!

— Nigdy! — zawołał rozwścieczony Baldwin.

— Proponowałem, żebyśmy się bili, jeśli uważa się za pokrzywdzonego — rzekł McMurdo. — Jestem gotów z nim walczyć na pięści lub, jeśli woli, w każdy inny sposób, jaki wybierze. A teraz proszę nas rozsądzić, panie radco, jako mistrz loży.

— O co chodzi?

— O młodą damę. Ma prawo wybrać, kogo chce.

— Doprawdy? — zawołał Baldwin.

— Ma w każdym razie prawo wybierać między dwoma braćmi z loży — oznajmił McGinty.

— Och, taka jest pańska decyzja?

— Tak, taka jest moja decyzja — odparł McGinty, patrząc na niego ze złością. — Zamierzasz ją kwestionować?

— Więc chce pan odepchnąć człowieka, który stał przy panu przez te pięć lat, dla kogoś, kogo pan nigdy wcześniej na oczy nie widział? Nie jest pan mistrzem na całe życie i na Boga, przy następnych wyborach...

McGinty skoczył na niego jak tygrys. Chwycił go jedną ręką za gardło i rzucił na beczkę. We wściekłym gniewie wycisnąłby z niego życie, gdyby McMurdo się nie wtrącił.

— Niech się pan opanuje, panie radco! Niech się pan uspokoi, na miłość boską! — wołał, odciągając go.

McGinty wypuścił z rąk Baldwina, a ten, wzburzony i wystraszony, chwytając w płuca powietrze i drżąc na całym ciele jak człowiek, który zaglądnął śmierci w oczy, siadł na beczce.

— Dawno się o to prosiłeś, Ted. I teraz masz za swoje — zawołał McGinty, dysząc ciężko. — Może ci się zdaje, że gdybym w wyborach stracił urząd mistrza, to zajmiesz moje miejsce? To loża rozstrzygnie. Ale dopóki ja przewodzę loży, nie zniosę, aby ktoś występował przeciw mnie i moim decyzjom.

— Nie mam nic przeciw panu — wyjąkał Baldwin, dotykając gardła.

— A więc wszystko w porządku — zawołał McGinty dawnym jowialnym tonem. — Jesteśmy wszyscy dobrymi przyjaciółmi i na tym koniec.

Zdjął z półki butelkę szampana i odkorkował.

— Słuchajcie — ciągnął dalej, napełniwszy trzy szklanki — wypijmy toast zgody przepisany przez lożę. Po tym toaście, jak wiecie, powinny zniknąć wszelkie wzajemne urazy. Dalej, Ted, połóż lewą rękę na mojej szyi i mów, jaka krzywda cię spotkała!

— Czarne chmury nawisły — odpowiedział Baldwin.

— Ale rozproszą się na zawsze.

— Na to przysięgam.

Wypili szampana, po czym tę samą ceremonię powtórzyli między sobą McMurdo i Baldwin.

— Koniec sporu — zawołał McGinty, zacierając ręce. — Inaczej loża się wami zajmie, a ma ciężką rękę w tych stronach, jak o tym dobrze wie brat Baldwin i o czym ty, bracie McMurdo, prędko się przekonasz, gdybyś się jej naraził.

— Nie mam najmniejszej ochoty — rzekł McMurdo. Wyciągnął rękę do Baldwina. — Jestem skory do kłótni, ale i do zgody. To wina mojej irlandzkiej krwi, jak mówią. Ale to już minęło i nie żywię urazy.

Baldwin musiał uścisnąć wyciągniętą dłoń, gdyż czuł na sobie groźny wzrok straszliwego Szefa. Ale jego ponura twarz świadczyła, że słowa przeciwnika nie odniosły skutku.

McGinty poklepał ich po plecach.

— Och! Te dziewczyny, te dziewczyny! — zawołał. — I pomyśleć, że dwóch moich chłopców musiało się zakochać w tej samej spódniczce. To ci pech! Cóż, dziewczyna musi sama zdecydować, bo takie sprawy nie podpadają pod osąd mistrza. I dzięki Bogu! Mam już i tak dosyć kłopotów bez kobiet. Zostaniesz wprowadzony do loży 341, bracie McMurdo. Mamy własne sposoby i metody, inne niż w Chicago. W sobotę w nocy mamy zebranie, na którym na wieczne czasy wyzwolimy cię w Dolinie Vermissy.