Rozdział dziewiąty. Trwoga we wsi, skutkiem czego Gajda płoszy wróble
Na drugi dzień po wyjeździe pana Jana gospodarz Józef Grzyb wstąpił do karczmy po wódkę. Zastał Szmulową bardziej niż kiedy zamyśloną i Szmula, który ze złości krzyczał na dziewkę za to, że kieliszek w zeszłym tygodniu stłukli goście.
Ledwie Grzyb stanął w izbie, odezwał się do niego Szmul z ironicznym uśmiechem:
— No, cieszta się, gospodarze! będzie nowy dziedzic...
— Może i tak? — odparł Grzyb i zadumał się.
— Będziecie mieli we wsi gorzelnię, młyn...
— Nam z tego nic, ale wy, Szmulu, wygracie, bo ten młyn, któregoście tak pożądali, weźmiecie w arendę...
Żyd wybuchnął.
— Taki to będzie mój młyn, jak wasz las! — zawołał. — Aj! głupie ludzie, co wyśta sobie narobili...
— Abo co? — spytał zaniepokojony Grzyb.
— Jak to co? Pan dobra sprzedaje Niemcowi, a on zapowiedział, że mnie wygna zaraz z pachtu, a za rok z karczmy...
— No to was, a nom co do tego?...
— To do tego, że już się Niemiec dowiedział, jako wy i połowy tego nie mata prawa użytkować, z czego użytkujecie...
— Ale!
— Jakie ale?... Tu nie ma żadnego ale, tu są tabele... Dziedzic was rozpuścił, bo mu brakło pieniędzy na gajowych i polowych. Robiliście, co wam się ino podobało, i chcieliście jeszcze po pięć mórg. A teraz — niech ja diabła zjem, jeżeli wy choć po dwa dostaniecie.
— To się zobaczy! — mruknął Grzyb. — Jak nas Szwab zacznie krzywdzić, to się nie damy.
— Kiej on was nie skrzywdzi, ino wy krzywdziliście starego dziedzica. Nowy weźmie tylko swoje, sprowadzi komisarza, naczelnika, a jak który z was złamie mu jedną gałązkę nadto, wpakuje go do kryminału. Aleśta sami tego chcieli — kończył Żyd.
— Bo to prawda?
— Co ma być nieprawda? Przecie w tę niedzielę wyśta najwięcej gadali, żeby się nie godzić albo godzić się na pięć morgów, choć was mitygował Olejarz. Aj! to chłop mądry, ale wy nic a nic rozumu nie mata...
Grzybowi zrobiło się niedobrze. Miał kupić cztery flasze wódki, ale po tych wiadomościach wziął tylko trzy, a wróciwszy do domu, począł chodzić od chaty do chaty i powtarzać, co słyszał.
Inni gospodarze martwili się, klęli lub odgrażali. Byli jednak i tacy, którzy w wieści tej widzieli intrygę Szmula wymyśloną w celu skłonienia ich do łatwiejszej zgody z dziedzicem.
Ale już nazajutrz najwytrwalsi optymiści stracili nadzieję. Od samego bowiem rana przyjechało z miasta gubernialnego aż trzech Niemców i ci zaczęli wieś oglądać. Do dworu nie wstępowali, natomiast obeszli las, rzeczkę i pola chłopskie.
Gdy ich we wsi ujrzano, cały tłum gospodarzy, kobiet i dzieci począł za nimi chodzić. Oni nawet nie zważali na to.
Takie postępowanie zatrwożyło gospodarzy.
— Oj, coś idzie na złe — mówił jeden. — Nasz dziedzic, jakeśwa mu drogę zachodzili, to się czasem złościł, a te pludrzyska94 chichoczą ino między sobą. Widać kpią se z nas...
— A może by którego kłonicą95 przeżegnać?...
— Ale!... Nie widzisz to, głupi, jakie rury przy sobie noszą? Jeszcze by cię zabił, nim byś się zamierzył!
Gdy Niemcy odjechali, nie wstępując nawet do karczmy, gromada po krótkiej naradzie postanowiła wysłać deputację96 do dworu. Wybrano trzech najzacniejszych: Grzyba, który w niedzielę odradzał układy, a dziś się nawrócił, Szymona Olejarza, który od początku radził zgodę ze dworem, i Jana Samca, owego kołtuniastego, co nad nim żona przewodziła, ale który miał we wsi najwięcej gruntu.
