Rozdział IV
Bob przyłożył oko do szpary w okiennicy, popatrzył chwilę i odwraca pobladłą twarz w stronę Johna, który spokojnie układa coś na półce.
— Tłumy ludzi, panie Winders, tłumy ludzi! Stoją, gapią się, śmieją... Co to będzie?
— A co ma być? Za pięć minut otwieramy sklep.
Bob przestraszył się nie na żarty.
— Za pięć minut? Sami? Miał przecież przyjść pan James!
John wzrusza ramionami.
— Nie przyszedł. Może żona nie chciała go puścić, a może się przestraszył. Przecież i ty się boisz, Bob! Widać to po tobie. Ja zresztą też mam trochę stracha. Tylko Sylwia nic a nic się nie boi. Spójrz na nią.
A Sylwia rzeczywiście nie boi się. Łazi po całym sklepie. Zagląda we wszystkie kąty i śmieje się sama do siebie. Od razu widać, że doskonale się tym wszystkim bawi.
Bob wzrusza ramionami. Co ona tam wie, taka smarkata! Nie chodziła przecież na te wieczorne zgromadzenia uliczne, a Bob chodził i wie, czego się można spodziewać.
Westchnął cichutko i spojrzał po ścianach, po półkach. No! Piękny to już ten sklep nie jest. Wielki także nie. Jeden kupujący będzie się jeszcze mógł swobodnie poruszać, dwóm będzie już przyciasno, a więcej jak15 trzech żadną miarą się nie zmieści. I co oni tu będą kupowali? Pożal się Boże! Worek mąki, dwa worki kaszy, trochę warzyw pięknie ułożonych na półkach, parę chlebów na kontuarze — to już wszystko. Pośmiewisko, a nie sklep!
Tak sobie Bob smętnie rozmyśla, ale jednocześnie kombinuje chytrze, że jeżeli się wszystko sprzeda, jeżeli jeszcze choćby kilkunastu ludzi wstąpi do kooperatywy, to zakupi się jedno, sprowadzi drugie i będzie dobrze. A stary Hort pęknie ze złości.
— Bob, otwieramy!
Głos Johna jest spokojny i pewny, więc Bob posłusznie zdejmuje haczyk z okiennicy, otwiera ją... Przez szybę widzi tłoczący się tłum ludzi, słyszy gwar i rwetes.
John, który już szedł do drzwi, też spogląda przez szybę i zatrzymuje się. Waha się najwidoczniej.
Bob mamroce coś pod nosem o tym, że warto by może jednak zaczekać na pana Jamesa. Jeszcze choćby parę chwil... John stoi na miejscu i myśli. Po minie jego widać, że ma ochotę zgodzić się na zwłokę. Bob oddycha z ulgą. Cóż to szkodzi zaczekać jeszcze parę minut? Wtem Sylwia doskoczyła do drzwi i zawołała błagalnie:
— Ja otworzę, John! Pozwól mi, dobrze? Ja otworzę!
John spojrzał na nią tak, jakby się nagle zawstydził. Powiedział krótko:
— Dobrze. Otwórz. Ja będę stał przy tobie.
Za chwilę drzwi do sklepu stanęły otworem.
Cisnąca się u wejścia banda młodych łobuzów tylko na to czekała. Rozpoczęła się najprawidłowsza „kocia muzyka”: pianie, gdakanie, kwiczenie, miauczenie, szczekanie, a to wszystko pod akompaniament chóralnego śmiechu setek ludzi.
Po dłuższym czasie wszystko uciszyło się nagle. Do drzwi przepchało się przez tłum kilku mężczyzn. Pierwszy wszedł do sklepu dobrodusznie uśmiechnięty kowal Smith. Inni przystanęli za otwartymi drzwiami i nadsłuchiwali pilnie. Smith uścisnął dłoń Johnowi i Bobowi, uszczypał w policzek Sylwię...
— Niechże ja będę pierwszym szczęśliwym klientem. Bob! Zapakuj mi pół funta masła.
— Chwilowo jeszcze nie mamy masła — wyjaśnił John.
— Aha! Rozumiem! Dostawca się spóźnił. To się zdarza, to się zdarza. Nic nie szkodzi, wezmę sobie coś innego. Co by tu... Aha! Poproszę o ćwierć funta śliwkowych powideł, ale prędko, bo jestem bardzo głodny.
— Nie mamy jeszcze powideł... na razie.
Kowal zakłopotał się nieszczerze.
— Ajaj! Szkoda. Taką miałem ochotę na te powidła! No to niech już będzie słonina.
Ale John ma już dosyć tej zabawy.
— Wy dobrze wiecie, Smith, że nie mamy słoniny. Wiecie, co można u nas kupić, więc po co zawracacie głowę?!
W drzwiach ukazała się ruda głowa przysadzistego tkacza.
