Rozdział VI. Zaczyna świtać
Trzej detektywi mieli sobie dużo do powiedzenia, wróciłem zatem sam do naszej skromnej kwatery w gospodzie. Przedtem jednak wybrałem się na spacer do starego, ciekawego parku, który ciągnął się aż do dworu. Szeregi bardzo starych drzew w dziwnych kształtach otaczały go dokoła. Wewnątrz był piękny szmat trawnika z starym zegarem słonecznym pośrodku, a całość sprawiała miłe i spokojne wrażenie, tak potrzebne dla moich nieco nadszarpniętych nerwów. W tej uspakajającej atmosferze można było zapomnieć lub pamiętać jedynie jako fantastyczną marę senną ciemny gabinet z rozciągniętą na podłodze skrwawioną postacią. A jednak, kiedy spacerowałem i poiłem duszę orzeźwiającym balsamem, zdarzyło się coś dziwnego, co przypomniało mi o tragedii i wywarło na mnie przykre wrażenie.
Wspomniałem, że ogród otoczony był pierścieniem drzew owocowych. Na końcu, w miejscu najbardziej odległym od dworu, drzewa zagęszczały się, tworząc ciągły żywopłot. Po jego drugiej stronie, ukryta przed oczyma idącego od strony dworu, znajdowała się kamienna ławka. Kiedy się do niej zbliżyłem, usłyszałem głosy, jakieś słowa wypowiedziane przez mężczyznę i odpowiadający im śmiech kobiecy. W chwilę później wyszedłem zza żywopłotu i spostrzegłem panią Douglas i Barkera, zanim zauważyli moją obecność. Uderzył mnie jej wygląd. W jadalni była poważna i milcząca. Teraz nie spostrzegłem u niej nawet śladu przygnębienia. Oczy jej błyszczały radością życia, a twarz drżała w uśmiechu, wywołanym jakąś uwagą towarzysza. Siedział, pochylony naprzód, ze splecionymi dłońmi, wsparty rękami na kolanach, z wyrazem radości na pięknej, męskiej twarzy. W jednej chwili — ale właśnie o chwilę za późno — przybrali uroczyste maski, kiedy zauważyli, że nadchodzę. Zamienili kilka szybkich słów, po czym Barker wstał i podszedł do mnie.
— Przepraszam pana — powiedział. — Czy mam przyjemność mówić z doktorem Watsonem?
Ukłoniłem się sztywno, co wskazywało, jak sądzę, jakiego nabrałem o nich przekonania.
— Przypuszczaliśmy, że to pan, gdyż pańska przyjaźń z panem Sherlockiem Holmesem jest ogólnie znana. Czy nie zechciałby pan zamienić kilku słów z panią Douglas?
Poszedłem za nim niechętnie. Oczyma duszy widziałem leżącą na podłodze postać z roztrzaskaną głową. A tu, w kilka godzin po tragedii, jego żona i najbliższy przyjaciel uśmiechali się do siebie za krzakami w jego własnym ogrodzie. Przywitałem panią Douglas z rezerwą. W jadalni współczułem jej cierpieniu. Teraz nie odpowiedziałem na jej pytające spojrzenie.
— Obawiam się, że uważa mnie pan za istotę bez serca? — rzekła.
Wzruszyłem ramionami.
— To nie moja sprawa — odpowiedziałem.
— Może kiedyś zasłużę na bardziej sprawiedliwy osąd. Gdyby pan wiedział...
— Nie ma potrzeby, aby doktor Watson wiedział — rzekł Barker z pośpiechem. — Sam oznajmił, że go to nie obchodzi.
— W istocie — powiedziałem. — I dlatego lepiej będzie, jeśli odejdę.
— Jeszcze chwilkę, doktorze Watson — zawołała kobieta błagalnym głosem. — Na jedno pytanie może mi pan odpowiedzieć z większą pewnością niż ktokolwiek inny na świecie, a ma dla mnie wielkie znaczenie. Zna pan lepiej niż inni stosunki pana Holmesa z policją. Przypuśćmy, że zostanie mu powierzona w zaufaniu jakaś tajemnica. Czy koniecznie będzie musiał powiadomić o niej detektywów?
— Otóż to — rzekł Barker gorączkowo. — Czy pracuje sam, czy idzie z nimi ręka w rękę?
