Pieśń szesnasta. Podsłuchy

Leżę na wysypisku śmieci sprasowana w kubik

Wokół mnie podobne kostki do gry oszukiwane

Jakiś dźwięk, fragment we mnie częścią odłożony

odzywa się i charczy, próbując się przedrzeć

Ten masyw sprasowany walczy o głos mocniejszy

lepiej może go nie dopuszczać, czuję jego ton

Łasi się jakoś tak dziwnie, ale brak mu skóry

Łasi się, by jeszcze raz czujność zatracić

Chwyci, zniszczy wszystko wokół wyłożone

Obliczył sobie to na podstawie rachunków

że on jest Rugewit, stosując kalambury i losy

Rzucając, obliczył, że na każdej jego stronie

na każdej jego kostce siedem jest kropek

dają one nieśmiertelność, to taka liczba

Mimo że śmierdział odchodami rybimi

potrafił się zakraść cichutko, skraść wiele

owoce kwitnące, świeżo kradzione warzywa

Już go słyszę, pod mą pachą chyba skrył się

Zaknebluję go jeszcze czymś, by milczał

taśmą malarską albo workiem foliowym

z wizerunkiem uśmiechniętych kobiet

oblizujących palce ze słodyczy schowanej

Zamknijcie mu mordę, ten otwór zdechły

gdy przyjrzysz się uważnie, zauważysz

w jego obliczu matowym śmierć

Iluzjonistycznie narysował sobie wiele głów

żeby się mienić i odmieniać ostatni raz

Przez przypadki odmiana okrutna