XV
Patrol Krwaworączki wracał do zwykłych zajęć. Czarni324, rozciągnięci niedbale za swoim szefem, przystawali, oglądali ciekawie zepchniętych pod ściany Żydów, jak z obawą przyciskają do piersi dokumenty. Znów ustawiono ich szeregami i powstało zamieszanie, ponieważ kilkunastu młodych mężczyzn, których konwojenci uważnie wybrali spośród innych chętnych i wyznaczyli do sprzątania zwłok, jakiś przechodzący tędy oficer puścił wolno. Ot tak, bez powodu.
Przepadli w ruinach przechodniego domu, który łączył Krochmalną z ruderami na Walicowie.
Krwaworączka przeszedł środkiem, wołając głośno, że trzeba mu dwudziestu tragarzy do pakowania mebli i antyków. Tylko ostrożnie, żeby niczego nie zniszczyć.
Pytał:
— Kto na ochotnika? Niech wystąpi. Daruję wam życie.
Czarni się śmieli.
Z fasonem, na bakier przekrzywione furażerki zdobne były w trupie czaszki i skrzyżowane piszczele, pucowane kredą do połysku. Tymi furażerkami ocierali spocone twarze, karki, bo dzień był duszny i parny.
A Żydzi biegali jak obłąkani z miejsca na miejsce; szukali krewnych, nawoływali się z daleka. Nikt nie wiedział, która grupa lepsza, i każdy szukał tej najlepszej. W zamęcie Dawid usłyszał, że ktoś z uporem powtarza jego imię, a kiedy żandarm rozepchnął ludzi, kolbą i wrzaskiem torując drogę tragarzowi z ogromnym zegarem na plecach — ukazał się z daleka wuj Gedali. Szedł w jego stronę pustym skrajem jezdni, unosząc wysoko wszechmocną zieloną przepustkę od Toebbensa. „Taka zwyczajna tekturka z pieczątką?” Dawid nie spuszczał z niej oczu i chłodno, uważnie śledził ruchy wuja, zbiedzoną twarz, udaną pewność siebie, postawiony kołnierz letniego płaszcza. Bał się oddychać. I raptem zaczął okropnym głosem wołać, że jest tu! W pewnej odległości ojciec, pochylony pod ciężarem narzędzi, z ukosa obrzucał obojętnym spojrzeniem mijane posterunki. Krzyknął coś do Niemca, który zabiegł mu drogę, młotkiem wyjętym z kieszeni wskazał przed siebie w nieokreślonym kierunku. Zębami ściskał rąbek złożonego arkusika, który bez pośpiechu rozwinął. Potrząsał nim długo przed nosem Niemca.
Wuj Gedali już stał przed nim i osłaniał go zieloną przepustką; syknął tylko jedno słowo do podbiegającego żydowskiego policjanta; żółty chwycił twardą łapą Dawida za kark i ciągnął w kierunku bramy, pokrzykując coś zawzięcie i bez sensu. Zatrzymali się dopiero w sieni, dysząc, wszyscy trzej. Tam czekał ojciec. Składał uważnie ten arkusik papieru. Narzędzia i worek cisnął na ziemię.
Żółty z politowaniem kiwał głową. — Oj, i po co to wszystko? Jak nie dzisiaj, to jutro. Każdego to samo czeka.
Ojciec pocałował Dawida w usta.
— Dobra, dobra.
A wuj Gedali wyjął mu z ręki złożony arkusik. — Co to właściwie takiego? Skąd to masz?
I ojciec odparł: — Nie wiem. Leżało na ulicy i podniosłem w ostatniej chwili.
Wuj Gedali poskrobał się za uchem. — Świadectwo szczepienia ospy? No, no, murowany auswajs325. Schowaj sobie na następny raz.
— Ospy? Nie miałem czasu czytać, Gedali. Ale coś mi się wydaje, że to przepustka na jednorazowe przejście.
— Taak, Niemcy kochają papierki i... porządek!
Żółty machnął ręką, westchnął zniechęcony i zszedł stopień niżej. Odwrócił się. — Tanio cię to kosztowało. Peta — oznajmił, a widząc, że wuj Gedali wtyka mu zwitek banknotów, powiedział: — Forsa? Mnie twoja forsa niepotrzebna, ciężki frajerze! Mam tego śmiecia potąd.
Ojciec wyjął z kieszeni bluzy paczkę machorkowych. Żółty przyjął papierosa, ale nie odchodził.
— Mój kolega też pali — powiedział. Dostał drugiego papierosa i dopiero wtedy się ulotnił.
Mijając porzucone w nieładzie trupy i węzełki szli po schodach na górę.
Zewsząd lała się jasność. Lekkie, małe chmurki przesuwały się za plecami wuja Jehudy. Coś tam pitrasił i potrząsnął głową, kiedy weszli.
— Jesteście... W samą porę. Kasza mi się przypaliła, wodę czuć rdzą i do tego soli w tym całym bałaganie znaleźć nie mogę!
Słaby, przedwieczorny podmuch wiatru wichrzył mu włosy, jakby unieść go miał, porwać w przestrzeń.
Mieszkanie przedstawiało żałosny widok i Dawid oślepiony zmrużył oczy. Szyb, okien nie było, drzwi leżały sobie w sieni i deszczyk, który mżył w ciągu popołudnia, obmył niebo aż do białości. Otwarta na oścież, spustoszona nora pełna była zepchniętych na środek sprzętów, rozwleczonych gałganów, zasłana drzazgami szkła, które skrzyło się w słońcu. Żandarmi i policja musieli gospodarować tu dłużej, bo w paru miejscach deski oderwane były od podłogi, a obok leżał porzucony, złamany bagnet. Na chybił-trafił wykuto łomem jamy w ścianie, przebito naprędce kanały do komina, skąd runął stos sadzy. Czego tutaj mogli szukać? Dawid poczuł chłód na karku i wstrząsnął nim krótki dreszcz. Oślepiający blask leżał na ruinie. Wybuch granatu obnażył żelazne belki stropu, z którego prószył tynk i zasypywał wszystko dokoła. Wisiały wyprute z muru kable, rury, kołysały się zwoje przewodów w powietrzu. Lipcowy dzień zmierzchał i zachodzące słońce osuwało się gdzieś tam, nad dachami Woli.
Ojciec błądził wśród zaśmieconych kątów, jak ślepiec. Schylał się, podnosił odzienie matki, zmięte, rozrzucone w nieładzie. Strzepnął jakiś gałgan i kurz się uniósł.
— O, nawet chustki nie zdążyła na siebie narzucić.
Miął w dłoniach wełnianą czarną chustę.
— Ty klępo, nie rozkraczaj mi się tutaj na środku ulicy i nie zastawiaj zadem przejścia!
Wrzask policjanta z ulicy przeleciał na wylot otwartą ruinę. Konwojenci chwytali w zaułkach uciekinierów i formowali ostatnie grupy do marszu na Stawki, a ojciec powtarzał cicho, jakby nikogo tutaj przy nim nie było.
— W drodze może być przecież zimno... Gedali, czy tam w drodze jest im zimno?
Deptał na oślep odzienie, podnosił troskliwie i znów rzucał obojętnie na ziemię.
— Inni tutaj przyjdą. Inni moją nędzę rozgrzebią. A może im się moja nędza na co przyda?
Wuj Jehuda mieszał kaszę.
— Wiadro całkiem do niczego. Ciekło, a wodę musiałem nosić z parteru.
Ojciec podszedł do otwartej tekturowej walizki, pochylił się nad jej zawartością i zaczął obojętnie w niej gmerać.
— O, buty, garnitur, koszula, krawat... Spakowała mi nawet walizkę na drogę. Mieliśmy przecież iść. Ale wszyscy razem. A co wyszło? Nie wiadomo co. Tego się bała, że nas rozdzielą... Jak to mówiła? „Pomieszanie z poplątaniem”. A teraz? Ja tu, ona tam.
Wuj Gedali wyglądał ukradkiem przez otwór okienny na to, co działo się u zabiegu ulic. Gdzieś zza rogu rozległo się rozpaczliwe wołanie:
— Kartki, gdzie moje kartki? Zostawiłam na górze kartki żywnościowe!
— Wróć!
— Zostawiłam kartki, panie... kartki na chleb!
— Stój!
Usłyszeli pojedynczy strzał.
Wuj Gedali cofnął się, odwrócił i oparł plecami o ścianę, chciwie zaciągając się papierosem.
— Człowiek żyje. Klepie biedę. Mija parę lat i zostają po nim zaśmiecone kąty.
Za oknem widać było zrujnowany most na Chłodnej, który runął, i suche, sczerniałe drzewo na skwerze przed kościołem Św. Karola. Niemcy kazali podciąć drewniane żebro przęsła w pierwszych dniach akcji, a belki były zwęglone i nosiły ślady pożaru. Ostatni wóz meblowy jeszcze stamtąd nie odjechał, a pod mostem leżały już ciała rozstrzelanych tragarzy.
Ojciec przyłożył do oczu zaciśnięte pięści.
— Po co ja żyję?
Wuj Jehuda niósł garnek z kaszą. Zdjął pokrywkę i pokręcił nosem.
— Bez soli.
Ojciec powtórzył:
— Po co ja jeszcze żyję?
A wuj Gedali powiedział cichym, miękkim głosem, kiedy nadciągający zmierzch wypełniał przestrzeń lekko jak westchnienie:
— Przetrwać, nie ma innej rady.
Na skwerku biwakowały zluzowane patrole żandarmerii. Odpoczywając, z manierkami w rękach rozpinali mundury. Jakiś podoficer stanął wyniośle na stopniach przed kościołem i długo wodził polową lornetą wzdłuż okien wymarłych kamienic; obok wznosił się ogromny stos portfeli, skórzanych teczek, a ciśnięte dokumenty walały się rozproszone na trawie. Wstrzymane, puste tramwaje cofały się spod zatrzaśniętej wachy i dzwoniły — dając pierwszeństwo kolumnom maszerującym na Stawki. Po kamiennych stopniach szedł rozchełstany żandarm i, stając przed podoficerem, podawał mu manierkę.
— Herszełe, ja nic nie widzę! Nie zgub mi się w tym tłoku! Nie zostawiaj mnie samej!
Dawid siedział z wujem Jehudą na rozbebeszonym barłogu w kącie — gdzie gruzem przysypane leżały koce, podarta kołdra, zmiętoszone poduszki — jadł z garnka przypaloną kaszę, rzadką papkę rozpuszczoną w rdzawej wodzie, i słuchał nawoływań z ulicy. Zachodzące słońce ciepłym blaskiem ogrzewało czerwony murek zburzonego domu, ale z zakamarków ruin rozpełzały się krzywe cienie. Zmierzch sunął po ścianach ku górze.
Ojciec błądził po omacku.
— Gedali, ile transportów dziennie odchodzi?
— Nno, nie wiem... Jeden. Najwyżej dwa.
— A przed nocą zdążą ich wszystkich załadować?
Zmierzchało; krwawy dzień połknęły czeluście Mirowskich Hal.
— Może przetrzymają ich na miejscu do jutra?
— Tory wszędzie zapchane wojskiem. — Wuj Gedali mówił w zamyśleniu, gładząc Dawida po głowie. — Transporty tkwią po parę dni na bocznicach. A rampa na Stawkach zatłoczona. Po odejściu każdego składu, drugie tyle zawraca na plac. I czeka, czeka... Mordują ludzi w bałaganie. Mordują ludzi i sami tracą głowy.
Ojciec butem odepchnął walizkę, jakiś gałgan wysunął mu się z rąk na stertę śmieci, a ruinami ciągnął wieczorny powiew i powietrze zawirowało, pełne siwego pyłu.
— Idę.
Wuj Jehuda rzucił się ku niemu: — Człowieku, opamiętaj się! Gdzie się obrócisz, wszędzie to samo. Znikąd pomocy. Wszystko się wali! Ulice, miasto całe jedzie na pewną śmierć. A ty chcesz iść na Stawki i wyciągnąć ją z transportu? Po co?
Norę przewiał chłód, zaległa ciemność.
— Po co?
— A ja ją wyciągnę, choćbym miał z pustymi rękami iść za nią prosto na Umschlagplatz326.
Po chwili wuj Jehuda powiedział złym, głuchym szeptem:
— Jak nie uduszą cię wapnem w wagonie, to zadołują za drutami. A tutaj...
Rozległ się daleki, słaby trzask i pierwsza rakieta wisiała nad ruinami. Ojciec stał sztywny, wyprostowany wśród osuwających się cieni.
— A tutaj, Jehuda?
— Nikt nikomu niczego obiecać nie może. Los nasz przesądzony. Ale mogę się jeszcze bronić. I ty!
Wuj Gedali powiedział cicho:
— Nie ma takiego prawa, żeby człowiek miał do końca się bronić wbrew wszystkim i wszystkiemu.
Dawid uniósł się z barłogu. — Sza, ktoś idzie.
Szmer powtórzył się, trzasnęły uchylone gdzieś niżej drzwi. Byli to Naum i Uri; wymknęli się z kryjówki o zmroku, przeczołgali spod ruin zburzonej oficyny na drugie podwórze. Oślepieni znienacka rakietnicą ukrytego gdzieś blisko szperacza, potracili głowy. Naum czarnymi paznokciami wyczesywał piach z krętych włosów. Jedno ramię wisiało na brudnej, zakrwawionej szmacie, a wydatna grdyka zniknęła w kosmykach parotygodniowej bródki. Uri siadł na tekturowej walizeczce, która spłaszczyła się pod jego ciężarem, i rozcierał ręce; w kryjówce pod gruzami panowała wilgoć — i twarz miał wychudłą, wiotką i szarą jak pęd kartoflany. Prostował ramiona i stawy sucho potrzaskiwały. Wśród chaotycznej pukaniny snop rakiet jarzył się nad dachami, Naum sycił głód kaszą, a Uri podniósł z ziemi krawat i wiązał sobie na gołej skórze. Chuda szyja sterczała w wycięciu ciepłego swetra.
— Żyć dwadzieścia dwa lata na tym świecie i nie móc jak się należy zawiązać krawata.
Rozplótł węzeł, jeszcze raz niezdarnie splótł.
— Już. Za późno, Uri.
— Ehe. — Wielkie mokre zęby wylazły na wierzch spod grubych warg, kiedy z uśmiechem zabrał się do jedzenia...
Dawid zmorzony całym dniem po omacku usuwał gruz z barłogu, rozproszone w nieładzie narzędzia i książki. Ułożył się i poczuł twardy przedmiot ugniatający mu plecy. Sięgnął za siebie, to był pilnik. Przyłożył do policzka stalowy, szorstki pręt i wetknął do kieszeni.
Ojciec stał pośrodku rudery i pytał:
— Jehuda, ile kosztuje taki jeden mały pistolecik na czarnym rynku?
— Dziesięć tysięcy — odparł niechętnie. — Jak by nie liczyć, tyle kosztuje. Ale towarzysze dostarczą broni. Zza muru.
Rakieta sycząc powoli dogasała.
— Spodziewając się najgorszego, Żyd nie umie sobie wyobrazić najgorszego... Gedali, ile kosztuje miejsce pracy? Jedno, u Toebbensa? Ile? Mów. Przy nim.
— Nno, zależy od dnia. Ceny skaczą. Trzy, cztery i pięć tysięcy.
Ojciec stanął przed wujem Jehudą.
— Przepustki, przepustki. Skąd brać, ja się pytam? Leżą na ulicy? Za samo istnienie trzeba słono płacić i przed każdym transportem dawać w łapę hyclom. A potem? Papierki, numerki. Kupować życie, sprzedawać życie. Handel, jakiego świat nie widział. Dotąd, moją przepustką na życie był mój fach... Nie wierzę w ten cały interes. Żeby przetrwać dzień w kryjówce, trzeba mieć pod ręką ładny brylant. A nazajutrz? To samo! Dla szubrawca Żyd to kopalnia brylantów. Nie wierzę w ten cały interes... Co jeszcze zostało? Praca, czternaście godzin na dobę za miskę pomyj. Ale praca za miskę pomyj kosztuje. Kogo? Robotnika! Pracuje i płaci za własną pracę, za prawo do pracy i za prawo do istnienia. Każdego dnia, każdej godziny. W najlepszym razie daje nielegalne łapówki, te nielegalne łapówki biorą od niego różne nielegalne osoby, a te nielegalne osoby przyrzekają mu święcie chronić jego nielegalne życie. Jehuda, ten świat jest cały nielegalny. I ja, raptem, ni stąd ni zowąd, mam się urządzić w nielegalnym świecie? Ażeby przejść ulicą, z domu do domu, trzeba mieć dolary. Ażeby napić się wody, trzeba mieć dolary. Ażeby wziąć do ręki broń, na to trzeba mieć już grube dolary... A ja mam pustą kieszeń. Ani na przepustki, ani na łapówki, ani na broń.
Pojedyncza rakieta wzbiła się w niebo; opadała nad ruiny, a w jej martwym świetle twarz miał białą jak kość, czarne jamy zamiast oczu.
— Dobre sobie, walczyć! A czym? Gołymi rękami? Broń to luksus.
— Jakow — powtarzał łagodnie wuj Jehuda — twoje miejsce jest tutaj. Wśród nas.
— Walka to zbytek.
Uri cisnął na ziemię krawat. Wtrącił z boku: — Przebijemy się do lasu. Zostań.
— Do lasu? Tam już na ciebie czekają z otwartymi rękami. Idź, idź... Do lasu.
Naum go poparł: — Jakow, jesteś nam potrzebny. Masz dwie belki. Front za sobą. To się liczy.
Wuj Jehuda go poparł: — Dla nas... dla nas jesteś człowiekiem na wagę złota.
Ojciec żachnął się.
— A inni?
Milczeli.
W gasnącym świetle rakiety uniosły się zaciśnięte pięści.
— Inni też są dla was na wagę złota? Oni, tam. Wszyscy... Mów, Jehuda?
Wuj Jehuda milczał.
— Ona jest dla mnie na wagę złota i nie zostawię jej samej, choćbym jechać miał za nią do samej Treblinki.
— Szaleniec!
Było już późno i ostatnie kolumny sformowane przed nocą czekały pod eskortą na komendę wymarszu. Raz po raz unosiły się nad dachami rakiety, oświetlając z wysoka trasę na Stawki. Tłumy ciągnące z małych bocznych uliczek wypełniały Żelazną aż po Leszno; morze głów kołysało się i równy, stłumiony szum wzbierał zewsząd w ciemności.
— Gedali, co on powiedział, ten chojrak?
Wuj Jehuda stał z wyciągniętą ku ojcu ręką: — Powiedziałem i nie cofnę. Życie jest tanie. Warte tyle co łuska po wystrzelonym naboju. Trzeba walczyć o coś więcej. Nie o samo... nagie życie.
Ojciec chwycił siekierę i zaczął wściekle rąbać taboret; kiedy się z nim uporał, z rozmachem zabrał się do skrzyni, stojącej w kącie koło drzwi; potem ciskał szczapy na kuchnię, aż urósł pokaźny stos drewna. Cały czas klęcząc.