— Nie wiem, doprawdy, czy jestem uprawniony do roztrząsania tych kwestii.
— Proszę... błagam pana o to, doktorze Watson. Jestem pewna, że nam pan pomoże... pańskie objaśnienie będzie dla nas poważną wskazówką.
W jej głosie brzmiała taka szczerość, że zapomniałem na chwilę o jej lekkomyślności i postanowiłem spełnić prośbę.
— Pan Holmes prowadzi poszukiwania na własną rękę — rzekłem. — Jest panem swoich czynów i działa, powodując się własnym sumieniem. Rzecz jasna, czuje się jednak zarazem zobowiązany do szczerości wobec funkcjonariuszy, którzy zajmują się tą samą sprawą i nie będzie chciał ukrywać przed nimi szczegółów, które by im pomogły oddać przestępcę w ręce władz. Nic więcej nie mogę powiedzieć, ale zawiadomię pana Holmesa, jeśli chce pani bardziej szczegółowych wyjaśnień.
Po tych słowach uchyliłem kapelusza i poszedłem swoją drogą, pozostawiając ich na kamiennej ławce za żywopłotem. Skręcając na końcu, obejrzałem się i zobaczyłem, że żywo o czymś rozmawiają, a ponieważ patrzyli na mnie, było jasne, że przedmiotem ich dyskusji była rozmowa ze mną.
— Nie potrzeba mi ich zwierzeń — rzekł Holmes, kiedy opowiedziałem mu, co mi się przytrafiło. Spędził całe popołudnie we dworze na naradach z dwoma kolegami i powrócił około piątej, głodny jak wilk. Zamówiłem dla niego podwieczorek.
— Żadnych zwierzeń, Watsonie, ponieważ są bardzo nie na rękę, jeśli dojdzie do aresztowania za zmowę i morderstwo.
— Sądzisz, że do tego dojdzie?
Był w znakomitym humorze.
— Mój drogi Watsonie, kiedy skończę z tym czwartym jajkiem, przedstawię ci całą sytuację. Nie twierdzę, że już zgłębiliśmy tajemnicę — daleko do tego — ale kiedy znajdziemy brakujący ciężarek...
— Ciężarek?
— Drogi Watsonie, to niemożliwe, żebyś naprawdę nie rozumiał, że rozwiązanie tajemnicy zależy od brakującego ciężarka. Dobrze, dobrze, nie musisz się przejmować, gdyż mówiąc między nami, nie sądzę, żeby i inspektor MacDonald albo jego znakomity miejscowy kolega pojęli niezwykłe znaczenie tego faktu. Jeden ciężarek, Watsonie! Wyobraź sobie atletę z jednym ciężarkiem. Wyobraź sobie jednostronny rozwój mięśni, grożące niebezpieczeństwo skrzywienia kręgosłupa. To straszne, Watsonie, straszne!...
Siedział z ustami pełnymi ciasta i błyszczącymi łobuzersko oczyma obserwował moje zakłopotanie. Widok jego wspaniałego apetytu był dowodem sukcesu, przypominałem sobie bowiem doskonale dnie i noce bez jedzenia, kiedy jego znękany umysł wysilał się nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, podczas gdy szczupła, wyrazista twarz zaostrzała się w ascetyzmie wyczerpującej mózg pracy. W końcu zapalił fajkę i siedząc w kącie starej, wiejskiej oberży zaczął mówić powoli i jakby od niechcenia o sprawie, raczej wypowiadając głośno swoje myśli, niż zdając mi sprawozdanie.
