Pieśń czwarta. Winna śmierć

Sącząc z gąbki prawie octowe wino, leżakowałam

Z bólem krzyża wylegiwałam się na skórach

szukając kolejnych ofiar mych kaprysów lata

wśród pięknego i młodego korowodu blondynów

Oto byli z prawej, lewej strony piękni phoibosi

grali jakieś stare, wierszowane pieśni z lutniami

Myślałam, jak rytmicznie wybijam im te nutki z ust

Czy jako bezzębni będą tak samo umuzykalnieni?

Uśmiechałam się do siebie, obmyślałam plan śmierci

wtedy podeszła do mnie półnaga piękność z owocami

czarownie pachniała nienawiścią, nierozpoznaniem

Oj, te panny malowane, oj, te panny szykownie roztrzaskane

Zdziwiona tą odwagą zmieszałam się jej obecnością

Zmieszany kielich powrócił do ust, niosąc ze sobą truciznę

Pijąc winną przynętę, poczułam się senna i zmieniona

Krzyknęłam z nagłego bólu, rozrywającego mnie w środku

Wiedziałam, że zostałam otruta, krzyczałam o pomoc

Nikt z ucztujących nie przerywał biesiadowania śpiewnego

Na ich posągowych, marmurowych twarzach trwała cisza

z wolna dostrzegłam jednak delikatne uśmiechy rysujące się

Wybiegłam na korytarz i leżałam jak skulona ślimaczyca

plując siebie wokół, zsikując się z boleści przygodnej

Tak odchodzi bogini wraz ze swym postumentem na kołach

Winna trucizna zdobywała mnie w licznych żołądkach

cięła mnie na fragmenty, toczyła eksplozjami mą biel

urojoną i wymyśloną na potrzeby wizerunku wykutego

W ciągu jednego momentu mój chłodny oddech spadł

Oczy wytrzeszczyłam w marszczący się mrok czyhający

Wtedy poczułam do siebie nieprawdopodobny wstręt

Szept dziwny nie do zniesienia, przekrzykiwałam go

Całym swoim wściekłym rykiem królowej zagłuszyć go

Tylko to odezwało się we mnie, wielki mój wrzask

Odsunęłam się sama tam, gdzie najdalej, gdzie nie słychać

nic prócz mego głosu królującego nad śmiercią i nad łaską

którą odrzuciłam na wieczność od siebie, w przepaście kredowe

Ściąganie do punktu najmniejszego, prawie niewidocznego

Myślałam, że się rozpadnę, zniknę w jakichś śmietanach nagle

Tak bardzo byłam, za mocno trwało we mnie coś twardego

Zza moimi plecami, gdy odchodziłam, słyszałam lamenty

Głosy z dala wzywały jeszcze Brunę rozczochraną

zamieniły się z czasem w przedziwną odwrotność

Patrzcie, jak nadchodzę, najpiękniejsza