Rozdział II
Późnym wieczorem całe zbolałe ciało odmawia posłuszeństwa. Zdrętwiałe palce nie chwytają już tak sprawnie i nieomylnie cienkich pasemek przędzy. Ból w krzyżu przypomina, że czas już rozprostować zgięty nad warsztatem grzbiet. A ostatni gong fabryczny, zwiastujący koniec dnia roboczego, nieprędko jeszcze uderzy...
Wielka, ponura i skąpo oświetlona sala pełna jest pracujących dzieci i starych kobiet. Szybki rytm maszyn nie zmienia się w ciągu dnia. Dzieci i kobiety nie mogą już teraz nadążyć. Ciemne ściany, z których tynk dawno się odkruszył aż do czerwonych cegieł, są zimne i nieprzytulne. Za małymi, zakratowanymi okienkami stoi już wczesna jesienna noc.
Tych śmiertelnie zmęczonych ludzi nie nagonią już do szybszej pracy brutalne przekleństwa i groźby majstrów. Niech sobie maszyny terkocą choćby i najszybciej — są przecież tylko maszynami. Ludzie łakną już odpoczynku, łakną swobodnego rozprostowania zgiętych nad warsztatami ciał.
Wtedy o niski sufit uderza pieśń przewlekła i smutna, niemająca początku ni końca, rozpoczynana przez kogokolwiek od którejkolwiek strofy i śpiewana przez wszystkich... nawet maszyny zdają się swój rytm włączać w niewymyślną melodię.
Zegnij grzbiet! Pochyl kark!
Wytęż oczy, mały Hardy!
Podnieś głos, zanuć pieśń...
Pieśń o doli twojej twardej!
W prostych zwrotkach niezgrabnej piosenki o małym Hardym, dzielnym tkaczu roczdelskim, przesuwa się całe jego smutne życie. Wędruje przez szerokie gościńce i prosi ludzi o kawałek chleba. Spotyka wytwornego pana, ubranego w elegancką szarą pelerynę, żółty cylinder i lśniące czarne buty. Idzie z nim do fabryki i zaczyna w niej pracować. Siły jednak nie dopisują mu. Mały Hardy zbyt jest słaby, żeby tak dużo pracować i tak mało jeść.
Bob Sandert łączy swój głos z innymi. Omdlałe palce poruszają się szybciej i sprawniej. W rytmie piosenki odnalazły zagubiony już rytm maszyny.
Nad warsztatem pochylony
Czemuś zbladł tak, Hardy mały?
Z ust dwie strugi krwi czerwonej
Płyną na nić przędzy białej.
Długo jeszcze smutno i przewlekle ciągnie się piosenka, zanim dojdzie do tej ostatniej, najostatniejszej zwrotki.
Dźwięki gongu żywym głoszą
Koniec pracy! Zmiana warty!
Czterej tkacze cię wynoszą...
Śpij spokojnie, mały Hardy!
A kiedy piosenka, podnoszona w coraz to innym miejscu, została już prześpiewana wielokrotnie, kiedy słabe głosy dzieci zaczęły już chrypnąć z wysiłku, gong fabryczny, jakby uproszony przez ducha małego Hardy’ego, uderza, głosząc koniec dnia roboczego.
Bob Sandert przeciąga się ze znużeniem. Dziś przeprowadza się na nowe mieszkanie! Szopa kowala Smitha będzie stała pusta aż do pierwszych cieplejszych dni wiosennych...
*
— Ty jesteś Bob Sandert, prawda? Ty już tu dziś rano byłeś?
Sylwia stoi w otwartych drzwiach i przygląda się Bobowi uważnymi oczami. Wreszcie usuwa się z przejścia.
— Mama powiedziała, żebyś swoje rzeczy położył w kącie przy oknie. Będziesz tam spał razem z Johnem, na tym sienniku na podłodze.
