[Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś klęcząc, spała...]
Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś klęcząc, spała,
W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,
Płaczesz przez sen i wstrząsem wylękłego ciała
Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.
Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę,
A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,
A ja płacz twój całuję, biodra i kolana,
I ramię, i zsuniętą z ramienia koszulę.
Lecz karmiony ust twoich spłakanym oddechem,
Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania313
Zadaję ciemną nocą tłumione pytania.
Odpowiadasz bezładnie — ja słucham z uśmiechem.
[Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze..]
Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze314,
Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.
Nieoswojone z niebem patrzy w podobłocze315
I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.
Swym cielskiem kostropatym316 kąpie się w kałuży,
Co nęci, jak ożywczych jadów pełna misa,
Czołgliwymi317 mackami krew z kwiatów wysysa
I ciekliną318 swych mętów po ziemi się smuży319.
Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,
Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,
Lecz gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,
Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.