IV
Drzwi otwarły się szeroko i wszedł wysoki, szczupły mężczyzna w obszernem ubraniu, noszącem na sobie ślady pracy w fabrykach.
Przymrużył zlekka oczy, ujrzawszy mnie i po chwili uśmiech zagościł na długiej twarzy. Prześliczne białe zęby zalśniły i zawołał szczerze ucieszony:
— Więc to pan, doprawdy?
Uścisnął mi obie ręce, a potem objął żonę i dodał:
— Jak to miło, Amelio, nieprawdaż? Przypomina nam nasze piękne drezdeńskie czasy.
I potem serdecznie mnie pytał o zdrowie, o podróż, w końcu zaczął opowiadać, chodząc po pokoju, o swoich zajęciach, przyczem dotykał coraz to jakiegoś przedmiotu, i brał go do ręki, i trzymał, nie tak, jak my, w palcach, ale całą dłonią.
Żona wyszła tymczasem i wkrótce wróciła, zapraszając nas do stołu. Ale w tej właśnie chwili Atlung podchodził do pianina, gdzie leżały otwarte nuty. Zaczął grać, a potem wiersz za wierszem śpiewać długą pieśń. Żona przypomniała mu o jedzeniu, gdy skończył.
— Amelio, spróbujmy ten duet, — poprosił ją, i zaczął akompaniament. Uśmiechnęła się do mnie, stanęła jednak przy nim i zaczęła śpiewać. Głosy ich, sopran z barytonem, doskonale się zlewały, i dopełniały. Kto przez chwilę choćby nie mógł zrozumieć, w jaki sposób zeszło się tych dwoje ludzi, wystarczyło aby posłuchał ich śpiewających.
Nie było w ich śpiewie siły, ani szkoły, ani opracowania pojedyńczych tonów i akordów, ale odczuwać się dawało doskonałe odczucie i harmonia melodyi. Głosy zlewały się w jeden ton, roztaczając dokoła szczególny urok. I śpiewali wiersz za wierszem, a czem dłużej trwała pieśń, tem doskonalej.
Kiedy nareszcie skończyli i przeszliśmy do sali jadalnej, a pan domu oddalił się, aby dać Stinie klucz do piwnicy, zauważyłem w oczach pani Atlung tylko cichy, piękny wyraz zadowolenia.
Zasiedliśmy do stołu, a po chwili zjawił się Atlung z piwnicy, dokąd musiał sam się udać, tak zabrudzony, żeśmy oboje parsknęli śmiechem.
Zmieniwszy ubranie i umywszy się zasiadł nareszcie do stołu, i jadł prędko i żarłocznie, a nasyciwszy pierwszy głód, spytał o chłopców: zjedli już, bo nie mogli tak długo czekać.
— Czy pan widział dzieci?
— Tak, odparłem, i wtrąciłem parę słów, o ich naturalnej prostocie i o podobieństwie do obu rodzin.
— To źle, — wtrącił Atlung, — że obie rodziny mają stosunkowo zanadto rozwiniętą wyobraźnię. Jest coś miękkiego w tych charakterach i to właśnie odziedziczyli nasi chłopcy. Przed dwoma tygodniami np. odegrał się tu smutny dramat. Towarzysz zabaw naszych chłopców utopił się w stawie rybnym. Co dzieci z tej historyi, naturalnie przy pomocy Stiny, zrobiły, to jest istotnie niepojęte. Dziś jeszcze o tem myślałem; właściwie nic nie powiedziałem, bo w gruncie rzeczy to dość zabawne i nie chciałem Stinie robić wymówek, ale jednak to było okropnie głupie. Stanowczo, Amelio, lepiej będzie oddać ich do szkoły, niż pozwolić, aby poddawali się tak wszelkim wrażeniom.
Żona nie odpowiedziała. O jedzeniu znów zapomniał. Po chwili wziął kęsek, ale w sekundę już nie pamiętał, że go trzyma na widelcu. I tak przy obiedzie siedzieliśmy przeszło godzinę, przyczem Atlung rozbierał i cytował Spencera „O wychowaniu”, nie bacząc na to, że ja zadałem mu pytanie, czy go czytał, z czego wnosić należało, że sam chyba również przestudyowałem go dokładnie. Punkt po punkcie cytował ustępy z książki i robił przytem swoje uwagi. Między innemi te, że jeśli według Spencera nauka o wychowaniu powinna być wprowadzoną do szkół, jako jeden z najważniejszych przedmiotów, to jednakże, bardzo wielu nie zdobędzie talentu wychowywania dzieci, bo to stanowczo jest talentem, który bardzo niewiele osób istotnie posiada.
On ze swojej strony chciał, jak tylko dzieci będą już dość duże, posłać je do pewnej pani, która, zdaniem jego, talent ten posiada. Mówił o tem, jakgdyby to była rzecz oddawna postanowiona. Zdziwiłem się, że nie mówiła mi nic o tem, gdyśmy przed przyjściem męża, mówili o wychowaniu dzieci.
Naraz Atlung chwycił za zegarek i przypomniał sobie, że musi się jeszcze spotkać z Hartmanem, swoim dysponentem, przeprosił mnie i wybiegł.
Droga do miasta, końmi, z wypoczynkiem, trwać musiała kilka godzin; przypuszczałem, że zostanę nie w porę, i postanowiłem pożegnać się po kawie. Pani Atlung przeprosiła mnie, że musi zaglądnąć do kuchni, a ja chciałem się trochę rozejrzeć po podwórku.
Na schodach doszedł mnie głośny śmiech dzieci, a za nim w ślad wymysł taki, że nie mogło mi się w głowie pomieścić, żeby mógł być przez dzieci pomyślany, a cóż dopiero głośno na podwórzu wypowiedziany.
Najprzód wymówił go starszy, a za nim młodszy. Chłopcy stali na dworze, a wymysł ów tyczył się dziewczynki, stojącej w szopie i zajętej oczyszczaniem sani.
Po chwili chłopcy krzyknęli drugi wymysł, gorszy jeszcze, niż poprzedni, a potem posypały się coraz gorsze wymyślania, którym towarzyszyły wybuchy śmiechu. Jasnem było, że im ktoś trzeci podpowiadał. Dziewczynka milczała, spoglądając tylko na kogoś, co stał po za nimi w remizie.
Ztamtąd doleciały mnie drwinki; i Atlung wyszedł ubrany, prowadząc swego konia.
Chłopcy, ujrzawszy ojca przelękli się bardzo, bo nagle uprzytomnili sobie te szkaradne wymysły, właściwie po to wypowiadane, aby komuś trzeciemu oddać złą przysługę.
Ojciec krzyknął głośno:
— Poczekajcie, niech tylko wrócę do domu, dostaniecie porządne rózgi.
Wsiadł w sanie i zaciął konia. W przejeździe dostrzegł mnie i skinął mi przyjaźnie głową.
Chłopcy stali przez chwilę, jak skamienieli. Poczem starszy biedz zaczął, jak tylko mógł najszybciej, a młodszy za nim, wołając z płaczem:
— Czekaj, Antoś, czekaj, zabierz Storma z sobą!
I zniknęli za szopą, ale długo jeszcze słyszałem płacz młodszego.