Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą

Dotykałem... Co z nimi? Gdzie one?

Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,

Z oczu w nicość strącone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,

A słońce malowało mi na ścianie

Złote psy — złote wybrzeża,

Złote skrzypce — złote otchłanie...

Kto dość zaklinająco spogląda

W światło, nawidocznione milczeniem,

Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda

I zbójcę słonecznego ze skrzystym spojrzeniem...

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,

Śniąc, że na wielbłądzie jadę... Zbójcą jestem...

A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie

Czytał dziennik ze spokojem i szelestem...

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy

Wąs ojca — i gzyms szafy — i róg serwety białej,

Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,

Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały...

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,

Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,

Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,

Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem...

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,

Ociężale wygodniał i płowiał...

Cukier igrał skrą błękitną,

Bochen chleba — różowiał...

Zegar wytrząsał ze sprężynowych zwojów

Dłużącą się nutę w głąb sali.

W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów

Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało... Źle, że coś się stało...

Ten sam zegar w innych miastach bił nieśmielej...

I dusza się potknęła o nieoględne ciało, —

I kolejno umierać zaczęli...