Grzyb i Olejarz byli na miejscu, ale Samiec siedział w chałupie i kołysał dziecko, wedle rozkazu żony. Poszli więc do niego dwaj deputaci i jeszcze kilku, a za nimi sporo bab.
Olejarz opowiedział kołtuniastemu, że idą do dworu godzić się, że gromada i jego, niby Samca, także wybrała na ten cel, jako człeka statecznego. Skończywszy mowę swoją, Olejarz spytał:
— Cóż, pójdzieta, kumie?
Samiec wstał od kołyski, poszedł do komory i wyciągnął stamtąd nowiusieńką sukmanę. Ledwie ją wciągnął na jeden rękaw, a żona w krzyk:
— Co ty, kaprawcze97 jakiś — (Samca oczy wciąż bolały) — będziesz się tu wybierał?... Ja ci dam podpisy! Ja ci dam zgody!... Siadaj zara i kołysz Zośkę...
Gromada milczała, a baby ciekawie zaglądały przez okna i drzwi. I Samiec jakoś stał, nie mogąc zdecydować się ani na wciągnięcie drugiego rękawa, ani zdjęcie sukmany.
Żona, widząc to, chwyciła kijankę98 i dalej prać nią Samca:
— A ty kaprawcze! a ty kołtuniarzu!... Ty stary dziadzie!... To ty myślisz, żeś se wziął młodą żonę ino na zabawę!... A siadaj do kołyski, kiej ci się dzieci chciało!...
I znowu go to z przodu, to z tyłu, aż mu kołtuny zasłoniły twarz i czerwone oczy.
Chłop w milczeniu sukmanę na drugą rękę wciągnął, kołtuny odgarnął i — jak plunie w garść, jak złapie babę za łeb, jak zacznie obracać!... Chryste ratuj!... Chustka z niej poszła w kąt, kijanka na półkę, aż dwa garnki spadły na ziemię.
— Dajcież spokój, Janie! — wołały baby.
— Walcie, kumie, póki nie zacznie prosić — radzili chłopi.
Ale Samiec niczyjej rady nie słuchał, tylko wedle własnego rozumienia rzeczy, wyturbowawszy kobiecinę, kopnął ją w udo i cisnął pod żarna. Potem zapiął się, pasem opasał, włożył nowy kapelusz na głowę i rzekł bez śladu gniewu:
— Idźwa99 do dworu, kumowie, jeżeli taka wola wasza.
Chłopi kręcili głowami i szeptali między sobą:
— Chwat stary!...
— Jaki to u niego obrót w garści!...
— On by jeszcze korzec pszenicy pod pachę wziął.
Delegaci poszli, baby zostały, a Samcowa zawodziła pod żarnami śpiewającym głosem:
— O, Matko Przenajświętsza Częstochowska, co się to dzieje?... Widzieliśta, moje kumy? A dyć w tego dziada złe wstąpiło!... Bez cztery roki biłam go i ani pisnął, ino słuchał mię, a dziś mi takiego wstydu narobił!... O, po cóżem ja na ten świat przyszła, nieboga!....
— Jużci ma racją — rzekła jedna z bab. — Mnie samej, żeby mnie dopiero mój w piątym roku bić zaczął, byłoby markotno.
— Oj! biednaście wy, Janowo! — pocieszała inna baba penitentkę. — Chłop pokorny to jak wilk, póty grzeczny, póki człowiekowego mięsa nie spróbuje. Ale jak się już raz porwał, to będzie was bijał co dnia.
Ponieważ było po drodze, trzej więc deputaci wstąpili do Gajdy, który niedawno z furmanką wrócił, i znowu opowiedzieli mu rzecz całą, od początku do końca. Gajda przeraził się, aż w ręce uderzył.
— O, psiawiara! O, heretyk!... — zawołał. — Dwa dni temu zdarł ze mnie trzy ruble, tak żem nie miał za co dziecku chleba kupić i siedziało o zimnych kartoflach. A dziś na całą wieś takie nieszczęście sprowadza.
— Komu, jak komu — wtrącił Olejarz — ale wam, kumie, to się urwie.
Gajda sposępniał.
— Ja tam z moich koni żyję, a nie z jego szkody! — mruknął.
— Może się to na dobre obróci — rzekł Grzyb. — Poprosimy dziedziczki, żeby po swego posłała, i podpiszemy układ. Jużci lepiej choćby i trzy morgi aniżeli nic, i jeszcze prześladowanie.
— Co prawda, to prawda! — dorzucił Gajda. — Mam pięć morgów, jakby mi trzy dołożył, miałbym osiem i już by człowieka nie tak w szkodę ciągnęło.
