Ciekawska królowa
Pewnego dnia raniutko król Salomon573 wyszedł na spacer po terenie pałacowym. A że był dobrym gospodarzem, zajrzał przenikliwym okiem do stajni i obór. Chciał sprawdzić, czy wszystkie jego polecenia w sprawie pielęgnowania zwierząt są przestrzegane, czy otrzymują na czas paszę i wodę, czy są doglądane i utrzymywane w czystości. Przy sposobności przysłuchiwał się rozmowom zwierząt. W pewnej chwili usłyszał jakąś dowcipną wypowiedź barana pod adresem osła i wybuchnął śmiechem.
Jedna z jego żon, córka egipskiego faraona574, zwykła była również wstawać o świcie, aby pójść do ogrodu i zrywać kwiaty. Ujrzawszy męża, który właśnie wychodził rozbawiony z obory, nie mogła poskromić ciekawości, by nie zapytać o powód śmiechu.
— Powiedz mi, królu, co cię tak rozbawiło, że się śmiałeś?
— Nic ważnego, nie warto powtarzać.
— A jednak — napierała królowa — strasznie chciałabym wiedzieć. Proszę cię, powiedz.
— Powtarzam ci jeszcze raz, nic szczególnego.
Upór króla jeszcze bardziej wzmógł jej ciekawość. Postanowiła tak długo go prosić, aż ulegnie i wyjaśni przyczynę swego rozbawienia. Tymczasem król poszedł do pałacu, w którym czekali ministrowie z dziennymi raportami. Na jego widok wszyscy wstali z miejsc, a on najpierw ich wysłuchał, potem wydał polecenia. Ministrowie zanotowali wszystkie dyrektywy, po czym rozeszli się, aby je skrupulatnie wykonać.
Po odprawie z ministrami król Salomon zasiadł do śniadania. Widząc, że krzesło królowej świeci pustką, posłał po małżonkę jedną ze swych służebnic. Po chwili służebnica wróciła z wieścią, że królowa dzisiaj nie będzie mu towarzyszyła przy stole.
Król pospieszył natychmiast do komnaty żony.
— Powiedz mi, dlaczego nie chcesz jeść? Dlaczego jesteś taka przygnębiona?
— Sądziłam dotychczas, że mnie kochasz, że jestem ci droga, że gotów jesteś zaspokoić wszystkie moje pragnienia, ale dzisiaj przekonałam się, że byłam w błędzie, i to mnie zmartwiło.
— Gdybym wiedział, że tak to sobie weźmiesz do serca, to bym ci od razu powiedział, dlaczego się śmiałem. Doprawdy drobnostka, ale skoro tak się tym przejęłaś, to ci powiem.
Królowa odzyskała humor i podziękowała królowi za okazaną szczerość.
— Kiedym wszedł do obory — powiedział król — zobaczyłem, że wół stoi przy korycie i obżera się. Tymczasem koryta przeznaczone dla kóz i baranów były puste. I nagle usłyszałem, jak barany wydały niesamowity, dziwny ryk. Słysząc ten ryk wół przestał jeść. Obrócił się pyskiem do baranów ciekaw, z jakiego powodu ryczą. I wtedy korzystając z tego, że wół odwrócił pysk od koryta, kozy w mig podskoczyły i wyżarły całą paszę. Dopiero wtedy, kiedy w korycie nie było śladu karmy, barany zamilkły i kozy wróciły do swoich miejsc. Jakże wielkie było zdziwienie wołu, który powrócił do pustego koryta. Wtedy sobie pomyślałem: człowiek wcale nie stoi wyżej od zwierzęcia! Również ludzie starają się jeden drugiego przechytrzyć i oszukać, aby tylko wydrzeć mu kęs chleba z ust. Zastanowiwszy się przy tej okazji nad głupimi postępkami człowieka, jego chytrymi gierkami i porównawszy z wyczynem baranów i kóz, roześmiałem się.