— Kłamstwo, Watsonie, wielkie, bezczelne, narzucające się, bezwzględnie kłamstwo. Oto, z czym spotykamy się na progu. To jest naszym punktem wyjścia. Cała historia opowiedziana przez Barkera jest kłamstwem. Ale historię Barkera potwierdza pani Douglas. A więc i ona kłamie. Kłamią oboje, gdyż się tak umówili. Stoimy teraz wobec zagadnienia: dlaczego kłamią i jaka jest prawda, którą starają się tak usilnie ukryć? Spróbujmy, Watsonie, ty i ja, przejrzeć to kłamstwo i ustalić, jak wygląda prawda. Skąd wiem, że kłamią? Ponieważ mamy do czynienia z niezręcznie ułożoną historią, która nie może być prawdziwa. Zastanów się! Według tej historii po dokonaniu zbrodni morderca miał mniej niż minutę na zerwanie z palca swojej ofiary obrączki, która była pod drugim pierścionkiem; włożenia z powrotem pierścienia — czego by nigdy nie zrobił — i porzucenia tajemniczej kartki obok ofiary. Twierdzę, że to zupełnie niemożliwe. Możesz się sprzeczać, ale zbyt wysoko cenię twój sąd, Watsonie, żeby przypuszczać, że będziesz mówił, że obrączkę zdjęto mu przed zabójstwem. Fakt, że świeca paliła się tylko przez krótki czas, wskazuje, że nie doszło do długiej rozmowy. Gdyby Douglas, o którego odwadze słyszeliśmy, był człowiekiem zdolnym do oddania ślubnej obrączki w tak krótkim czasie, czy możemy sobie wyobrazić, żeby ją w ogóle oddał? Nie, nie, Watsonie, morderca był przez pewien czas sam na sam ze swoją ofiarą przy zapalonej lampie. W to nie wątpię. Ale przyczyną śmierci był najwyraźniej postrzał ze strzelby. Dlatego musiał być oddany wcześniej, niż nam to powiedziano. Pomyłka w tym wypadku jest niemożliwa. Mamy zatem do czynienia z umyślną zmową dwóch osób, które słyszały strzał: pana Barkera i pani Douglas. Kiedy na dodatek zdołam wykazać, że krwawa plama na parapecie okna została zrobiona naumyślnie przez Barkera, by dać policji fałszywą wskazówkę, przyznasz, że będzie to poważnym zarzutem przeciw niemu. Musimy teraz zapytać, o której godzinie właściwie dokonano morderstwa. Do wpół do jedenastej służba kręciła się po domu, a zatem do tego czasu nie stało się to z pewnością. Za kwadrans jedenasta wszyscy udali się do swoich pokoi, wyjąwszy Amesa, który był w jadalni. Kiedy wyszedłeś po południu, przeprowadziłem kilka prób i stwierdziłem, że żaden hałas zrobiony w gabinecie przez MacDonalda nie mógł przeniknąć do mnie w jadalni, kiedy wszystkie drzwi były zamknięte. Jednak sprawa wygląda inaczej, kiedy chodzi o pokój gospodyni. Nie leży tak daleko w głąb korytarza i mogłem z niego niewyraźnie usłyszeć głośny okrzyk. Odgłos wystrzału jest nieco przytłumiony, kiedy strzela się z bliska, jak to było niewątpliwie w tym wypadku. Musiał to być niezbyt głośny wystrzał, a jednak w ciszy nocnej pani Allen powinna go była usłyszeć. Jest, jak nam mówiła, nieco przygłucha, w każdym razie jednak zeznała, że słyszała coś podobnego do trzaśnięcia drzwiami na pół godziny przed alarmem. Wypadłoby to na godzinę za kwadrans jedenasta. Nie wątpię, że to, co słyszała, było odgłosem wystrzału i że wtedy właśnie popełniono morderstwo. Jeśli tak jest, musimy teraz ustalić, co robili pan Barker i pani Douglas — przyjąwszy, że nie są oni mordercami — od za kwadrans jedenasta, kiedy zwabił ich huk wystrzału, do kwadrans po jedenastej, kiedy zadzwonili na służbę. Co robili i dlaczego natychmiast nie wezwali służby? Oto pytanie, które się narzuca, a kiedy znajdziemy na nie odpowiedź, z pewnością uda nam się rozwiązać naszą zagadkę.
— Jestem przekonany — powiedziałem — że między tą dwójką jest jakieś porozumienie. Ona musi być istotą bez serca, jeśli śmieje się z dowcipów w kilka godzin po zamordowaniu jej męża.
