Alcabon

Był na świecie Alcabon. Był, na pewno był!

O brzóz przyszłość wiódł z mgłami walki nieustanne.

Próżnię życia na karku dźwigał z całych sił!

— «Tere-fere!» — tak śpiewał,

Gdy się śmierci spodziewał.

Aż pokochał osiadłą na strychu Kurjannę.

Dur go pchał wzwyż po schodach. Dur, na pewno dur!

We łbie miał złote mroczki i srebrne zamiecie,

Gdy, wspinając się ku niej, dawał baczny zór

Na czar, co się po cichu

Tak utrwalał na strychu,

Jakby miejsca zabrakło gdzieindziej na świecie.

W drzwi uderzył oburącz. W drzwi, na pewno w drzwi!

Ktokolwiek w drzwi kołacze — niech wejdzie i kocha!

Kurjanna, jak Kurjanna... Śni raczej, niż drwi...

Na barłogu — od środka

Patrzy duża i słodka, —

Lgnie do niej ufna ciału koszula — ciasnocha.

Znój mu wargi przynaglił. Znój, na pewno znój!

Szedł do niej po ciemnościach, jak wicher po łanie!

Kto ma oczy — niech widzi! Był ich cały trój:

On i barłóg, i ona

I wyrychlił ramiona,

By ją porwać na trwałe wbrew światu kochanie!

Biel jej ciała przywłaszczał. Biel, na pewno biel!

A chłonęła go w siebie ciszkiem jak mogiła.

Poznał, czym jest czar nocy, szept i chętna ściel,

I tak skochał dziewczynę,

Że wołała w mrok: «Ginę!» —

Bo się pierwszej miłości niechcący broniła.

Gil jej w uszach zadzwonił. Gil, na pewno gil!

Tak tętniła krwią śpiewną, tak drżała w głąb chcenia...

Zdzierż szczęście!... Nie zdzierżyła!.. Ledwo kilka chwil!...

Nienawykła do czaru,

Zmarła z westchnień nadmiaru,

Umierając, nie miała nic do powiedzenia!

Strych zawinił wszystkiemu! Strych, na pewno strych!

Z jego wyżyn dał w nicość nura bezpowrotnie, —

Zaśmiał się w samo niebo, a przy ziemi — ścielił,

Pilnej śmierci cios tępy

Duszę rozpruł na strzępy,

Aż się z niej wysypały skarby dożywotnie!

Piach się z duszy wysypał! Piach, na pewno piach!

Ten, co w podróż się złoci do zorzy, gdy kona, —

Bochen chleba w gwiazd wieńcu — skrót pałacu w mgłach —

Rzęsa Boża — dwie pszczoły —

I trzy z wosku anioły.

Czego tylko nie było w duszy Alcabona!

W pałacu królewny śpiącej20

Królewna dłoń o martwe zraniła wrzeciono.

Szerzy się snu zaraza!... Śmierć drzemie u płotu...

Drzewa, jawą parując, posnęły zielono.

Motyl zawisł nad studnią skrzydłami bez lotu.

Mrużąc przygasłych ślepi pilne ametysty,

Kot do snu łeb przypłaszczył na perłach w szkatule.

Pies się zwinął oszczędnie w kłębek wiekuisty,

Ogonem myśl o ludziach zaznaczając czule.

Kucharz wbił raz na zawsze nos, pełen spiekoty,

W dym, co zastygł w pióropusz, kędzierzawie zmarły,

I w kierunku wszechświata dzierżył rondel złoty,

Gdzie do dna nicość z sadłem za pan brat przywarły...

Jego żona kochliwa, złoconą kopystką

Szumną zupę bełtając w cwałującym garze,

Zasnęła ciałem — w kuchni, a duchem w bezmiarze

W chwili, gdy pomyślała, że miłość to — wszystko!...

Wujna z stryjną raczyły skamienieć biblijnie

W dwa posągi, godnością napuszone czujną

W czasie, gdy stryjna z króla szydziła przed wujną,

A wujna włos zsiwiały pobarwiała stryjnie...

A w sieni król, że wielbił prostotę kobiecą,

Ściskając pokojówkę w miłosnym rabunku,

Zdrętwiał na samym wstępie tego pocałunku,

Co twarz w dziób niedorzeczny wydłużył mu nieco...

Rój dziadów na portretach w przeszłość zwiesił głowę...

A fotel, gdzie, od drzemki głupiejąc bezwiednie,

Paź w uścisku pogmatwał poręcz i królowę21,

Pruł się przez sen, co zresztą czynił w dnie powszednie...

Zaś w ostatniej komnacie, na łożu z purpury,

Śniąc o drogich zawczasu minstrelach22 i skaldach23,

Królewna, że tak powiem, byt przeżyła z góry

Z głową w przyszłość wtuloną pod domyślny baldach24!...

I w puchach prałabędnych grążyła doszczętnie

Swe ciało tym piękniejsze, że już bez znaczenia...

A, twarz biedząc uśmiechem, przydawała chętnie

Stłumionemu istnieniu — wyraz nieistnienia.