VII
Natychmiast prawie opuściłem Skogstad, nie pożegnawszy się z Atlungami. Do stacyi dostałem konia. Śnieg padał jeszcze trochę, ale chmury coraz się rozpraszały i światło księżyca lśniło coraz jaśniej. Las wyglądał, jak naród złamany i zwyciężony; ciężar, który nosił, większy był niż jego siły. Stał jednakże cierpliwy, szczyt, przy szczycie, bez końca; to był naród czasów zamierzchłych. I widziałem w wyobraźni mojej pokolenia zanikłe, śród mgły i pyłu, nie poznające się nawzajem, walczące przeciw sobie, zabijające się minami nawzajem; ale tumany pyłu, zawsze wznosiły się ponad niemi. I ja widziałem wśród nich wszystkich tych, co rany mieli, co umrzeć musieli. Dostrzegłem wśród nich, tkliwe, delikatne dusze, które dokonywały rzeczy najszczytniejszych i najpiękniejszych, jak owi duchowni lekarze egipscy, którzy chorych i umierających ratowali od śmierci a na rany kładli lekarstwa mistycznych symboli.
Ale stosunki społeczne, najświeższej nawet, doby ostatniej, widziałem pokryte, grubemi warstwami pyłu. Uwolnić życie od nich, znaczyłoby zburzyć cały dzisiejszy porządek społeczny.
Obrazy te stawały się coraz bardziej męczące; wypłynęły za to z nich, co tylko przeżyte chwile; słyszałem żałosny, gorzki płacz dzieci, które kochające ramiona unosiły z jednej warstwy pyłu, w drugą, jeszcze większą.
Wydostałem się nareszcie z lasu samego i jechałem wzdłuż niego drogą, prowadzącą do stacyi na górę.
Kiedy stanąłem nareszcie na miejscu i rzuciłem okiem na drzewa, tonęły całe w świetle księżycowem. Wspaniałym był las w swoim majestacie piękna i powagi.
Widok ten uniósł mnie i obrazy mojej wyobraźni inną przybrały postać.
Marzenie wszystkich ludów, powstałe nieskończenie dawno, w przeszłości zamierzchłej, z przed czasów najdawniejszych dziejów, wyłaniające się w coraz nowych postaciach. A każda nowa oznacza zagładę poprzedniej; każda młodsza, mniej przez rzeczywistość zasłonięta, pozwala szerzej, swobodniej odetchnąć, aż wreszcie ostatnie marzeń szczątki z czasem w nicość się obrócą. Kiedyż się to stanie?
Nieskończoność powraca zawsze, a z nią wszystko, co jest niepojęte, ale to już życia nie przytłacza, nie osypuje go pyłem; napełnia raczej pragnieniem oddania się.
Siedziałem znów w saniach, słuchając monotonnego głosu dzwonków. Usnąłem. I znów płacz dzieci mieszał się z ich dźwiękiem, i pomimo woli zastanawiałem się, co będzie dalej z dziećmi, i jak niedługo Skogstad podobny stanie się raczej do szpitala. Jakże inaczej myślałem o tej starej siedzibie, jadąc tutaj.
Przypominałem sobie to wszystko, gdy dwa miesiące później jechałem znowu tą samą drogą z Atlungiem i on opowiadał mi o wszystkiem, co po moim wyjeździe zaszło. Przez ten czas byłem za granicą, a z nim spotkałem się w mieście. To zaś, co mi opowiadał, przytaczam mniej więcej swojemi słowami:
Dzieci dostały zapalenia płuc, choroba była niebezpieczna, ale pani Atlung była pewna, że wszystko to, stało się dlatego, ażeby mogła zatrzymać je przy sobie. W lesie już, mąż jej przysiągł, że ich jej nie odbierze. Szczęście tedy i spokój zapanować miały w domu. Zwierzyła się też mężowi, że od pół roku modliła się, aby Jezus w jakikolwiek sposób temu zapobiegł. Pomoc w tem miała w ojcu i w Stinie. Wierzyła, iż wkoło niej wszystko sprzymierzyć się w tej modlitwie było powinno.
Tak przekonała Atlunga i zajęła go dziećmi, że nie dostrzegał zupełnie jak, chorą jest biedna żona. Nie zauważył też tego nikt, z powodu jej niezwykle pogodnego stanu umysłu i napięcia, jakiem tchnęła cała jej dusza. Widzieli wszyscy, że jest chora i że ma gorączkę, ale o niebezpieczeństwie nikt nie myślał. Łóżko, w którem leżała matka, przystawili na jej prośbę do łóżeczek dzieci.
