Pieśń dwudziesta czwarta. Bianca odwraca się kolejny raz na palcu

W me zmarszczki powiał znów wiatr

Owinęłam się nimi dosyć zgrabnie

Modnie splisowana już jestem

Cień po mojej skórze w kurtkę uszyty

z ukrytymi kieszeniami, zakamarkami

Powłóczyste resztki hamują moje ruchy

jeszcze korale z mych zębów wiszą

na szyi powleczone na struny głosowe

Na czole spoczywa już kapelusz pleciony

ze słów mielonych z dodatkami włókien

Kręcę się w tej rewii cała w dekoracjach

w których rozpad i spopielenie następuje

Trzymam w ustach niedopałek papierosa

drogocennego, wyrzuconego przez kogoś

pamiętającego, że są ci, którzy dopalają

Te resztki po innych w moich ustach

Zaciągam się głęboko ostatnimi gramami

Znów byłam w sobie tak skupiona

Wykonam teraz piruet zbyt szybki i błędny

Jak tu zwrócić na siebie uwagę twoją

gdy popiół pokrywa mnie w środku

kamufluje tajemnie me konstrukcje?

W szarości, w połowie jestem uchwycona

Przechwycona w połowie okrążenia

między piekłem — niebem kręcę się

Wykonuję piruet, a mą łyżwą uderzam w lód

Całe me ciało wielka dynamika rozpiera

rękę podnoszę do góry i jakaś umowna sukienka

podkreśla mój ruch zapętlony, a potem rozbijam się

potykam i słyszę już śmiechy i chrząknięcia

Lubię rozbijać te piruety nieskończone

do krwi mieć te kolejne złamania wewnętrzne

mieć poczochrane włosy, sukienkę rozdartą upadkiem

tysiąckrotnie uderzać się o chłodną taflę i kusić

kusić CIĘ swymi upadkami