— A co, nie gadałem woma w niedzielę, żeby podpisać?... Potrzebny to nam dziś strach i bałamuctwo?... Aleśta100 wszyscy woleli ciągnąć, aż się urwało — mówił Olejarz.
Gajda wpadł w gniew.
— Urwało się nam, urwie się i jemu, bo jak sprzeda, to nie będzie miał nic! — zawołał. — Wy, Szymonie, gadacie ino, że myśmy ciągnęli. A on to nie ciągnął?... Rozmówił on się kiedy z człowiekiem po bożemu?... Wytłumaczył nam kiedy, zapytał o co?... Nie!... Ino się rozpierał, kpinkował, a teraz ni z tego, ni z owego poleciał do miasta i biedę nam na kark zwozi. Przeklętnik!...
Gospodarze pożegnali Gajdę i pociągnęli z wolna ku dworowi. Chłop stał w sieni, zwyczajem swoim trzymając ręce za pazuchą, i patrzył to na ogród, to na długi szereg budowli dworskich ciągnących się z prawej strony.
— No! — mruknął — będzie nam, będzie i tobie, kiedyś taki pogan.
Niedługo potem Anielka dała znać matce, że trzej chłopi chcą się z nią rozmówić. Matka z trudnością podniosła się z fotelu i wyszła na ganek.
Przybysze ukłonili się do ziemi, ucałowali pani ręce, a Olejarz przemówił:
— Nie róbcież nam państwo takiej suplikacji101, wielmożna dziedziczko, i nie sprzedawajcie Niemcowi waszego i naszego mienia. Przecie my od zgody niedalecy i za cztery morgi na osadę podpiszemy układ...
— Co wy mówicie? — spytała zdziwiona pani.
— Jużci to, co cała wieś gada i własnymi oczami widziała. Były tu dzisiaj jakieś trzy pludry, objeżdżały pola...
— Chyba wam się śniło?...
— Ale!... — mówił dalej Olejarz. — Widzieliśmy ich wszyscy, jak szwargotały102...
— To może jacy przejezdni?
— Bogać tam przejezdni! Oglądały wszystko, las i rzekę, i miały ze sobą jeszcze takie patrzydła do patrzenia, co aż nas mrowie przechodziło...
Ochłonąwszy nieco ze zdziwienia, pani zamyśliła się.
— Ja nic o sprzedaży nie wiem — rzekła. — Wróci tu jednak za parę dni mąż, to z nim rozmówicie się. Szkoda jednak, żeście się tak ociągali z podpisaniem układów...
— My sami mówimy, że szkoda — odezwał się Grzyb — ale cóż, kiej z nami dziedzic nic nie gadał, nawet pary nie puścił. My dla świętej zgody, już byśmy i półczwartej103 morgi wzięli...
— I... i... nawet trzy! — wtrącił milczący dotąd Samiec, który wstydził się swoich kołtunów i krył je za słupem.
— Zatem, wielmożna dziedziczko, wstawicie się za nami do dziedzica? — spytał Olejarz.
— Ale owszem! Jak tylko wróci, rozmówię się z nim i powiem, że już chcecie podpisać układy...
— Chcemy! chcemy! — zawołali chórem, a Samiec dodał:
— Na grób to im damy ziemi, pludrzyskom, nawet darmo... Ale po co ony mają tu, między nas, włazić... ze swoim szwabskim gospodarstwem!...
Delegaci znowu ukłonili się i ucałowali ręce pani. Po drodze powtórnie wstąpili do Gajdy, i tym razem Samiec pierwszy zabrał głos, mówiąc:
— Widzi mi się, moi ludzie, że dziedzic coś kręci, kiej nawet żonie nie powiedział nic o tym, że grunta sprzedaje. A to przecie jej wiano i jak najstarsi ludzie mogą zapamiętać, nie jego, ale onej ojcowie tu siedzieli...
— Na złe idzie! — mruknął Olejarz.
— Jużci, że tak — ciągnął Samiec. — Jeżeli on rodzonej żonie nic nie gada, tylo ze Szwabami rajcuje, to już źle. Szwabska go okpią104 i choćby chciał się zrzucić ze sprzedaży, to mu nie dadzą.
— Cholera!... — zaklął Gajda.
— Ażebyśwa105 tak sami do niego pojechali? — spytał Grzyb.
