Pieśń czwarta. Prochy

Oto linoskoczek, na poły przechodzący

nad piekłami srogimi, nad niebami mdłymi

teraz leży w swym stroju biało-czarnym

rozumiejąc powoli swe nagłe rozbicie

na grubą warstwę lepiącego się Prochu

Ukryte są w nim tajemnicze pumeksy i resztki

wysuszonego mleka z piersi, z witaminami

zmielone z dokładnością magistra farmacji

wszelkie lekarstwa, tabletki świata na wszystko

W środku można wyczuć jeszcze inne rzeczy

choćby spopielone kawałki słów za słabych

czy wałęsające się nawiasy jak pogubione rzęsy

Substancja ta miała cechy leczniczo-drażniące

smutek wypełniający mnie całą zgruchotaną

Słodkie tabletki przemielone otaczają mnie

Gorzkie antybiotyki zmielone w buzi

wyplute na krawężnik rzeczy wszelkiej

Wszystko było jakieś takie skurczone tu

z zimna i ze strachu, i ze smutku

podkurczone ze wstydu, że się nie udało

Patrzeć swymi przepłakanymi oczami

Nie można ich przymknąć ni zmrużyć

Krajobraz dokładnie 50% bieli-czerni

Mam w dłoni jeszcze prochy dla siebie

Moje kolorowe przyjemności skurczone

ściśnięte, barwiące swą słodką powłoką

by się lepiej łykało, by łukiem tęczy

zbawić moje bóle podziemne

Prawdziwe cuda mogą się zdarzyć, gdy zmieszam

różne lekarstwa ze sobą nie do pary, nie do wiary

Popiję zwietrzałym winem, poczekam na prochy

na moje wewnętrzne przecieranie się bolesne

Jeśli chcesz znać tę chorobę, to jest ona rzadka

osoba o takich skłonnościach cierpi prześmiesznie

ma potworne bóle głowy i zawroty, i krew z nosa

jej leci na ziemię, z nią całą na ziemię, zalewa się

wszystko widzi straszliwie ostro, każdy detal

mocno wbija się w nią, za głęboko zdecydowanie

Teraz jestem w prochach na prochach w twoich prochach

prawie zatopiona, trafiona, prawie zatopiona

Łykam miliony lekarstw za pomocą siebie, zanurzam się

Przedawkuję wielokrotnie ilość lekarstw na dobę

po to, żeby się już nie obudzić, by ten sen przedłużony

zagłuszyć za pomocą przyjaznej dłoni, jaką podaje nam

farmakologia

co głaszcze po głowie, głaszcze, głaszcze przyjemnie