W drodze na kolonie

Ale dość już tych Parańczyków, ich kuchni, ich stolicy Kurytyby — na kolonie! „Mnie tu nuda zabije...”64 zwłaszcza w towarzystwie zawsze dobrego i słodkiego ks. Anzelma.

Być może, iż systematyczność jest dobra, pożądana, konieczna, iż jest zaletą, łaską, cnotą... ale jest ona zabójcza, gdy się z nią żyje w małżeństwie, i w dzień, i w nocy.

Codziennie ks. Anzelm budzi się o godz. 5 rano, przemawia do mnie cicho, głośniej, jeszcze głośniej, wreszcie budzi.

— Kochany pan trzyma źle głowę; zbudziłem, bo to szkodzi, o, bardzo szkodzi!

Albo też:

— Mamy dzisiaj prześliczny dzionek.

Albo:

— Pająk był tuż nad kochanym panem.

Następnie wstaje, chodzi boso, jako zwolennik metody Kneippa65, modli się, a o godzinie 5 min. 30 zaczyna się umywanie, wycieranie, spluwanie, płukanie, przebieranie; i tak z zegarkiem w ręku, dzień w dzień, o minutę nie chybi, a również pytania:

— Jak się kochanemu panu spało?... Jak zdrowie?... Radzę wziąć pigułkę, mam zapas z Bostonu... A może chininy, tylko połknąć, febra to choroba niebezpieczna... A może kropelkę esencji koprowej, doskonała na... uwolnienie się od złego powietrza w żołądku.

I te nieustanne uwagi higieniczne przy jedzeniu:

— Tego nie radzę jeść... O, proszę nie pić... Na to nie pozwolę, z tego ból... żołądka... głowy... serca... oczu... rąk i nóg...

Oczywista, wszyscy i wszystko, jest lepsze, doskonalsze, zdrowsze... „u nas w Texas66... u nas w Bostonie... u nas w Chicago...”, a przy tym zawsze łagodny, dobry, poczciwy i oszczędny.

Z Brazylijczykami trzeba się koniecznie targować: to zasada, której trzyma się stale, i pierwsze słowa po usłyszeniu ceny są nieodmienne: o muito caro! (za drogo) — jedyny frazes67 brazylijski, którego się nauczył dotychczas.

Kolej do Rio Negro68 (161 km), posiadając zagwarantowane od rządu 7%, nie dba zupełnie o rozwój i pociągi osobowe wysyła co drugi dzień. Z tego powodu zawsze ścisk na kolei i pogoń za miejscem. Nie mogąc dostać się do kasy, uprosiłem księdza Anzelma, by kupił bilet i dla mnie. Ksiądz żąda biletów do Rio Negro, urzędnik wymienia należną sumę.

O, muito caro! — woła ksiądz odruchowo i chowa pugilares.

Kasjer wybucha gniewem, następnie usuwa księdza, i z trudnością dobiliśmy się biletów.

W wagonie ks. Anzelm, chcąc mi widocznie zrobić przyjemność, prowadzi rozmowę literacką:

— Czy czytał pan Zolę69?

— ?

— Nie zna pan? To Żyd, mason, podobno pisze i układa gazety, rząd wypędził go z kraju.

— Za co?

— Za masoństwo... chciał napisać i publicznie drukować Fertile Évangile70, o, to znany mafia, łajdak, tak nazwać świętą Ewangelię... u nas zlinczowanoby takiego zbrodniarza...

Słuchając oburzeń na tego masona, który, jak donoszą „nasze gazety”, pisze jednak „niezgorzej”, patrzę przez okno na rozległe stepy, poprzerzynane parowami, z gajami podszytej araukarii71, z trawą ostrą, bujną, kupkowatą, z licznymi, do dwóch metrów wysokości, kopcami termitów. Ptactwa bardzo mało, tylko wielkie jastrzębie, to się ważą pod jasnym niebem, to leniwo podnoszą się z ziemi.