Królowa poważnie przejęła się słowami męża i po namyśle powiedziała:
— Jeśli to odpowiada prawdzie, to dlaczego wzbraniałeś się od razu mi to wyjaśnić? Dlaczego musiałam tak długo czekać? Dlaczego musiałam tak długo cię prosić? Sądzę, że tę bajkę wymyśliłeś dopiero teraz, na poczekaniu. Powiedz mi prawdę. Tylko prawda przekona mnie o twojej miłości. Powiedz, a będę spokojna.
Królowa mówiąc to rozszlochała się. W takiej sytuacji król zmuszony był oświadczyć:
— To prawda, że nie powiedziałem ci wszystkiego. Uczyniłem to jednak nie ze złej woli ani z braku miłości do ciebie. Gdybym ci powiedział całą prawdę, musiałbym się rozstać z życiem.
Królowej słowa Salomona nie wystarczyły.
— Podajesz mi jedno kłamstwo za drugim i jeszcze twierdzisz, że mnie kochasz. To niepoważne. Jeśli mi nie wyjaśnisz całej prawdy, umrę!
Salomon widząc, że żona nie przejęła się grożącą mu śmiercią w wypadku wyjaśnienia całej prawdy, wpadł w gniew. Podniesionym głosem zawołał:
— Dobrze, powiem ci, ale słuchaj uważnie.
Królowa wytarła łzy i dała mu znak, że uważnie słucha. Salomon skupił się i zaczął opowiadać:
— W portowym mieście Akko575 mieszkał pewien człowiek o imieniu Jaszar576. Był to mąż dobry i bogobojny. Utrzymywał się z ciężkiej pracy na małym poletku ziemi. Przed śmiercią przywołał syna i tak do niego powiedział: Szmajo, synu mój, dni mego żywota są już policzone, dlatego chcę, abyś uważnie mnie posłuchał, a potem wykonał wszystko, co ci powiem.
— Dobrze, ojcze — odpowiedział syn — wykonam wszystko, czego zażądasz.
— Otóż masz codziennie wrzucać do morza bochenek chleba.
Szmaja nie okazał zdziwienia i nie zapytał ojca o sens jego polecenia. Był grzecznym i posłusznym synem, który każde polecenie ojca wykonuje z największą radością.
Jaszar umarł i Szmaja objął po nim schedę. I tak jak obiecał ojcu, wychodził codziennie na brzeg morza i wrzucał bochenek chleba do wody. I zawsze w tym samym czasie podpływała mała ryba, która rzucała się na chleb i najadłszy się do syta, zostawiała jeszcze trochę dla innych ryb. Po pewnym czasie rybka karmiona obficie chlebem rozrosła się i roztyła w takim stopniu, że stała się większa od wszystkich pozostałych małych ryb. I wtedy chleb rzucany przez Szmaja przestał jej smakować. Zabrała się więc do pożerania mniejszych od siebie. Na wieść o tym król morza wpadł w gniew. Polecił sprowadzić żarłoczną rybę i postawić ją przed sądem. Dwa potężne wieloryby natychmiast wykonały jego polecenie. Żarłoczna ryba stanęła przed obliczem króla morza.
— Skazuję cię na śmierć — powiedział król — boś występna i grzeszna. Pożerając swoich braci naruszyłaś prawo.
Ryba zaczęła się gęsto tłumaczyć:
— Nie ja jestem winna, ale ów człowiek, który codziennie dawał mi zbyt dużo chleba. Od przekarmienia brzuch mi się rozrósł i zaczął wymagać coraz więcej pożywienia. Z głodu musiałam pożerać mniejsze ode mnie rybki.
— Masz rację — powiedział król morza — gdyby ów człowiek nie dawał ci tyle chleba, nie rozrosłabyś się, nie stałabyś się silniejsza od swoich braci i nie pożerałabyś ich. A teraz wracaj tam, gdzie ów człowiek podaje ci chleb. Kiedy zjawi się i stanie nad samym brzegiem, podpłyń i połknij go żywcem, a potem przybądź z nim do mnie. Postawimy go przed sądem i ukarzemy.