Bob przysiada na dobrze wypchanym sienniku, kładzie swoje zawiniątko na ziemi i przypatruje się z uśmiechem Sylwii.
— Czego tak na mnie patrzysz? Ja rano byłam zła, bo John mi dokuczał. A ty nie będziesz mi dokuczał?
Bob pokrywa tę kwestię milczeniem. Po co składać przyrzeczenia, jeżeli wcale nie wiadomo, czy będzie można ich dotrzymać? Trzeba się najpierw przekonać, jaka ta Sylwia jest, jacy oni są wszyscy. Rozpoczyna więc ostrożnie śledztwo.
— Twój brat, ten John, nie wrócił jeszcze z fabryki?
— On ostatnio nie wraca z fabryki do domu. Przychodzi dopiero późnym wieczorem, zmęczony i zabłocony. A czasem przychodzą tu różni ludzie i John siedzi z nimi do północy nieraz, w alkowie u starego Henry’ego... Gadają i gadają, nie wiadomo o czym... Dziś pewnie też będą gadać, bo przed chwilą był tu kowal Smith i pytał o Johna, czy już wrócił.
— Aha! Więc Smith tu też przychodzi?
Bob spojrzał ciekawie w stronę zielonej zasłony i zapytał cicho:
— Czy on jest tu teraz, ten... Henry?
Sylwia wstrząsnęła głową przecząco.
— Nie. On też późno wraca. Chodzi cały dzień po śmietnikach i zbiera do worka takie różne rzeczy: pudełka, deseczki, kości... Potem gdzieś to wszystko sprzedaje...
Spojrzeli po sobie i oboje wybuchnęli śmiechem — choć wcale im się nie wydało zabawne to zajęcie Henry’ego.
Sylwia, śmiejąc się, marszczyła komicznie swój krótki i zadarty nos. Można było wtedy spostrzec na nim parę bladych piegów. Bob miał ochotę powiedzieć coś na ten temat, ale powstrzymał się na razie. Zapytał tylko:
— A ty, co robisz?
— Pracuję w fabryce przy zbieraniu i darciu odpadków. Ty już pracujesz przy warsztacie, prawda? Może na przyszły rok i mnie tam przeniosą, wtedy będę więcej zarabiać. Tobie na imię Bob, prawda?
— Aha.
— A umiesz śpiewać piosenkę o małym Hardym?
— Umiem. To przecież każdy umie!
Bob kręci głową w zamyśleniu. Teraz dopiero, w rozmowie, okazuje się, że ta Sylwia taka jest jeszcze mała i dziecinna. Ma najwyżej osiem lat, o cztery lata młodsza jest od Boba, a już tak ciężko pracuje... Bob też już pracował cztery lata temu, no ale on nie miał rodziców, był w sierocińcu, a zresztą on jest chłopak — mężczyzna...
Czy John Winders nie ma racji, że wszystkie dzieci powinny chodzić do szkoły i uczyć się? Czy stary Henry nie ma racji w tym, że praca zarobkowa należy się jemu, a nie tej małej Sylwii?
— A co robi twoja mama?
— Poszła do sprzątania, do jednych państwa. Ona chodzi do takich bogatych domów sprzątać i prać bieliznę. Niedługo powinna już wrócić. Henry też lada chwila nadejdzie. Umiesz rozniecać ogień pod kuchnią?
— Nie wiem... chyba tak. W szopie u kowala Smitha miałem mały żelazny piecyk, ale ten pewnie tak samo się rozpala.
— No to chodź! Pomożesz mi. Nasza kuchnia zepsuła się i teraz bardzo jest trudno na niej gotować...
Bob wstał z siennika i podszedł wraz z Sylwią do kuchenki. Uśmiechnął się do swoich myśli. Zdaje się, że dobrze i ciekawie będzie tu mieszkać, u tych Windersów...