Kiedy niekiedy gdzieś w oddali błyśnie dom fazendera; czasem wstrzyma się pociąg, by przepuścić stado bydła, wielkie krowy z rogami nadmiernymi, ku sobie zwiniętymi, pyszne i dumne stadniki72, rosłe cielaki, ssące jeszcze, a wszystko popędzane przez konnych pastuchów, w towarzystwie psów małych, złych, z lisimi pyskami. To znów zadudni ziemia od stada mułów lub koni, lecących na oślep w step szeroki. Nie jest to step ukraiński, bezbrzeżny, z falującą roślinnością; przypomina raczej Podole swymi parowami i żółtoczerwonawą, czasami czarną glebą.

Jesteśmy na stacji, wszystko jedno jak się nazywa, Araucaria czy Guajuvira73, na każdej tuż za budynkiem kolejowym bufet.

Jest to budka zbita z tarcic nieheblowanych, z ladą pierwotną74 na słupku, a na niej kilkanaście filiżaneczek do czarnej kawy, już osłodzonej, nalewanej z wielkiej blaszanki; na przekąskę biszkoptowe ciasto — oto wszystko co daje stacja za stosunkowo drogie pieniądze. Przy budce zawsze ścisk, gwar, potrącania, wyrywają sobie filiżanki, byle dostać się do kawy.

Jedziemy pierwszą klasą, bowiem na kolejach brazylijskich istnieją tylko dwie klasy: I i II, tym się różniące, że w II są podłużne ławki z desek, a w I wyplatane. Mimo okien otwartych na przestrzał gorąco, duszno, zwłaszcza gdy wsiedli caboclos, wszyscy boso, co najwyżej w patynkach75; zapach potu końskiego, czosnku, tłuszczu i brudu drapie w gardle, męczy, staje się nieznośny.

— Niech się pan nie wychyla, to niebezpiecznie... Zamknę okno! — grozi ze słodką powagą ks. Anzelm.

Wreszcie Rio Negro, mała mieścina nad spławną rzeką tegoż nazwiska, z ludnością przeważnie brazylijską, w bliższych okolicach kolonie niemieckie.

Do Luceny76 jeszcze trzydzieści trzy kilometry końmi, i po długich dopytywaniach, odnajduję zajazd Luceniaków u Andréego, Żyda z Rosji, udającego niezgorzej, naturalnie Brazylijczyka. Wynajmuję wielką budę towarową, należącą do kolonisty Polaka, zaprzężoną w cztery wcale dobre konie.

Przed naszym wyjazdem raniutko na drugi dzień zjawia się w zajeździe młoda kobieta, żona pracującego przy kolei i prosi naszego furmana, rosłego, silnego szatyna z brodą, o podwiezienie jej do rodziców.

— A proście pana — i zwraca do mnie przyjemną twarz, ze szczerym, dobrym uśmiechem.

— Spytam księdza, pewno pozwoli.

W głębi, pod budą płócienną, siedzi ksiądz Anzelm; usłyszawszy propozycję, zawołał z energią, której nie przypuszczałem:

— Co? Ja? Ksiądz? Z kobietą?!

— Spieszno jej do rodziców...

— Nie, nigdy, niech zostaje, niech idzie pieszo, ale nie ze mną!

— Tyle miejsca...

— Wiem ja, wiem, do czego prowadzi kobieta! — woła z błyszczącymi od gniewu oczyma. — Wszystko złe od niej... wybieraj pan: albo ja, albo ona!

Jedziemy, a gdy się udobruchał, pytam o przyczynę tej niechęci.

— Bo ja znam świat... zaczyna się od rozmowy, potem żarty, zgorszenie, Sodoma i Gomora77! — aż pobladł z oburzenia.

— Ale tu nie było tego niebezpieczeństwa, a ona się zmęczy, tyle kilometrów.

— Lepsze zmęczenie od pokusy i grzechu — odpowiedział twardo.

— A wy dawno w Brazylii? — pytam woźnicy.

— Idzie rok dziewiąty.

— Jakże wam się powodzi?

