Rozmowa

— Czekam na ciebie — żywa,

Zbudzona, niecierpliwa.

Pożądam nieprzytomnie

Twych dłoni, warg i lic, —

I śpiewam, póki o mnie

Śmierć jeszcze nie wie nic!

Czemu od jezior strony

Zaklęty i spóźniony

Przychodzisz w nocy znój4,

Kochanku mój?

— Przychodzę na lamenty,

Spóźniony i zaklęty.

Ciało się moje mroczy5,

Ze śpiewu idąc w śpiew.

Nie wiedzą błędne oczy,

Jak odbić zieleń drzew?

I te, co się płomienią,

Złe sny poza zielenią?

Nim pierwszy zwiędnie liść,

Mów — dokąd iść?

— Idź w koło — idź w półkole...

Idź miedzą poprzez pole, —

I rozpaloną głowę

Burzliwych pełną zórz,

Na maki purpurowe,

Mijając chabry, złóż!

Traw zieleń, błękit nieba

Raz jeszcze ujrzeć trzeba...

Przypomnieć jeszcze raz

Świat wokół nas...

— Widziałem sny ogromne,

Lecz już ich nie przypomnę.

Wiosenne spadły deszcze,

A nie ma moich snów!

Raz jeszcze i raz jeszcze

O makach w polu mów!

Bądź dla mnie — jako ruczaj6,

Głębiny mnie nauczaj —

I wędrowania w dal,

I szmeru fal!

— Nie jestem ja ruczajem

W dolinie poza gajem,

Lecz w lesie — nagłym kwiatem

Zakwitnę do twych stóp.

To — wszystko! Nic — poza tem7!

Poza tem — mgła i grób...

Patrz w sady — łąki — lasy,

Jak w kres po wszystkie czasy!

Patrz we mnie, jako w zdrój8, —

Kochanku mój!