— Nie, Jehuda!
Długo sapał. Wstał z klęczek, powiedział:
— Gedali, ja już pójdę. Nie mogę tego słuchać.
Przysunął się blisko, ostrożnie, po omacku wciskał mu stalowy pilnik. — Do żelaza — powiedział cicho. Ojciec ścisnął palcami pilnik, złapał za głowę Dawida i chwilę tak stali.
— Dawid, zostajesz sam.
Ojca już nie było.
— Jakow, stój, zaczekaj! — wołał wuj Jehuda. Z podwórza doleciało jeszcze wyraźnie:
— Łajdacy, taką kobietę chcą mi zmarnować! — I już tylko szybkie kroki spod sklepienia bramy dotarły do nich, kiedy powtarzał — idąc, biegnąc przed siebie na oślep: — Niedoczekanie ich... sama ma tam... — Rozległ się na schodach upiorny łoskot walizy potrąconej w biegu, która teraz dopiero staczała się bezwładnie ze stopnia na stopień.
— I coś ty najlepszego narobił? Gdyby nie twoje gadanie, może by się zatrzymał. Słowa, słowa, pięknymi słowami wpędziłeś go do transportu.
— I ty? I ty, Gedali, nic nie rozumiesz?
— Z nas dwóch, wolałbym już ja być tym ślepcem. Tym, który nic nie rozumie.
— Czego ci więcej trzeba? Otrząśnij się! Popatrz, co się dzieje.
Tłum walił środkiem ulicy.
I trwało to do późna; posterunki strzegły bram przed uciekinierami, okrzykując w ciemności numery domów jak hasła, a wśród odchodzących uwijała się policja, żandarmeria i szaulisi. Szli. Wydawało się, że spod ziemi. Kryte ochronną farbą latarnie rzucały sine światło na twarze. Szli i szli, a tłum nie malał przez długie godziny tej nocy; nazajutrz akcja przybrała na sile. Był to dzień, kiedy użyto psów.
Alzackie wilki szczekały, Niemcy chichotali, a uciekający trzymali się za pośladki. Całymi rodzinami wypędzali mieszkańców małego getta z kryjówek i schronów, a schwytani, wołając się wzajem, w panice biegli przed siebie, doganiając kolumny i chowając w ścisku przed uderzeniami gorliwych konwojentów. Z przerzuconymi przez plecy workami, w których przechowywali nędzny dobytek, dźwigając ofiarnie tobołki, walizki, bagaże, pochyleni pod ciężarem posuwali się ulegle naprzód, aby nie rozjuszyć eskorty, która okazywała niepokój wobec tłumu, przygotowana na skargi i opór. Spod hełmów wybiegały na boki szybkie i czujne spojrzenia, a ręce leżały na automatycznej broni z odchylonym kurczowo i zakrzywionym palcem, w najbliższej odległości od spustu. Psy biegły z wywieszonymi jęzorami, ujadając nerwowo. Niektórzy żandarmi w obawie, by nie wywołać w szeregach popłochu, zachowywali oględność i nierzadko podsuwali w zamęcie usłużne ramię starcom; ci wlekli się niedołężnie za pochodem, gubili ciężary, lamentowali.
— Czy wiedzą, dokąd idą? Tak potulnie — mówił Uri. — Jak trzoda. To już koniec.
Wuj Jehuda szarpnął na sobie koszulę.
— Jeszcze nie koniec — powiedział. — Niech mnie nagła krew zaleje, to jeszcze nie koniec!
Cały dzień leżeli na strychu pod dachem i rozgrzana słońcem blacha z daleka parzyła skórę. Każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku; spędzili czas do wieczora podrzemując, w zupełnej ciszy, nie ruszając się stamtąd w obawie przed patrolami. Na podstryszu były wąskie szczeliny-okienka i one dostarczały odrobiny chłodnego powietrza. Dawid ściągnął sweter, koszulę i palcami zbierał pot. Na ścianie, wyryte gwoździem, czytał następujące słowa: „Ester i Nat 26 lipca 1942”. A więc byli tu jeszcze przed trzema dniami? Na sznurach wisiały prześcieradła, bielizna, sucha już i zakurzona. W kącie znalazł worek Chaskiela Ajzena i wśród odzieży trochę żywności. Najgorzej było z wodą; wuj Gedali czołgał się długo, zanim wypatrzył prześwit w dachu i podstawiony kawał urwanej rynny. Znalazła się tam odrobina ciepłej i mętnej cieczy, z widokiem białej chmurki na niebie, którą chłeptali po kolei tak długo, aż rynna opróżniła się do dna i wyschła. Błądzili potem przełazami, otworami wybitymi w ścianach, które łączyły podstrysze wokół całej kamienicy, i nie znaleźli więcej wody. Aby zsunąć się po schodach i wedrzeć do kryjówki, musieli czekać zmierzchu. Ale ktoś im przeszkodził.
Nocą usłyszeli biegnącego uliczką człowieka, który wyrwał się z kotła na Żelaznej. Kołował i zwlekał. Stanął, pobiegł z powrotem do bramy; z rozpędu runął na stos zwalonych pośrodku rupieci. Wstał, patrzył w puste okna i dyszał.
Szedł potem po wszystkich klatkach schodowych z wołaniem i wewnątrz spustoszonej kamienicy drżący w kryjówkach Żydzi słyszeli wyraźnie, słowo po słowie, jego straszny krzyk.
— Żydzi, słuchajcie mnie, Żydzi! Jestem z Lachwi, ulica Klonowa dwanaście... Nie dajcie się usypiać Niemcom, oni gotują wam śmierć. Nie idźcie potulnie na kaźń! Wszystko, co wam mówią, to kłamstwo. Prawda jest inna i prawda jest straszna. Żydzi, ja wam mówię całą prawdę. Uciekłem z Lachwi, aby powiedzieć wam prawdę! Tam, na prowincji już się zaczęło. A teraz zabierają się do was. Gdzie Kobryń? Gdzie Stołpce? Gdzie Szerokie? Gdzie Kłeck? Nie ma... nie ma żywej duszy, wszystkich uprowadzili na rzeź!
Wydzierał z siebie schrypłe, zziajane słowa i słowa te buchały jak krew.
— O, Żydzi, bracia moi, puste są wszystkie mieściny, gdzie biło żydowskie serce. Nie ma nadziei, nie ma ocalenia. Ostatnia godzina wybiła. Chwytajcie za broń... Za broń! Już pora, już czas. Lepiej ginąć z nożem w ręku, z siekierą, niż tam...
Szedł jak upiór, wrzeszczący upiór, po wszystkich piętrach i sieniach, póki nie nadbiegła straż.
— Bracia! Pędzą do rowów nago i strzelają w plecy. Zasypują doły, a krew płynie po polu. Jak rzadkie błoto. Krew występuje na tych mogiłach. Ziemia rusza się na tych mogiłach. Ranni duszą się jak bydlęta w tych mogiłach. Żydówki i Żydzięta zasypują żywcem... Oni mają taki dym. Oni mają taki ogień. Duszą i palą. Stawiają wielkie piece. Żydami palą w tych piecach. Pod niebo bije dym, wszędzie widać ten dym... Lo-jamisz ammud heonon jomam weammud haesz lojla lifnej haom. Żydzi, pamiętajcie!
Patrol żandarmerii i tłum granatowych biegł, a światła latarek kołysały się, myszkowały po ścianach, oknach i bruku. Klęli. Wuj Gedali trzy piętra wyżej szeptem powtarzał stare słowa i zaciskał mocno powieki.
— Lo-jamisz ammud heonon jomam...
Stał przeszyty smugami świateł i krzyczał. Nie krył się, nie uciekał. Dopadli go wreszcie, zaciągnęli w kąt podwórza i wśród przekleństw zatłamsili pod śmietnikiem, bez jednego strzału; jeszcze długo płaski, zakrzepły we krwi, mały kłębek szmat leżał tam na betonie.
Niemcy zostawili szaulisa i duży zapas amunicji. Nie można było oka zmrużyć; strzelał do okien, tłukąc ostatnie szyby. Do środka nie wchodził — na każdy szmer odwracał się, wołał coś niewyraźnie w mrok, aby dodać sobie otuchy, i pruł z automatu świetlnymi kulami. Czego się bał? Do rana trzymał w bramie straż. A oni musieli pozostać na miejscu jeszcze noc i dzień, żywiąc się chlebem z worka Ajzena, którego już nie było między nimi.
Tam, na dole, mieszkańcy małej dzielnicy opuszczali domy. W biały dzień, mrużąc oczy wypełzali, z ciemnych kryjówek zniechęceni uciekinierzy i wlekli się grupkami przez miasto. Rewidowani, nieśmiało podnosili ręce w górę, odwracali twarze w bok. Dołączali karnie do kolumny. Za murem, wzdłuż granicy getta, na otwartych balkonach i w sieniach tkwili od świtu na posterunkach Łotysze, śledząc z wysoka trasę, wyloty ulic i tłum. Sennie kiwali się nad karabinami, znienacka oddawali strzały do idących na Umschlagplatz327. Linii straży było parę; jedna, rozciągnięta koło mijanych bram, nie dopuszczała do ucieczki w bok; druga otaczała ruchomą eskortą kolumnę. W szeregach kolumny krążyły patrole, rewidujące w pośpiechu kobiety i mężczyzn. A pomiędzy łańcuchem konwoju i posterunkami uwijali się na strzeżonych i pustych chodnikach żółci, granatowi, łącznicy biegnący z meldunkami od podoficerów na całej trasie przemarszu. Esesmani (i psy na smyczy) trzymali się w pewnej odległości. Pędzeni miastem ludzie mieli twarze łagodne i tępe, a kiedy posuwali się tak objuczeni na Stawki, żadna skarga nie padła z tłumu.
Koło południa zwinięto posterunki, ruch ustał. Na zaśmieconej ulicy zatrzymali się ostatni żandarmi; któryś z nich zdjął hełm, otarł pot z czoła i rozglądał się w roztargnieniu po cichym, pustym zaułku. Głosy pędzonych docierały ledwo-ledwo, gdzieś z Leszna. Po przejściu ludzi ciasna uliczka zasłana była porzuconymi w drodze bagażami. Żandarm obejrzał się ukradkiem. Obracał podniesiony z ziemi ręcznik.
— Śmieszne, co? O czym to ludzie myślą, kiedy idą na śmierć. A obeszło się bez jednego strzału.
— Tak, tak, za dwie godziny ta cała hałastra — śmiał się inny żandarm — pojedzie... na Madagaskar!
— I po krzyku.
Klepał kolbę karabinu, oglądał się za siebie. Widać ich było przez całe popołudnie, póki nie nadciągnęła pod eskortą grupa tragarzy. W milczeniu, postukując drewniakami toczyli przed sobą wózki na pościel.
Pod dachem dokuczało pragnienie. Zeszli. Chyłkiem, pojedynczo przemykali się do kryjówki. Najpierw poszli Uri, Jehuda i Gedali, a Naum z Dawidem na ostatku.
Czekał na swą kolej przycupnąwszy pod stosem rupieci, koło przewróconej komody, zgrzany i zmaltretowany upałem, pragnieniem — i siłą odmykał powieki. Szara, spuchnięta bryła zastygła w wielkim wyściełanym fotelu, od tygodnia nieruszona stąd przez nikogo. Podeptana leżała fotografia kuśnierza Papiernego z czasów, kiedy mu jeszcze nóg nie odjęło, na grubej wyklejce, w okazałym formacie. Ktoś szarpnął go za ramię; otworzył oczy — przed nim stał Kalman Drabik, a drzwi do szopy były uchylone.
Wieczorem, w kryjówce, taka między nimi odbyła się rozmowa.
Wuj Gedali:
— Pozostać przy życiu to dużo.
Uri:
— Pluję na takie życie!
Wuj Gedali:
— Przetrwać wystarczy, aby dać świadectwo.
Uri:
— Świadectwo? Kogo to obchodzi? I kogo to będzie obchodzić?
Naum:
— Trzoda prowadzona do rzeźni pozostaje przy życiu tak długo, póki nie spadnie tasak. Żydów prowadzą do rzeźni, a oni ze strachu głoszą, że trzeba potulnie iść pod tasak, aby pozostać przy życiu.
Uri:
— Walczyć, aby ocalić życie.
Wuj Jehuda:
— Walczyć to znaczy ginąć.
Naum powiedział, że się z nim zgadza. Tak, są dwie drogi. Wystąpienie i opór gwarantuje pewną śmierć. Ucieczka, ukrywanie się pozwala ją tylko odwlec. O co chodzi?
— Zwlekamy, do chwili.
Uri:
— Jest las.
Naum:
— Mam się tułać po lesie? O głodzie? I tam się dać upolować jak zając?
Uri:
— O wa, tu na mnie polują dwa lata... Tam, w lesie, mogę zdobyć broń. I nękać Niemców, a nie tylko bronić parszywego życia, ostrząc pazury jak szczur w norze.
Wuj Gedali:
— Ciągle to samo... Walczyć, walczyć!
Zakrzyczeli go wszyscy razem.
Potem powiedział:
— Nie jest hańbą ulec przed przemocą.
Wołali:
— Hańbą!
Przed wyjściem z kryjówki wuj Gedali obudził ich wszystkich po kolei i powiedział:
— Naum niech zostanie tu, jak długo się da, i utrzymuje kontakt ze mną. Na Prostej, u Toebbensa jest Kiepełe i grupa naszych tragarzy. Uri... Uri niech próbuje złapać Felka Pioruna. Albo kogoś z jego paczki. Powinien pokazać się dziś — jutro. A jak nie, to znaczy, że Uri sam musi leźć przez mur i się z nim rozmówić. Jehuda niech idzie tymczasem do dużego getta. Ja wracam na Prostą. Zobaczę, co się da zrobić.
I poszedł.
Mordarski posiał zwątpienie.
Uri kłócił się z nim, żeby innych podtrzymać na duchu.
Mówił, że nie dadzą się wziąć żywcem. Jeszcze trochę i nadejdzie pomoc. Trzeba w to święcie wierzyć. Towarzysze ich nie opuszczą. A jak w porę podłożą dynamit, zrobią jeden, trzy, pięć wyłomów w murze! Tłum się rzuci i szwaby potracą głowy.
O wa. Mocni są, mocni. Kiedy baby i dzieciaki pędzą pod konwojem. Ale wystarczy jedno uderzenie znienacka, wyłom, i wszystko przybiera całkiem inny obrót. Ile jednostek mogą ściągnąć do miasta? I tak okaże się za mało. Każdą kamienicę, podwórko, bramę zamienić można w szaniec. Rozpali się, rozpali powstanie. Wybuchnie święta wojna z faszyzmem... Fryc będzie uciekał bez gaci. Ten dzień już blisko, Uri widzi ten dzień. Towarzysze ich nie opuszczą.
O, ludzie małego ducha. Wytrwajcie, jeszcze trochę. Jak długo transporty dochodzić będą do celu? Jest potężna Armia Krajowa. Są komuniści. Czekają, wszyscy gotowi do walki, na znak. A wtedy? Każdy most runie na trasie, każdy tor zostanie podminowany i parowóz wyleci w powietrze. Z całego kraju, z całej Europy jadą ludzie na kaźń. Pewnego dnia runą z otwartych wagonów na wolność. Do lasu, do lasu, bić faszystów. Wytrwajcie, a wolność będzie wam dana. Tu chodzi o honor ojczyzny i ojczyzna nie będzie patrzeć obojętnie na dymiące kominy krematoriów!
Towarzysze ich nie opuszczą. A świat... W ciemnych, wilgotnych piwnicach, gdzie ukrytym ludziom zieleniały twarze i szczękały zęby z zimna, słowa jego nieciły otuchę.
Mecenas Szwarc miał pewne obiekcje. Tacy, jak Uri, widzą żandarma, armatę, karabin, ewentualnie karabin maszynowy. Dobrze, a co za tym stoi? Kiedy tutaj szerzy się panika i ludzie tracą życie, tam papierki wędrują z biurka na biurko. Bez pośpiechu, spokojnie. Jest plan. Ilu wysiedlić? Których i dokąd? Cyfry, cyfry! I w jednym nawiasie całe miasto.
Inwentaryzować, izolować, deportować, likwidować... Szwarc zaginał po kolei palce. Oto plan. Jak z tym walczyć? Z planem, który nie powstał ot tak, dzisiaj? Ten szatański plan nazywa się właśnie Sonderbehandlung328.
Mecenas Szwarc układał malca do snu w wiklinowym koszu. Przez ramię przerzucony miał różowy kocyk. Uri pochylił się nad koszem i przebierając palcami pieszczotliwie powtarzał:
— Tjo, tjo, tjo, tjo.
Chłopczyk z kosza pytał surowo:
— Czy wojna już się naprawdę skończyła, proszę pana?
Uri spojrzał zaskoczony na Nauma.
— Jeszcze nie.
— To nie wygłupiaj się i przestań udawać naiwnego. Znam się na tym trochę.
Wszyscy się obejrzeli. Mecenas Szwarc narzekał:
— Okropnie przemądrzały. Co za czasy. — Trzepiąc różowy kocyk powiedział w stronę kosza: — Zaraz będę przepytywał. Powtórz sobie, co trzeba.
— Paciorek?
— Paciorek. Mogą być i grzechy też. Wszystko, ale z uczuciem. Klęknij.
Po jakimś czasie rozległ się w kącie kaszel i chłopczyk z kosza zaczął grymasić:
— Nie chcę.
A potem usłyszeli wściekły syk mecenasa Szwarca, kiedy dobitnie cedził przez zęby:
— I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Teraz dopiero amen.
I chłopczyk z kosza powtórzył:
— Amen.
Stara Zełda słuchała pacierza dziecka z jakimś zapamiętaniem i jej oczy błyszczały w ciemności. Sczerniała twarz skryta była w cieniu. Spuchnięte, obrzmiałe ręce zacisnęła pod podbródkiem.
— A teraz kładź się i śpij.
— Znowu do tego wstrętnego koszyka, tato?
Mecenas Szwarc odwrócił się, strzepnął po raz ostatni różowy kocyk i szeptem powiedział do Mordarskiego:
— Okropnie przemądrzały. I zna na pamięć cały katechizm. Udawać ewangelika to dla niego pestka.
Mordarski uśmiechał się pobłażliwie. Mówił do Dawida i Zygi:
— Uczyć się, szczeniakeria! I wam się to kiedyś przyda na nowej drodze życia.
Szwarc z synami zajmował cały kąt w piwnicy. Wyrostek przesiadywał za dnia bez ruchu, troskliwie zdejmując pyłki z granatowego garnituru uczniowskiego, co raz to wydobywał z kieszeni fałszywą metrykę, sumiennie zaznajamiał się z jej treścią i oswajał ze swym nowym imieniem Stanisław, a malec pokazywał wszystkim ołowiany medalik, zawieszony na sznureczku pod koszulką, razem z woreczkiem kosztowności. Wieczorem Szwarc opróżniał wiklinowy kuferek z rzeczy i układał w nim malca, a ten kończył i zaczynał dzień każdy pacierzem, który powtarzał z ogromnym upodobaniem, bez zająknięcia. W piwnicy zaczął kaszleć.
