Dżananda

Herminii Naglerowej16 z wyrazami

uznania i przyjaźni nieustannej

Szedł Dżananda tym lasem, gdzie bywać snem mogę,

A miał drogę — na oślep. Wiadomo: miał drogę!

Węże w blask się nicości wśniwały plamiście,

Słoń się wzgórzył w zaroślach, ciemniejąc łbem w liście.

Małpy w żarach niechlujnych pławiły wzrok dziki,

Ogonem nieprzytomne gmatwając storczyki.

Lampart futrem przegrzanym polegał na grzbiecie

I ssał łapę, ślepiami gnuśniejąc w zaświecie,

A mrowiska, skąd mrówki jak wylew krwi płyną,

Pachniały młodej myrry chętną wypociną.

Tchu nie stało wieczności! Nie drgnęły upały!

Świat i zaświat tym samym snem nieruchomiały.

Nie bruździły się trawy, nie skrzypiały krzaki,

Nie szumiały mangowce, nie śpiewały ptaki.

Jedna cisza — od nieba, a druga — od lasu, —

Cisza ciszy — nie słyszy... Czas nie czuje czasu...

Dżananda, snem trącony, na polanę zboczył

I zaoczył dziewczynę... I znowu zaoczył...

Leżała, dłużąc w trawie swój dreszcz jednolity.

Paw z nią gruchał, a w pawiu tkwił Indra ukryty.

Porzucił praistnienia zjesieniałość górną,

By się nasnuć jej w oczy tak barwno i piórno!

Krył się w ptaku na prędce i krył się nieściśle,

W pawim wątku, jak w trwożnym mętniejąc domyśle, —

I puszyściał jej w szyję i szeptał do ucha,

Aż mu coś odszepnęła dziewczyna-szeptucha,

I zaśmiała się nagle z całej w słońcu duszy,

Usznymi paluszkami zatykała uszy,

I dyszała do pawia, a paw do niej dyszał,

Lecz tego, co mówili, Dżananda nie słyszał.

Śniadą w twarzy miał zawiść, a w oczach miał drwinę,

Duchem smaglił się w pawia. Już kochał dziewczynę!

I, gdy paw zmyślnym dziobem włos sypki rozstrząsał,

Łuk pochwycił i strzałę w łeb ptaka nadąsał!

Spłoszył się Bóg, w ptaszęcym ledwo skryty ciele,

I odfrunął z trzepotem w bliskie różnoziele.

Zlękłym piersiom, gdy strzała żer nowy odgadła,

Zbrakło pawiej osłony. Dziewczyna — upadła!

I o ziem cisnął Indra upierzenie ptasie,

Co w świat, warcząc, pomknęło, — i pobladł w bezczasie

I zawołał: «Kto zgadnie człowieka i strzałę?

Jam dla ciebie te piersi powcielał w sny białe!

We mnie godził cios wszelki, tym kształtom zadany»! —

I pokazał na biodrze ciąg dalszy jej rany...

A ciąg dalszy był nieco podobny do kwiatu:

Źdźbło nieba na szypułce Bożego szkarłatu.

«Spal te zwłoki na kwiatach, gdzie zeszła się ze mną,

Gdym cię jeszcze przyszłością miłował daremną!

Kto dziewczynę przybłąkał w twych pragnień ustronie?

Kto wypulchnił jej wargi i wyśnieżył dłonie?

W tęcze pawie wbóstwiony szalenizną ducha, —

Kto twe imię — twarz twoją wmawiał jej do ucha?

Kto miłości i smutku nauczył zawczasu,

Byś kochany był pierwej, nim wejdziesz do lasu?

Aleś ty — wzgardco pawia — zamyślił grześć w grobie

Tego, co los twój w piórach rozszeptał i w dziobie?

Boga chciałeś zmóc w ptaku? Nikczemny sen karła!

Ptak odleciał! — Bóg żyje! — Dziewczyna umarła!» —

I zezem spojrzał Indra na śmierć i na życie

I zniknął! — I był tylko ten zanik w błękicie!

I wrzask pawia skądinąd — i cisza niezwłoczna...

A kto widział tę ciszę, — ten wie, że widoczna.

I popatrzył Dżananda na zwłoki dziewczęce

I pomyślał: «To właśnie — jej usta, jej ręce»...

I pomyślał osobno: «To właśnie — jej ciało.

Gdzie ów czas, który płynął, nim wszystko się stało?

Trzebaż było aż takiej miłości i trwogi,

Bym ją stracił, gdy byłem już do niej wpół drogi?

Trzebaż było aż Boga i strzały, i pawia,

Bym takiego dosięgnął w ciemności bezprawia?

Gdyby Bóg się nie spłoszył, a ptak się nie minął,

Boga tylko bym zabił! Bóg tylko by zginął!

Ale tak się to niebo skiełznęło po niebie,

Że nie wiem, czy za Boga — czy zmarła za siebie?

I tak się poździerzgało istnienie z istnieniem,

Że śmierć stała się błędem, a błąd — przeznaczeniem!»

I nie wiedział Dżananda, czym w mgłach jego winy

Paw się różni od Boga, a Bóg od dziewczyny?

I nie wiedział, kto strwonił pierś, co się wykrwawia?

On — czy paw nie bez Boga? — Czy Bóg nie bez pawia?

I nie wiedział, czyj zamysł, ani zbrodnia czyja?

Kto tu kocha — kto ginie — kto kogo zabija?