— Chwała Bogu nieźle, szakier (portug. chacra, własność ziemska) jest, chudoba78 także, to i co ma być źle?

— Więc wam dobrze?

— Dobrze, niedobrze: jeść jest co, ale o pieniądz trudno. U wendysty (sklep) wszystko dostanie, ale wszystko za żyto, za milię (portug. milho, kukurydza), za ziemniaki...

— To już byłoby lepiej sprzedać...

— I komu? Taki wendysta także nie ma pieniędzy, i on za towar daje towar. I to najgorsza bieda, bo trudno oszczędzić. Czy myśli pan, że złakomiłbym się na te dwadzieścia pięć milrejsów, gdyby to nie gotówka?

— Zawsze to dobry zarobek...

— Lepiejby mi było zawieźć towar do wendy, ale gotówka gotówką.

— To tak trudno o pieniądz w Brazylii?

— A skąd ma być, kiej79 tylko my robimy, a te Brazyluchy po mieście patrzą tylko rządowej kasy!

— No, nie wszyscy...

— Pan myśli o „borowych” (Brazylijczyk mieszkający na wsi, pod borem caboclos). — Uśmiechnął się: — Taki nie imie80 się żadnej roboty, on wszystko bierze w wendzie na herwę (gatunek herbaty brazylijskiej) — i wskazał batem liczne drzewa przy kolonii niemieckiej.

Drzewo to (Ilex paraguanensis81) średniej wysokości, z korą szaro-białawą, którego liście jajowate, obcinane co cztery lata z gałązeczkami, dają herbatę, zwaną herva matte, rozpowszechnioną i używaną w południowej Ameryce.

— A wy macie herwę?

— Mamy, ale jak nam co trzeba u wendysty, patrzym na ręce i idziem na robotę; a taki borowy będzie marł głodem, a nie pójdzie. On patrzy herwy.

— Cóż siejecie?

— To, co i u nas. Koło domu warzywo, a dalej ziemniaki, żyto i milię.

— Powinniście sadzić bawełnę — zaczyna ksiądz Anzelm i długo, szeroko, rozwlekle opowiada o korzyściach bawełny.

Chłop słucha, potakuje duchownej osobie, ale swoją drogą mówi na każdy zarzut:

— My znamy się z tym, co siejemy; może tamto i lepsze, ale co swoje, to swoje.

Zajeżdżamy na popas82 do wendysty Niemca, który swoją główną izbę przyozdobił portretami całej generacji Hohenzollernów83 i jaskrawo kolorowanymi arkuszami żołnierzy pruskich.

Przed nami las po obu stronach drogi mieni się odcieniami zieleni.

Chcę wreszcie być sam, biorę rewolwer i idę naprzód. Po chwili słyszę tupot pospiesznych kroków, odwracam się: to poczciwy, dobry ks. Anzelm, który dysząc ciężko, mówi z przerwami:

— Oddaj pan rewolwer... oto laska kochanego pana, to lepsza broń na węża... oddaj pan... albo lepiej ja pójdę z panem, trzymaj pan rewolwer, a ja laskę, łatwiej się obronimy.

— Wróćmy chyba do fury; tam będzie najbezpieczniej.

— To samo chciałem powiedzieć; wracajmy, o! bo z wężami nie ma żartów, to chytry gad.

Usiedliśmy, jedziemy dalej drogą niemożliwych wybojów, w których cuchnące błoto sięga koniom po tebinki84, wóz piszczy, słania się, trzeszczy.

— Niech się ta ksiądz dobrodziej nie boi, nie wywrócę; albo mi to pierwszy raz jechać?

— U nas w Texas są doskonałe drogi, nie takie okropne.

— Ja do takiej z maleńkości przywykły, akurat od mojej wsi do Włocławka była taka droga, ino mosty gorsze.

— To wy spod Włocławka?

— Dlaczegóż by nie? — westchnął pełną piersią, zaciął konie i zwrócił się do mnie: — A pan z Polski? To może znajomy w Dębnikach?