Mecenas Szwarc kończył rozmowę z Urim.
— Gasić świece. Spać. Dosyć tego święta na dzisiaj — przerwał Kalman Drabik i pierwszy ułożył się do snu.
Mijały noce i dni, a wszystkie podobne do siebie, jak jedna długa noc.
Zyga znalazł pierwszy gryps.
Stara Zełda, szurając bamboszami, wyszła z jakiegoś ciemnego zakamarka piwnic popatrzeć i ucałować strzęp urwany z gazety, zapisany ludzkim pismem. Rozpłakała się na ten widok. Bóg przecież jest na niebie. Długo chlipała. Eli, Eli szebaszamaim! Mordarski kazał jej być cicho.
Z tego grypsu dowiedzieli się, że Jakow żyje. Niech się trzymają jeszcze parę dni, tydzień. Kiepełe do nich trafi. Nie są sami. Jehuda wie, co ma robić? Podpisu żadnego.
Myśleli, że Gedali. Ale to nie było jego pismo. Mógł wysłać wiadomość, a zapisał ją ktoś inny po drodze i podrzucił, kiedy szedł tędy. Nie wiedzieli, co to znaczy. W każdym razie Jakow żyje. Ojciec żyje? Uśmiechał się niewyraźnie, kiedy Naum pokazał mu gryps. Unikał wzroku Nauma. Jeszcze w kryjówce pod dachem, kiedy patrzył godzinami na maszerujący tłum, powiedział, że ojciec już nie wróci stamtąd i wuj Jehuda to słyszał. Wystarczy głośno wymówić słowa obawy i już jest tak, jakby stało się najgorsze. Wiedział, że ból, który czuł, nie jest tęsknotą. Coś zaciskało się w nim i kamieniało. Ojciec żyje? Trudno mu było uwierzyć i wstyd, że nie miał sił uwierzyć. Pogrzebał w sercu żywego człowieka. Ale zanim to się stało, musiał pogrzebać w swym sercu cały ten świat.
Winszowali mu. Dawid, ten ma szczęście!
Kalman Drabik zawinięty w cudzy tałes modlił się dłużej niż zwykle, kołysząc się, szepcząc, po wielekroć przyciskając do ust tefilin.
Mordarski okryty futrem, na mokrych kamieniach, chrypiał:
— Każdy ciągnie w swoją stronę i ratuje skórę, nie oglądając się na innych. Żydzi prowadzą wojnę... Koń by się uśmiał! Z góry wiem, jak to się skończy.
Była noc. Zełda zapalała ogarki świec, porozkładane w załomach piwnicznych murów.
— Kupcy będą dusić forsę do ostatka. Grosza nie dadzą na broń. Władują w bunkry. Wszystko, co mają. Rabini będą się modlić. Trząść tałesami nad pożarem. Wołać, że Pan jest Jeden, trzoda jedna, a Izrael wybranym narodem. Trzoda tego wysłucha, jeszcze raz. Poszemra, ale wysłucha. Robotnicy będą harować do ostatnich potów. Tylko to umieją. Wiedzą, że za darmo nikt im michy nie napełni. Studenci? Jeszcze trochę, jeszcze. A bojowa młodzież rozpadnie się na kółka i kółeczka. Jedni będą ciągnęli w stronę rabinów. Inni w stronę robotników. Jeszcze inni w stronę kupców. Tych paru, co obstawać będzie przy swoim, wydusi od bogaczy siłą parę groszy na otarcie łez i... granat, którym z głupoty sami się wysadzą w powietrze! Tak się skończy. Który nie wierzy w pieniądze, będzie musiał uwierzyć w pieniądze.
Uri stanął nad nim i patrząc na zabłocone, uszargane futro mówił:
— Tee, Mordarski. A skąd wiesz, że z ciebie nie wydusimy, ile nam trzeba? Rzygniesz pieniąchami. Rzygniesz. Sam przyjdziesz prosić: „Bierzcie. Dłużej nie idzie wytrzymać!” Poczekaj.
— Oj, dzieciaku, na długo ci starczy? Co ja mogę... Pistoleciki, granaciki to kosztowne zabawki.
Kiedy już Mordarski skończył swoje, podszedł do niego Kalman Drabik i powiedział tak:
— Oni nic nie mają. Po co odbierasz im to, czego sam nawet nie masz? Swoją prawdę trzymaj zaszytą pod podszewką i nie wypruwaj bez potrzeby. Zostaw im, zostaw te trochę wiary. Czego nie możesz człowiekowi dać, tego nie odbieraj. Mordarski, bo nie uszanuję twojej siwej głowy! Mordarski, bo się z tobą policzę. A rachunek jest długi.
Uniósł się i urwał krzycząc. Leciutko kołysał tułowiem, jak przed skokiem. Lewe ramię, gołe, owinięte rzemieniem, uniosło się w górę.
Mordarski poprawił futro, koc, okrył się i wcisnął w kąt.
— Dosyć tej soboty na dzisiaj.
Zełda, sunąc wzdłuż ścian, gasiła dmuchnięciem ogarki niedopalone, jeden po drugim.
Ręka, która podrzuciła pierwszy gryps, dała znać znów. Teraz już wiedzieli, że to człowiek chodzący tędy swobodnie.
Raz dziennie, pod strażą zjawiał się na podwórkach Nahum Szafran. Obiegał uliczki i wołał ukrytych. Wracał z Niemcami, a kiedy kończyli swój obchód, jeden z nich wpychał go do wartowni na Prostej przed warsztatami i patrol szedł do kantyny; na noc znów zabierali go ze sobą na posterunek. Nahuma karmili w kuchni Toebbensa, gdzie mógł mówić z wujem Gedalim. Możliwe, że grypsy kazali mu rzucać Niemcy; w takim razie Gedali został zatrzymany i do tej pory nie wyciągnęli z niego, po co kręcił się w tej okolicy i którędy wylazł z kryjówki. Niemcy węszyli i w każdej chwili mogli ich tutaj nakryć. Czas mijał, a Nahum nie sprowadził im nikogo na kark. Uri mówił, że można na nim polegać; Kalman mówił, że już na nikim nie można polegać. Co dzień, w południe, rozlegał się krzyk Nahuma na ulicy, a potem żandarm wlókł go na podwórze, do sieni i wszędzie. Wlókł jak opornego psa.
— Kto wyjdzie, ten ocali głowę!
I znów:
— Żydzi, wychodzić! Tutaj nikt żywy nie zostanie!
Kalman przyniósł nową wiadomość. Widziano ojca w warsztatach Transawii329. Chodzi z grupą za mur, na placówkę. Najpierw mówiono, że poszedł z transportem w pierwszych dniach sierpnia, potem mówiono nawet, że ktoś go widział pod wachą na Lesznie zastrzelonego, a potem te dwa grypsy i Kalman przyniósł nową wieść. Nie wiadomo było, komu wierzyć. Czego jeszcze szukał tutaj Kalman? Schował coś, czego nie zdążył w porę wynieść? Naum, Uri i wuj Jehuda naradzali się cały dzień, a kiedy nastała noc, zabrali ze sobą Dawida i poszli na górę gotować.
Kalman przepadł. Ale nazajutrz był razem z nimi i cały dzień mieli go na oku.
Mordarski rozzłościł się i przerwał milczenie.
Głupcy są, jeśli wierzą w to, że Niemiaszki nie mogą ich nakryć. Niemiaszki nie chcą ich jeszcze nakryć! Krwaworączka z patrolem czarnych może w ciągu paru godzin dokładnie oczyścić dzielnicę i wykurzyć uciekinierów z kryjówek. Zewsząd, z tej marnej nory też. Jak dzielnica zostanie do końca przetrząśnięta, muszą ją hycle przekazać komendanturze miasta. No, no, właśnie. SS, Feldgendarmerie ani granatowa policja nie jest tym zainteresowana. Zanim przekażą dzielnicę, mogą plądrować na własną rękę; komendantura o tym wie i przymyka oczy. Aby ten stan rzeczy przedłużyć, Niemiaszki chodzą na palcach koło ostatnich kryjówek. Ukrywający się Żydzi są im potrzebni. Jak długo, nie wiadomo. W każdym razie jutro i pojutrze, i jeszcze za tydzień nikomu w kryjówce włos z głowy nie spadnie. Później, tak. Kiedy hycle się już obłowią i napchają po dziurki w nosie żydowskim złotem. Krwaworączka włoży rzeźnicki fartuch, żeby nie zbrukać munduru Zugführera, weźmie się żwawo do roboty i pokaże, co potrafi. Oho, a on potrafi! Tymczasem ma to gdzieś, że garstka Żydów ukrywa się w ruinach, drżąc ze strachu. Najpierw interes, potem przyjemność. Dla hyclów nastał sezon, który musi być wykorzystany. Żaden Niemiaszek nie jest tak łatwowierny, jak Żyd. Zaraz uwierzyć w to, że trzeba przyśpieszyć Judenrein właśnie wtedy, kiedy należy opóźnić Judenrein? Musiałby upaść z pieca na łeb.
Głupi Żyd jest gorszy niż przechrzta! Mordarski sapał ze złości. Chrypiał, przeziębiony, i nie dał się udobruchać nawet mecenasowi.
Dziwna rzecz, słowa Mordarskiego podziałały na nich krzepiąco; bardziej nawet niż to, co mówił Uri.
Uradzili tak:
Niemcy węszą, swoją drogą. Ale grypsy rzuca Nahum poza plecami strażników. Gedali trafił bez przeszkód do warsztatów i tam go przyjęli z powrotem. Stąd nie grozi im nic. Tak czy owak, nie będą tkwić w tej norze przez wieczność. Uri musi dostać się na tamtą stronę i nawiązać łączność z Felkiem Piorunem, a razem z nim pójdzie za mur Jehuda. Stamtąd będzie miał okazję wrócić z Transawią do dużego getta. Ulice w dużym getcie nie będą tak prędko Judenrein, zanim to nastąpi, może upłynąć parę miesięcy, zima, a w tym czasie Jehuda zdoła przygotować dla nich grunt. Bo robota w warsztatach na Prostej urwie się prędzej czy później i Gedali, gdyby przepadł w selekcji, też musi wiedzieć, że po drodze na Stawki ma dokąd uciekać.
Naum? Zostanie, póki ramię się nie wygoi, i będzie czekał na znak od Żeleźniaka. Ma wyżerkę, wydobrzeje. Naum był pewny, że Żeleźniak w tych dniach razem z szabrownikami dostanie się tu legalnie. Fury szabrowników już krążą i Żeleźniak i Felek Piorun muszą o tym wiedzieć. Kiepełe na pewno dał im wcześniej znać, a Kiepełe drogę do kryjówki zna. Mordarski? Niech się o niego nie martwią! Jak hycle ściągną mu futro z grzbietu, to i tak zostanie w koszuli wyklejonej motylami. Szwarc? Ma dosyć. Idzie na Stawki. Ale obawia się, że ukatrupią go na pierwszym skrzyżowaniu. Jak iść nielegalnie na Umschlagplatz330? Oto pytanie. Elijahu? Nie ucieka. Zostanie z Naumem, jak długo się da. Zyga? Może zaraz przejść na tamtą stronę. Ale co z babką? Zełda już prawie nic nie widzi. Ślepnie.
Kalman chciał mu powiedzieć, którędy ma szukać przejścia. Wyśmieli go wszyscy, a najgłośniej Mordarski, któremu Zyga nosił towar przez dwa lata. Komu chce pokazywać drogę? Szczeniak zna więcej dróg niż oni tutaj razem wzięci. A jeśli Kalman chce iść z nimi, z Jehudą i z Urim, to dobrze się składa. Kalman nie chciał, a potem zmienił zdanie. Pójdzie z nimi; kiedy zbliżał się wieczór i pora wyjścia, Kalman znów zaczął się trząść. Szeptał z Mordarskim, zwlekał. Nie wiedzieli, co to znaczy. Dopiero później wypłynęły na wierzch te skóry i wyjaśniło się, że Kalman pilnuje schowka. Czeka na wozy. Interes ubity miał z Żeleźniakiem, a ten nie dawał znaku życia. Albo nie mógł, albo nie chciał nadstawiać głowy za te skóry. Ale wtedy, kiedy Jehuda z Urim wybierali się za mur, nic o tym wszystkim nie mogli wiedzieć. Ufać Kalmanowi, za duże ryzyko. Musieli iść, a woleli mieć Kalmana przy sobie. Minął następny dzień, wieczorem z Zełdą było już marnie i myśleli, że skona. Majaczyła, traciła przytomność, ale nie skonała tak lekko. Puchła dalej, od nóg. I żyła, kiedy nikogo tam już z nich nie było. Szabrownicy z wozami i więźniowie z Prostej, którzy szli na miasto do pracy pod strażą, widzieli jeszcze długo, jak snuła się gruzami. Obojętna, w łachmanach, chodziła po wodę za dnia. Zostawiła po sobie wydeptaną przez ruiny ścieżkę, którą Niemcy oglądali. Podobno — Krwaworączka zwlekał, nie chciał jej zastrzelić i dopiero przed zimą kazał nad Zełdą zasypać loch.
W ostatniej chwili Kalman powiedział, że idzie. Niech zaczekają, bo lada dzień spodziewa się Żeleźniaka z końmi; i wtedy wspomniał o tych skórach. Mordarski sarkał. Taki tchórz jak Kalman Drabik to ciężar i nieszczęście dla innych. Czegoś trzeba się trzymać. Mogli po cichu ukręcić mu łeb i mieliby słuszność. Jemu? Kalman płakał szczerymi łzami. Mieli go zatem za kapusia? Jego? Popłakał, poszukał tałesu i długo modlił się tej nocy. A że Żeleźniak po skóry się nie stawił, tak jakoś dwa dni później postanowił kryjówkę opuścić. Trząsł się okropnie, biadał, na pożegnanie całował wszystkich. Wróci albo da szmuglerowi dokładny plan, gdzie schowek. Pierwszy miał wyjść Jehuda z Kalmanem Drabikiem, po godzinie Uri.
Kalman mówił:
— Wyjdziesz za róg...
Policzy latarnie, stanie przy piątej. Przestąpi dwie płyty w chodniku i stamtąd czołgać się będzie prosto na mur. Dawno już, jak Chaskiel odbił kawał cegły. Leży na swoim miejscu. Uri wyjmie ten klin i już ma oparcie na prawą nogę. Wyciągnie dobrze lewą rękę. Tam znajdzie uchwyt; wydrapany jest cement między cegłami. (Aron Jajeczny drapał ten cement.) Niech uważa dobrze. Tyle, co na trzy palce. Kiedy ma już prawą nogę w murze i uchwyt na lewą rękę, niech wyciąga hak. Hak równo nad głową, pod samym szczytem, chodzi nie za luźno. Niech maca dokładnie, szuka powoli. Główka haka pochlapana wapnem i nic nie widać. (Kiepełe założył ten hak.) Uri podciągnie się na haku, raz! Wyrzuci prawą nogę, dwa! A kiedy będzie leżał na murze, zasunie hak z powrotem do końca. Utrącony kawałek cegły... może tak zostać. Mur połupany jest teraz kulami i to nie rzuci się w oczy nikomu. Do tej pory za każdym, kto szedł, klin zakładano na miejsce. Pamięta? Niech powtórzy jeszcze raz.
Uri powtórzył.
Poszli; a Dawid pomyślał, że Kalman prowadzi wuja Jehudę innym przejściem... Tak z tego wynikało.
Uri nie chciał o niczym słyszeć, okrył się kocem, ziewnął i powiedział, żeby zbudzili go najpóźniej za godzinę. Po godzinie księżyc wzeszedł wysoko nad ruiny i unikając miejsc oświetlonych zaczęli przemykać się podwórkami, z domu do domu, wypatrując przełazów wybitych w ścianach, błądząc ostrożnie po zagraconych klatkach schodowych, odsuwając nogą leżące w ciemności trupy, schodząc po omacku do piwnic, wspinając się po schodach na górę i znów na dół. Ulice były widne. O północy zerwał się wiatr; okna, drzwi trzaskały w pustce i ciszy. Podnosiły żałobny zgiełk. Niemcy nocą nie pokazywali się w takich miejscach, ale na myśl o spotkaniu z ukrytym człowiekiem robiło się nieswojo. Jakiś strych musieli otworzyć siłą, stamtąd długo rozglądali się. Gdzieś za murem, po drugiej stronie ulicy w niezaciemnionym oknie pokazało się za żółtą firanką światło. Wstrzymali oddech i po chwili zgasło. Widok ten wydawał się niewiarygodny, jak życie. Szarzało i zarysy domów w mroku rosły, nieruchomiały. Pod murem zakaszlał żandarm. Czekali świtu, kostniejąc z chłodu, w zupełnym milczeniu. Ze wszystkich stron rozlegały się szmery, westchnienia, kroki, a to tylko burza szła i wiatr wlókł śmiecie przez — otwarte na oścież — rudery. Kiedy rozwidniło się trochę, zeszli piętro niżej. Stąd widzieli już wyraźnie. Na wierzchu muru leżała przerzucona kapota, pod murem Kalman z hakiem w zaciśniętej pięści. Tak, jak odpadł od ściany.
Wracali, kiedy deszcz zaczął mżyć i rankiem wzmocnione patrole odcięły im drogę. Całą dobę trwał powrót; nocowali w tym czasie na strychu, który ktoś przerobił sobie na skrytkę i mieszkanie, kąsani przez wygłodniałe pluskwy, a z zewnątrz huczały głosy furmanów, którzy zajeżdżali po meble, zatrzymując fury na podwórkach.
— Zrucaj, zrucaj... Zrucaj tu!
To za nimi przyciągnęły patrole żandarmów. Oknami leciały toboły, pościel, śmiecie i kurz, aż do wieczora.
Wrócili; w kryjówce pod gruzami panował popłoch i trochę czasu minęło, zanim dostali się do środka. Nie spodziewano się, że wrócą. Mecenas Szwarc karmił ich, poił; pytał z powagą, czy Jehuda zdążył przejść pierwszy, przed Kalmanem Drabikiem? Myśleli, że ujęto go żywcem. Po paru dniach Naum przyniósł skrawek skóry wypruty z mezyzy331 i pokazał wszystkim bez słowa.
Po jednej stronie wersety modlitwy, a na odwrocie parę słów ołówkiem i z tych paru słów dowiedzieli się, że Jehuda przeszedł. Skóra była wilgotna, spłukana deszczem i sterczała spod cegły na skraju ruin, którędy zwykle szli. Obcy przeszedłby obok, oni znali tu każdy kamień. Potrafili po przejściu szperaczy rozpoznać świeże ślady, przesunięte nogą rzeczy, trącony gruz. W ciągu długich, pustych godzin rosła wciąż trwoga i każda wieść z zewnątrz była dla nich zmorą w tym zamknięciu.