Ryba podpłynęła do portu i czekała na pojawienie się Szmai. A kiedy ten stanął na brzegu, natychmiast go połknęła. Z pełnym brzuchem wróciła do króla morza i wypluła ze swego wnętrza Szmaję. Król otworzył rozprawę sądową.
— Grzeszniku! Nie tylko sam grzeszysz, ale z moich poddanych czynisz grzeszników. Przez ciebie mała rybka rozrosła się i zaczęła pożerać własnych braci.
Szmaja spokojnie wysłuchał słów króla morza i odpowiedział:
— Niech mnie Bóg skaże, jeśli czyniłem to ze złej woli. Wykonywałem jedynie wolę ojca, który przed śmiercią zlecił mi codziennie wrzucać do morza bochenek chleba. Nie mogłem przecież przypuścić, że ktoś z twoich poddanych będzie żarł ten chleb i tak dalece nabierze sił, że zacznie pożerać swoich braci.
Teraz widocznie Szmaja trafił mu do przekonania, bo król morza łagodniejszym głosem już przemówił:
— Twoje słowa, Szmajo, są słuszne. Wykonałeś nakaz Boga, Stworzyciela Nieba, Ziemi i Morza. Zachowałeś szacunek dla ojca i spełniłeś jego wolę. Dlatego zwalniam cię od winy i kary. Możesz spokojnie i cało wrócić do domu. A za to, że ci przysporzyłem tylu kłopotów, że cię wciągnąłem w głąb morza i śmiertelnie przeraziłem, nauczę cię posługiwać się językiem ptaków i zwierząt. Wtedy staniesz się mądrzejszy od wszystkich ludzi zamieszkałych w twoim mieście. Z góry cię jednak ostrzegam, abyś nikogo nie wtajemniczył w treść twoich rozmów ze zwierzętami i ptakami. Jeśli zlekceważysz moje ostrzeżenie, zginiesz.
I Szmaja posiadł znajomość języków zwierząt i ptaków, po czym został odwieziony przez Lewiatana577 do portu w Akko. Pewnego dnia, kiedy zażywał z żoną odpoczynku w cieniu własnej winnicy, przyglądał się powrotowi z pola swoich wołów. Widać było, że po ciężkiej pracy woły są zmęczone. Podchodziły do koryta, wzdychały i coś tam między sobą szeptały. Szmaja, który znał już język zwierząt, nadstawił ucho. Usłyszał, jak jeden wół powiedział do drugiego:
— Oby nasz gospodarz okazał się dzisiaj miłosierny i dał nam się najeść i napić.
W tej samej chwili podbiegły do koryta wołów barany i zapytały:
— Dlaczego wzdychacie podczas jedzenia?
— Bo cały dzień orałyśmy w polu — odpowiedziały woły. — Nie dość, że byłyśmy wyczerpane, to jeszcze słudzy naszego gospodarza połamali nam wszystkie kości na grzbiecie.
Na to barany:
— Głupcy, kiedy nareszcie zmądrzejecie? Gdybyście potrafiły oszukać waszego gospodarza, to dałby wam spokój, przestałby męczyć.
— Jaką macie na to radę? — zapytały woły.
— Udawajcie od jutra chorych. Wtedy gospodarz da wam spokój.
Rada baranów przypadła wołom do gustu. Rankiem dnia następnego, kiedy słudzy Szmai sypali do koryta karmę, woły jej nie tknęły. Powiadomiony o wypadku Szmaja polecił zaprząc do pługów barany. Zdumieni słudzy zapytali:
— Jak to, panie gospodarzu? Jak można baranami orać? Kto to kiedy słyszał?
— Jako rzekłem, tako macie zrobić!
No i zaprzęgli barany do pługów. Nie obeszło się, rzecz jasna, bez batów i bez zadania zwierzętom ran.
Zobaczywszy, że ciała zwierząt pokryte są ranami, Szmaja wyciągnął całkowicie błędny wniosek. Uznał mianowicie, że barany są po prostu leniwe i należy je ostrzej potraktować. Nakazał wsypać jeszcze raz do koryta wołów świeżą paszę. Gdyby zaś dalej nie chciały jeść, zaprowadzi je do rzeźni na ubój. Usłyszawszy to, barany przestraszyły się i zaczęły ze wszystkich sił ciągnąć pługi.