— Słyszałem...

— Czasem, jak człowiek wspomni, to ino zęby zaciska i aż ręce świerzbią na tych Brazyluchów, co lud zmanili85 tutaj, w te puszcze.

— To wróćcie do nas.

Spojrzał, zaśmiały mu się oczy, potem westchnął i rzekł półgłosem:

— Już ja niedopasowany... Hej, siwy! Wio, kary!

— Więc nie chcecie wrócić? — dopytywał się ksiądz.

— Chcę, nie chcę? Albo to jedno człowiek chce, a jak nie może, to i nie poradzi. Już ja tam niedopasowany.

— Jak wam tu dobrze, to zostańcie — doradzał ksiądz.

— Iii... źle by nie było, aby tylko był jaki rząd a porządek: masz recht86, rób sobie sam sprawiedliwość, a nie masz go, to i tak nic ci nikt nie zrobi, abyś miał fakę (faca de mato po portug.: nóż do lasu, kordelas) — i uderzył po długim nożu w pochwie, zatkniętym za pasem.

— Ludzie powinni żyć w zgodzie i miłości chrześcijańskiej — zaczął ksiądz tonem kaznodziei.

— Niby to tak, ale z Brazyluchami inaczej.

— Od tego jest kościół, a jakże u was z parafią?

Spojrzał trochę niedowierzająco, trochę ironicznie na księdza, mówiąc:

— A przyszedł ci tu do nas niby ksiądz, czysto wygolony, jak dobrodziej, pobożny, przykładny, a gadał tak, że zaraz ujął wszystkie baby...

— I co?

— Ano, siedzi w parafii, bierze na msze święte, spowiada, daje śluby, wszystko przykładnie, aż tu mówią ludzie... Wio, siwy! Ten bestia zawsze leniwy!

— Cóż mówią ludzie?

— Mówią, że to nie jest nasz ksiądz, ale taki obieżyświat, pono87 w Ameryce wyświęcony.

Ksiądz Anzelm drgnął, przybladł i zaczął gorliwie:

— I w Stanach Zjednoczonych są zacni biskupi i księża, prawdziwi katolicy... A jak on się nazywał?

— Ksiądz Pilszak... Wymanił on od ludzi sporo milrejsów, aż go biskup wypędził i dał nam naszego, sprawiedliwego księdza. Co prawda, nie chciały baby puścić tamtego, a temu odgrażały, ale poradziło się babom i jest spokój.

W rzeczywistości ksiądz Pilszak, należąc do kościoła niezależnego, objął w kwietniu 1899 roku Lucenę, rozkazu biskupa opuszczenia parafii nie chciał usłuchać, a przysłanych wysłanników, trzech księży, koloniści w obronie swej niezależności parafialnej przyjęli zbrojno i nie dopuścili do kościoła; wówczas biskup, korzystając z bytności w Kurytybie ks. Cezarego Wyszyńskiego z Królestwa, wysłał go w listopadzie 1899 r. do usunięcia ks. Pilszaka i objęcia parafii.

W mieście Rio Negro administracja wojskowo-policyjna ofiarowała księdzu Wyszyńskiemu pomoc swoją, której nie przyjął, mówiąc:

— Polski ksiądz do polskiego ludu idzie z krzyżem.

I istotnie wystarczyło jedno przemówienie, aby koloniści sami usunęli wdziercę i oddali klucze ks. Wyszyńskiemu.

Jest to jeden i jedyny z księży polskich w Paranie, przed którym uchyli się czoło z szacunkiem szczerym; inni są aż nadto jaskrawo grzesznymi ludźmi, a parafianie, od których jedynie zależy obsadzanie probostw, znoszą ich błędy z szemraniem, ale znoszą, bo nie ma innych.

Naprawdę nie wiem i nie rozumiem powodu, dlaczego i w jakim celu tak pewne gazety, jak i niektórzy podróżnicy rozpisują się szeroko i robią reklamę tutejszej rzekomo inteligencji w Paranie. Poznałem mniej więcej wszystkie osoby wymienione w książkach; prócz kilku pracowników na chleb reszta przy najlepszej chęci, przy bardzo skromnych wymaganiach, za inteligencję nie może uchodzić.

