Kara rozbójników

Zeszli się kiedyś dwaj osobnicy, żeby pomyśleć, jak tanim kosztem zarobić na życie. Doszli do wniosku, że najlepszą drogą do tego jest zbójectwo. Co do samej idei byli zgodni. W sprawie zaś sposobu wykonywania zbójectwa mieli różne zdania. Jeden uważał, że trzeba zrobić zasadzkę na drodze i napadać na przechodniów i przejezdnych. Drugi wyraził obawę:

— A co będzie, jak sprawa się wyda? Wtedy grozi nam kara śmierci.

— Mam na to radę — oświadczył pierwszy. — Wykopiemy dwa doły. W jednym pochowamy zamordowanych, w drugim schowamy zagrabione pieniądze.

— Może być — zgodził się drugi.

Wykopali dwa doły i zaczaili się na drodze. Napadali na przejezdnych, zabijali ich i zabierali pieniądze. Następnie ciała zakopywali w jednym dole, a pieniądze ukrywali w drugim.

Pewnego dnia drogą przejeżdżała karawana. Jeden z jej uczestników w pewnej chwili zauważył, że kiedyś już tędy przejeżdżał, ale wtedy droga była utarta, a teraz zarosła trawą.

— Czy to możliwe — zapytał — żeby ludzie przestali tędy chodzić? Coś w tym musi być. Musimy to sprawdzić. Poszukamy i być może znajdziemy coś.

Przeszukali dokładnie teren i znaleźli dwa zasypane doły. W jednym były pieniądze, w drugim trupy.

— No i co? Mówiłem — oświadczył pomysłodawca — że jeśli poszukamy to znajdziemy. A skoro znaleźliśmy pieniądze i trupy, to szukajmy dalej. Może odnajdziemy zbójców?

Wszczęli poszukiwania i odnaleźli ukrywających się zbójców.

— Co tu robicie? — zapytali ich. — Kim właściwie jesteście?

Zbójcy chcieli wykręcić się kłamstwem, ale wnet zjawił się niewidzialny Anioł Śmierci (dla którego zbójcy stanowili konkurencję) i sobie tylko znanym sposobem przeniósł to, co było u nich w sercu, na język. Słowem, zbójcy przyznali się do swoich czynów.

Wzięli ich pod straż i zaprowadzili do króla. Z jego wyroku osadzono ich w więzieniu i aż do śmierci codziennie wymierzano im karę chłosty.

Z powodu długiego i złośliwego języka

Pewien człowiek miał trzy córki. Jedna była leniwa, druga była złodziejką, a trzecia miała długi złośliwy język. Przy takich „zaletach” rzecz oczywista, że wszystkie trzy nie znalazły amatorów do żeniaczki i pozostały starymi pannami.

I oto któregoś dnia odwiedził ojca panien pewien przyjaciel z dawnych lat. Na widok trzech córek gospodarza gość oświadczył:

— Mam trzech synów i jeśli odpowiada ci moja rodzina, proszę o rękę twych córek dla nich.

— Moje córki nie zasługują na to, żeby twoi synowi pojęli za żony.

— Dlaczego? Jakie mają wady?

Ojciec wymienił wtedy wszystkie wady swoich córek. Gość przez chwilę rozważył sprawę, po czym oświadczył:

— Mimo to proszę o ich rękę dla moich synów.

Wkrótce też odbyło się wesele i wszystkie trzy rodziny zamieszkały w obszernym domu ojca synów. Jak, myślicie, postąpił teść ze swoimi trzema synowymi? Leniwą umieścił w łóżku i obstawił ją mnóstwem służących, które za nią wykonywały każdą robotę. Złodziejce oddał wszystkie swoje pieniądze i oświadczył, że może z nimi zrobić, co tylko chce. W stosunku do gadatliwej synowej był niezwykle dobry i uprzejmy. Każdego ranka przychodził do niej wypytując o zdrowie, samopoczucie itd. Na przywitanie zwykł był całować ją i zapewniać, że jeśli czegoś pragnie od męża, niech zwróci się do niego, a on wszystko załatwi. Po jakimś czasie przestała obgadywać złośliwie bliźnich.

Po jakimś czasie przyszedł do nich w gości ojciec trzech córek. Chciał się dowiedzieć, jak im się żyje z mężami. Najpierw odwiedził leniwą. Na pytanie, jak jej się żyje z mężem, odpowiedziała:

— Obyś był błogosławiony, ojcze mój, za to, żeś mnie wydał za takiego męża, który otoczył mnie rojem służących nie pozwalających mi wykonywać najmniejszej pracy.

Ojciec podziękował Bogu i poszedł do drugiej córki, do złodziejki. Ta również oświadczyła, że żyje jej się dobrze z mężem. Złożywszy Bogu dzięki, udał się do trzeciej córki, do złośliwej obgadywaczki. Ta na widok ojca zaczęła płakać i użalać się:

— Ojcze — zawołała — na świecie panuje zwyczaj, że rodzice wydają za mąż córkę jednemu mężczyźnie, a ty wydałeś mnie dwom mężczyznom naraz. Memu mężowi i jego ojcu. Jeśli mi nie wierzysz, to ukryj się u mnie w pokoju i wtedy zobaczysz na własne oczy, jak wygląda sprawa.

Ledwo ukryła go za parawanem, wszedł teść i zapytał, jak zwykle, o zdrowie i samopoczucie. Podniosła głos i powiedziała:

— Odejdź stąd! Nie rusz mnie! Nie wystawiaj mnie na hańbę!

Zaszokowany jej zachowaniem teść odpowiedział:

— Nie przyszedłem przecież w złych zamiarach. Nigdy mi do głowy takie myśli nie przyszły.

To powiedziawszy, szybko opuścił pokój synowej. Ojciec złośnicy wyskoczył wtedy ze swojej kryjówki i zabił teścia. Zaraz jednak zbiegli się domownicy i zabili złośnicę razem z jej ojcem. Z tego wyraźnie widać, jak wskutek długiego i złośliwego języka śmierć poniosły trzy osoby.