Tęcza

Słychać go było, jak po młodym życie

Biegł coraz śpieszniej — ciepły deszcz majowy,

Zbryzgany słońcem, co przez obłok płowy42

Wzdłuż mu kropliste rozwidniało nicie43.

Pyląc, uderzył w piach drogi spróchniały,

Poszperał w krzaku, co lśniąc, się kołysze,

Strącił liść z wierzby, przyciemnił głaz biały

I ustał, w nagłą zasłuchany ciszę.

Teraz mu patrzeć, jak wierzchem obłoku

Tęcza, bezmiary objąwszy, rozkwita,

Poprzerywana i niecałkowita,

Jakby się śniła zmrużonemu oku.

Aż luźne znikąd jednocząc migoty44,

Nagłą zawisa ponad światem bramą,

By ci przypomnieć, że zawsze tak samo

Trwasz w każdym miejscu u wnijścia45 tęsknoty.

By ci przypomnieć, żeś z duszą, snem zżartą,

Wpatrzony w bezmiar, wsłuchany w swe dreszcze,

Wszedł do tych światów przez bramę rozwartą,

Co się za tobą nie zamknęła jeszcze.