Wykluczone, Jehuda tego nie pisał! A może Niemcy już śledzą kryjówkę? To by nie zwlekali, tylko raz-dwa wykurzyli ich stąd. Tak, ale niepokój pozostał, ponieważ nikt bez narażenia życia nie mógł tędy się włóczyć. Podawali sobie gryps z rąk do rąk, jak złowrogą relikwię, ciemny wyrok losu, który został im wydany. Do tej pory nie dotknął rozwiniętej mezyzy i zawsze mu się wydawało, że ukryta być musi w środku jakaś straszna tajemnica; teraz Dawid trzymał w palcach skrawek pergaminu i czytał stare słowa.
Czy z tego wynika, że Kalman nie był kapusiem? Mógł być — tylko na ostatek znudził się Niemcom. Naum przewijał zaschłe bandaże na ręce; i dlaczego Kalman poszedł tym przełazem, kiedy wyraźnie mówił, że pójdzie innym? To właśnie było podejrzane. Wtedy, przewijając brudny bandaż, Naum przypomniał sobie o drugim przełazie na Żelaznej. Zaraz, zaraz; a z jakiego powodu Kalman Drabik tamtędy nie poszedł? Trzeba było sprawdzić.
Po przewinięciu bandaża świeczka zgasła. Odkąd Zełda zaczęła oszczędzać resztek świec, chodzili piwnicami, wyciągając przed siebie ramiona w ciemności. Gubili się w domysłach, drzemali, a sny też były koszmarem i przekleństwem. Elijahu zbudził się któregoś dnia mówiąc, że śnił mu się Kalman i odkrył przed nim, gdzie leży schowek i pół tony giemzowych skór. Każdemu z nich Kalman jawił się we śnie inaczej, wobec jednego szlochał, wobec innego zanosił modły z twarzą zasłoniętą tałesem. Wskazywał winowajców, oskarżał! Mordarski spluwał. Najgorzej ze sprawiedliwymi w takich czasach jak nasze. Odkąd wszyscy byli winni, zabrakło wśród nich winnego. Okazało się, że martwy kapuś bywa tak samo niebezpieczny, jak żywy kapuś.
Gdzie jest prawda? Na ulicy Żelaznej. Naum poszedł nocą i wrócił późnym rankiem.
Dotarł daleko, do strychów u zbiegu Ciepłej i Ceglanej, gdzie spotkał samotnych łazików i parę ukrytych rodzin. Wszędzie to samo. Ruiny, trupy, a w splądrowanych ruderach gdzieniegdzie cienie żyjących. Uciekają spłoszeni każdym szmerem. Brakło mu słów, aby opowiedzieć, co widział. W każdym razie, to drugie przejście przez mur było zdemaskowane — o czym ludzie z Ceglanej wiedzieli, ponieważ znajdowało się w ich sąsiedztwie — i dlatego — Kalman Drabik wrócił do miejsca, którędy miał iść Uri.
Trup Kalmana został wkrótce sprzątnięty z ulicy, kiedy Niemcy kazali więźniom z Prostej obejść mur; oznaczyli farbą wszystkie stare i ujawnione przełazy, aby krążące posterunki z daleka już widziały cel. Żelazną bez przerwy sunęły patrole, siejąc postrach wśród uciekinierów.
Elijahu, Zyga i Dawid na zmianę przekradali się w tamtym kierunku, aby z ukrycia śledzić ruch straży. Transport mienia trwał. Za murem rozsiadali się wygodnie na krzesełkach szaulisi, z termosem ciepłej kawy, z karabinem między kolanami, i z balkonów mieli całkiem niezły widok. Nocą opuszczali swe stanowiska i zabierali puste termosy, oddając na oślep ostatnie salwy w ruiny. Chłopcy wracali do kryjówki przygnębieni.
— Mysz nie przeciśnie się, tym bardziej człowiek.
Mijał dzień za dniem. A każdy dzień zwłoki kosztować mógł życie.
Mordarski umył ręce.
Zyga poszedł najpierw sam, wspiął się na strych i stamtąd cierpliwie obserwował ulicę. Wrócił, kiedy było już ciemno.
— Uri przejdzie!
Poszli późną nocą, zanim rozwidniło się na dworze, Zyga, Dawid, Elijahu i Uri. Na miejscu zostali — Naum, Mordarski, mecenas Szwarc z synami, stara Zełda, dokładnie zamaskowani przez wychodzących. Albo jutro, albo wcale. Z tym się pożegnali. Zyga, Dawid i Elijahu szli boso, Uri okręcił buty gałganami, ale i on porzucić je musiał w ostatniej chwili. Ostrożnie posuwali się w kierunku przełazu Kalmana i ten mały odcinek drogi zajął im wiele godzin; co chwila przystawali na długo, przylepieni do ścian, słuchając. Każdy szmer wydawał się podejrzany po opuszczeniu głuchych piwnic pod gruzami. Szukali dawnych, skrytych przejść i nie mogli poznać drogi. Krążyli, wracali z powrotem na znane im miejsca, widząc, jak przetarta przez łazików i tyle razy przemierzana trasa dłuży się w nieskończoność i kluczy. Wszędzie oglądali ślady Niemców i straszną pracę więźniów, których Niemcy musieli tędy pędzić przed sobą; wszędzie oglądali zasypane gruzem wyloty, zatopione tunele, spalone zapasy żywności, dymiące legowiska, spustoszone granatami skrytki, które były czyimś ostatnim schronieniem, podziurawione kulami i wyschnięte wiadra, z których wyciekła woda; wszędzie leżały zmasakrowane ciała, z których wyciekła krew, ludzie wydobyci siłą ze schowków, rozstrzelani na progu, wśród porzuconych łusek po nabojach, i szczury — wielkie, opasłe, siwe szczury skakały wysoko na ich widok, rozzuchwalone, jakby dosięgnąć chciały twarzy żyjących. Przed świtem dotarli do przełazu Kalmana. Na miejscu, pod murem, Wächtera nie było. Stali bez ruchu, aby po trzasku zapałki i lekkim dymku, ginącym w przedrannym powietrzu, wypatrzeć zaczajonego Niemca. Skrył się w bramie na wprost przełazu, pod nimi, trochę na lewo. Zyga szeptał z Urim, przytykając usta do ucha; odkąd tam się znaleźli, ani jedno słowo nie zostało rzucone w powietrze. Elijahu, wyciągając przed siebie bose stopy, bez szmeru zsunął się po poręczy na dół. Wrócił, kiedy już szarzało. Wächter był sam; urządził sobie kwaterę w stróżówce, której drzwi wiodły do bramy. Rozwidniło się trochę i wtedy go poznali po ruchu, jakim poprawił automat, i po drewnianej kaburze pistoletu, którą nosił nisko na długich rzemiennych rapciach. Był to Krwaworączka. Uri wsunął się cicho na następny strych, należący już chyba do drugiej kamienicy. Zyga stał oparty o pochyłą ścianę, z rękami w kieszeniach, wdychając zimne powietrze wpadające ciasnym okienkiem. Słońce wzeszło i słabe światło padło na suchą, smutną twarz, puste oczy, wklęsłe skronie, rozciągnięte w nieśmiałym uśmiechu usta. Noc wysączyła z niego krew i Zyga był szary jak popiół. Chwilę zwlekał. Bezbronnym ruchem przetarł palcami czoło. Chciał jeszcze coś powiedzieć; machnął ręką i zawrócił w kierunku, skąd przyszli. Elijahu brudną, bosą stopą powoli pocierał łydkę. Ranny chłód wstrząsał nimi i zaschło w gardle, pełnym kurzu. Już było jasnawo. Widzieli mur, utrąconą cegłę w murze i wyżej uchwyt na lewą rękę w miejscu, gdzie ciemniała plama krwi; z góry wyraźnie rysował się krótki, może metrowy odcinek szczytu, z którego usunięto szkło, a dalej zastygłe w zaprawie sterczały szczerbate dna butelek i ostre drzazgi stłuczki. Zielony hełm Wächtera pokazywał się, znikał. Raptem usłyszeli hałaśliwy brzęk blaszanki, wyrzuconej na ulicę. Hałas powtórzył się; Zyga wołał coś z daleka, parę domów w prawo, a Krwaworączka dalej tkwił na posterunku i nie dał się wywabić z tego miejsca. Elijahu mocno ścisnął Dawida za ramię, szepnął: „Jak Łotysze już wyszli, to po nas”. Ale Łotysze nie pokazali się jeszcze na balkonach. Zyga wybiegł na środek ulicy i wołał:
— Krwaworączka, na co czekasz? Strzelaj!
Wächter strzelił, chybił i ruszył biegiem w tamtym kierunku.
Zyga, skrywszy się w bramie, biegnąc podwórzami, przystając w sieniach, na schodach, wołał donośnie:
— Blutighändchen, komm, komm... Ein Schuss, ein Mensch... Komm, ich warte332!
A wołanie Zygi huczało o świcie wśród nagich, pobrużdżonych kulami ścian, wśród martwych oczodołów wybitych okien, postukujących na wietrze okiennic i echo niosło się w pustce głuchej, ciasnej, ciemnej i przez nikogo już niezamieszkanej uliczki, nadal murem odciętej od miasta.
— Komm, ich warte333!
Niemiec opuścił posterunek pod przełazem i musiał tę drogę do Zygi przebiec sam, z bronią w rękach.
— Blutighändchen, komm, komm334!
Zaczęła się gonitwa po piętrach. Rozległ się huk zatrzaśniętych w biegu drzwi, strzały, tu, tam, oddawane na oślep długimi seriami. Ujrzeli cień z lewej, który sunął boso przez jezdnię, i zanim Wächter wrócił na swój posterunek, Uri wetknął stopę w wyrwę po utrąconej cegle, ręką złapał uchwyt i ciągnąc się na tej ręce w górę, kiedy kolana darły się rozpaczliwie na ścianie, z wysiłkiem wyrzucił prawą nogę na wierzch muru — przez mgnienie klęczał na szczycie zgarbiony, odpoczywając i wypatrując czegoś na ulicy, już po tamtej stronie — a potem zsunął się na łeb, na szyję i przepadł im z oczu. Tymczasem gonitwa przycichła i po jakiejś chwili rozległo się parę głuchych strzałów z pistoletu, pojedynczo, w krótkich odstępach czasu. Kiedy Krwaworączka pokazał się w końcu, wlókł rannego Zygę za koszulę, nogami po ziemi. Rzucił go pod murem w widocznym miejscu. Mogli iść; Zyga leżał na kamieniach, bez ruchu, skurczony i cicho powtarzał:
— Noch eine Kugel335!
Krwaworączka szedł na swoje miejsce i nie oddał tego ostatniego strzału. A oni, po zmianie warty, wracając ukradkiem długo jeszcze słyszeli cichnące za nimi skargi rannego.
W kryjówce powiedzieli:
— Uri przeszedł.
— Co? Na tamtą stronę?
— Na tamtą.
— Bez haka?
— Bez haka.
Dzień minął, noc minęła.
Przełaz, którym Kalman Drabik nie mógł iść na tamtą stronę, kiedy prowadził wuja Jehudę — znany był od dawna Mordarskiemu. U zbiegu Ceglanej i Żelaznej, trochę dalej, nie dochodząc Prostej, straszyła ruina bramy, zachowanej w połowie i zarośniętej źdźbłami trawy, pokrzywą, ostem wczepionym w szczeliny gruzu, a dalej rozciągał się pusty placyk na miejscu wyburzonej posesji i usuniętej stąd garbarni, gdzie latem swe kramy otwierali cholewkarze i łaciarze i gdzie dawniej schodzili się przemytnicy z obu stron muru. W cieniu bramy, porzucony wśród butwiejących straganów, stał wózek — zwyczajna platforemka dwukołowa, z dyszlem i łańcuchem. O szarówce podtaczano platforemkę do muru i po niej wspinano się na wierzch; tędy wracali do siebie szmuglerzy ze spółki Felka Pioruna jeszcze zimą ubiegłego roku. Odkąd Niemcy rozbudowali warsztaty na Prostej, placyk po wyburzonej posesji, łączący się z terenami Toebbensa, był silnie strzeżony i handel ustał, a próchniejące stragany zepchnięto na stos koło ruin, gdzie niszczały. Przedtem po przejściu każdego wózek usuwano spod muru na miejsce i dla niepoznaki odwracano do góry kołami. Kiedy nie ma komu zacierać śladów, taki przełaz może służyć tylko raz. A że Kalman tamtędy nie przeszedł, tylko cofnął się do przełazu u wylotu Grzybowskiej, myślano w kryjówce, że Niemcy sami wpadli na trop i wózek usunęli lub zniszczyli. Było jeszcze inaczej. Mordarski, który włóczył się tam nocami, słyszał od łazika na Ceglanej, że do tej pory nikt nie ruszył wózka z miejsca, a ci dwaj z Krochmalnej — poznali w nich Kalmana i Jehudę — zmuszeni byli się cofnąć, ponieważ patrol czarnych wcześniej zdemaskował przełaz po czyjejś nieudanej ucieczce. Krwaworączka wózka nie pozwolił ruszyć: posterunek w ruinach koło nowej pułapki czuwał dniem i nocą.
Mordarski powiedział, że miejsce w sam raz mu się nada i że z jego forsą każdy napotkany żandarm wyprowadzi go za mury ze śpiewem. Byle nie wpaść na szaulisów — szaulisów bał się panicznie, odkąd bagnetami zakłuli mu rodzinę w jego własnym mieszkaniu i nie chcieli nawet słyszeć o łapówce. Mordarski przemyśliwał ucieczkę powoli, w miarę jak tracił nadzieję na nadejście Żeleźniaka. Kalman i Mordarski to była spółka i te skóry też leżały na sercu wspólnikowi, kiedy nikt inny nie mógł się już dobrać do schowka. Więc zwlekał. Aż pewnego dnia machnął ręką na wszystko i powiedział, że idzie szukać żandarma koło starych kramów. Tam Mordarski będzie czekał, gdzie na Mordarskiego czekają! Tego dnia Nahum krzyczał okropnie. Wył i szlochał. Błagał ukrytych o wyjście. Jęki bitego, przerywane wołaniem: „Oj, Żydzi kochani! Oj, pomóżcie mi... Ratujcie!”, docierały w głąb do piwnic i lochów. Słyszeli, którędy Nahuma Szafrana prowadził konwojent, a niektórzy zatykali sobie uszy ze strachu.
Mordarski powiedział swoje ostatnie słowo. Poszedł i więcej do kryjówki nie wrócił. A ludzie ze strychów na Ceglanej długo potem jeszcze opowiadali więźniom od Toebbensa, jak to było. Przez Waliców na Ceglaną skradał się szarym świtem. Pod osłoną rumowiska straganów, aby nie wypatrzyli go wartownicy z Prostej, przepełznął placyk i wydostał się na ulicę Żelazną koło przełazu. Tam stał i czekał, w widocznym miejscu. Rozpiął futro. Kiedy czarny wyszedł z ukrycia w zrujnowanej bramie, kupiec zdjął futro i rzucił mu pod nogi. Trafiony został z bliska. Mówili, że ten czarny zbaraniał, kiedy po drugim strzale kupiec stał mocno na nogach i zdążył jeszcze wyciągnąć spod koszuli woreczek kosztowności. Niemiec znów strzelił, Mordarski kosztowności upuścił, ale sam nie upadł. Wyjął w ostatniej chwili garść dolarów i cisnął czarnemu w twarz. Niemiec stał wśród polatujących pieniędzy i strzelał raz za razem, spiesząc się, by Mordarski przestał wreszcie te pieniądze rozrzucać na wiatr, a on dalej rzucał tymi pieniędzmi w Niemca.
— Cham nie poznał się na cybetach336.
Tak mówili ci, którzy koniec Mordarskiego oglądali ze strychów na Ceglanej.
— Eh, futro Mordarskiego! Wierzch z angielskiego sukna na cybetach i szalowy kołnierz z wydry.
Więźniowie z warsztatów na Prostej mówili inaczej; prawie to samo, ale trochę inaczej. A widzieli dobrze. Według nich Mordarski przekupił czarnego, ale przechytrzył. Zdjął futro, złoty zegarek z ręki. Czarny wciąż targował się z nim, chciał więcej. Mordarski odmawiał; pewno bał się zdradzić, że ma ukryte dolary. Kiedy czarny ubił z kupcem interes, odprowadził go pod murek, w tej zrujnowanej bramie oddał pierwszy strzał i zranił Mordarskiego w rękę. Ranny darł zębami ubranie, żeby wypruć zaszytą forsę, a w tym czasie czarny oddał dwa strzały. Zanim Mordarski skonał, sztywniejącą ręką rozrzucił koło siebie paczkę banknotów, które frunęły przez placyk aż pod warsztaty na Prostej; wtedy esesman oparł karabin o murek przy martwym i rzucił się w pogoń za dolarami, a był już najwyższy czas, bo paru wartowników opuściło posterunki przy drutach i potem — pokazując rękami po kolei ruinę bramy, usypisko sczerniałych straganów, wyburzoną posesję, dokąd sięgał ich rewir, i wartownię u wejścia do Toebbensa — długo o coś tam się z nim kłócili.
Kryjówka pustoszała; z legowisk po Urim, Kalmanie, Jehudzie, Mordarskim ściągnęli koce i sami się nimi okrywali, drzemiąc, znękani chłodem jesiennym i ciemnością. Woda sączyła się z murów lochu, zatapiała barłogi. Zegarek Nauma stanął, a Szwarc przekręcił sprężynę; nie mierzyli czasu, a dzień i noc pochłonęła ciemność. Nahum Szafran przestał wołać ukrytych. Znaczyło to, że Niemcy musieli go wykończyć. Głosy furmanów, ładujących meble na fury, i kroki więźniów, porządkujących ulice i podwórza, docierały coraz bliżej. Przestali czekać na Felka Pioruna i zawiodły rachuby, że Żeleźniak trafi na ich ślad w ruinach, zwabiony schowkiem pełnym skór. A Uri nie dawał ciągle znaku życia. Coraz trudniej przychodziło zaopatrzyć się w żywność; pamiętali o tym więźniowie z Prostej, u brzegu ruin kładąc szmaciane zawiniątka z chlebem. Stara Zełda nie zauważyła nawet braku Zygi. Snuła się po lochu, szurając miękkimi kapciami; wolno posuwała się na spuchniętych nogach i rozkładała w załomach ścian małe niedopałki świec, które wyciągała z jakichś jej tylko znanych zapasów. Obrzmiała, wielka twarz Zełdy była już zgniłozielona. Nocami wypełzała ze swej nory, gdzieś w gruzach, Estusia. Dobijała się do szopy, zamkniętej na głucho. Chodziła, szukała. Idąc pewnego razu po wodę do kamienicy usłyszeli długie, stłumione wołanie, nagły hałas, ciche kroki, bełkot. Przystanęli, a tam cień przemknął koło suteryny Zajączka. I znów w ciemności rozniósł się szelest śmieci, stuk potrącanych kubłów, klekot oberwanej rynny, krzyk:
— Nataniee... Natanieee!
Oddalało się, krążyło nad tym miejscem wołanie.
— To ty?