— Na nic! — przerwał popędliwie Gajda. — Już on jak se postanowił sprzedać, to sprzeda, a nie sprzedałby ino wtedy, żeby same Niemcy kupić nie chciały. Ja go znam! On mnie przecie dwanaście lat do roboty nie wołał, choć nieraz i jak było pilno!...
Odeszli zafrasowani gospodarze, a Gajda wystawał przed chatą. Potem, gdy już znikli we wsi, powlókł się ku budynkom dworskim.
Za płotem ogrodowym, naprzeciw tych budynków, na krzakach, aż szaro było od wróbli. Gajda obejrzał się, a widząc, że nikt nie patrzy, rzucił w krzaki kawał drewna.
Chmura wróbli zerwała się z wielkim szelestem, przeleciała mu nad głową i usiadła na dachach stodoły, stajni lub obory.
Chłop roześmiał się głucho. Podszedł kilkanaście kroków naprzód i znowu spłoszył ptaki. Te, równie jak pierwsze, całym rojem poleciały na budynki.
— Nie sprzedasz ty! — mruknął Gajda wygrażając pięścią ku dworowi.
Przeszedł wzdłuż całego ogrodu, wszędzie rzucając na wróble; a ile razy widział, że lecą ku budynkom, śmiał się, wyszczerzał zęby i mruczał:
— Oj, nie sprzedasz ty, nie!...
Wróciwszy do chaty wyszukał w komorze spory kawał hubki i położył ją na ciepłym miejscu, aby przeschła.
Rozdział dziesiąty. Domysły matki. Znowu wróble
Od wyjazdu ojca i guwernantki dwór jeszcze bardziej sposępniał. Ekonom, człowiek nieżonaty, zabrał w nocy swój tłumoczek i umknął, nawet nie pożegnawszy się z nikim. Lokaj, który już dawniej podziękował za służbę, zaczął przesiadywać w szynku i pił za zastawione rzeczy. Parobcy po całych dniach nie robili nic, tylko utyskiwali106 nad tym, że pan nie zaspokoił ich za ostatni kwartał. Ledwie który litościwszy rzucił niemym bydlętom garstkę sieczki i do studni je wygnał; inaczej pozdychałyby z głodu i pragnienia.
Parę razy na dzień wchodziła do pokoju dziewucha kredensowa, zamiotła komnatę pani, przyniosła obiad, samowar, wody do mycia i tyle ją widziano. Ani Anielka, ani matka nie śmiały upominać się o lepszą usługę, czując, że ludzie niepłaceni i źle karmieni pracować nie mogą.
Anielka prawie po całych dniach pilnowała matki i Józia, nawet sypiała w ich pokoju.
Matka, leżąc w łóżku albo siedząc w fotelu, czytała najczęściej książkę, a małomówny i nieruchawy Józio bawił się tym, co znalazł na stoliku. Wówczas Anielka przypominała sobie radę guwernantki: „Ucz się!... ucz się!...” — i pilnując się dawnego rozkładu, sama zadawała sobie lekcje: „Stąd — dotąd”, wyuczała się ich na pamięć i wydawała107 przed — krzesełkiem guwernantki. To historię powszechną, to geografię, to znowu jaką gramatykę przechodziła w ten sposób. Ale nauki bez upomnień, pochwał i stopni w dzienniczku straciły dla niej znaczenie.
W czasie podobnych zajęć Anielki nieraz w drugim pokoju rozlegał się głos dzwonka. Dziewczynka wybiegała, mówiąc:
— Jestem! słucham mamy!...
— Ja na lokaja dzwoniłam, ma chére, żeby mleka przyniósł...
— Lokaja, proszę mamy, nie ma...
— Ach, prawda. Podobno siedzi w karczmie!
— I mleka nie ma, bo krowy dziś nie dały.
Pani zalewała się łzami.
— Boże! Boże! co ten Jasieczek zrobił ze mną... Jak on miał serce wyjechać w takiej chwili... Służba rozpuszczona, w domu głód i gdyby gospodyni z litości nie ugotowała nam obiadu, pomarlibyśmy wszyscy...
I znowu zatapiała się w czytaniu, a Anielka wracała do nauki. Ale w kwadrans później dzwonek dźwięczał, dziewczynka wbiegała do pokoju matki i musiała wysłuchać takiej samej jak poprzednio sceny z małymi odmianami.
Najmilszą jej rozrywką było karmić wróble albo bawić się z Karuskiem.