— Właśnie. Jako żona nie robi dobrego wrażenia, nawet we własnej relacji z tego, co się wydarzyło. Jak wiesz, Watsonie, nie jestem wielbicielem kobiet, ale doświadczenie uczy mnie, że niewiele żon choć trochę szanujących swoich małżonków dałoby się odwieść od obecności przy ciele zmarłego męża kilkoma słowami, wypowiedzianymi przez obcego mężczyznę. Gdybym się kiedyś ożenił, Watsonie, mam nadzieję, że wzbudzę w swojej żonie tyle uczucia, żeby nie pozwoliła się odprowadzić gospodyni od mojego trupa leżącego opodal. To było źle urządzone, bo nawet niedoświadczonego detektywa uderzyłby brak zwykłych kobiecych lamentów. Już samo to powinno wzbudzić podejrzenie, że mamy do czynienia ze zmową.
— Sądzisz zatem ostatecznie, że to Barker i pani Douglas są winni tego morderstwa?
— Co za przerażająca bezpośredniość w twoich pytaniach, Watsonie — rzekł Holmes, potrząsając fajką. — Godzą we mnie jak pociski. Jeśli chcesz powiedzieć, że pani Douglas i Barker znają prawdę i pragną ją ukryć, zgadzam się z tobą najzupełniej. Jestem tego pewny. Ale odpowiedź na twoje zabójcze pytanie nie jest tak prosta. Zastanówmy się przez chwilę, co przemawia przeciw temu. Załóżmy, że para ta złączona jest węzłem grzesznej miłości i że postanowiła pozbyć się człowieka, który jej przeszkadza. To bardzo luźne przypuszczenie, gdyż zeznania służby i innych wcale go nie potwierdzają. Przeciwnie, mamy szereg dowodów, że Douglasowie bardzo się kochali.
— To nie może być prawda — odparłem, przypomniawszy sobie piękną śmiejącą się twarz w ogrodzie.
— W każdym razie takie robili wrażenie. Ale przypuśćmy, że jest to niezwykle sprytna para, która wszystkich wprowadziła w błąd i która zaplanowała morderstwo małżonka. Był to, jak się zdaje, człowiek, któremu groziło jakieś niebezpieczeństwo.
— Tak oni twierdzą.
Holmes zadumał się.
— Widzę Watsonie, że zbudowałeś sobie teorię, według której wszystko, co mówią, od początku do końca jest kłamstwem. Według ciebie, nie było nigdy żadnych pogróżek ani tajnego stowarzyszenia, ani Doliny Trwogi, ani jakiegoś mistrza i tak dalej. Cóż, to daleko idące uogólnienie. Zobaczmy, do czego nas doprowadzi. Wymyślają tę historię, aby wskazać powód zbrodni. Rozbudowują ją, zostawiając w parku rower na dowód, że istnieje morderca z zewnątrz. Plama na parapecie okna służy do tego samego celu. Tak samo kartka przy zwłokach, którą mogli napisać w domu. Wszystko pasuje do twojej hipotezy, Watsonie. Ale teraz jesteśmy w kropce, stajemy przed faktami, które zupełnie się z nią nie zgadzają. Dlatego ze wszystkich możliwych broni wybrali uciętą strzelbę, i do tego amerykańską? Skąd mogli wiedzieć, że wystrzał z niej nie zwabi kogoś? To tylko przypadek, że pani Allen nie poszła zapytać, kto zatrzasnął drzwi. Po co robiła to wszystko twoja zbrodnicza para, Watsonie?
— Przyznaję, że nie wiem.
— A dalej, jeśli kobieta i kochanek jej postanowili wspólnie zamordować męża, czy skierowaliby na siebie podejrzenie, ostentacyjnie zdejmując mu obrączkę po jego śmierci? Czy wydaje ci się to prawdopodobne, Watsonie?
— Nie, to nie.
— A dalej, gdyby nawet przyszła ci do głowy myśl pozostawienia ukrytego roweru, czy to by ci się opłaciło, kiedy nawet najgłupszy detektyw powiedziałby, że to tylko podstęp dla zmylenia śladów, bo rower to najpotrzebniejsza rzecz, kiedy przestępca chce uciec?
— Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
— A jednak nie zdarzył się jeszcze splot wypadków, którego umysł ludzki nie potrafiłby wyjaśnić. Pozwolisz, że spróbuję wskazać możliwy tok myślenia, nie twierdząc, że to wszystko prawda, ale w ramach ćwiczenia umysłowego. Przyznaję, że będzie to raczej dzieło wyobraźni, ale jakże często wyobraźnia jest matką prawdy. Przypuśćmy, że w życiu Douglasa była rzeczywiście jakaś zbrodnicza tajemnica, jakaś tajemnica okrywająca go hańbą. Tajemnica ta staje się przyczyną morderstwa, dokonanego, powiedzmy, przez mścicieli, kogoś z zewnątrz. Ten mściciel, z powodów dotąd mi nieznanych, zabrał obrączkę zmarłego. Wendeta33 może swym początkiem sięgać czasów pierwszego małżeństwa zamordowanego, a obrączka została zabrana z przyczyn związanych z tym małżeństwem. Barker i żona weszli do pokoju, zanim mściciel się oddalił. Morderca przekonał ich, że próba aresztowania go doprowadzi do ujawnienia jakiegoś obrzydliwego skandalu. Przekonał ich i pozwolili mu uciec. W tym celu zapewne opuścili, a potem podnieśli most, co da się zrobić bez hałasu. Wymknął się i z pewnych powodów doszedł do przekonania, że lepiej uciekać pieszo niż na rowerze. Ukrył zatem rower tak, żeby odnalezienie go wypadło w czasie, kiedy już będzie bezpieczny. Na razie jest to wszystko możliwe, nieprawdaż?
— Bez wątpienia, wszystko to jest możliwe — odparłem z pewnym ociąganiem.
— Musimy pamiętać, Watsonie, że cokolwiek się tam stało, z pewnością było czymś niezwykłym. Snując dalej nasze przypuszczenia, możemy sobie wyobrazić, że para ta, niekoniecznie para przestępców, spostrzegła po odejściu mordercy, że jest w sytuacji, w której trudno jej będzie udowodnić, że nie popełniła tej zbrodni albo że nie jest w nią zamieszana. Gorączkowo i niezręcznie postarali się wybrnąć z sytuacji. Barker przy pomocy swojego okrwawionego pantofla zrobił plamę na parapecie, aby zasugerować drogę ucieczki mordercy. Byli, jak się okazało, jedynymi osobami, które słyszały huk wystrzału, dlatego zaalarmowali wszystkich, jak należało, ale w dobre pół godziny po wypadku.
— I w jaki sposób zamierzasz to udowodnić?
— Jeśli to był ktoś z zewnątrz, trzeba by go wyśledzić i schwytać. To byłby najlepszy dowód. Jeśli nie... cóż, nie wyczerpaliśmy jeszcze naukowych możliwości. Sądzę, że wieczór spędzony samotnie w tym gabinecie bardzo mi pomoże.
— Wieczór spędzony samotnie!
— Właśnie mam zamiar tam się udać. Umówiłem się z zacnym Amesem, który ma pewne wątpliwości co do Barkera. Posiedzę w tym pokoju i zobaczę, czy jego atmosfera nie przyniesie mi natchnienia. Wierzę w genius loci34. Uśmiechasz się, przyjacielu Watsonie. Dobrze, zobaczymy. Nie masz przypadkiem tego swojego wielkiego parasola?
— Mam go tutaj.
— Pożycz mi go, jeśli możesz.
— Oczywiście... ale cóż to za śmieszna broń! Jeśli grozi ci niebezpieczeństwo...
— Nic poważnego, mój drogi Watsonie, inaczej prosiłbym, abyś mi towarzyszył. Ale parasol zabiorę, czekam tylko na powrót naszych kolegów z Tunbridge Wells, gdzie próbują odszukać właściciela roweru.
Zapadł zmrok, kiedy inspektor MacDonald i White Mason wrócili z swojej wyprawy i rozpromienieni donosili o wielkim postępie w naszych poszukiwaniach.
— Człowieku, przyznaję, że nie bardzo wierzyłem w tego przybysza z zewnątrz — rzekł MacDonald — ale to było przedtem. Ustaliliśmy, do kogo należy rower, i mamy opis naszego ptaszka, co jest wielkim krokiem naprzód.
— Wygląda to na początek końca — odpowiedział Holmes. — Gratuluję panom z całego serca.