Pochylili się nad kuchenką. Sylwia układała na palenisku kawałki drzewa, a Bob rozbijał młotkiem dużą bryłę węgla. Po chwili już oboje dmuchali zawzięcie i z całych sił, prostując się tylko na chwilę, aby zasmolonymi rękami obetrzeć załzawione od dymu oczy.
Kiedy wreszcie płomień buchnął i Sylwia postawiła na fajerce duży garnek wody, Bob przypomniał sobie, że w tym pośpiechu nic sobie nie kupił na kolację.
— Muszę jeszcze pójść do sklepu. Zaraz wrócę...
*
Na ulicy jest zupełnie ciemno. Widocznie deszcz padał przed chwilą, bo przy przejściu przez jezdnię Bob dwa razy o mało co chodaków nie zgubił w błocie. Całe szczęście, że od Windersów jest niedaleko do sklepu Horta. Jeszcze tylko skręcić za tamtą kamienicę i już zaraz na rogu ulicy Żabiej zobaczy się szerokie oszklone drzwi sklepowe, rzucające na błotną ulicę strugę silnego światła. Stary Hort światła nie żałuje! Wszystko po to, żeby przyciągać kupujących. Już dwóch kamieniczek dorobił się na roczdelskich tkaczach. Sklep ma ładny, duży, towaru nigdy nie brakuje. Tym, którzy pracują, udziela kredytu, więc wszyscy u niego kupują. Cóż z tego, że oszukuje na wadze, że dolicza po kryjomu do rachunków drobne sumy. Tak robią wszyscy sklepikarze...
Bob pchnął oszklone drzwi i wszedł do wnętrza sklepu. Żadnych kupujących nie ma — późno już. Tylko stary Joachim Hort siedzi za ladą i liczy pieniądze z dzisiejszego targu. Skinął Bobowi głową z taką serdecznością, że aż mu się wszystkie tłuste podbródki zatrzęsły.
— Jak się masz, Bobie Sandercie. Chcesz pewnie uregulować rachuneczek. Zaraz znajdę twoją kartkę.
Dźwignął się ciężko z zydla, ale Bob powstrzymał go.
— Nie, panie Hort. Jeżeli pan łaskaw, wolałbym teraz nie płacić. Mam wydatki. W przyszłym tygodniu, jeżeli pan łaskaw, panie Hort...
Hort opuścił się z powrotem na zydel i uśmiechnął się życzliwie.
— Cóż, mogę poczekać. Ja zawsze mogę poczekać. Z ciebie jest i tak nie najgorszy płatnik, Bob, tylko że mało kupujesz. Skąpisz sobie, a to niedobrze, bardzo niedobrze. Młody przecież jesteś, no nie? Czym mogę ci teraz służyć?
— Funt chleba, panie Hort.
— I nic więcej? Sam tylko chleb?
— Muszę oszczędzać, panie Hort. Płacę teraz za komorne.
— A! To rozsądnie z twojej strony, to bardzo rozsądnie! Może jednak choć kawałeczek słoniny? Nie można się przecież głodzić!
Ale Bob jest stanowczy.
— Tylko chleb, jeżeli pan łaskaw.
Za chwilę już z małym pakuneczkiem pod pachą brnie przez błoto w stronę mieszkania pani Winders.
*
Już od samego progu zorientował się, że Henry powrócił. Zza zielonej kotary dochodzą głosy rozmowy: głęboki, basowy głos bezrobotnego tkacza i drugi głos matowy, znajomy... tak, to na pewno kowal Smith.
Pani Winders też już wróciła i z hałasem przesuwa garnki na kuchni. Sylwia z zawziętą miną skacze dokoła stołu na jednej nodze. Bob, który jest w tych sprawach doświadczony, mógłby przysiąc, że ona sobie postanowiła, iż coś pomyślnego zdarzy się, jeżeli uda się jej ileś tam razy na jednej nodze okrążyć stół. Na widok Boba nie przerywa skakania. Woła tylko zdyszanym głosem:
— Pan Smith pytał o ciebie. Jest w alkowie u pana Henry’ego. Idź tam do nich!