Do okna na facjatce ptaki przylatywały trzy razy na dzień całą gromadą. Już daszek był im za mały, więc śmielszy ptak wpadał do izdebki, złośliwszy kąsał sąsiada, mocniejszy spychał słabszego. A co tam było pisku, świergotu!... jak prędko wydziobywały jedzenie, jak kręciły główkami, skakały, trzepotały się... Trudno było nawet zauważyć wszystkie ich ruchy, jeden od drugiego prędszy i wdzięczniejszy.
Karusia znowu uczyła Anielka służyć. Stawiała go pod ścianą z kijem pod pachą. Pies z początku wyprężał się, ale później podwijał zad pod siebie i z wolna zsuwał się po ścianie na ziemię. Co go Anielka nie naprosiła, ażeby wstał!... Gdzie tam! Podnosił do góry wszystkie cztery łapy i leżał jak kłoda. Nieraz gniewała się, ale spojrzawszy w jego poczciwy pysk i figlarne oczy, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
W końcu Karusek począł zaniedbywać się w nauce i wybiegać na długie wędrówki. Jednego dnia wrócił ze skaleczonym uchem, z najeżoną sierścią, kulawy i bardzo piszczał. Anielka wykąpała go w sadzawce, owinęła w płachtę i położyła w szklanej altance. Pies spał całą noc jak martwy. Rano zjadł misę barszczu z zimnymi kartoflami, zakąsił herbatą ze śmietanką, potem dostał sucharek, dwie suszone śliwki i znowu na cały dzień poleciał.
Anielka ze smutkiem myślała, że już i pies nie dba o nich, kiedy są w kłopocie!
Po wizycie owych wiejskich delegatów stał się fakt dziwny. Matka, zamiast martwić się tak stanowczą wiadomością o sprzedaży majątku, nabrała, przeciwnie, doskonałego humoru.
— Wiesz co? ojciec na wyborny wziął się sposób — mówiła do Anielki. — Ja już byłam pewna, że on nigdy nie skończy z serwitutami i nie wyjdzie z długów. Ale dziś widzę, że to człowiek dzielny i praktyczny. Cóż to za pomysły w tej głowie!...
— Co się stało, proszę mamy? — zapytała Anielka, której na myśl o sprzedaży dworu w głowie się kręciło.
— Więc ty się niczego nie domyślasz?... Prawda, jesteś zbyt młoda i nie rozumiesz interesów. Cóż to za polityk!... Jaki genialny plan ułożył!... Wyobraź sobie, że ojciec, aby chłopów zachęcić do układów, ogłosił, widać przez Szmula, że sprzedaje majątek Niemcom. Chłopi zlękli się i dziś już godzą się na wszystko.
— Czy mamie tatko mówił o tym?
— Wcale nie. Ani on, ani Szmul, ale ja się domyślam wszystkiego. Jacy oni paradni obaj!... O, powinszuję Jasiowi szczęśliwego pomysłu.
Anielce, nie wiadomo dlaczego, było przykro. Gdyby teraz przyszli chłopi, zapewniłaby ich najuroczyściej, że tatko nie sprzedaje majątku i tylko zażartował sobie z nich. W każdym razie nie śmiałaby spojrzeć im w oczy. Zwyczajnie jak dziecko, które nie zna się na robieniu interesów.
Matka tymczasem marzyła głośno:
— Już wiem, jaką nam ojciec zrobi niespodziankę. Odbierze dziesięć tysięcy rubli za ten las, a może i drugi sprzeda?... Przywiezie mnie pokojówkę, a tobie guwernantkę. Tamta, panna Walentyna, była może mądra, ale nieznośna. Dlaczego ona, na przykład, wyjechała od nas?... doprawdy że nie rozumiem!... Gdy się ojca zapytam: czy przywiózł ekstrakt słodowy? powie: „Zapomniałem na śmierć!... Tyle miałem interesów!”... Dopiero, gdy się wygniewam na niego, odezwie się triumfując: „Jutro jedziemy do Chałubińskiego, który, czuję to, że i ciebie, i Józia wyleczy”.
Matka mówiła to z uśmiechem patrząc gdzieś daleko, zapewne w stronę Warszawy. Potem opuściła głowę na piersi i szepcząc:
— Mon cher Jean!... Ja wszystko odgadłam, mnie nigdy przeczucie nie myli!... — usnęła jak dziecko.
O ile matka była zachwycona i szczęśliwa ze swych marzeń, o tyle Anielka cierpiała.
„Co będzie — myślała sobie — jeżeli ojciec, który tak zażartował z chłopów, zażartuje z mamy? Chłopi są pewni, że tatko sprzedaje majątek, a mama śmieje się z nich... Mama jest pewna, że tatko pojedzie z nią do Chałubińskiego, a tatko?...”