— Wyszedłem z założenia, że pan Douglas był, jak się zdaje, niespokojny od poprzedniego dnia, kiedy jeździł do Tunbridge Wells. A zatem w Tunbridge Wells zdał sobie sprawę, że grozi mu niebezpieczeństwo. Było zatem jasne, że człowiek z rowerem mógł przybyć, i tego by się należało spodziewać, z Tunbridge Wells. Zabraliśmy rower i pokazywaliśmy go w każdym hotelu. Właściciel „Eagle Commercial” poznał go od razu jako własność niejakiego Hargrave’a, który wynajął tam pokój przed dwoma dniami. Cały jego bagaż składał się z tego roweru i małej walizki. Wpisał się jako gość z Londynu, ale nie podał adresu. Waliza została zrobiona w Londynie, rzeczy w niej były pochodzenia angielskiego, ale ten człowiek był niewątpliwie Amerykaninem.
— Dobrze, dobrze — rzekł Holmes wesoło. — Dokonał pan w istocie ważnych rzeczy w czasie, kiedy snułem teorie z moim przyjacielem. To lekcja praktyczności, panie MacDonald.
— Otóż to, panie Holmes — powiedział inspektor z zadowoleniem.
— Ale to wszystko zgadza się z twoimi teoriami — zauważyłem.
— Może tak, a może nie. Ale chciałbym posłuchać do końca, inspektorze. Nie było tam niczego, po czym można by zidentyfikować tego człowieka?
— Znaleźliśmy raczej dowody, że starał się ukryć swoje nazwisko. Nie pozostawił żadnych papierów ani listów, ani nawet znaków na ubraniu. Na stoliku w jego pokoju leżała mapa rowerowa hrabstwa. Opuścił hotel na rowerze wczoraj rano po śniadaniu i nikt o nim więcej nie słyszał aż do naszych poszukiwań.
— To właśnie mnie zastanawia, panie Holmes — rzekł White Mason. — Należałoby wnosić, że gdyby nie chciał wzbudzać podejrzeń, powinien był wrócić i pozostać w hotelu jako nieszkodliwy turysta. W tym stanie rzeczy musiał jednak wiedzieć, że właściciela hotelu zamelduje policji i że jego zniknięcie zostanie powiązane z morderstwem.
— Tak by należało przypuszczać. W każdym razie do tej pory okazał się dość mądry, skoro nie został ujęty. A jego opis?
MacDonald sięgnął po notatnik.
— Mam go w ogólnych zarysach. Wygląda na to, że nie przyjrzeli mu się specjalnie, ale mimo to portier, służący i pokojówka zgadzają się w pewnych szczegółach. Był to mężczyzna wysoki, prawie pięć stóp i dziewięć cali, lat około pięćdziesięciu, z włosami przyprószonymi siwizną, siwiejącym wąsem, zakrzywionym nosem i twarzą, którą wszyscy opisują jako dziką i odpychającą.
— Ba! Pominąwszy wyraz twarzy, mógłby to być także rysopis samego Douglasa — rzekł Holmes. — On też ma około pięćdziesięciu lat, siwiejące włosy i wąsy, jest mniej więcej tego samego wzrostu. Dowiedzieli się panowie czegoś więcej?
— Ubrany był w gruby, szary garnitur, krótkie, żółtawe palto i miękką czapkę.
— A strzelba?
— Ma niecałe dwie stopy długości. Mogłaby się łatwo zmieścić w walizce. Mógł ją bez trudu ukryć pod paltem.
— A jak pan sądzi, na ile to wszystko zgadza się z główną sprawą?
— Kiedy ujmiemy tego człowieka, panie Holmes — rzekł MacDonald — a może pan być pewny, że w pięć minut po zebraniu tych informacji rozesłałem telegraficznie jego rysopis — będziemy mogli to lepiej ocenić. Ale i teraz zrobiliśmy już wielki krok naprzód. Wiemy, że Amerykanin pod nazwiskiem Hargrave przybył przed dwoma dniami do Tunbridge Wells z rowerem i walizką. W walizce tej znajdowała się strzelba z uciętymi lufami, przybył zatem w celach zbrodniczych. Wczoraj rano wybrał się tutaj na rowerze ze strzelbą ukrytą pod paltem. Nikt nie zauważył jego przybycia, o ile mogliśmy to stwierdzić, ale nie miał potrzeby przejeżdżać przez wieś w drodze do bram parku, a na gościńcu kręci się wielu cyklistów35. Prawdopodobnie od razu ukrył rower w krzakach laurowych, gdzie go znaleziono, i pewnie sam się tam zaczaił, mając dom na oku i czekając na pojawienie się pana Douglasa. Strzelba to dziwna broń do strzelania w domu, ale miał zamiar użyć jej na zewnątrz, a wtedy ma swoje korzyści, tym bardziej że nie spodziewał się chybić, a odgłos wystrzałów jest rzeczą tak pospolitą w myśliwskiej Anglii, że nie zwróciłyby szczególnej uwagi.