— Obrażają klienta — pisnął z przejęciem O’Brien — sam na własne uszy słyszałem, że w tym interesie źle się odnoszą do kupujących. Ale trudno! Czego się nie robi dla kolegów i starych przyjaciół? Daj mi, Winders, ze sześć jaj, bo moja będzie dziś ciasto piekła.
A John jest już znowu spokojny i opanowany.
— Nie mamy jeszcze jaj w sklepie.
O’Brien pokiwał głową ze zdumieniem.
— I co wy na to, Smith? Zdaje się, że będziemy musieli pójść po nasze zakupy do sklepu. Do prawdziwego sklepu!
Wmieszali się obaj w tłum cisnący się u drzwi. Znowu podniosły się nieopisane wrzaski i kwiki. Ktoś wrzucił do sklepu duży kamień.
Bob stoi w kącie zmartwiały z przerażenia, a John blady, z zaciśniętymi pięściami spogląda uparcie w stronę otwartych drzwi.
Wrzawa na ulicy znowu ucicha nieco. Ktoś przeciska się przez tłum, aż wreszcie w drzwiach staje pan James. Bob oddycha z ulgą. Nareszcie jakaś życzliwa twarz!
Nagle...! O Boże! Czyjaż to chmurna twarz wysuwa się zza szerokich ramion Jamesa? Czy nie będzie dziś końca przykrościom?!
Chuda, wysoka pani Maria James staje przed kontuarem i komenderuje ostro:
— Trzy funty16 mąki, półtora funta kaszy, parę ładnych marchwi, ale już! Na jednej nodze!
Bob ogłupiały, wpatrzony w jej chmurną minę, nie rusza się z miejsca.
— No! ile razy mam powtarzać? Trzy funty mąki...
Ale Bob już nie czeka, już zrozumiał, że to naprawdę, że ta kochana, jędzowata pani James naprawdę chce to wszystko kupić. Odważniki, torebki, łopatki do nabierania mąki i kaszy furkocą mu w rękach. Po krótkiej chwili wszystko jest gotowe.
Maria James staje przed Johnem wyprostowana, chmurna.
— Płacę, John. A daj mi ten wasz kwit. Nie zgubię go, bądź pewien. Nie zgubię żadnego waszego kwitka. Za rok zgłoszę się po swoją należność. Pamiętaj, John!
— Dobry wieczór wszystkim.
A któż to znowu? Ach! Pani Winders! Dobra, kochana pani Winders! Czego sobie życzy? Funt mąki? Bochenek chleba? Półtora funta kaszy? Zaraz! W tej chwileczce!
I znowu ruch przy drzwiach. Pani Snodgrass, Meta Roob? Wszystkie, wszystkie żony i córki 28 tkaczy, właścicieli udziałów, przyszły z koszykami po zakupy. Spieszą się, niecierpliwią. Wszystkie niezmiennie żądają chleba, mąki, kaszy, warzyw. Żadna nie ma ochoty na powidła czy jaja! Oh! Kto śmiał niedawno twierdzić, że nie wiadomo po co kobiety chodzą po świecie. Ładnie byś bez nich wyglądał razem ze swoją kooperatywą, Bobie Sandercie!
Pan James stanął za kontuarem i dzielnie pomaga Bobowi. Uśmiechnięty John przyjmuje pieniądze, wydaje reszty17, wypisuje i stempluje kwity.
A za drzwiami umilkli, przyciszeni gapie patrzą się z otwartymi ze zdumienia ustami.
*
Tym razem zebranie jest liczniejsze. Biorą w nim udział także kobiety, młodzi chłopcy, dziewczęta. I już nie w alkowie starego Henry’ego wszystko się odbywa, tylko w obszernej izbie pani Winders. Zresztą i tu jest ciasno.
John jest wyraźnie wzruszony. Stoi przed zastawionym stołem ze szklanką piwa w ręku i drżącym głosem mówi:
— Za chwilę wybije dwunasta godzina. Zacznie się nowy rok, rok 1845. Powiedziałem już wam, cośmy przez te18 parę tygodni zrobili i jaka czeka nas praca w tym nowym roku. Wypiliśmy zdrowie Karola Howarda, który pierwszy wpadł na pomysł założenia w Roczdelu Kooperatywy pod nazwą Sklep Pionierów. Dziękowaliście mi za moją pracę, a teraz ja dziękuję wam, że nie zapomnieliście o mnie. Ale jest wśród nas ktoś jeszcze, o kim nie wolno zapomnieć. Ktoś, kto włożył w nasz ruch całe serce i całą pracę małych rąk, na jaką go było stać. Mam na myśli małego tkacza, „dzwonnika roczdelskiego”, Boba Sanderta.
— Niech żyje!
— Brawo!
— Dawać go tu!
— Bob! Gdzie się podziewasz?
Ale Bob nie słyszy. Jest zajęty. Usiłuje wyciągnąć z ciemnej sionki Sylwię, która parska wściekle i grozi mu, że go podrapie. Przed chwilą powiedział, że naliczył na jej nosie aż pięć piegów.