Jedną, jedyną prawdziwą inteligencją, z którą rachować się należy i trzeba, są tutejsi koloniści-chłopi. Nadmierną pracą dążą do utrwalenia rozwoju i bytu materialnego, czują, wbrew pewnym ludziom i agitatorom socjalistycznym, swą odrębność narodową, pragną szkół i kształcenia praktycznego, bez oglądania się na pomoc czyjąkolwiek, a przede wszystkim wierzą w siebie i w swoją przyszłość.

W Lucenie i w Polonii

Lucena, miasteczko w przyszłości, prócz posterunku policji posiada kilka ładnych domków niemieckich i włoskich, hotel polski z wendą i dosyć małych dworków kolonistów polskich; od niej ciągną się drogi w różnych kierunkach, wiodące do poszczególnych grup kolonii. Takich grup jest czternaście, istnieje tysiąc działów, każdy mniej więcej od 25 hektarów (hektar równa się 1,786 mrg. nowop.88). Wzdłuż kilometra drogi osadza się z reguły czterech z jednej, czterech z drugiej strony, z odpowiednią ilością gruntu; stąd wielkie odległości od centralnego punktu, dochodzące 40 kilometrów.

O ile takie odosobnienie działów wpływa korzystnie na możność dowolnego rozwoju gospodarki polnej, usuwa nieporozumienia i kształci samopomoc, o tyle znów wzmacnia i tak już silny popęd indywidualizacji, a dzieciom utrudnia naukę szkolną, tak że najwłaściwszą formą byłyby pensjonaty półtygodniowe, które przy nadzwyczajnej taniości produktów spożywczych pociągnęłyby koszt mniejszy aniżeli wysyłanie dziecka o dziesiątki kilometrów.

Na wynajętym koniu puściłem się do kolonii Polonia, o jakie pięć kilometrów od Luceny, gdzie mieszka kolonista Jan, który nas przywiózł. Po drodze, w głębi — domy, w rodzaju dworków szlachty zagonowej89, ogrodzone, a tuż grządki warzyw i kartofli. Gdym otwierał wrota, wybiegł gospodarz, twarz ogorzała, przyjemna, rozjaśniła się uśmiechem.

— Niechże Bóg da zdrowie, że pan przyjechali! — wołał, ściskając rękę serdecznie.

Dom ani gorszy, ani lepszy od innych, może tylko staranniej utrzymany. Z lewej strony przed domem palma, z prawej, za sztachetkami, wysoki, osypany kwiatami oleander, dalej drzewo mirtowe i sad z fig, pomarańcz, czereśni (portug. cereja) i śliwek (portug. ameixas), ani tak smacznych, ani przyjemnych, jak nasze; w głębi za domem sosny brazylijskie.

Wyszła i gospodyni, matka czworga dzieci, zapraszając do domu.

Z sieni, idącej na przestrzał, z lewej strony mała kuchenka, w której nikt nie sypia, obok pokój do przyjęć; naprzeciw kuchni z prawej — sypialnia, a dalej warsztat gospodarski.

W świetlicy krzesła wyplatane i gładkie, z foremną, drewnianą kanapką, stolik nakryty serwetą, na ścianie Matka Boska Częstochowska, św. Anna i św. Józef, jakieś zblakłe fotografie i lusterko.

Gospodyni zakrzątnęła się i wniosła po chwili jajecznicę, masło, twaróg i chleb żytni, wszystko na białych talerzach.

— To już rzadkość w Brazylii masło i twaróg! Poznać doskonałą gospodynię.

— Iii, jaka ja tam gospodyni, chowają się krowy, to i jest — mówi zadowolona.

— Nie ma co i gadać, o lepszą trudno — chwali się mąż żoną.

Dzieciaki czysto ubrane, umyte.