— To jasne — rzekł Holmes.
— Pan Douglas nie się zjawił. Cóż miał dalej robić? Zostawił rower i o zmierzchu poszedł w stronę domu. Most był spuszczony. Nie widział nikogo w pobliżu. Wykorzystał szansę, niewątpliwie obmyśliwszy jakąś wymówkę, gdyby kogoś spotkał. Ale nie spotkał nikogo. Wślizgnął się do pierwszego lepszego pokoju i ukrył się za zasłoną. Stąd zobaczył, że most podniesiono, i zrozumiał, że pozostaje mu tylko ucieczka przez fosę. Czekał do kwadrans po jedenastej, kiedy pan Douglas, robiąc swój zwykły wieczorny obchód, wszedł do pokoju. Zastrzelił go i uciekł, jak stwierdzono. Zdawał sobie sprawę, że jego rower zostanie rozpoznany przez służbę hotelową i będzie dowodem przeciw niemu, zostawił go zatem i przedostał się w inny jakiś sposób do Londynu albo do jakiejś bezpiecznej kryjówki, którą wcześniej przygotował. Cóż pan na to, panie Holmes?
— Cóż, inspektorze, w tym wyjaśnieniu to bardzo ładne i jasne. Ale to pańskie zapatrywanie. Według mnie zbrodnię popełniono pół godziny wcześniej, niż nam mówią. Pani Douglas i pan Barker są w zmowie i chcą coś ukryć. Pomogli mordercy w ucieczce — a przynajmniej weszli do pokoju, zanim uciekł — i sfabrykowali dowody jego ucieczki przez okno, podczas gdy według wszelkiego prawdopodobieństwa sami pozwolili mu się wymknąć, opuszczając most. Takie jest moje wyjaśnienie pierwszej części tej historii.
Obaj detektywi potrząsnęli głowami.
— No cóż, panie Holmes, ale jeśli to prawda, to wpadamy z jednej tajemnicy w drugą — rzekł inspektor z Londynu.
— I to nawet w gorszą — dodał White Mason. — Ta pani nigdy w życiu nie była w Ameryce. Cóż mogłoby ją łączyć z amerykańskim mordercą, co skłaniałoby ją, żeby go osłaniać?
— Przyznaję, że są pewne trudności — rzekł Holmes. — Mam zamiar dzisiejszej nocy przeprowadzić sam małe dochodzenie i możliwe, że przyniesie ono coś ciekawego.
— Czy możemy panu w czymś pomóc, panie Holmes?
— Nie, nie. Wystarczy mi ciemność i parasol doktora Watsona. A Ames, wierny Ames, bez wątpienia będzie dla mnie wyrozumiały. Moje myśli zmierzają wciąż w jednym, zasadniczym kierunku: czemu dbający o swoją formę mężczyzna ćwiczy, posługując się tak nienaturalnym przyrządem jak pojedynczy ciężarek?
Była późna noc, kiedy Holmes wrócił ze swojej samotnej wycieczki. Mieszkaliśmy w pokoju o dwóch łóżkach, najlepszym, jaki można było znaleźć w małej, wiejskiej oberży. Spałem, kiedy obudziło mnie jego wejście.
— I cóż, Holmesie — mruknąłem — znalazłeś coś?
Stał chwilę obok mnie w milczeniu, ze świecą w ręce. Potem jego wysoka, chuda postać pochyliła się nade mną.
— Czy bałbyś się, Watsonie — szepnął — spędzić noc w tym samym pokoju z wariatem, człowiekiem cierpiącym na rozmiękczenie mózgu, idiotą i półgłówkiem?
— Bynajmniej — odpowiedziałem zdumiony.
— To szczęście — rzekł.
Tej nocy nie mogłem się od niego już niczego więcej dowiedzieć.