Bob zerka na pakuneczek, który trzyma pod pachą. Prawdę mówiąc, już czas najwyższy na kolację. Czy ta rozmowa nie potrwa zbyt długo? Smith, jak się rozgada... oho! A Bob jest porządnie głodny. No, trudno. Trzeba tam jednak zaraz iść. Kowalowi lepiej się nie narażać. A ten dziwak Henry? Czy znów będzie krzyczał i przeklinał?
Kładzie swój chleb na rogu stołu i ociągając się, niepewnym krokiem zbliża się do alkowy. Uchyla ostrożnie zasłonę i mówi bardzo cicho, o wiele ciszej, niż miał zamiar powiedzieć:
— Dobry wieczór panom...
To było powiedziane naprawdę cicho, ale tamci usłyszeli go jednak. Starzec utkwił w nim surowe spojrzenie zaczerwienionych, łzawiących oczu, a kowal Smith kiwnął na powitanie głową i uśmiechnął się życzliwie.
— W sklepie byłeś, co? Mówiła mi Sylwia. U Horta, prawda?
— Tak, panie Smith.
— No, no! Już niedługo będziesz u niego kupował!
Bob zdziwił się.
— Dlaczego?
Stary Henry zachichotał grubym głosem i zakasłał się tak, że znowu posiniał na twarzy. Potem, nie przestając się śmiać, mruknął:
— Zapytaj o to Johna Windersa, smyku. On każdemu chętnie tłumaczy. I nie tylko on. Karolowi Howardowi10 głupstwo strzeliło do głowy, a od tego kilkudziesięciu dorosłych tkaczy też dostało bzika. Taki szczeniak jak ty też będzie się pewnie zachwycał tym głupstwem...
Bob nic z tego wszystkiego nie rozumie. O jakich tkaczach mowa i dlaczego mają bzika? Jakim znowu głupstwem ma się on, Bob, zachwycać? Lepiej się za bardzo nie dopytywać, a zresztą przecież sam Henry powiedział, że John wszystko chętnie wytłumaczy. Tylko dlaczego ten stary znów się złości? Wpakował siwą bródkę do ust, gryzie ją z wściekłością i zanosi się długim kaszlem... Za chwilę zacznie przeklinać...
Ale kowal Smith przyciąga Boba do siebie, otacza go silnym ramieniem i Bob od razu przestaje się bać. Słucha uważnie rozmowy.
— Nie takie znowu głustwo, Henry, nie takie znowu głupstwo. Sama rzecz jest niegłupia. Ja dlatego się z tego wszystkiego śmieję, że taka rzecz nie może się udać. Ludzie są na to za głupi i za bardzo myślą tylko o sobie. Niedawno czytałem, że już siedemdziesiąt lat temu ktoś chciał takie coś zorganizować, ale ludzie go wyśmieli i tyle było z tego! Tak pewnie będzie i tym razem, więc można sobie z tego kpić. Inna sprawa, że gdyby im się udało, to potem oni śmieliby się z nas wszystkich. I mieliby rację!
Henry zaśmiał się grubo, nieprzyjemnie.
— To ma im się udać?! Ty myślisz, że tkaczom może się udać cośkolwiek? Czy mnie się udało? Albo innym... Pokaż mi takiego tkacza, który by nie cierpiał biedy! Żadnemu się jeszcze nie udało! Nikomu! Nigdy! Nic!
— No, ja nie o tym mówię. To co innego... tu chodzi o wspólny wysiłek.