Wieczorem po pracy słudzy zaprowadzili barany do obory i wsypali im do koryta ziarno i słomę. Wygłodniałe i zmęczone rzuciły się do jedzenia. Jadły i ciężko wzdychały. Woły zapytały je wtedy, dlaczego tak wzdychają:
— Zmusili nas — odpowiedziały barany — do pracy ponad siły. Bili nas i maltretowali. Ostrzegamy was, że jeśli będziecie dalej za naszą radą udawały chorych, to gospodarz zaprowadzi was do rzeźni. Na własne uszy usłyszałyśmy to z ust gospodarza.
— Biada nam — zaryczały woły. — Lepiej będzie, jeśli przerwiemy głodówkę. Zjemy nawet dwa razy tyle, ile zawsze, aby tylko zachować życie.
Szmaja wszystko to słyszał i zadowolony wybuchnął śmiechem. Stojąca przy nim żona ciekawa była, dlaczego tak się śmieje.
— Przypomniało mi się coś takiego wesołego, że nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.
— Powiedz mi, co to było? Proszę cię.
— Niestety, nie mogę ci tego powiedzieć.
Kobieta wpadła w złość. Zaczęła go besztać. Nie skąpiła mu wymówek.
— Co ty sobie myślisz? Traktujesz mnie jak służącą. Chcesz przed żoną ukrywać tajemnicę? Powiedz, jeśli nie chcesz, żebym ci życie zatruła.
Szmaja zaczął ją prosić, aby nie nalegała.
— Uspokój się, moja miła. Nie żądaj, abym ci ujawnił tajemnicę. Jeśli to zrobię, zginę!
Ale kiedy nie przestała go zadręczać wymówkami i połajankami, odechciało mu się żyć. Zrezygnowany zawołał:
— Przygotuj mi porządny posiłek, ale taki, jaki lubię. Najem się po raz ostatni w życiu, potem wyjawię ci tajemnicę, ale tymczasem położę się spać.
I ułożywszy się twarzą do ściany, zaczął wzdychać i płakać. Żona poleciła wtedy służącej ugotować dla męża smaczną potrawę i podać ją w misce do stołu, aby po przebudzeniu mógł zasiąść do jedzenia. I kiedy wszystko już było gotowe, nagle wszedł do pokoju kogut w towarzystwie swoich licznych małżonek kur. Wszystkie rzuciły się do zbierania okruchów, które zawsze walają się pod stołem. Tym razem jednak nie było tam okruchów. Nic nie znalazłszy, kogut wskoczył na stół i zabrał się do wydziobywania z miski placków kartoflanych. Nie mógł tego znieść obecny przy tym pies.
— Bezczelny kogucie! Jak śmiesz wyczyniać takie rzeczy? Krąży fama, że ludzie uważają psy za bezczelne i bezwstydne stworzenia, ale widząc wasze zachowanie doszedłem do wniosku, że to wy, kury, należycie do najpodlejszego gatunku stworzeń.
Kogut nie przejmował się wcale morałami psa i dalej dziobał kartoflane placki. Pies jeszcze bardziej uniósł się gniewem i zawołał:
— Ty podłe stworzenie! Dlaczego za dobro odpłacasz złem? Wiesz przecież, że nasz gospodarz, nasz żywiciel wnet umrze i mimo to zjadasz mu ostatni posiłek. Zejdź natychmiast ze stołu, bo jeśli tego nie uczynisz, ja tam wskoczę i zrobię z tobą porządek.
— Czemu się nagle ulitowałeś nad tym głupim gospodarzem? — odpowiedział kogut. — Dlaczego go żałujesz? Sam przecież sprowadził na siebie nieszczęście. Gdyby nie posłuchał żony, żyłby.
— A jak miał nie posłuchać żony? Zatruwała mu przecież życie.
