Otchłań

Kiedy wnoszę do lasu znój mego żywota

I twarz tak niepodobną do tego, co leśne,

Widzę otchłań, co skomląc, w gęstwinie się miota

I rozrania557 o sęki swe żale bezkreśne558.

Rozedrgana zielonym, pełnym rosy płaczem,

Przerażona niebiosów ułudnym pobliżem —

Kona z męki i tęskni nie wiadomo za czym,

I cierpi, że nie może na ziemię paść krzyżem.

I nie wie, do jakiego snu ma się ułożyć,

I szuka, węsząc bólem, parowu559 lub jaru560,

Aby go dopasować do swego bezmiaru

I zamieszkać na chwilę, i w ciszę się wdrożyć.

Czuję rozpacz jej nagą, czuję głód jej bosy,

Jej bezdomność, gałęzi owianą szelestem,

I oczy, które we mnie przez mętne szkła rosy

Widzą kogoś innego niż ten, który jestem.