Zator
Niedziela, sprawy się komplikują. Bazylia jest w doniczce; zanim
jakieś pesto, trzeba ją wyżywić. A ty boisz się środka — korytarzy, żyłek.
Masz je tak blisko wierzchu, że mogłabym ci wejść w krwiobieg jednym
płynnym ruchem.
Ale póki co, wracasz na noc do domku na drzewie pod moją łopatką.
Pomyśl, czy to nie dziwne, że nigdy nie zobaczę, jaki masz wyraz, kiedy
tam lądujesz. Pomyśl, czy to nie dziwne, że tyle słów nie zmienia się
w ciało.
Dokarmianie światła, na uwadze
szlaban, balustrada z widokiem na skórę.
Locus4 focus
Miałaś rację ledwie się przyznając. Twoja matka z odległości znów
obcina włosy na bardzo krótko, chociaż jest jeszcze młoda, chociaż kiedy
chadza do parków, mrówki używają jej kciuków jak gładkich drabin.
Macha do ojca, w dłoni trzyma chustkę z ligniny. Wieczne pożegnanie.
Córki są takie przemądrzałe, gdy długo nie rodzą i nie kończą studiów. To
nie jej przypadek, ma magisterium i dzieci: dzieworództwo w działaniu.
Ale motyle z jej brzucha mieszkają na odległych łąkach. Nawet słowa
łąka używa się tutaj na lekkim przydechu — jak wielu innych słów, które
nie znajdą nigdy godnych odbić. Zakradaj się do piwnic, na strychy — na
zagrzanych grzędach
nocuje twój moll, dziewczynko. W ciemni się trzęsiesz, na słońcu
prześwietlasz te klisze. Więc jeśli rankingować strachy, słowo mąż
wysunie się wyraźnie na czoło, a przez czoło przecież lepiej jest
przeciągnąć kosmyk,
jak wtedy, kiedy przy jakiejś poręczy chciałaś się całować, ale
zabrakło ci, bo ja wiem, wdzięku, odwagi, zamaszystej kiecki. Och, wiem
— wolisz sama wbijać w siebie choćby wykałaczki,
bo jedna wiesz, jak daleko stąd do płynnego życia, na które nie
masz żadnego dowodu. I chociaż zakładam, że kłamiesz — ty kłamiesz.
W jakimś letnim parku, na ławce w półcieniach, grzebiesz sobie w oku
zakażoną drzazgą
i nic się nie zmienia.