Odwróciła się, więc przypadli twarzami do ziemi. Lekko biegła w kierunku szopy. Pięściami tłukła w deski. Jedną stopę owiniętą miała szmatą, na plecach worek, zarzucony przed deszczem.
Zmęczona siadła na cegłach. Pochyliła głowę, słuchała, skrobała paznokciami drzwi.
— Tu jestem, czekam. Mam jeszcze. Ale gdzie ja podziałam? Rzuciłam. Gdzie?
Chichot rozlegał się donośnie w ruinach.
— Jeden moknie na deszczu pod Żelazną Bramą! Tam go szukaj. Drugi ukryty w śmietniku na Pańskiej. Pod numerem siódmym. Trzeci leży na Dzikiej, daleko stąd, pod stosem kości. Tam znajdziesz puszkę blaszaną. Po ogórkach. W niej list. Idź na Dziką i przynieś ten list!
Wstała, biegła ku nim.
— To ty, widzę. Nie uciekaj przede mną, Natanielu!
Leżeli bez ruchu.
— O, myślałam, że już nie doniosę.
A ona krążyła blisko, grzęznąc w zapadliskach gruzu. Ale na szczęście nie dostrzegła ich. Widzieli, jak spod gałganów wyciąga dłoń. Szła dalej.
— Chodź, chodź, mam dla ciebie kawałek chleba.
Ssała zeschniętą kromkę. Przykładała do ust, odejmowała. Ukryła resztę i rozległ się senny szept:
— Schowałam.
Rozglądała się długo.
— Czekałam... Powiedział, że zaraz wróci, tylko pójdzie do szewca podbić zelówki i zabrali go z ulicy.
Śmiech, szloch.
Dawid przymknął powieki, czując bolesny skurcz w sercu. Skulona postać kołysała się, nuciła piosenkę. O tym, jak cesarz wygodnie śpi.
Pułk żołnierzy stoi, krzyczy. Sza! Sza! Oj, właśnie tak. Oj, właśnie, jak cesarz sypia na puchu. Sza... Nieszczęście z tą dziewczyną. Zaraz ściągnie im na kark bandę hyclów.
Naum, Elijahu i Dawid czekali, kiedy patrol zwabiony hałasem nadciągnie i wszystkich ich tutaj razem nakryje. Lało całą noc i pies z kulawą nogą tamtędy nie przebiegł. Nad ranem dopiero, kiedy ziąb ją przejął, Estusia wpełzła do swej nory, a im udało się chyłkiem uciec i wrócić do siebie okrężną drogą, przez piwnice starej mydlarni.
— Albo ona, albo my — powiedział mecenas Szwarc. Najadł się tej nocy strachu.
Wkrótce zabrał wiklinowy kuferek, dzieci i opuścił mury getta konnym wozem, ukryty przez furmana w szafie mahoniowej, dwudrzwiowej, która zachowała się w całkiem znośnym stanie, chociaż pozdzierano z niej tu i ówdzie fornir. Szwarc słono opłacił wtedy hyclów. Na jego ucieczce zarobili: granatowy i dwóch niemieckich strażników z wachy na placu Grzybowskim, którzy w ostatniej chwili podbili cenę, kiedy z udanym zajęciem zaczęli opukiwać stary mahoń. Drzwi szafy skrzypnęły i wysunęła się dłoń z sygnetem na serdecznym palcu.
— Panowie, litości! Daję, co mogę. Pamiątka rodzinna!
Szabrownicy prowadzeni przez żandarmów szperali wszędzie; łomem torowali sobie drogę, z rozmachem pruli ściany i zrywali deski z podłóg, a któregoś razu o mało nie wpadli do lochu pomiędzy ukrytych Żydów. Śmieci, gruz, szkło usuwali za nimi więźniowie, których Niemcy używali do uprzątania gnijących w zakamarkach trupów i dezynfekcji, dom po domu. Pewnego dnia wpełznął do kryjówki wuj Gedali, z nim drugi więzień i długo wołali ukrytych, rzucając w ciemność wersety hebrajskie, jak hasła, zanim rozproszeni w piwnicach wyszli do nich z ociąganiem. Kto się mógł spodziewać? W rękach mieli ciężkie cęgi, a reszta w sąsiedztwie uwalniała z zasieków Waliców pod strażą, rozkuwała kozły żelazne na złom. Majster, który ze swymi ludźmi wracał na noc do fabryki Toebbensa i Schultza, podjął się przemycić parę łebków; ktoś szukał Kalmana Drabika i konwojent był tego dnia z góry opłacony. Naum i Elijahu poszli w tej grupie na Leszno. Dawid ukryty w tłumie więźniów człapał z wujem Gedalim do warsztatów na Prostą. Wysokie było niebo i szumiało w uszach. Zataczał się, wpadał na innych; zdawało mu się, że nic nie waży. Wtykali mu chleb, podtrzymywali. Nie chciał jeść, nie mógł mówić. Otworzył usta i wdychał powietrze cichego wieczoru, a wraz z napływającym swobodnie do płuc tlenem czuł, jak wchłania w siebie już na zawsze obraz tego, co miał przed oczami: uliczkę pełną kocich łbów, oszpecony dom powiewający łachmanem sczerniałej firanki, latarnię skręconą i żałośnie przegiętą ku ziemi, jak omdlały pod ciężarem pnącz, ruinę wyniesioną wysoko swym bezkształtem w granatową pustkę — i z każdym oddechem widok ten był bardziej wyraźny i ostry, a ruch, ciągły ruch własnego ciała i kołysanie, ciągłe kołysanie pleców, ramion, głów idących przed nim, wprawiło go w stan jakiejś niezaznanej dotychczas lekkości i przepełniło mu serce rozrzewnieniem, zawstydzającym smutkiem, zachwytem. Kiedy minęli druty, człowiek zdjęty ze słupka już konał. Wyciągnięte ramiona niewiarygodnie daleko leżały za tułowiem, obok rozbita cegła i krew na papierze. Zepchnięty był w błoto i okryty podartym workiem po cemencie, a wartownik ocierając rękę o spodnie krzyknął w stronę kolumny, aby Werkmeister wyznaczył zaraz jednego, który go stąd sprzątnie, ale szybko! Tam, na ulicy Prostej, był właśnie „mały” Toebbens i tam przepracowali jeszcze parę miesięcy, oczekując komendy do wymarszu na Stawki. Każdy miał numerek, łatę z przodu i łatę z tyłu. Gwiazda na plecach i piersiach, maźnięta grubo olejną farbą, przeciekła przez ubranie, lgnęła do skóry i swędzące, zaognione plamy dokuczały długo. Myślał, że farba nie wyschnie nigdy, wyschła, a znaki nadal piekły żywe ciało. Tam mówiono, że kryjówka na Krochmalnej ciągle jeszcze służy innym; ktoś widział na starych śmieciach skrzypka Nataniela, ktoś widział, jak kręci się w ruinach Uri, który wrócił zza muru, stara Zełda... Podobno, ze strychów na Ciepłej i Ceglanej przeniosło się do lochu parę rodzin, i był wśród nich u Toebbensa człowiek, który zaklinał się na wszystkie świętości, że Felek Piorun zdążył przed Niemcami opróżnić schowek ze skór i zabrać przy okazji jakichś Żydów. Trzy dni miał wozić furą Żeleźniaka towar pod osłoną starych mebli i popsutych zegarów, brudnych pierzyn, tłumoków z odzieżą.
No, ale wacha też musiała chyba coś z tego mieć.
Ostatni raz zobaczył dom jesienią. Kiedy w zupełnej ciszy pędzili ich przez wymarłą, spustoszoną dzielnicę, nigdy nie byli pewni, czy do roboty, czy prosto na plac przeładunkowy. Tego dnia kolumna zatrzymała się na Walicowie; mieli usuwać kozły żelazne zagradzające wylot uliczki i dźwigać je w gruzy, ciąć drut kolczasty nawinięty kłębami na szyny, a majster zabrawszy z sobą dwóch więźniów i strażnika udał się za mur. Ruiny chwiały się nad głową w powietrzu pełnym słońca i żółtego kurzu. Dawid patrzył w znajome okno wyciągając szyję, czekając. Stąd, z tego miejsca widzieli po południu patrol, który uważnie obchodził sienie w okolicy. Niemcy skradali się, mocno uginając kolana, z wysuniętą do przodu bronią. Jeden kopnął drzwi do szopy, a drugi z gałganem i z bańką nafty stanął nie opodal. Ze środka dochodziło kichanie, długo bobrował, wreszcie znalazł wejście do piwnic pod pryczą Mordchaja i stosem uprzęży i musiał chyba całą wiązkę granatów cisnąć w głąb, rujnując i zasypując dokładnie wylot. Zakurzyły się ruiny, zakołysały. Spod nóg miękko osuwało się usypisko. Ale szopa stała i wtedy zbliżył się drugi żandarm i oblał naftą gałgan; jeszcze obejrzał się, jak płonie stara buda, suche i spróchniałe dechy, zwietrzała i podarta papa, którą okryty był wierzch. Cisnął bańkę z resztą nafty w otwarte drzwi, otrzepał kurz z munduru, postał chwilę i zawołał:
— Fertig337.
Krótko po ich odejściu strażnik w ruinach oddał w górę pierwszą zieloną rakietę.
— Pożar! Pożar! Pali się — wołano. Ulicą biegli Niemcy z rękami na kołyszących się ładownicach. W popłochu pędzili więźniów do gaszenia. Kazali wszystkim rzucać narzędzia, szukać wiader, miednic; w jakiś czas później nadciągnęła druga kolumna z warsztatów.
W ciągu godziny pożar ugaszono. Okazało się, że iskra z szopy padła na zbutwiałe zasłonki w oknie stróżówki i od tych zasłonek Ajzena zajęły się futryny i śmiecie. Woda z wiader chlustała przez okno i wyciekała schodami do sieni. Ogółem wypaliły się dwa mieszkania na parterze, stróżówka oraz pokój Mordarskiego na pierwszym piętrze. Długo jeszcze kazali Niemcy nosić wodę, deptać zetlałe gałgany, polewać dymiące ściany i tapety; jakiegoś Żyda dla żartu razem z miednicą wepchnęli kopniakiem w płomienie. Wybiegł stamtąd bez miednicy krztusząc się i kaszląc, ze spalonymi włosami. Na kolanach żarzyły się duże dziury, rosły i dymiły w miejscu, gdzie spodnie miał wypchnięte. A chodziło o to, że w pobliskich Halach były nagromadzone baki z paliwem i na placu Żelaznej Bramy urządzili Niemcy czasowo zajezdnię dla wojskowych ciężarówek. Gdyby tak benzyna zabuzowała? Więźniowie podsłuchali rozmowy żandarmów.
O szopie Mordchaja wiedzieli, ale nie chcieli nic wiedzieć o innych przełazach, o podziemnym korytarzu, o piwnicach, o zapasowym wyjściu ze składów starej mydlarni. Robili, co im kazano. Zburzony granatami i zasypany wylot odciął dostęp powietrza z tej strony, lecz nie dopuścił ognia w głąb lochu. A spopielona szopa runęła i okryła to miejsce stosem zwęglonych łat, z których sączył się dym i gorzki odór pogorzeliska.
Ludzie po tamtej stronie mówili, że o zmierzchu widać było na piętrze, jak z kryjówki uciekali gdzieś Żydzi. Skulone postacie pojedynczo wyskakiwały z piwnic i posuwając się nisko wzdłuż ścian przepadły w ruinach. Więzień, który przyniósł do warsztatu tę wiadomość, cały dzień był z majstrem i worek wypchał żywnością zakupioną za murem. Miał szarosiwą bródkę i jak wszyscy dużą gwiazdę na drelichu. Zapuszczony, parotygodniowy zarost sięgał mu do oczu. Dawid z trudem poznał, że to Kiepełe.
— Żydzi — powiedział. Wylewał wodę z butów, siedząc na pryczy, otoczony przez tłum więźniów. Dawid czuł, jak kleista farba łaty przywiera mu do skóry. Ręką odciągnął bluzę, a więzień z szarosiwą bródką, patrząc przed siebie w ciemność za oknem baraku, w deszcz, nie podnosząc głosu, prawie szeptem powtórzył: — Żydzi, chować chleb, kto ma iść jutro na Waliców.
Po północy krążył strażnik dookoła baraków. Stawał cicho pod oknami, świecił do środka i światło skakało po pryczach, twarzach. Okna były okute kratą, a krata chroniona zwojem kolczastego drutu. Kluczem wlókł po prętach, czy całe, nieruszone, i klucz w ciszy i ciemności wydawał znienacka upiorny zgrzyt; nim Dawid przywykł do tego — minęło trochę czasu, a sygnał strażnika zrywał go na nogi i oślepiony smugą latarki z walącym sercem rozglądał się w popłochu, nie wiedząc, gdzie jest i jak się tutaj znalazł. Potem już niewiele czasu pozostawało do porannej pobudki. Przed świtem dawali żreć wieprzom za osobnym ogrodzeniem, w takim samym baraku. Tuczyli je zlewkami z kuchni; na ludziach oszczędzali, reszta szła do koryta w chlewie. Ale chłopcy, których w warsztatach było kilkunastu za pozwoleniem majstra i cichą zgodą Niemców, powtarzali sobie na ucho, że wieprze karmione są ludzkim mięsem, trupami wywlekanymi z ruin i z kryjówek. Akurat, to była niemiecka słonina dla niemieckich żołnierzy, a oni na pewno nie jedzą byle czego. Świnie też muszą być rasserein.
Karmiono je raz na dobę, nocą. Wtedy kwik, chrapliwy rechot stada świń słychać było wszędzie i wydawało się przebudzonemu, że to zwierzęcy wrzask ogromnego tłumu, lament z oddali.
Dawid słyszał, jak wuj Gedali bełkocze przez sen. Raptem usiadł i z zamkniętymi oczami powiedział:
— Jehuda, wróć, Jakow się znalazł — a potem bezwładnie opadł na pryczę, chrapiąc. Inny, nieznany lęk ogarnął Dawida na myśl o ojcu. Tam, gdzieś żyje. Tam, w dużym getcie, chodzi swobodnie z opaską. Wkręcić się do grupy, która pójdzie na Leszno? Iść za mur. Spotkają się razem. W jednym miejscu, wszyscy.
Już wiedział, co uczyni. Przy pierwszej-lepszej okazji, kiedy więźniów pognają do roboty na tamtą stronę... Na tamtą stronę!
— Jawohl, meine ist die ganze Welt. Was nun? Es regnet. — Tak, jego jest cały świat. I co? Pada. — Hundeleben. Pfui, Schmutz. Zum Donnerwetter. — Mówi, że psie życie. Błoto. Klnie, za wartownią można się utopić.
To znaczy, że już po zmianie wart i patrole ciągną do kantyny. A ten głos był prawie zatroskany; Werkmeister grzecznie pyta, których wyznaczyć dzisiaj na Waliców? Których ma zatrzymać w warsztacie, a których posłać za mur?
— Ich trinke338 — i komendant straży kazał mu milczeć. Niech poczeka. Co? Mówi, że mu się śpieszy? No, no, śmiałość ma Żydzisko. — Prosit! Noch ein mal339.
I jeszcze strażnik rozzłoszczony woła, co ma robić z tym Żydem, który wyszedł z gruzów. Czeka pół nocy przed wartownią i prosi, żeby go zaprowadzić na Umschlagplatz. Konwój posyłać dla jednego łebka?
W garażu zapuszczono ciężarówkę, a spod kantyny rozległ się donośny, raźny okrzyk:
— Ans Werk340!
Wśród rozwlekłych żandarmskich przekleństw, ziewania, nawoływań i pierwszych porannych komend — dzień nadciągał, jeszcze jeden dzień. Dawid czuwał z otwartymi oczami, słuchał bicia serca i myślał, że trzeba uciekać stąd.
Uciekać, szybko.
Długo nie wyznaczano więźniom zajęć i w kantynie pijatyka trwała do południa. Trzaskały drzwi, radio grało. Stali tłumem, kiedy patrole czarnych otoczyły w milczeniu kamienicę i baraki Toebbensa, a strażnicy wyciągali z ukrycia ostatnich Żydów. Padał deszcz ze śniegiem, wiało. Dwie ciężarówki ledwo pomieściły kaleki i starców, których na ostatek znaleziono ukrytych w zakamarkach warsztatu. Wyciągali przed siebie mokre dłonie, żegnali krewnych, palcami chwytali powietrze, krople deszczu. Zdrowych uciekinierów ustawiono osobno. Werkmeister341, blady jak płótno, wystąpił i przemówił do nich.
— Cieszcie się, pan komendant daruje wam winę i pójdziecie z innymi na Umschlagplatz. — W drodze Dawid słyszał, jak szeptem mówiono, że jacyś więźniowie zostali na Prostej i zdołali się tam dobrze ukryć.