— I właśnie to miałem na myśli, nazywając go głupcem. Ja jestem mądrzejszy od niego. Popatrz tylko, ile mam żon. Nie potrafisz ich nawet policzyć. A mimo to żyję! I żadna z nich nie poważy się nade mną znęcać. Nasz gospodarz ma tylko jedną żonę i za chwilę zamieni się w trupa.
Szmaja usłyszał słowa koguta i migiem zerwał się z łóżka. Pobiegł do żony i zawołał:
— Jeśli jeszcze raz odważysz się nastawać na moją tajemnicę, to źle na tym wyjdziesz.
Nagły wybuch złości męża tak ją przeraził, że więcej już go nie nagabywała.
A kiedy Salomon zakończył swoją opowieść, zauważył, że jego żona siedzi z opuszczoną głową, głęboko zawstydzona. Zwrócił się wtedy do niej tymi słowy:
— Wiedz, moja żono, że dziesiątki tysięcy mężczyzn jest na moich usługach. Ci wszyscy mężczyźni nie odważyli się i nie odważą czegokolwiek uczynić bez mojej woli, a tym bardziej wbrew niej. Jeśli zaś tylu ludzi podporządkowało się mojej woli, to jak mogłaś pomyśleć, że ty, jedna kobieta, swoim płaczem podporządkujesz mnie sobie.
— Przebacz mi, mężu — zawołała królowa. — Przebacz!
— Dobrze, przebaczam ci!
Salomon578 przekonał kobietę
Kiedy, wyrzucony z Jerozolimy579 na pustynię przez Asmodeusza580, Salomon ochłonął z pierwszego strachu, zaczął powoli rozglądać się po okolicy, do której trafił. Widok nie był zachwycający. Ogromne, dzikie pustkowie. Niezmierzony obszar piasku pod nogami i bezbrzeżny błękit nieba nad głową. Nie dziw, że w tych warunkach poczuł się nieswojo. W każdej chwili mógł natknąć się na dzikie i głodne zwierzę. Gorączkowo zaczął szukać jakiejś nory lub jaskini, gdzie mógłby znaleźć schronienie. Długie szukanie wyczerpało go do reszty. Był głodny i spragniony.
I oto, nagle, dojrzał z daleka zieleniejącą oazę. Resztkami sił przyspieszył kroku. Kiedy wreszcie do niej dotarł, został przyjaźnie przywitany przez młodych pasterzy, którzy w tym miejscu poili swoje owce. Pasterze nakarmili go i napoili. Po posiłku niecierpliwy Salomon zapytał, którędy wiedzie droga do Jerozolimy.
— Nie mamy pojęcia — odpowiedzieli pasterze — nigdy nie słyszeliśmy o takim mieście.
Odpowiedź pasterzy przejęła go smutkiem, ale po namyśle doszedł do wniosku, że zbyt młody wiek i brak rozeznania i kontaktu z wielkim światem są przyczyną ich niewiedzy. Postanowił zasięgnąć informacji u starych ludzi. Nie bacząc na to, że zbliżała się noc, podziękował pasterzom za gościnę i wyruszył w dalszą drogę. Wkrótce spotkał starego człowieka. Zapytał go:
— Dobry człowieku, jak daleko stąd do Jerozolimy? Słyszałeś chyba o tym sławnym grodzie króla Salomona, syna Dawida581?
— Nie słyszałem ani o takim mieście, ani o takim królu.
Odpowiedź starca przejęła Salomona smutkiem. Zaczął sobie robić wyrzuty: a ja ciągle sobie wmawiałem, że moje imię jest sławne na całym świecie. Teraz przekonałem się, że tylko pycha i próżność kazały mi tak sądzić.
Stary zaprosił go do siebie na nocleg. Nad ranem Salomon wstał i tylko umywszy się, ruszył w dalszą drogę. Szedł i szedł, i wkrótce buty od długiego marszu całkowicie się rozlazły, a i ubranie wskutek częstego przedzierania się przez kolczaste krzaki do reszty się wystrzępiło. W dodatku zaczął tracić wiarę i nadzieję, że się wydostanie z tego pustkowia.