— A gdzie Józek? — pyta ojciec. — Idź no, Walek.

Wszedł wysoki, trochę niezgrabny wyrostek.

— To mój syn.

— Ależ wyrósł! Ileż ma lat?

— Będzie piętnasty. Na słońcu, to i rośnie. Ten jeden z kraju.

— Miałabym ich ośmioro, ale czworo mi zmarło, jedno na morzu, a troje w tej nędzy, cośmy przeszli — żali się matka. — Reszta to tutejsza.

— Ale zawsze Polaki — dodaje ojciec.

Wyszliśmy.

— Ładną macie palmę, gospodarzu.

— Drzewo nicpotem90, lepsza nasza wierzba, ale aby było co wziąć na Palmową91, to i rośnie sobie.

Oglądam gospodarkę. Stajenka mała nie pomieści koni i bydła.

— To tylko dla źrebiąt i cielaków — objaśnia gospodarz — bo całe gado (portug. gado, bydło) przez rok na kiempie (portug. campo, pole, pastwisko), a jak koniom w drogę, to dam milii i jazda!

Krowy wielkie z małymi wymionami pasą się w zagrodzeniu.

— Na tu, siwucha! — woła gospodyni. — Miałam, panie, kłopotu co niemiara, nim z tych dzikusów zrobiłam krowy. Teraz to jeszcze przypuszczam cielęta, ale Pan Bóg da doczekać, to odłączę, aby było jak u nas.

Zwrot: „jak u nas” jest ciągle na ustach kolonistów. „U nas” zawiera wszystko dobre, porządne, uczciwe — to cała cywilizacja, którą wyniósł chłop z kraju, to cała przeszłość, którą przeżył, która przez morza i lądy wydaje mu się czysta, jasna, brylantowa.

Idziemy w pole: żyto ładne, wysokie.

— Jak przyszliśmy, żadnym dziwem bywało sto dwadzieścia ziarn, a dzisiaj da sześćdziesiąt, może więcej, a może mniej.

Obszerny grunt, cały pokryty świeżo ściętymi krzami, z ledwie więdniejącymi liśćmi; gdzieniegdzie leży spróchniały pień grubego drzewa.

— To „rosa”... jak przeschnie potęga (portug. putinga, gatunek trzciny drzewiastej), podpalę. Rola pod milię byłaby dawno gotowa, ale deszcze przepadają.

Portugalskie roça, uprawianie gruntu przez trzebież, rodzaj ugoru trzy do czteroletniego, bywa najpowszechniej używane przez kolonistów, którzy po spaleniu, poruszywszy lekko motyką, sadzą w otwory, zrobione kołkiem, po kilka ziarn kukurydzy.

— Ileż wam daje milia?

— Bywa po sto pięćdziesiąt ziarn, jak pod jaki rok. Aby nie te małpy, bo to takie zmyślne nikiej92 chłopcy psotniki! Nawiążą to sobie snop milii i hyc w las, a stróżliwe... no i te ptaszyska zielone — wskazał papużkę — i te psują, ale zawsze ostanie93 dla nas dosyć, aby dopilnować.

— Może byłoby lepiej uprawiać z roku na rok pole, a dodawać popiołu, kiedy po spaleniu rodzi.

— Abo ja wiem, czy z popiołem urodzi? — uśmiechnął się. — A gruntu i tak dosyć.

— Ale jak syn dorośnie i ożeni się?

— Zrobię jak inni: wezmę mu nowy szakier, niech pracuje.

Chłop nasz przywiózł do Brazylii umiejętność gospodarczą, jaką posiadł w kraju. Tu, bez względu na glebę i stosunki atmosferyczne, wciska swoje zboża i warzywa. Nikt chemicznie nie zbadał tej nowej roli, nikt mu nie poradził, nie pomógł, a że z wyjątkiem batatów94, nic tu nie znalazł nowego, nic też sobie nie przyswoił. Chwila, gdy znajdzie stosowne do klimatu i gruntu produkty, będzie przełomowa w gospodarstwie Parany; dziś gospodaruje on tu i nad morzem (kolonia Capivary, pod Santos95, klimat tropikalny), jak mu każe tradycja, a mając pod dostatkiem ziemi, ugoruje, marnując dużo zabiegów, pracy i czasu.