Starego aż poderwało z miejsca. Wyprostował się ogromny, głową sięgający prawie sufitu, i wołał na całe gardło:
— Wspólny wysiłek! Wspólny wysiłek! Nie wstyd ci, Smith, że takie bzdury wygadujesz? Mogę ci tu zaraz opowiedzieć o takim „wspólnym wysiłku”, który podjęliśmy my, starzy tkacze londyńscy, wtedy, kiedy ty byłeś jeszcze smykiem, a tego roczdelskiego „tkacza” Boba wcale jeszcze na świecie nie było. Mieszkałem wtedy w Londynie, w północnej dzielnicy miasta. Siedzieliśmy w jednej izbie w trójkę z żoną i synem. Syn miał już wtedy dziewiętnaście lat i pracował w fabryce jako tkacz. Posłuchaj, Smith, posłuchaj! Ludzie dokoła się dziwili, że taki młody chłopak jest już prawdziwym tkaczem. Nie brano wtedy do roboty bachorów. Cóż by fabryka z nimi poczęła? Ja zresztą też nie chodziłem do fabryki na robotę. Miałem w izbie własny warsztat tkacki. Pracowaliśmy na nim razem z żoną. Fabryka nie mogła nadążyć zamówieniom z całego świata i oddawała część roboty takim jak my, chałupnikom. Nie przelewało się u nas, możesz mi wierzyć, ale żyliśmy jakoś. Głodu nie cierpiało się...
— Kiedy usłyszeliśmy, że fabryka sprowadza maszyny tkackie, które same będą tkały, wzruszyliśmy tylko ramionami. To nas nie dotyczy — tak sobie wówczas myśleliśmy. Jeżeli tkaczom fabrycznym lżej będzie pracować przy tych nowomodnych warsztatach, to ich szczęście, ale nie wierzyliśmy, żeby takie coś mogło wydać równie dobrą tkaninę jak prawdziwe, żywe ręce tkacza. Ślepi byliśmy! Ślepi głupcy! Prędko przestaliśmy wzruszać ramionami. Fabrykę zamknięto, a nam przestano wydawać robotę do domów. Niech tam! Nie martwiliśmy się za bardzo. Robotnikom mówiono, że za parę tygodni fabryka znów ruszy, już teraz z tymi maszynami. Zacisnęliśmy zęby i postanowiliśmy przeczekać. Ciężko było tak siedzieć bez zarobku, ale z biedą znaliśmy się dobrze nie od roku. Jak to tkacze...
Henry zatrzymał się. Targnął nim silny kaszel, więc usiadł z powrotem na swoim łóżku i ujął głowę w obie dłonie.
Bob przycisnął się mocniej do kowala. Jest tak, jak przewidywał. Dobrze i ciekawie będzie mieszkać u tych Windersów.
Tymczasem starzec wydyszał się i ciągnął swoje opowiadanie już spokojniejszym i cichszym głosem.
— Przeczekaliśmy jakoś. W fabryce ogłoszono, że przyjmuje się robotników, że robota na miasto, chałupnikom, wcale nie będzie wydawana. Niech tam! Pogodziliśmy się i z tym. Zdawało nam się ciągle, że jeżeli w fabryce chcą teraz robić wszystko, to będą musieli przyjąć wielu nowych robotników. W ten sposób i chałupnicy znaleźliby pracę. Poszliśmy więc do fabryki wszyscy, z rodzinami... Reszty chyba się domyślacie, bo wiecie przecież, jak teraz jest. Przyjęli małą garstkę prawdziwych, rzetelnych tkaczy, trochę starych kobiet i... dzieci, całą masę dzieci! Powiedzieli nam, że więcej nie potrzebują. I okazało się, że naprawdę więcej nie potrzebowali. Moja żona miała szczęście, dostała robotę. Przez jeden dzień z jednym małym chłopcem-pomocnikiem utkała więcej niż my przedtem na naszym warsztacie w dwa miesiące. A to, co zarabiała...? Jak myślicie? Nie zarabiała nawet czwartej części tego, co przedtem. A nas było ciągle troje. A dokoła nas było tysiące bezrobotnych rodzin. Zaczęliśmy się zmawiać ze sobą. Postanowiliśmy, słuchaj uważnie Smith!, zrobić ten, jak ty tu mówisz, wspólny wysiłek. Rozumieliśmy przecież wszyscy, że te maszyny winne są naszej nędzy! Trzeba zniszczyć maszyny, a będziemy mieli znowu pracę, to było jasne i proste...