I oto zobaczył przed sobą nowe osiedle. Wstąpił do pierwszego z brzegu domu. Mieszkało w nim małżeństwo żydowskie. Wreszcie znalazł powód do radości. W porywie szczęścia zawołał:
— Nie patrzcie na to, żem bosy i obdarty. Jestem królem Salomonem, władcą Jerozolimy i Judei. Zostałem wyrzucony z własnego państwa i znalazłem się w ciężkiej sytuacji. Jestem głodny i spragniony.
Małżonkowie na słowo „król” wybuchnęli śmiechem.
— Ach, ty biedny głupcze! Jak śmiesz nam opowiadać takie dowcipy? Masz nas za naiwnych ludzi, którzy nie wiedzą o tym, że król Salomon mieszka w Jerozolimie?
I nie pomogły żadne przysięgi ani zaklęcia Salomona, że mówi prawdę. Małżonkowie zdobyli się tylko na współczucie:
— Biedny człowieku — powiedzieli do niego — bolejemy nad tym, żeś postradał rozum. Żal nam ciebie.
Salomon widząc, że uważają go za wariata, przestał im opowiadać o sobie. Zjadł podany mu posiłek, podziękował i wyruszył w drogę. Po pewnym czasie dotarł do dużego miasta. Tu wszedł do jednego z okazalszych domów i poprosił właściciela o podarowanie mu nowych butów i ubrania. Zapewnił też gospodarza, że po powrocie do stolicy swego państwa zwróci mu w dwójnasób należność.
— Kim ty jesteś, że obiecujesz taką zapłatę?
— Jam król Salomon, syn Dawida.
Właściciel domu uśmiechnął się pod wąsem i powiedział:
— Skoroś Salomon, najmądrzejszy na świecie człowiek, to jak mogłeś zostawić królestwo, aby włóczyć się jak żebrak po świecie? Czy tak postępuje mędrzec?
Salomon opowiedział mu całą prawdę. Od utraty pierścienia i wygnania przez Asmodeusza. Właściciel domu wysłuchał go z uwagą. Wykazał nawet zrozumienie. Prawda, że trochę się dziwił, ale w końcu odezwał do żony:
— Wyjmij z kufra nowe ubranie i nowe buty i daj je temu człowiekowi. To król Salomon z Jerozolimy.
Zdumiona przebiegiem rzeczy kobieta zawołała:
— Jaki z ciebie dureń! We wszystko, co ci byle kto powie, zaraz wierzysz!
Mąż zaprowadził ją do drugiego pokoju i powtórzył jej całą zasłyszaną historię Salomona. Coś jej zaświtało w głowie. Złapała kij do ręki, wbiegła do pokoju, w którym czekał Salomon, i zaczęła go okładać. Salomon nie stawiał oporu. Zapytał tylko:
— Co ci złego uczyniłem, kobieto? Dlaczego bijesz mnie z taką furią?
— Boś kiedyś powiedział, że wśród tysiąca mężczyzn znalazłeś jednego porządnego, ale wśród tysiąca kobiet nie znalazłeś ani jednej porządnej.
— Uspokój się, kobieto, i przestań się złościć. Lepiej się zastanów nad tym, co powiedziałem, a wtedy zrozumiesz, że przez to chciałem kobietom pomóc, a nie zaszkodzić.
— Co ty pleciesz? Czy pisząc o tym, że wśród tysiąca kobiet nie ma ani jednej porządnej, pomogłeś im?
— Gdybym napisał, że wśród tysiąca kobiet znalazłem jedną porządną i mądrą, to by wszyscy mężowie wyrzucili swoje żony pod pretekstem, że dotychczasowa żona jest gorsza od śmierci i dlatego trzeba sobie wziąć nową, bo kto wie, może ta nowa będzie lepsza, będzie ową jedną spośród tysiąca innych. Kiedy zaś piszę, że nie ma ani jednej spośród tysiąca porządnej, mężowie dochodzą do wniosku, że nie należy wypędzać żony. Przecież nie znajdą lepszej.