Już i południe, słońce pali, z ziemi bije parne gorąco, owady lecą z bzykiem, piękne motyle fruwają; ale gorąco nieznośne, na które mój gospodarz, w grubej kamizeli, spodniach, podtrzymywanych pasem, w butach wysokich, wcale nie zważa ani narzeka.

Jak wielki chrabąszcz zabrzęczał nad kwiatem koliber; trzepocąc nieustannie skrzydełkami, zaglądał w ten i ów kwiat. Stanąłem.

— To burczak, panie, drobną ptaszyna. Jeden miał gniazdko w szopie, na włosku to wisiało.

— Dzieci nie zdjęły?

— Zakazałem... Widzi pan, jak zagląda w każdy kwiatek i zjada muchy: takie to małe a przemyślne!

Idziemy dalej.

— Ach, jakie gorąco! — narzekam.

— Teraz to nic. Najgorszy u nas czas to marzec i kwiecień: wyspy (portug. vespa, osa, mucha zjadliwa) ćma96, chrobaków moc... a wtedy i żniwa.

— Jakich chrobaków?

— To nie byle jakie chrobaki — śmieje się gospodarz — to gady; jak utnie, to tylko wypalić.

— I często kąsają?

— Jak nadepnąć, to i ugryzie, a niedawno jednego Brazylucha ciapnął w twarz, i umarł.

— Nachylił się? Spał?

— Nie, ino gad był na drzewie, a on go potrącił.

— A zwierzyny w lasach dosyć?

— At, co ta za zwierzyna tutaj: świnie i kociska! Ale spyta pan Grzeli, ten rozpowie, bo temu las zawsze pachnie — i wskazał ręką jeźdźca, który krótkim galopem (to zwykły chód tutejszych koni) zbliżał się do domu.

Wkrótce podała gospodyni obiad; była kura gotowana, czarna fasola, nazywana z portugalska fejżonem (feijao), z mięsem suszonym, zwanym przez kolonistów siarką (port. charque, mięso wędzone i osolone). Był w gościnie Grzela, a później przybyli konno trzej inni osadnicy, wszyscy uzbrojeni w faki i pistolety. Ludzie z poczuciem samodzielności, z ruchami przyjemnymi, ubrani po miejsku, czysto i dostatnio.

— Cóż tak zbrojno? W biały dzień?

— Kto ta wie, co kogo może spotkać: albo buger zajdzie z boku, albo borowy zacznie zwadę.

— No i biszo się trafi — zaśmiał się Grzela.

— Co to jest biszo?

— Tak Brazyluchy nazywają zwierza.

— Po cóż wyraz brazylijski?

— Już ja to panu wytłumaczę — pospieszył wysoki, chudy, żylasty blondyn z wąsem zawiesistym.

— Gadajcie, Adamie — zachęcił gospodarz.

— U nas, panie, zwierz to wilk, lis, sarna, dzik, ale tu takich nie poświci97. Ot, kociska, puma bojaźliwa, tygr, co go zwą jaguarem, żbik jak nasz wielki kot i małe dziki...

— A małpy, a ryjowce, a kapibary98 — przerwał mu Grzela.

— Iii... małpy to bez mała człowiek, ino, że leśny, z ogonem; no, a te szczurzyska, co z nich komu? — odparł lekceważąco.

— Po cóż biszo?

— Bo u nich biszo (portug. bicha, robak, wąż, zdrobniale każde zwierzę) to gad, zwierz, wszystko, co żyje w lesie.

— A może panu herwy? — spytała gospodyni.

Podziękowałem, nie znajdując w niej nic przyjemnego.

— E, daj spokój z herwą! — dodał mąż. — Lepsza kawa, bo herwa to nie przymierzając nasza woda ze stawu, tyle co osłodzona.

