Pieśń szósta. Bramy Piekieł

Puk, puk, otwórzcie, zmokłej bogini łez i moczeń nocnych

Stoi przy bramie, kołacze, oczekując waszej gościny na noc

Tu się rozpoznaję, przy wejściu i domofon z moim imieniem

Podzielone bramy na nieskończoną liczbę segmentów

ciągle dzielą się wewnętrznie, ciskają, miażdżąc się w granicach

Nadproża potężne, wielkie filary dźwigające ciężar spotęgowany

Obrazy i historie niby tu widnieją, ale się kamuflują nawzajem

przez spróchniałe zęby cedzone, przez zgryzy zatrzaśnięte

Nowe rysunki na odrzwiach wyrzeźbione dłutem zębatym

Skryte pod deskami świata zwłoki czynów przerażających

Znaki dziwne rozpoznaję, w woskowym świetle ich pląs

Polichromie zdrapane wiatrami dalekimi i kształty miękkie

W rozglifieniu łuku wieńczącego drzwi napisy po aramejsku

Charakter pisma wskazuje na autora przycupniętego

On chciałby zachować anonimowość, raczej się nie ujawnia

Pewnie jakiś dawny mistrz je kuł, bramy piekieł w ogniu

Są na nich zakazane kwiaty, których nazwy są ominięte

we wszystkich językach dawnych i przyszłych, i zaginionych

W przyczółce lampka z napisem wolne, możesz wejść

poprawić przed lustrami w sraczu wypadające włosy

Ślepymi maswerkami ozdobione, czołgankami upiększają

przy klamkach licznych na wszelkich wysokościach

podkreślają stylistykę podążającą w doły i w przepaście

Te modne tendencje w architekturze są osobliwie ciekawe

Zapachy obłędu mego, szaleństwa, tu rozpoznaję się na szczęście

Wśród musujących kształtów dostrzegam trzy postaci wokół

Obgryzam palce do krwi i dotykam tych figur mellitowych

Dwie stojące z otwartymi ramionami, jedno zwierzę zbite

Wszystkie spojrzały na mnie, uśmiechając się przeciągle

Zauważyły moją obecność dotąd tutaj niedostrzeganą

Wtedy poczułam histerię olbrzymią i lęk odsłonięty

Uderzyła mnie fala zła niewypowiadanego w czoło

Rzuciłam się do ucieczki, tłumiąc swój zgubiony oddech

lecz ma ręka spoczywała już na klamce, która odskoczyła

a brama była taka piękna, karmelizowana z tłuszczem

Ot, te sztuczki opierające się na skrzypliwych zawiasach

one wiodą nas na zatracenie w głębiny najstraszniejsze

Nie witajmy się zatem w progu

sata-musie, czy jak ci tam było kiedyś na imię