Odpowiedź Salomona spodobała się kobiecie. Ze złości nie pozostał ślad. Odprowadzając go do drzwi, nie omieszkała go pobłogosławić.
Habakuk582 i Daniel583
Daniel cieszył się wielkim autorytetem na dworze króla Babilonii584. Nic więc dziwnego, że król Nabuchodonozor585 mianował go premierem swego rządu. Znaleźli się jednak wśród pozostałych ministrów nienawistnicy, którzy zazdrościli Danielowi awansu. Zmówili się po kryjomu i przygotowali królowi do podpisu dekret, który w zamierzeniu miał skompromitować Daniela. Dekret ten przewidywał mianowicie, że każdy obywatel królestwa Babilonii ma obowiązek modlić się przez 30 dni z rzędu do króla w taki sam sposób jak do Boga. Kto tego nie wykona, wrzucony zostanie do dołu z lwami. Król podpisał dekret i zazdrośni ministrowie natychmiast udali się do domu Daniela, aby znaleźć dowód na to, że nie stosuje się do rozkazów króla. Na podwórzu spotkali bawiącą się w piasku dziewczynkę. Zaczęli ją wypytywać:
— Co robi pan Daniel?
— Opiekuje się biednymi pannami, którym kupuje suknie do ślubu i urządza przyjęcia weselne.
— A więc tak się prowadzi — zawołali. — Hulanki sobie urządza, a myśmy o tym nie wiedzieli.
— Ale — wtrąciła dziewczynka — widziałam również, jak płacze, kiedy odprowadza zmarłych na cmentarz. Widziałam, jak rozdaje jałmużnę i jak pociesza sieroty.
Podczas tej rozmowy wpada na podwórze cały tłum biesiadników.
— Co to za ludzie? — spytali dziewczynkę ministrowie.
— To są biedacy, którzy przyszli do Daniela po jałmużnę. Trzy razy dziennie modli się i trzy razy dziennie rozdaje jałmużnę ubogim.
Usłyszawszy te słowa, ministrowie weszli szybko po schodach do pokoju Daniela. Stał właśnie przy oknie i odmawiał modlitwę do swego Boga.
Od razu pospieszyli do króla z donosem na Daniela, że modlił się do swego Boga, a nie do niego. Zgodnie więc z dekretem król nakazał wrzucić Daniela do lwiej jamy.
W jamie już czekało na niego dziesięć lwów. Codziennie każdy z lwów dostawał do pożarcia jedną owcę i jednego człowieka. Tego dnia, kiedy Daniel miał być wrzucony do jamy, lwy nie dostały swego zwykłego żeru. Chodziło o to, aby wygłodniałe bestie w mig go pożarły. Ministrowie wrzucili Daniela do jamy i ciężkim głazem zakryli właz. Zadowoleni i upojeni zwycięstwem nad konkurentem, wrócili do pałacu.
A tu tymczasem dzieje się coś niepojętego. Lwy na widok Daniela okazują radość. Podchodzą do niego i liżą mu ręce i nogi.
Wieczorem tego dnia, w porze, kiedy żniwiarze w Judei wynoszą na pole kolację, rozległ się potężny głos z nieba:
— Pójdź, Habakuku, do kraju Kaszdim586 i zanieś jedzenie, które masz w ręku, Danielowi, memu wiernemu słudze, leżącemu teraz w jamie lwów.
Habakuk poprosił Boga o przydzielenie mu do pomocy anioła. I nim zdążył wymówić prośbę, pojawił się obok niego anioł, który wziął go na swoje skrzydła587 i poleciał z nim do Daniela. Habakuk najpierw odsunął głaz zamykający jamę, a potem podał Danielowi jedzenie. Razem zjedli, wypili, po czym odmówili dziękczynną modlitwę do Boga.
Przez cały czas anioł czuwał nad nimi, a kiedy modlitwa dobiegła końca, wziął Habakuka na skrzydła i powrócił z nim do Judei. Wrócili w samą porę, bo żniwiarze akurat kończyli spożywanie posiłku, który zanieśli im synowie Habakuka.