Pewnego dnia, Atlung przyszedłszy z fabryki do domu, wszedł prosto do pokoju chorych. Osoba pielęgnująca ich usnęła, dzieci też spały, a ponieważ żona nie odzywała się do niego, jak zwykle, więc sądził że i ona we śnie odpoczywa. Pochyliwszy się nad nią z przestrachem zobaczył, twarz jej cudną zalaną łzami. I teraz dopiero dostrzegł, jak strasznie była zmieniona. Zachwiał się. Jakże mógł tego dotąd nie dostrzedz!
— Amelio! Co tobie? — szepnął.
— Widzę po twojej twarzy, że wiesz dobrze, — odszepnęła.
— Amelio! — zawołał i upadł przed nią na kolana, złamany i zbolały.
— Ja nie tak myślałam, — odparła szeptem, ledwie dosłyszalnym.
— Co takiego? Amelio?
Oczy jej znów zapełniły się łzami, podniosła na niego swe wielkie cudne oczy.
— Ja nie chciałem ich tobie odbierać!
Nie śmiał już o nic pytać, aczkolwiek słów jej nie rozumiał jeszcze. Przypuszczał, że się podczas jego nieobecności coś stać musiało, co rozstrzygnęło losy jej życia lub śmierci. Ale rozumiał, że jeżeli natychmiast nie odejdzie, to zabije ją wyrazem swej twarzy; odgadnie wszystko. Pobiegł do gabinetu i upadł na sofę. Przywołał Stiny.
— Co się tu dziś rano stało? — spytał.
Stina nie umiała mu nic powiedzieć. Doktór nie był, miał nadejść później.
Poznał sam i wybuchnął płaczem. W dużym pokoju usłyszał swoje własne łkanie, i zadrżał całem ciałem. Czuł to dobrze teraz, że odtąd sam tu teraz siedzieć będzie i tygodniami całymi słyszeć to łkanie. I w bezmiernej tęsknocie ujrzał jej obraz przed sobą: szła ku niemu, taka biała i tłómaczyła mu czego nie rozumiał. Modliła się żarliwie i gorąco, aby jej Pan Bóg z dziećmi nie rozłączył, teraz wysłuchaną została, ale okrutnie, bo je ze sobą w krainę śmierci zabierze. Dlatego mówiła, że nie tak myślała, że nie chciała ich z nim rozłączać.
Nad ranem chora usnęła i uspókoiła się po bardzo ilnej gorączce w nocy. Zbudziwszy się, była bardzo osłabiona. Leżała z zamkniętemi oczyma. Podano jej jedzenie, odsunęła je. Pod wieczór gorączka zwiększyła się. Przeniesiono ją, z porady lekarza, do drugiego pokoju. Wydało się jej, że niosą ją do raju i cichutko nucić poczęła psalm. Nad ranem znów usnęła, lecz wkrótce nastąpiły jakieś straszne bóle, a potem już tylko jeszcze straszniejsza walka ze śmiercią. Atlung trzymając ją za rękę, czuwał przy niej aż do ostatniego tchnienia.
Nazajutrz doktór oświadczył mu, że dzieci wyszły z wszelkiego niebezpieczeństwa. Atlung nie rozdzielał dotąd dzieci od matki, ani na chwilę; podczas choroby ich czuł razem z nią, że żyć będą. I teraz, kiedy matka miała być z niemi rozłączona, inne uczucie — radości, zniknęło, a raczej ogarnęło go przerażenie, że i tu się pomyliła nieszczęśliwa. Zdawało mu się, że ona żyje i może widzieć, że wszystko jest tylko pomyłką.
Na dworze spotkaliśmy obu czarno ubranych chłopców, bladych i mizernych. Atlung zaprowadził mnie do grobów familijnych do kaplicy. Zdjęliśmy kapelusze i podeszliśmy do trumny, w najgłębszem milczeniu, i w niemem skupieniu opuściliśmy kaplicę.
Powietrze było ciepłe i łagodne. Las pysznił się już zielonością pod ostatniemi płatami śniegu, zdala fiord pachniał świeżością.
W powietrzu czuć było Maj, chociaż znajdowaliśmy się zaledwie w połowie zimy.