Przypisy:
1. wacha (z niem.) — wartownia; straż, warta, szyldwach; tu: brama prowadząca do getta. [przypis edytorski]
2. Biuletyn Informacyjny — pismo stanowiące od wiosny 1941 r. centralny organ prasowy Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK; w czasie II wojny światowej w okupowanej Polsce stanowiło opiniotwórcze czasopismo konspiracyjne o największym nakładzie. [przypis edytorski]
3. samogonka — wódka pędzona nielegalnie, przez prywatne osoby domowym sposobem; bimber. [przypis edytorski]
4. z flegmą — flegmatycznie; powoli i z ociąganiem. [przypis edytorski]
5. Megilat Ester (hebr.) — Księga Estery; jedna z ksiąg Biblii. [przypis edytorski]
6. iwrit (hebr. leszon iwrit, iwrit) — hebrajski; jeden z języków żyd.; oryginalny język Biblii (obok aramejskiego); „święty język przodków” (hebr. leszon ha-kodesz), język obrzędów i literatury religijnej oraz naukowej aż do XIX w.; współcz. oficjalny język państwa Izrael. [przypis edytorski]
7. Żelazna Brama — nieistniejąca brama do Ogrodu Saskiego w Warszawie; w XVIII w. stanowiła granicę między miastem a przedmieściem (tj. jurydyką Wielopole). Plac za Żelazną Bramą był obszarem targowiska istniejącego już w XVIII w. i zlikwidowanego w 1947 r. [przypis edytorski]
8. plac Kercelego — zlokalizowany w rejonie ulic Chłodnej, Towarowej i Okopowej (aż do Ogrodowej i Leszna) plac targowy w Warszawie w dzielnicy Wola, obejmujący ok. 1,5 ha, zw. pot. „Kercelakiem”, istniejący od 1867 do 1947 r. [przypis edytorski]
9. Sturm und Drangperiode (niem.) — okres burzy i naporu (przyjęta nazwa okresu preromantyzmu niemieckiego). [przypis edytorski]
10. Schwein und Dreckperiode (niem.) — okres świni i gówna. [przypis edytorski]
11. Jude (niem.) — Żyd. [przypis edytorski]
12. bitte schön (niem.) — proszę bardzo. [przypis edytorski]
13. bitte (niem.) — proszę. [przypis edytorski]
14. Achtung! Weltjudentum. Gefahr (niem.) — Uwaga! Światowe Żydostwo. Niebezpieczeństwo! [przypis edytorski]
15. nowy rok — w tradycji żydowskiej nowy rok przypada na przełomie września i października, w święto Rosz Ha-Szana (hebr. Dzień Przypomnienia), po którym przez dziesięć dni trwa okres postu i zadumy, aż do święta Jom Kipur (hebr. Dzień Pojednania). Od Rosz Ha-Szana zaczynała się cywilna rachuba czasu w nowym roku; rok biblijny, zgodnie z księżycowym kalendarzem, zaczynał się 21 marca. [przypis edytorski]
16. Purim (hebr.: Losy) — Święto Losów (Losowania), Święto Przeznaczenia; radosne święto żydowskie, obchodzone 14 dnia miesiąca adar, tj. w ostatnią pełnię księżyca przed wiosenną równonocą (przypadającą 20 a. 21 marca, tak że Purim wypada zwykle na przełomie lutego i marca). Święto upamiętnia opisaną w biblijnej Księdze Estery historię o ocaleniu Żydów przed wymordowaniem ich przez wezyra Hamana. Zagładę Żydów zaplanował Haman, wybierając termin losowo, a powodem było to, że nie oddawali mu pokłonu. Dzięki swemu wpływowi na męża, króla Persji i Medii Aswerusa (Achaszwerosza, tj. może Kserksesa I), królowa Estera (Hadassa), z pochodzenia Żydówka, doprowadziła do uchronienia swego narodu przed grożącym niebezpieczeństwem i ukaranie Hamana, który zawisł na szubienicy. [przypis edytorski]
17. Estera (...) Mardocheusz (...) Haman (...) król Aswerus — postaci historii zawartej w biblijnej Księdze Estery, stanowiącej kanwę dla zwyczajów i tradycji związanych z obchodami święta Purim. [przypis edytorski]
18. Ersatz (niem.) — surogat, zamiennik. [przypis edytorski]
19. Arbeitsdienst (niem. Arbeit: praca, Dienst: służba) — Służby Pracy; formacja zajmująca się organizacją bezpłatnej pracy (gł. prac pomocniczych na rzecz wojska, umocnieniowych, porządkowych itp.), w tym również przymusowej pracy niewolniczej w hitlerowskich Niemczech i na terenach okupowanych przez III Rzeszę. [przypis edytorski]
20. HJ — Hitler-Jugend; dosł. Młodzież Hitlera; nazwa młodzieżówki niem. partii nacjonalistycznej NSDAP. [przypis edytorski]
21. Schirach, Baldur von (1907–1974) — przywódca Hitlerjugend (organizacji młodzieży nazistowskiej), następnie gauleiter Wiednia. [przypis edytorski]
22. fiume — prawdopodobnie aluzja do efemerycznego tworu państwa-miasta Fiume (Rijeka) nad Adriatykiem; najpierw pod rządami wł. poety i prozaika Gabriele D’Annunzio (1863–1938) w latach 1919–1920 istniała tu tzw. Regencja Carnaro, następnie na mocy traktatu w Rapallo, po zdobyciu miasta przez wojska wł. powstało Wolne Miasto Fiume a. Wolne Miasto Rijeka i przetrwało lata 1920–1924, przy czym w 1922 r. władzę w mieście w drodze zamachu stanu przejęli wł. faszyści, by w 1924 doprowadzić do aneksji tego terytorium przez Włochy Mussoliniego. [przypis edytorski]
23. adieu (fr.) — żegnaj. [przypis edytorski]
24. żółty — tu: funkcjonariusz policji żydowskiej w getcie; por. granatowy. [przypis edytorski]
25. mezyza właśc. mezuza (z hebr. dosł: odrzwia) — schowany w niewielkim pojemniku kawałek pergaminu z zapisem dwóch fragmentów z Księgi Powtórzonego Prawa (6,4–9; 11,13–21), zwyczajowo umieszczany w futrynie drzwi domu żydowskiego; wchodzący do domu z szacunkiem dotykali ręką mezuzy. [przypis edytorski]
26. „he”, „het” — litery alfabetu hebrajskiego, graficznie trudne do odróżnienia, he: ה het: ח. [przypis edytorski]
27. Kitwe hakodesz (hebr.) — Pismo Święte. [przypis edytorski]
28. miszmasz — pomieszanie, bałagan. [przypis edytorski]
29. Das nackte Leben (niem.) — nagie życie. [przypis edytorski]
30. Megilat Ester (hebr.) — Księga Estery; jedna z ksiąg Biblii. [przypis edytorski]
31. Leute auf! Auf, auf! (niem.) — dosł. ludzie, na górę; wszyscy na górę. [przypis edytorski]
32. granatowy — tu: tzw. granatowy policjant, czyli funkcjonariusz Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa (niem. Polnische Polizei im Generalgouvernement), od koloru mundurów zwanej policją granatową; była to policja komunalna, finansowana przez polskie samorządy pozostające pod nadzorem niem. administracji cywilnej i podporządkowana odpowiednim komendantom niem. policji porządkowej (Ordnungspolizei); najwyższym stanowiskiem w strukturze Policji Polskiej był komendant miejski a. powiatowy. [przypis edytorski]
33. Aber doch reich ist die Viertel (niem.) — jednakże jest to zamożna dzielnica. [przypis edytorski]
34. lary i penaty (mit. rzym.; z łac.: lares, penates) — tu: bóstwa opiekuńcze domu, dostatku i rodziny. [przypis edytorski]
35. jawohl, das fügt sich gut (niem.) — tak jest, to się dobrze składa. [przypis edytorski]
36. Festtag (niem.) — święto; dzień świąteczny. [przypis edytorski]
37. Ruhe (niem.) — cisza, spokój. [przypis edytorski]
38. jawohl, herzbewegend Festtag (niem.) — tak jest, wzruszające święto. [przypis edytorski]
39. Das Schöne... es steckt in Blut (niem.) — Piękno... to kwestia krwi. [przypis edytorski]
40. Ja, aber wo ist mein Rassenhass (niem.) — Tak, ale gdzie jest moja nienawiść rasowa? [przypis edytorski]
41. Klatsch (niem.) — plask. [przypis edytorski]
42. Das fügt sich gut, nicht wahr? (niem.) — Dobrze się składa, nieprawdaż? [przypis edytorski]
43. Jawohl, herzbewegend Festtag. Hier fühle ich mich heimisch (niem.) — Tak jest, wzruszające święto. Tu czuję się swojsko. [przypis edytorski]
44. Ja, ganz gut (niem.) — Tak, wszystko dobrze. [przypis edytorski]
45. Klapper? Das gibt keinen guten Klang. Nein (niem.) — Kołatka? Nie wydaje dobrego dźwięku. Nie. [przypis edytorski]
46. Haman, Haman... was ist es für einer? (niem.) — Haman, Haman... co to za jeden? [przypis edytorski]
47. Judenrein (niem.) — czystka antyżydowska; „odżydzenie” (termin właściwy ideologii nazistowskiej, mający podtekst eliminacyjny i ludobójczy). [przypis edytorski]
48. Nicht wahr? Aber jetzt seine Tat ist an den rechten Mann gekommen, jawohl (niem.) — Czyż nie? Ale teraz jego dzieło przeszło (w ręce) właściwego człowieka, tak jest. [przypis edytorski]
49. Nun ja, Haman opferte sein junges Leben, damit unser Krieg sein Ziel erreiche (niem.) — Ano tak, Haman poświęcił swe młode życie, żeby nasza wojna osiągnęła swój cel. [przypis edytorski]
50. nicht wahr? (niem.) — czyż nie? [przypis edytorski]
51. Meine kleine Jüdin (niem.) — moja mała Żydówka; moja Żydóweczka. [przypis edytorski]
52. Fräulein, wie steht es mit Ihrer Gesundheit (niem.) — Panienko, jak panienki zdrowie? [przypis edytorski]
53. Das fügt sich gut. Schnell, schnell. Also wie gesagt (niem.) — Dobrze się składa. Szybko, szybko. Więc jak to się mówi (reszta zdania w zniekształconym jęz. pol.). [przypis edytorski]
54. verboten (niem.) — zakazany, wzbroniony. [przypis edytorski]
55. durchgang verboten (niem.) — przejście wzbronione. [przypis edytorski]
56. Judenviertel Revier ist gesperrt. Eintritt verboten (niem.) — Dzielnica żydowska. Rejon jest zamknięty. Wstęp wzbroniony. [przypis edytorski]
57. OD-man — członek służby porządkowej (Ordnungsdienst) w getcie; były to oddziały zorganizowane podczas II wojny światowej przez okupacyjne władze hitlerowskie, częściowo podlegające Judenratom, tj. samorządom żydowskim, w istocie zaś (choćby ze względu na hierarchię rang) podporządkowane policji niemieckiej. [przypis edytorski]
58. dygować — nieść, dźwigać. [przypis edytorski]
59. charłactwo — wyniszczenie organizmu; znaczny spadek masy ciała wskutek utraty podskórnej tkanki tłuszczowej oraz zmniejszenia objętości mięśni. [przypis edytorski]
60. Ein Volk, ein Reich, ein Führer (niem.) — jeden naród, jedna rzesza, jeden wódz (jeden z najpopularniejszych sloganów Niemiec hitlerowskich). [przypis edytorski]
61. Zugführer (niem.) — kierownik pociągu, konduktor; dowódca plutonu. [przypis edytorski]
62. Getto sehen und sterben (niem.) — zobaczyć getto i umrzeć (żart. zniekształcenie powiedzenia „Zobaczyć Neapol i umrzeć”). [przypis edytorski]
63. nicht wahr (niem.) — czyż nie. [przypis edytorski]
64. Hoch, er lebe! Noch ein mal (niem.) — Niech żyje! Jeszcze raz! [przypis edytorski]
65. Der König. Mützen ab! Jüdisch König (niem.) — Król. Czapki z głów! Żydowski król. [przypis edytorski]
66. Mütze ab (niem.) — czapka z głowy (tryb rozk. czas.). [przypis edytorski]
67. Weg, Schwein (niem.) — precz, świnio. [przypis edytorski]
68. Kraft durch Freude (niem.) — moc poprzez radość. [przypis edytorski]
69. jawohl (niem.) — tak jest. [przypis edytorski]
70. genug davon (niem.) — dość tego. [przypis edytorski]
71. granatowy — tu: tzw. granatowy policjant, czyli funkcjonariusz Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa (niem. Polnische Polizei im Generalgouvernement), od koloru mundurów zwanej policją granatową; była to policja komunalna, finansowana przez polskie samorządy pozostające pod nadzorem niem. administracji cywilnej i podporządkowana odpowiednim komendantom niem. policji porządkowej (Ordnungspolizei); najwyższym stanowiskiem w strukturze Policji Polskiej był komendant miejski a. powiatowy. [przypis edytorski]
72. żółty — tu: funkcjonariusz policji żydowskiej w getcie; por. granatowy. [przypis edytorski]
73. Man spricht davon. Es fällt mir schwer das zu glauben (niem.) — Stamtąd coś mówi. Z trudem przychodzi mi w to uwierzyć. [przypis edytorski]
74. Eisernes Kreuz? Ihm geht alles nach Wunsch. Eisernes Kreuz (niem.) — Żelazny krzyż? Jemu to wszystko idzie po myśli. Żelazny krzyż! [przypis edytorski]
75. Mein Gott, jeder hat sein Kreuz zu tragen (niem.) — Mój Boże, każdy ma swój krzyż, by go nieść. [przypis edytorski]
76. Ja, ja, mit Eichenlaub (niem.) — Tak, tak, z liśćmi dębu. [przypis edytorski]
77. Ach wo! (niem.) — ależ gdzie; gdzież tam. [przypis edytorski]
78. GG — Generalne Gubernatorstwo a. Generalna Gubernia; nazwa administracyjna terytorium okupowanych, ale nieprzyłączonych do III Rzeszy ziem polskich w latach 1939–1945. [przypis edytorski]
79. Judenviertel Revier ist gesperrt. Eintritt verboten (niem.) — Dzielnica żydowska. Rejon jest zamknięty. Wstęp wzbroniony. [przypis edytorski]
80. cajgowy (z niem. Zeug: tkanina) — tkanina bawełniana a. wełniana o splocie skośnym łamanym, cechująca się wytrzymałością i z tego względu używana do wyrobu odzieży roboczej. [przypis edytorski]
81. Im Winter (niem.) — zimą. [przypis edytorski]
82. Im Sommer (niem.) — latem. [przypis edytorski]
83. Sonderaktion (niem.) — akcja specjalna. [przypis edytorski]
84. niech Hiszpania wykrwawi się do końca — chodzi o wojnę domową w Hiszpanii trwającą od 1936 do 1939 r.; stronami konfliktu byli: rząd Drugiej Republiki Hiszpańskiej oraz prawicowo-nacjonalistyczna opozycja. Wsparcia stronie rządowej udzielała liberalno-lewicowa część społeczeństwa (ale również anarchiści) oraz zagraniczni ochotnicy, m.in. brygady zorganizowane przez Międzynarodówkę Komunistyczną, a oficjalnie również: Francja, ZSRR, Brazylia i Meksyk. Opozycję wobec rządu stanowili nacjonaliści, monarchiści, konserwatyści i faszyści, wspierani ideowo przez kościół katolicki, finansowo przez najbogatszą część społeczeństwa, a militarnie przez wojska faszystowskich Włoch (Corpo Truppe Volontarie) i hitlerowskich Niemiec (Legión Cóndor), a także portugalski reżim Salazara; wiele krajów europejskich korzystało z konfliktu, sprzedając broń obu stronom. W marcu 1939 wojna domowa zakończyła się zwycięstwem nacjonalistów, Hiszpania została przekształcona w państwo faszystowskie pod rządami generała Franco. [przypis edytorski]
85. Hitler wejdzie do Nadrenii, przyłączy Austrię, przekroczy Sudety — dokonane przez hitlerowskie Niemcy trzy akty złamania kończącego I wojnę światową traktatu wersalskiego z 1919 r.; zajęcie strefy zdemilitaryzowanej Nadrenii miało miejsce w 1936 r., Anschluss (przyłączenie) Austrii oraz odebranie Czechosłowacji rejonu Sudetów w 1938 r. [przypis edytorski]
86. rozbiór Czech — właśc. rozbiór Czechosłowacji; chodzi o naruszenie integralności terytorialnej Czechosłowacji w wyniku układu monachijskiego (29 września 1938 r.), w którym Wlk. Brytania i Francja zgodziły się na aneksję regionu Sudetów przez III Rzeszę; w konsekwencji Polska skorzystała ze sprzyjającej sytuacji, żeby zająć Zaolzie, zaś Węgry odebrały Czechosłowacji płd. Słowację i Ruś Zakarpacką (parawanem tego aktu agresji był tzw. arbitraż wiedeński). Kryzys polityczny wywołany tymi wydarzeniami doprowadził do rozpadu Czechosłowacji i utworzenia zależnego od III Rzeszy Protektoratu Czech i Moraw oraz prohitlerowskiej I Republiki Słowackiej (w marcu 1939). [przypis edytorski]
87. flota niemiecka pcha się przez Bałtyk i łapu-capu zagarnia Kłajpedę Memel — chodzi o zajęcie przez okręty niem. portu bałtyckiego w Kłajpedzie 23.03.1939 r. i tym samym aneksję przygranicznego Okręgu Kłajpedy (lit. Klaipėdos kraštas, niem. Memelland), położonego na prawym brzegu Niemna, w płn.-wsch. części Prus Wschodnich, odłączonego od Rzeszy Niem. na mocy traktatu wersalskiego, a w l. 1923–1938 (po powstaniu lit., do jakiego doszło na tych terenach) stanowiącego autonomiczną część Litwy. Niemcy pod rządami kanclerza Adolfa Hitlera od 1935 r. łamały kolejne postanowienia traktatu wersalskiego: poczynając od przywrócenia poboru do wojska, ogłoszenie remilitaryzacji Niemiec i zajęcie terytorium Saary (z zagłębiem wydobywczym węgla kamiennego oraz okręgiem produkcji żelaza i stali; 1935) oraz Nadrenii (1936), poprzez przyłączenie do Rzeszy Austrii i rejonu Sudetów (1938), aż po militarne zajęcie Czechosłowacji i utworzenie zależnego od Niemiec Protektoratu Czech i Moraw w marcu 1939 r. Kryzys czechosłowacki pokazał, że państwa europejskie raczej wyzyskają sytuację dla własnych interesów (zajęcie Zaolzia przez Polskę oraz części Słowacji i Rusi Zakarpackiej przez Węgry), niż zdobędą się na interwencję w obronie pogwałconych konwencji międzynarodowych. Dlatego Hitler szybko wykonał kolejny krok: oderwanie Okręgu Kłajpedy od Litwy oddało w ręce Niemiec strategiczny punkt na mapie Europy; dokonało się zresztą za formalną zgodą ministra spraw zagr. Litwy Juozasa Urbšysa, uzyskaną pod groźbą zbombardowania Kowna (i właśc. po uprowadzeniu ministra do Berlina). [przypis edytorski]