Stary zamyślił się. Myśli długo. Wydaje się, że już nie podejmie przerwanego opowiadania. Tymczasem Bob aż dygoce z chęci dowiedzenia się, co było dalej, co zrobili londyńscy tkacze. Wreszcie nie może już się powstrzymać.
— A co było dalej, panie Henry?
— Co było dalej, pytasz? Ano poszliśmy całą kupą, wszyscy dorośli tkacze... z żelaznymi drągami... poszliśmy na fabrykę!
Stary zachichotał.
— Kruche są te nowomodne maszyny. Kruche i delikatne. Łatwo się rozlatywały w drobne kawałki. Mieliśmy swoją krzepę w łapach, londyńscy tkacze! Tylko że to nic nam nie pomogło. Ilu zostało zabitych w walce... ilu poginęło w więzieniach... tego nie policzysz, smyku. Sprowadzono nowe maszyny, jeszcze lepsze, jeszcze szybsze... przyjęto do pracy takich jak ty bachorów, a starzy tkacze rozeszli się po świecie szukać kawałka chleba. Ja tu zawędrowałem. Zgubiłem po drodze żonę, syna... słabsi byli ode mnie, nie wytrzymali. A teraz grzebię się w roczdelskich śmietnikach. Ech!
Bob pomyślał sobie, że jednak Henry ma swoje powody do przeklinania i złoszczenia się. Tyle nieszczęść go spotkało... Nawet Smith spoważniał, nie uśmiecha się. Mówi głosem poważnym, bez drwin.
— To wszystko, coście powiedzieli, Henry, to nic nowego. Wiem o tym i pamiętam te czasy. Nie tylko w Londynie przecież... w całej Anglii tkacze ruszyli się i poszli z drągami na maszyny. I, wiecie, po mojemu to było wielkie głupstwo. Ludzie w rozpaczy nie wiedzieli, co robią. Cóż tu maszyny zawiniły? Nie gniewajcie się, Henry, ale maszyna to dobra rzecz — oszczędza ludzką pracę. A że ludzie jej głupio używają, to już, darujcie, wina ludzi. Ja jestem kowal, ale nie mam pretensji do tego spryciarza, który wymyślił miech i kowadło. Pewnie gdyby teraz ktoś wymyślił taką maszynę, która by sama konie podkuwała, to straciłbym kawałek chleba, ale maszyna byłaby dobra. Świat, uważacie, idzie naprzód. Mądre łby myślą, jakby tu zrobić coś takiego, żeby się ludziska tak nie męczyli, no i wymyślają różne rzeczy. Tylko że to wszystko potem dostaje się do rąk ludzi złych i głupich, więc tak wychodzi, że bieda jeszcze się powiększa. Ale to są ludzie winni, a nie maszyny.
Henry chciał coś ostro odpowiedzieć, nawet już usta otworzył, ale w tej chwili w izbie rozległy się ciężkie kroki, zieloną zasłonę odgarnął ktoś energicznie i u wejścia do alkowy stanął John z kilkoma jeszcze mężczyznami. Mrugnął okiem do Boba.
— Dobry wieczór. Mówiła mi matka, żeś ty, Bob, jeszcze kolacji nie jadł. Więc uciekaj stąd, zjedz i idź spać, bo już późno. Jutro przed świtem cię obudzę, mam z tobą o czymś do pogadania. My tu sobie jeszcze trochę u was posiedzimy, Henry. Pozwolicie? Chcemy się naradzić w tamtej sprawie... Siedźcie i wy, Smith. Mądra głowa zawsze się przyda. Tylko nie kpijcie sobie z nas. To naprawdę poważna sprawa!