Wszyscy obecni zaśmiali się, przytakując tym słowom.

Posypały się pytania o kraju, o naszych urodzajach, pogodzie, o wsi, miastach, kolejach.

— No, a jakże z podatkami, z wojskiem? — dopytują, przeszedłszy bowiem sami nadzwyczajne zmiany w ciągu kilku lat, przypuszczają, że wszystko inne musiało się także zmienić.

— Podatki są, jak były, a do wojska biorą rekruta.

— To tutaj lepiej; nie znamy już tego.

— Aby tylko był rząd i porządek!

To żądanie stawiają wszyscy koloniści, jako ludzie uspołecznieni.

— Więc wam tu dobrze?

— Hm... teraz to nieźle, Bogu dzięki, ale zobacz pan cmentarz, spytaj pan, ilu zginęło, zmarniało, przepadło: to bez mała co dziesiąty z nas żyje tutaj.

— A pan tu na robotę czy z fachem?

Gdy się dowiedzieli, że wracam, po krótkim zdziwieniu widać było zazdrość, a potem nauki i przestrogi.

— A niech pan ludziom rozpowie, że w Brazylii ciężko.

— A bez grosza niech nikt nie jedzie, bo sparszywieje i zginie.

— Teraz gruntu darmo nie dają!

— I żadnej roboty na przeżywienie.

Pijemy piwo, warzone w domu, przybyli nowi goście i rozmowa schodzi na politykę tutejszą.

— Co mi tam te brazylijskie wybory! Niech bierze ten albo ów pensję z kasy, ale niech drogi naprawi, mosty poładzi...

— Słyszałem w mieście — odzywa się jeden — że jak wybierzemy doktora (przywódca maragatów, dr Pereira), to zmaże nam cały dług za ziemię.

— To samo mówi i adwokat! (W. Machado, przywódca pikapauów) — zaśmiał się drugi.

— Ot, puste gadanie: i tak nie płacimy.

— Jak to, nic nie płacicie? — spytałem, wiedząc, że kolonista powinien rządowi zapłacić za ziemię, dom i zapomogę, razem 250 milrejsów w sześciu ratach rocznych.

— Z początku to i niektóry zapłacił, ale jakeśmy się zwiedzieli, co to za rząd, nikt nie płaci.

— A jak się upomni, jest na egzekutora sposób! — i ze śmiechem podniósł pięść w górę.

Już ściemniało, zdecydowałem się zostać na noc, aby rankiem pójść z Grzelą w las dziewiczy.

Na krótko przed rozstaniem wyprowadził mnie Adam z pokoju, by pomówić ze mną na osobności.

Wieczór był bezksiężycowy, tym jaśniej błyszczał na niebie Krzyż Południowy i Trójkąt. Ze wszech stron słychać było piewiki (cykady), wydzwaniające jednostajnie, a w zaroślach, na krzach99, wokoło przefruwały świetliki (Elateridae), niektóre tak jasne, że rzucały odblask na bliższe przedmioty.

— Śliczny wieczór — rzekłem, zachwycony nowym wrażeniem i widokiem.

— Ale nie nasz — westchnął Adam.

— O czymże mieliśmy mówić? — spytałem po chwili.

— Ja, panie, szlachcic z Łomżyńskiego, trudno było wyżyć z familią na czterech morgach, przyjechałem do Brazylii... Co pan gadał, to dla nich, aby chłopy rozumieli; a co mi pan teraz powie? Co tam u nas?

— ...

— Bo widzi mi się, że pan coś ukrywa; bo i po co było panu przyjeżdżać aż do Brazylii, takie morza, taki kraj świata? Jeśli pan po ludzi przyjechał, ja, panie, zaraz gotów wrócić.

— Istotnie, nie rozumiem.

Odciągnął mnie spod domu aż pod palmę i szepnął:

— Powiedz pan prawdę. Jeśli u nas zaczęła się już ruchawka, zaraz jadę z synami, bo co Polska, to Polska!