88. wódz woła na cały kraj, że nie odda guzika od koszuli. Oj, ten guzik — nawiązanie do słów z przemówienia wygłoszonego przez gen. Edwarda Śmigłego-Rydza (1886–1941, generalnego inspektora Sił Zbrojnych, marszałka Polski) na XII Zjeździe Związku Legionistów Polskich w 1935 r. w kontekście żądań hitlerowskich Niemiec, aby przez terytorium Polski przebiegał korytarz (eksterytorialna autostrada oraz linia kolejowa) łączący Niemcy z Prusami Wschodnimi. Wypowiedź marszałka miała stanowić komunikat, że Polska jest silna, nie ugnie się przed godzącymi w jej interesy żądaniami i jest gotowa się im przeciwstawić. Słowa „nie oddamy ani guzika” zostały następnie powtórzone podczas przemówienia pod kopcem Piłsudskiego na Sowińcu w Krakowie 6 sierpnia 1939 r., w przeddzień wybuchu II wojny światowej. W wojnie obronnej 1939 r. gen. Śmigły-Rydz był Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych; 7 września opuścił Warszawę, przenosząc się do Brześcia, 18 września 1939 r. opuścił terytorium Polski udając się śladem przedstawicieli polskiego rządu i elit dyplomatycznych do Rumunii. [przypis edytorski]
89. Chamberlain, dlaczego podpisał układ w Monachium — chodzi o układ podpisany w Monachium 30 września 1938 r. przez szefa rządu Wielkiej Brytanii, Neville’a Chamberlaina wespół z reprezentującymi: Francję Édouardem Daladierem, Włochy Benito Mussolinim i Niemcy Adolfem Hitlerem; układ monachijski (zwany też dyktatem monachijskim) stanowił porozumienie dotyczące przyłączenia do III Rzeszy Niemieckiej części terytoriów Czechosłowacji, mianowicie Kraju Sudetów, na pograniczu z Niemcami i Austrią, zamieszkanego w większości przez ludność niemiecką. Czechosłowacja, której terytorium i suwerenność stanowiły przedmiot obrad i decyzji, nie była reprezentowana; po uzgodnieniu procedur i terminów oderwania regionu sudeckiego od Czechosłowacji (tj. pozbawienia jej 40% potencjału ekonomicznego oraz naturalnej linii obrony w razie niemieckiej agresji), wezwano ją do wysłania do Monachium swojego delegata, którego rola ograniczyła się do przeczytania i podpisania tekstu postanowień wręczonego mu przez premiera Chamberlaina. [przypis edytorski]
90. Briand w Locarno pokazał Niemcom drogę na wschód — 25. października 1925 r. w Locarno (Szwajcaria) został podpisany szereg traktatów pomiędzy Niemcami, Francją, Wielką Brytanią, Włochami i Belgią; obecni byli również przedstawiciele Polski i Czechosłowacji, jednak nie uczestniczyli w głównych obradach. Znaczenie układu z Locarno polegało przede wszystkim na podkreśleniu równorzędnej pozycji Niemiec wśród mocarstw Europy. Niemcy potwierdziły nienaruszalność swych granic zachodnich (z Belgią i Francją; tzw. Pakt reński) wyznaczonych traktatem wersalskim po I wojnie, ale jednocześnie odmówiły gwarancji granic wschodnich, z Polską i z Czechosłowacją. Osobne układy podtrzymujące wcześniejsze sojusze na wypadek dokonania agresji przez Niemcy podpisała z Polską i Czechosłowacją Francja, nie weszły one jednak do zasadniczego tekstu paktu reńskiego. Ze strony Francji pertraktacje prowadził minister spraw zagranicznych Aristide Briand. Niemcy naruszyły ustalenia z Locarno już w 1936 r., przystępując do remilitaryzacji Nadrenii. [przypis edytorski]
91. Ribbentrop, Joachim von (1893–1946) — minister spraw zagranicznych III Rzeszy w latach 1938–1945; po wojnie jako zbrodniarz wojenny został skazany na karę śmierci i stracony. [przypis edytorski]
92. Warschau kaputt (niem.) — Warszawa padła. [przypis edytorski]
93. Gite menszn, rachmunes (jid.) — dobrzy ludzie, litości. [przypis edytorski]
94. wasser-zupka (z niem. Wasser: woda) — wodnista zupka. [przypis edytorski]
95. Rachmunes, gite menszn, rachmunes, rachmunes (jid.) — litości, dobrzy ludzie, litości, litości. [przypis edytorski]
96. Radion sam pierze — przedwojenny slogan reklamujący proszek do prania Radion. [przypis edytorski]
97. fetniak (gw. środ.) — cwaniak; spryciarz szukający zaczepki. [przypis edytorski]
98. majcher (gw. środ.) — nóż, scyzoryk. [przypis edytorski]
99. frajerski (gw. środ.) — właściwy frajerowi, nic niewarty; por. frajer: niezdara, naiwniak. [przypis edytorski]
100. bękart — tu obelż.: dziecko. [przypis edytorski]
101. skakier (gw. środ.) — złodziej (dokładnie: złodziej okradający przedpokoje). [przypis edytorski]
102. zblatować (gw. środ.) — zgodzić się, dogadać się; tu: opłacić, dać łapówkę. [przypis edytorski]
103. dygować (gw. środ.) — nieść, dźwigać. [przypis edytorski]
104. polikier (daw., gw. środ.) — policjant. [przypis edytorski]
105. sitwa (gw. środ.) — tu: towarzystwo, grupa, banda; klika. [przypis edytorski]
106. gnat — tu: pistolet. [przypis edytorski]
107. tropnąć się (gw. środ.) — zorientować się. [przypis edytorski]
108. chatranka (gw. środ.) — patrol policyjny. [przypis edytorski]
109. łazik (gw. środ.) — złodziej kradnący drobne, małe przedmioty; złodziej kieszonkowy; doliniarz. [przypis edytorski]
110. kociumiarz (gw. środ.) — złodziej okradający piwnice. [przypis edytorski]
111. buchacz (gw. środ.) — złodziej. [przypis edytorski]
112. bojdekowy (z jid.) — strychowy (gw. środ.: złodziej operujący na strychu; także: wichura). [przypis edytorski]
113. połknąć pigułę — tu: przyjąć kulę; zostać ranionym kulą z broni palnej. [przypis edytorski]
114. kwacz (gw. środ.) — areszt. [przypis edytorski]
115. stać na świecy (gw. środ.) — stać na czatach; stać na straży. [przypis edytorski]
116. granatowy — tu: tzw. granatowy policjant, czyli funkcjonariusz Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa (niem. Polnische Polizei im Generalgouvernement), od koloru mundurów zwanej policją granatową; była to policja komunalna, finansowana przez polskie samorządy pozostające pod nadzorem niem. administracji cywilnej i podporządkowana odpowiednim komendantom niem. policji porządkowej (Ordnungspolizei); najwyższym stanowiskiem w strukturze Policji Polskiej był komendant miejski a. powiatowy. [przypis edytorski]
117. poczuć cykorię (gw. warsz.) — przestraszyć się. [przypis edytorski]
118. zblatować (gw. środ.) — zgodzić się, dogadać się. [przypis edytorski]
119. bukat — młody byczek rzeźny; w ogóle sztuka młodego bydła rzeźnego o wadze do 200 kg (a. skóra z takiego zwierzęcia). [przypis edytorski]
120. Rachmunes, gite menszn! Rachmunes, rachmunes (jid.) — Litości, dobrzy ludzie! Litości, litości! [przypis edytorski]
121. Gite menszn, hot rachmunes, warft a sztikełe brojt. Brojt, brojt (jid.) — Dobrzy ludzie, miejcie litość, rzućcie kawałek chleba. Chleba, chleba. [przypis edytorski]
122. menora — siedmioramienny świecznik używany w Świątyni Jerozolimskiej (także: świecznik chanukowy); symbol judaizmu; jeden z elementów występujących w herbie państwa Izrael. [przypis edytorski]
123. seder — uroczysta wieczerza podczas święta Pesach (Paschy). [przypis edytorski]
124. Sukkot — w judaizmie radosne Święto Szałasów (a. Święto Namiotów; także: Kuczki), przypadające wczesną jesienią (we wrześniu), rozpoczynające się pięć dni po święcie Jom Kippur (Dzień Sądu), dwa tygodnie po rozpoczęciu roku (święto Rosz Haszana); stanowi upamiętnienie opisanej w Księdze Wyjścia wędrówki ludu wybranego z Egiptu do Ziemi Obiecanej, kiedy to Żydzi zmuszeni byli prowadzić koczowniczy tryb życia, dlatego też do tradycyjnych obchodów święta należy budowanie prowizorycznych szałasów (stąd nazwa: sukka: szałas, kuczka) i przenoszenie się tam całymi rodzinami na czas świąteczny. [przypis edytorski]
125. kuczka (hebr. sukka) — szałas budowany w święto Sukkot, mający przypominać o opisanej w Księdze Wyjścia wędrówce ludu wybranego z Egiptu do Ziemi Obiecanej, kiedy to Żydzi zmuszeni byli prowadzić koczowniczy tryb życia. [przypis edytorski]
126. rejwach — zgiełk, hałas, rozgardiasz. [przypis edytorski]
127. bima a. tewa — miejsce w centrum synagogi służące do czytania i objaśniania Tory oraz prowadzenia modlitwy; zwykle w formie altany a. ażurowej kapliczki osadzonej na podwyższeniu (wstępuje się do niej po kilku stopniach) i wyposażonej w pulpit, na którym kładzie się Pismo. [przypis edytorski]
128. Arka (hebr. Aron ha-kodesz: święta arka) — ozdobna szafa ołtarzowa w synagodze, służąca do przechowywania zwojów Tory. [przypis edytorski]
129. Święto Szałasów — także: Sukkot, Kuczki; w judaizmie radosne święto przypadające wczesną jesienią (we wrześniu), rozpoczynające się pięć dni po święcie Jom Kippur (Dzień Sądu), dwa tygodnie po rozpoczęciu roku (święto Rosz Haszana); stanowi upamiętnienie opisanej w Księdze Wyjścia wędrówki ludu wybranego z Egiptu do Ziemi Obiecanej, kiedy to Żydzi zmuszeni byli prowadzić koczowniczy tryb życia, dlatego też do tradycyjnych obchodów święta należy budowanie prowizorycznych szałasów (stąd nazwa: sukka: szałas, kuczka) i przenoszenie się tam całymi rodzinami na czas świąteczny. [przypis edytorski]
130. charłak — człowiek w stadium wyniszczenia organizmu (charłactwa) na skutek chronicznego niedożywienia, powodującego znaczny spadek masy ciała, utratę podskórnej tkanki tłuszczowej, zmniejszenie objętości mięśni, a następnie również organów wewnętrznych. [przypis edytorski]
131. kufa (daw.) — duża, drewniana beczka do leżakowania piwa. [przypis edytorski]
132. Hale — tu: Hale Mirowskie; zbudowane w l. 1899–1902 dwie bliźniaczo podobne, ustawione jedna za drugą hale handlowe w Warszawie, w dzielnicy Mirów (hala zachodnia na pl. Mirowskim 1 oraz hala wschodnia na pl. Żelaznej Bramy 1; były własnością miasta, które wynajmowało w nich stoiska kupcom i detalicznym przedsiębiorcom; do 1944 r. (kiedy zostały zniszczone w powstaniu warszawskim), stanowiły największy obiekt targowy w stolicy; po wojnie odbudowane. [przypis edytorski]
133. Juden, was ist los (niem.) — Żydzi, co się stało? [przypis edytorski]
134. mein Führer (niem.) — mój wodzu. [przypis edytorski]
135. ah so, selbstverstandlich (niem.) — ach, tak, rozumie się samo przez się. [przypis edytorski]
136. Polizei dein Freund und Helfer (niem.) — policja twoim przyjacielem i pomocnikiem. [przypis edytorski]
137. Achtung, Achtung! Vor Juden wird gewarnt. Halt! Warnungsstimme. Juden, Läuse, Fleckfieber (niem.) — Uwaga, uwaga! Ostrzega się przed Żydami. Stop! Ostrzeżenie. Żydzi, wszy tyfus. [przypis edytorski]
138. halt, Ratte (niem.) — stój, szczurze. [przypis edytorski]
139. Polizist, Polizist, komm hier, aber schnell! Nimm der Dreck weg und schmeiss an die Seite (niem.) — Policjant, policjant, chodź tu, tylko szybko! Weź stąd to łajno i wyrzuć na bok. [przypis edytorski]
140. Herr Wachtmeister (niem.) — pan posterunkowy. [przypis edytorski]
141. Woran bin ich (niem.) — tu: na czym to ja stanąłem. [przypis edytorski]
142. also wie gesagt (niem.) — więc, jak to mówią. [przypis edytorski]
143. Der Wolf ist satt und die Kitze ganz (niem.) — przysł. wilk syty i owca (dosł. koźlę: niem. Kitze) cała. [przypis edytorski]
144. Halt! Halt! Zurück (niem.) — Stać! Stać! Z powrotem. [przypis edytorski]
145. Polizei dein Freund und Helfer (niem.) — policja twoim przyjacielem i pomocnikiem. [przypis edytorski]
146. Na Kleine, na Puppe! Komm, komm (niem.) — No, mała, no, laleczko! Chodź, chodź. [przypis edytorski]
147. świnki (gw. środ.) — złote monety. [przypis edytorski]
148. Zindapp właśc. Zündapp — marka motocykli. [przypis edytorski]
149. Kinder von zwölf Jahren und darunter... an die Seite (niem.) — dzieci poniżej lat dwunastu na bok. [przypis edytorski]
150. Ruhe (niem.) — cisza, spokój. [przypis edytorski]
151. auf die Knie (niem.) — na kolana. [przypis edytorski]
152. Ruhe, Judengebet (niem.) — cisza, modlitwa żydowska. [przypis edytorski]
153. Judenrein (niem.) — czystka antyżydowska; „odżydzenie” (termin właściwy ideologii nazistowskiej, mający podtekst eliminacyjny i ludobójczy). [przypis edytorski]
154. noch ein mal (niem.) — jeszcze raz. [przypis edytorski]
155. Na ja, gut. Judengebet ist beendet — No dobrze. Żydowska modlitwa zakończona. [przypis edytorski]
156. kanarek — tu: członek tzw. „żółtej” policji (tj. żydowskiej policji w getcie). [przypis edytorski]
157. zwycięstwo pod Kaługą — chodzi o zwrot w ofensywie niemieckiej na Moskwę w dniach 5–6 grudnia 1941 r., który zadecydował o niepowodzeniu operacji Tajfun; pod Kaługą 131 batalion policyjny dowodzony przez majora Ortha został całkowicie rozbity przez Armię Czerwoną. [przypis edytorski]
158. Sieg um jeden Preis. Heil (niem.) — Zwycięstwo za wszelką cenę. Niech żyje. [przypis edytorski]
159. brajtszwance (z niem.) — skóry futerkowe jagniąt owiec (gł. rasy karakuł), poronionych lub wyjętych z łona nieżywej matki na dwa tygodnie przed urodzeniem; najczęściej czarne, rzadziej brązowe, kędzierzawe skórki z silnym połyskiem. [przypis edytorski]
160. Deutschland siegt an allen Fronten (niem.) — Niemcy zwyciężają na wszystkich frontach. [przypis edytorski]
161. Deutschland liegt an allen Fronten (niem.) — Niemcy leżą na wszystkich frontach. [przypis edytorski]
162. Herr Wachtmeister (niem.) — pan posterunkowy. [przypis edytorski]
163. Deutschland erwache (niem.) — Niemcy, przebudźcie się. [przypis edytorski]
164. Achtung, Achtung! Vor Juden wird gewarnt. Halt! Juden, Läuse, Fleckfieber (niem.) — Uwaga, uwaga! Ostrzega się przed Żydami. Stop! Żydzi, wszy tyfus. [przypis edytorski]
165. mezyza właśc. mezuza (z hebr. dosł: odrzwia) — schowany w niewielkim pojemniku kawałek pergaminu z zapisem dwóch fragmentów z Księgi Powtórzonego Prawa (6,4–9; 11,13–21), zwyczajowo umieszczany w futrynie drzwi domu żydowskiego; wchodzący do domu z szacunkiem dotykali ręką mezuzy. [przypis edytorski]
166. blatować (z jid.; gw. środ.) — przekupować, opłacać, spłacać; wyrównywać rachunek. [przypis edytorski]
167. wacha — straż, wartownia; tu: brama prowadząca do getta. [przypis edytorski]
168. es lebe Tod (niem.) — niech żyje śmierć. [przypis edytorski]
169. Winterhilfe (niem.) — sezonowa pomoc związana z nastaniem zimy. [przypis edytorski]
170. rogoża (daw.) — pleciona mata z sitowia. [przypis edytorski]
171. charcze — dziś popr. forma 3.os.lp: charczy. [przypis edytorski]
172. świszcze — dziś popr. forma 3.os.lp: świszczy. [przypis edytorski]
173. fetniak (gw. środ.) — cwaniak; spryciarz szukający zaczepki. [przypis edytorski]
174. Atrophia et anaemia organorum. Mors. (łac.) — Zanik i anemia organów. Śmierć. [przypis edytorski]
175. bima a. tewa — miejsce w centrum synagogi służące do czytania i objaśniania Tory oraz prowadzenia modlitwy; zwykle w formie altany a. ażurowej kapliczki osadzonej na podwyższeniu (wstępuje się do niej po kilku stopniach) i wyposażonej w pulpit, na którym kładzie się Pismo. [przypis edytorski]
176. Arka (hebr. Aron ha-kodesz: święta arka) — tu: ozdobna szafa ołtarzowa w synagodze, służąca do przechowywania zwojów Tory. [przypis edytorski]
177. rodały — zwoje Tory, Pismo Św. [przypis edytorski]
178. kuna — żelazna obręcz, w którą zakuwano szyję skazańca, przymocowana do pręgierza a. ściany budynku (np. ratusza, gdzie odbywały się sądy, kościoła itp.); daw. narzędzie tortur. [przypis edytorski]
179. alle Juden raus (niem.) — wszyscy Żydzi wyjść (dosł.: na zewnątrz; wulg.: wynocha). [przypis edytorski]
180. Ruhe (niem.) — cisza, spokój. [przypis edytorski]
181. Du, komm hier, Knabe. Du hast Glück. Du bleibst leben. Weg (niem.) — Ty, chodź tu, chłopczyku. Masz szczęście. Zostajesz przy życiu. Precz. [przypis edytorski]
182. Le szana habaa be Jeruszalaim (hebr.) — dosł.: w przyszłym roku w Jerozolimie; życzenia, jakie tradycyjnie składają sobie wyznawcy judaizmu podczas sederu, tj. uroczystej wieczerzy w Święto Pesach (Paschy). [przypis edytorski]
183. Herr Zugführer (niem.) — pan kierownik (pociągu) a. dowódca (plutonu). [przypis edytorski]
184. Nimm doch der Dreck und schmeiss an die Seite (niem.) — Weźże to łajno i wyrzuć na bok. [przypis edytorski]
185. rodały — zwoje Tory, Pismo Św. [przypis edytorski]
186. Szema Isroel (hebr.) — słuchaj Izraelu. [przypis edytorski]
187. Alles Scheisse... Nimm den Dreck weg und schmeiss an die Seite (niem.) — Wszystko to gówno... Zabierz stąd to łajno i rzuć na bok. [przypis edytorski]
188. Le szana habaa be Jeruszalaim (hebr.) — dosł.: w przyszłym roku w Jerozolimie; życzenia, jakie tradycyjnie składają sobie wyznawcy judaizmu podczas sederu, tj. uroczystej wieczerzy w Święto Pesach (Paschy). [przypis edytorski]
189. alle, alle Menschen weg nach Madagaskar (niem.) — wszyscy, wszyscy ludzie precz, na Madagaskar. [przypis edytorski]
190. Le szana habaa be Jeruszalaim (hebr.) — dosł.: w przyszłym roku w Jerozolimie; życzenia, jakie tradycyjnie składają sobie wyznawcy judaizmu podczas sederu, tj. uroczystej wieczerzy w Święto Pesach (Paschy). [przypis edytorski]
191. rodał — zwój Tory; Pismo Święte. [przypis edytorski]
192. mues (gw. środ.; z jid.) — pieniądze. [przypis edytorski]
193. kejsef (gw. środ., z jid.) — złoto i srebro (w języku złodziejskim). [przypis edytorski]
194. Halt! Halt! Halt alle bis auf den letzten (niem.) — Stać! Stać! Stać wszyscy do ostatniego. [przypis edytorski]
195. parabellum — rodzaj pistoletu. [przypis edytorski]
196. leica — tu: aparat fotograficzny (od nazwy własnej firmy produkującej sprzęt fotograficzny i optyczny). [przypis edytorski]
197. Hilfe (niem.) — pomocy. [przypis edytorski]
198. Lotte, was ist los (niem.) — Lotte, co się dzieje? [przypis edytorski]
199. Bei Gott, das geht über alle Begriffe. Hier darf man nicht gehen (niem.) — Na Boga, to przechodzi wszelkie pojęcie. Tu nie można chodzić. [przypis edytorski]
200. abtreten (niem.) — odstąpić, odejść; odmaszerować. [przypis edytorski]
201. Wie alt bist du? Sprich (niem.) — Ile masz lat? Mów. [przypis edytorski]
202. Vierzehn, Herr Oberleutnant — Czternaście, panie poruczniku. [przypis edytorski]
203. du (niem.) — tu: a ty? [przypis edytorski]
204. zwölf (niem.) — dwanaście. [przypis edytorski]
205. das genügt (niem.) — to wystarczy. [przypis edytorski]
206. Bei Gott, das geht über alle Begriffe. Es ist schmutzig dort. Bei solchen Wetter der Staub setzt sich in die Kleider und das schneidet mir ins Herz (niem.) — Na Boga, to przechodzi wszelkie pojęcie. Tam jest brudno. Przy tej pogodzie pył osiada na ubraniach, a przez to serce mi się kraje. [przypis edytorski]
207. Lotte, wonach schmeckt das? Wonne! Schnauben Sie nach Luft (niem.) — Lotte, czym to pachnie? Rozkosz! Niech pani odetchnie tym powietrzem. [przypis edytorski]
208. Gott behüte (niem.) — broń Boże. [przypis edytorski]
209. Pfui! Kurt, das ist schwer, ja, unmöglich (niem.) — Fu, Kurt, co za zaduch, tak, nie do wytrzymania. [przypis edytorski]
210. ein Gedanke steigt mir auf (niem.) — pewna myśl przyszła mi do głowy. [przypis edytorski]
211. Ruhe! Was wird er wohl sagen (niem.) — Cisza! Co on nam tu powie? [przypis edytorski]
212. Ich bitte, sagen Sie, Kurt (niem.) — Proszę, niech pan powie, Kurt. [przypis edytorski]
213. Meine Damen und Herren, da liegt der Hund begraben (niem.) — Drogie panie i panowie, tu leży pies pogrzebany. [przypis edytorski]
214. Ja, ja, ein Mann, ein Wort. Aber noch mein Vater pflegte zu sagen: da liegt der Hund begraben. Ich sage: da liegt der Jude begraben (niem.) — Tak, tak. Jeden człowiek, jedno słowo. Ale jeszcze mój ojciec mawiał: tu leży pies pogrzebany. Ja mówię: tu leży Żyd pogrzebany. [przypis edytorski]
215. Mit der Zeit pflückt man Rosen, Oswald (niem.) — Z czasem będzie się tu zbierać róże, Oswald. [przypis edytorski]
216. Bravo, Oswald! Wunderbar, Kurt! Tränen standen mir in den Augen (niem.) — Brawo, Oswald! Cudownie, Kurt! Aż mi łzy stanęły w oczach. [przypis edytorski]
217. Wie gut es sich trifft, Oswald? Oswald, ich habe eine Bitte an Sie (niem.) — Jak to dobrze się spotkać, Oswald. Mam do pana prośbę. [przypis edytorski]
218. Was befehlen Sie, mein Schatz (niem.) — Co pani rozkaże, mój skarbie. [przypis edytorski]
219. bitte schön (niem.) — bardzo proszę. [przypis edytorski]
220. O ja, mein Schatz, aber zur grösseren Sicherheit, haben Sie Geld bei sich (niem.) — O tak, mój skarbie, ale dla większego bezpieczeństwa, czy ma pani ze sobą pieniądze? [przypis edytorski]
221. Oswald, Oswald, eine treue Seele... Das ist nicht mit Gold aufzuwiegen (niem.) — Oswaldzie, Oswaldzie, poczciwa duszo... Tego się nie da zrównoważyć pieniędzmi. [przypis edytorski]
222. Damen und Herren, still (niem.) — panie i panowie, spokojnie. [przypis edytorski]
223. Totenstille (niem.) — śmiertelny spokój. [przypis edytorski]
224. Nicht wahr (niem.) — czyż nie; nieprawdaż. [przypis edytorski]
225. Bei Gott, es ist zum Totlachen (niem.) — na Boga, można skonać ze śmiechu. [przypis edytorski]
226. Damen und Herren, jetzt Totalansicht (niem.) — panie i panowie, a teraz ujęcie totalne. [przypis edytorski]
227. Leute zur Arbeit. Los, los (niem.) — Ludzie, do roboty. Dalej, dalej. [przypis edytorski]
228. Was ist los? Das Schlimmste ist zu befürchten (niem.) — Co się dzieje? Należy obawiać się najgorszego. [przypis edytorski]
229. ans Werk (niem.) — do pracy (tryb rozk. czas.). [przypis edytorski]
230. Meine Damen, Herren. Bitte jetzt aufstellen Sie sich. Das Gewitter zieht auf. Schnell! Aber doch sicher treten Sie ans Licht. Ans Licht! Gut, gut. Momentverschluss hundert... Mollig Bildchen. Lotte! Lotte, halten Sie sich rechts. Jetzt. Ich schiesse, bums! Danke (niem.) — Drogie panie i panowie. Proszę teraz się ustawić. Nadciąga burza. Szybciej! Ale wejdźcie państwo w światło. Na światło! Dobrze, dobrze. Czas migawki na setkę... Przyjemny obrazek. Lotte! Lotte, niech pani trzyma się prawej strony. Teraz. Strzelam, bum! Dziękuję. [przypis edytorski]
231. Jodallali-iii — zapis dźwięku odpowiadającego tzw. jodłowaniu, będącemu elementem tradycyjnego śpiewu górali z Tyrolu. [przypis edytorski]
232. Mein Liebchen komm zurück (niem.) — wróć, moja ukochana. [przypis edytorski]
233. Mit ein Blumenstrauss (niem.) — z bukietem kwiatów. [przypis edytorski]
234. Mit wendender Post (niem.) — z powrotną pocztą. [przypis edytorski]
235. Halt, eine wunderschöne Bildfläche. Nochmals (niem.) — Stop, co za cudownie piękny widok. Jeszcze raz. [przypis edytorski]
236. Ruhe... Bums! Totalansicht (niem.) — Cisza... Bum! Ujęcie totalne. [przypis edytorski]
237. da kommt er (niem.) — tam idzie. [przypis edytorski]
238. Was? Was... pfui, tun Sie es ja nicht. Wie sind Sie darauf gekommen (niem.) — Co? Co... fuj, niech pan tego nie robi. Jak pan do tego doszedł? [przypis edytorski]
239. Jawohl, mein Schatz, es kam mir in den Sinn (niem.) — Tak jest, mój skarbie, przyszło mi do głowy... [przypis edytorski]
240. meiner Treu, er ist kinderlieb (niem.) — mój poczciwiec, on tak lubi dzieci. [przypis edytorski]
241. Die Krankheit tritt verheerend auf, Oswald (niem.) — Choroba robi tu katastrofalne postępy, Oswald. [przypis edytorski]
242. jawohl, je eher, je lieber (niem.) — tak jest, im większe, tym lepiej. [przypis edytorski]
243. feldgrau (z niem.) — kolor charakterystyczny dla mundurów polowych, szarozielony. [przypis edytorski]
244. Auf die Seite. Los (niem.) — Na bok. Dalej (tryb rozk. czas.). [przypis edytorski]
245. kejsef (gw. środ., z jid.) — złoto i srebro. [przypis edytorski]
246. do motja (gw. środ.) — do spółki. [przypis edytorski]
247. kejsef (gw. środ., z jid.) — złoto i srebro. [przypis edytorski]
248. ligać (gw., daw.) — wierzgać, kopać. [przypis edytorski]
249. dać zeks (gw. środ.) — dać cynk; dać znać; powiadomić. [przypis edytorski]
250. chałef (gw. środ., z jid.) — policjant, agent policyjny. [przypis edytorski]
251. chatranka (gw. środ., z jid.) — patrol policyjny; przeszukanie policyjne. [przypis edytorski]
252. mieć cykorię (gw. środ.) — bać się. [przypis edytorski]
253. kuszer (gw. środ.) — łupy złodziejskie większej wartości. [przypis edytorski]
254. zejwech (gw. środ.; z jid.) — złodziej kieszonkowy. [przypis edytorski]
255. tycer (gw. środ.) — złodziej stojący na czatach, zasłaniający kradzież, obserwator; pomagier złodziejski. [przypis edytorski]
256. omnibus (z łac. dosł. omnibus: dla wszystkich) — daw. miejski środek transportu publicznego; wagonik na kołach wyposażony w ławki dla pasażerów, ciągnięty przez konie; właśc. stosowany od XVII do XIX w., a następnie zastąpiony przez autobus. [przypis edytorski]
257. szmondak (z jid.) — człowiek małej wartości; w gw. środ.: złodziej kradnący rzeczy małej wartości; też wulg.: dupek, łajza itp. [przypis edytorski]
258. orczyk (z niem. Ortscheit) — tu: poziomy drążek służący do połączenia uprzęży koni pociągowych z pojazdem. [przypis edytorski]
259. Aber doch sicher treten Sie ans Licht. Ans Licht (niem.) — Niechże pan wejdzie dokładnie w światło. W światło. [przypis edytorski]
260. żółty — tu: funkcjonariusz policji żydowskiej w getcie. [przypis edytorski]
261. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
262. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
263. es lebe Staat, es lebe Krieg (niem.) — niech żyje państwo, niech żyje wojna. [przypis edytorski]
264. heil Hitler (niem.) — niech żyje Hitler; cześć Hitlerowi. [przypis edytorski]
265. Rattenrein (niem.) — odszczurzanie. [przypis edytorski]
266. Auf die Strasse raus! Schnell, Jude, herunter Schwein. Aber los! Los (niem.) — Wynocha na jezdnię! Szybciej, Żydzie, zejdź, świnio. Ale już! Dalej no. [przypis edytorski]
267. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
268. żółci OD-mani — tu: funkcjonariusze żydowskiej służby porządkowej w getcie. [przypis edytorski]
269. ah so (niem.) — ach, tak. [przypis edytorski]
270. Du, Lumpenhund. Vater? Das macht nichts. Ein Schuss, ein Mensch... es ist aus mit ihm (niem.) — Ty szmato. Ojciec? To nic nie znaczy. Jeden strzał, jeden człowiek... już po nim. [przypis edytorski]
271. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
272. czarni — tu: żołnierze gestapo (od koloru munduru). [przypis edytorski]
273. dek — kryty pomost a. pokład; tu: osłonięta brezentem skrzynia ciężarówki, na której przewożono aresztowanych ludzi. [przypis edytorski]
274. Weg (niem.) — z drogi. [przypis edytorski]
275. Auf die Seite, weg! Rechts halten, rechts halten (niem.) — Na bok, z drogi! Trzymać się prawej. [przypis edytorski]
276. zurück (niem.) — z powrotem; wracaj (tryb rozk. czas.). [przypis edytorski]
277. Herr Offizier, wie weit ist es nach Treblinka (niem.) — panie oficerze, jak daleko jest do Treblinki. [przypis edytorski]
278. kogutek — przedwojenna popularna nazwa tabletek od bólu głowy (od rysunku na opakowaniu). [przypis edytorski]
279. Wie weit, Jude? Oho, das ist fast unglaublich. Du, Schwein (niem.) — Jak daleko, Żydzie? Oho, to niemal nie do wiary. Ty świnio. [przypis edytorski]
280. Herr Offizier, bitte (niem.) — panie oficerze, proszę. [przypis edytorski]
281. Ich habe dir doch alles genau erklärt, Jude (niem.) — Przecież wszystko ci dokładnie wyjaśniłem, Żydzie. [przypis edytorski]
282. Danke, unsere Gendarmen sind von allen geachtete Menschen (niem.) — Dziękuję, nasi żandarmi są przede wszystkim ludźmi cieszącymi się poważaniem. [przypis edytorski]
283. Herr Gendarm, ich hatte die feste Absicht abzureisen (niem.) — panie żandarmie, mam silne postanowienie wyjechać. [przypis edytorski]
284. Zurück! Halt (niem.) — Z powrotem! Stać! [przypis edytorski]
285. Los, los, verfluchte Bettel (niem.) — Dalej, dalej, przeklęty żebraku. [przypis edytorski]
286. jawohl (niem.) — tak jest. [przypis edytorski]
287. Judenfreimachung (niem.) — akcja „odżydzania”; termin z antysemickiej retoryki nazistowskiej. [przypis edytorski]
288. und die ganze Welt (niem.) — i cały świat. [przypis edytorski]
289. marschieren (niem.) — maszerować. [przypis edytorski]
290. ein Volk, ein Reich, ein Führer (niem.) — jeden naród, jedna Rzesza, jeden wódz. [przypis edytorski]
291. jawohl (niem.) — tak jest. [przypis edytorski]
292. Judenfreimachung (niem.) — akcja „odżydzania”; termin z antysemickiej retoryki nazistowskiej. [przypis edytorski]
293. und so weiter (niem.) — i tak dalej. [przypis edytorski]
294. alles (niem.) — wszyscy. [przypis edytorski]
295. schnell, Leute — szybko, ludzie. [przypis edytorski]
296. Geige? Ach so, interessieren Sie sich für Musik (niem.) — Skrzypce? A więc interesuje się pan muzyką? [przypis edytorski]
297. Ja, Herr Leutenant, ich interessiere mich dafür (niem.) — Tak, panie podporuczniku, tym się interesuję. [przypis edytorski]
298. Hast du davon gehört? Worüber hat der Jude gesprochen (niem.) — Słyszałeś to? O czym ten Żyd mówił? [przypis edytorski]
299. Ganz und gar nichts. Kleinigkeit. Über Max Reger Stücke für Orgel (niem.) — Wcale a wcale. Jakieś głupstwo. O utworze Maxa Regera na organy. [przypis edytorski]
300. Reger, Johannes Joseph Max (1873–1916) — niem. kompozytor, dyrygent, pianista i organista, uważany za współczesnego kontynuatora Bacha. [przypis edytorski]
301. Wer? Wer ist Max Reger? Auch Jude? Schweinerei! Das Judentum ist überall, an diese ganze Erde kreuz und quer (niem.) — O kim? Kim jest Max Reger? Też Żydem? Draństwo! Żydostwo jest wszędzie, na całej tej ziemi wszerz i wzdłuż. [przypis edytorski]
302. auf Ehre (niem.) — na honor. [przypis edytorski]
303. die Wahrheit muss siegen (niem.) — prawda musi zwyciężyć. [przypis edytorski]
304. das ist alles (niem.) — to wszystko. [przypis edytorski]
305. National-Partei (niem.) — partia nacjonalistyczna. [przypis edytorski]
306. świnki (gw. środ.) — złote monety (np. dolary itp.). [przypis edytorski]
307. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
308. in alle Ewigkeit (niem.) — na całą wieczność. [przypis edytorski]
309. und so weiter (niem.) — i tak dalej. [przypis edytorski]
310. eine Erde, ein Gedanke, ein Gott (niem.) — jedna ziemia, jedna myśl, jeden bóg. [przypis edytorski]
311. schnell, Hund (niem.) — szybko, psie. [przypis edytorski]
312. kropnąć — zabić, zastrzelić. [przypis edytorski]
313. und so weiter (niem.) — i tak dalej. [przypis edytorski]
314. Judentum (niem.) — żydostwo. [przypis edytorski]
315. es lebe Tod (niem.) — niech żyje śmierć. [przypis edytorski]
316. ein Tisch, ein Brot, ein Herr (niem.) — jeden stół, jeden chleb, jeden gospodarz. [przypis edytorski]
317. Ruhe (niem.) — cisza, spokój. [przypis edytorski]
318. Auf die Seite, weg, weg! Rechts halten, rechts halten (niem.) — Na bok, z drogi! Trzymać się prawej. [przypis edytorski]
319. schnell, Leute (niem.) — szybko, ludzie. [przypis edytorski]
320. Halt (niem.) — stać (tryb rozk. czas.) [przypis edytorski]
321. Schwein (niem.) — świnia. [przypis edytorski]
322. Szema Isroel (hebr.) — słuchaj Izraelu (początkowe słowa modlitwy). [przypis edytorski]
323. Weg, Alte (niem.) — z drogi, stary. [przypis edytorski]
324. czarni — tu: żołnierze gestapo (od koloru munduru). [przypis edytorski]
325. auswajs (z niem. ausweis) — zaświadczenie; dowód osobisty. [przypis edytorski]
326. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
327. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
328. Sonderbehandlung (niem.) — akcja specjalna. [przypis edytorski]
329. Transawia — zakłady zbrojeniowe; jeden z tzw. „szopów” na terenie getta warszawskiego, zlokalizowany w płd. jego części, przy ul. Stawki w okolicach Umschlagplatz. [przypis edytorski]
330. Umschlagplatz (niem.) — dosł.: plac przeładunkowy; tu: poprowadzona od Dworca Gdańskiego w Warszawie bocznica kolejowa wraz z magazynami, zlokalizowana u zbiegu ulic Stawki i Dzikiej, służąca wymianie towarowej między gettem warszawskim a tzw. „stroną aryjską”; następnie zaś, od 22 lipca 1942 r. (tj. od rozpoczęcia akcji likwidacyjnej mającej na celu wymordowanie wszystkich uwięzionych uprzednio w gettach Żydów) miejsce, gdzie gromadzono ludzi wywożonych do obozu zagłady w Treblince. [przypis edytorski]
331. mezyza właśc. mezuza (z hebr. dosł: odrzwia) — schowany w niewielkim pojemniku kawałek pergaminu z zapisem dwóch fragmentów z Księgi Powtórzonego Prawa (6,4–9; 11,13–21), zwyczajowo umieszczany w futrynie drzwi domu żydowskiego; wchodzący do domu z szacunkiem dotykali ręką mezuzy. [przypis edytorski]
332. Blutighändchen, komm, komm... Ein Schuss, ein Mensch... Komm, ich warte (niem.) — Krwaworączka, chodź, chodź... Jeden strzał, jeden człowiek... Chodź, czekam. [przypis edytorski]
333. komm, ich warte (niem.) — chodź, czekam. [przypis edytorski]
334. Blutighändchen, komm, komm (niem.) — Krwaworączka, chodź, chodź. [przypis edytorski]
335. noch eine Kugel (niem.) — jeszcze jedna kula. [przypis edytorski]
336. cybety — tu: futro z cywet, tj. drapieżnych ssaków z rodziny wiwerowatych (a. łaszowatych), wielkości ok. 1 m., charakteryzujących się oryginalnym ubarwieniem sierści: żółtawym, brunatno cętkowanym, po części pasiastym. [przypis edytorski]
337. fertig (niem.) — gotowe. [przypis edytorski]
338. ich trinke (niem.) — piję. [przypis edytorski]
339. Prosit! Noch ein mal (niem.) — Na zdrowie! Jeszcze raz. [przypis edytorski]
340. ans Werk (niem.) — do pracy (tryb rozk. czas.). [przypis edytorski]
341. Werkmeister (niem.) — kierownik (w pracy); majster. [przypis edytorski]