Nieograniczona wiara w ojca była już w niej bardzo zachwiana.
— Anielciu! — rzekła, ocknąwszy się, matka — czy nie jedzie ojciec?... Zdaje mi się, że słyszałam turkot?...
— Nie.
— Gdybym wiedziała, że jest w domu krochmal i mydło, kazałabym bieliznę poprać... Nie należy ani jednego dnia zwłóczyć z wyjazdem do Warszawy, bo ja czuję się coraz słabsza... Czego ty tak na mnie patrzysz, Angelique? Szczęście wróci mi prędko siły i jeszcze zobaczysz, jak mama twoja będzie tańczyć w karnawale... Ha! ha! ha!... Ja, tańczyć!...
Anielka z trudnością hamowała łzy. Matka płacząca, znękana, skarżąca się była dla niej osobą zwyczajną, odpowiadającą temu, co się około nich działo. Ale matka uśmiechnięta i pełna nadziei, w tych pustkach, w nędzy, wśród takich pogłosek, zrobiła na niej wrażenie straszne. Chciała biec, wołać kogoś... Żeby choć Karusek przyszedł...
Nikt nie przyjdzie.
Z wolna i cicho zsunęła się noc na ziemię. Dziewucha posłała łóżka w pokojach, zamknęła okiennice i zostawiła troje sierot na bożej łasce.
Na drugi dzień rano matka była jeszcze weselsza niż wczoraj.
— Wyobraź sobie — mówiła do Anielki — śnił mi się dziś Chałubiński, jak żywy. Proszę cię, zapamiętaj wszystko, bo ja mu dzisiejszy sen opowiem, ażeby wiedział, że mnie przeczucia nigdy nie mylą. Ach! jaki to piękny człowiek. Czarna, długa broda, czarne oczy... skoro tylko spojrzał na mnie, uczułam, że mi jest lepiej. Potem zapisał mi jeden proszek, zdaje mi się, że receptę pamiętałam nawet, i — tym uleczył mnie do reszty. O! ja muszę do niego pojechać...
— I ja — wtrącił Józio monotonnym głosem — bo ja jestem osłabiony...
— Naturellement, mon fils!...108 Anielciu, wyjrzyj, czy ojciec nie wraca. Nie uspokoję się aż do jego przyjazdu.
Anielka, wziąwszy ze sobą kilka kawałków chleba, pobiegła na facjatkę.
Spojrzała — na gościńcu nie było nikogo.
Natomiast zleciały się wróble pod okno, ze zwykłym hałasem. Było między nimi parę młodych, które dopiero próbowały skrzydeł, i jeden starszy bez ogona. Taki gość zjawił się tu pierwszy raz, choć całe zachowanie wskazywało, że nie czuł się obcym w towarzystwie.
„Pewnie mu kot ogon urwał” — pomyślała Anielka.
Zdziwiła się jednak, zobaczywszy, że wróbel ma ogon upalony.
„Czyżby wpadł w ogień, czy może niegodziwi chłopcy męczyli go w taki sposób?”
Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tym, lecz wróciła do matki z wiadomością, że ojciec jeszcze nie wraca.
Po obiedzie, gdy matka zdrzemnęła się na fotelu, Anielka wybiegła z Karusiem na ogród. Zdawało się jej, że drzewa urosły i przybyło więcej kwiatów. Było jej tu swobodniej niż w pokoju. Wesoły pies skakał jej do ust i szczekał. Pobudzona przez niego, zaczęła biegać, aż jej rumieńce na twarz wystąpiły.
Wtem między krzakami, około płotu, usłyszała niespokojne świergotanie wróbli. Zajrzawszy tam, zobaczyła kilka cegieł ułożonych w formie zamkniętego pudła. Spod powierzchni cegły wysuwało się drżące skrzydełko ptaka. Anielka wydobyła go szybko. Uwolniony wróbel uszczypał ją w palec i skoczył na gałązkę powłócząc skrzydłem, zwichniętym czy złamanym.
Potem dziewczynka obejrzała cegły. Było ich pięć, a między nimi przestrzeń pusta, czworoboczna, w której znajdowało się trochę kaszy i dwa patyczki.
„Widocznie ktoś łapie wróble — pomyślała Anielka. — Może parobcy jedzą z głodu?”
Na dalszym krzaku wisiała pętelka z włosienia, a jeszcze na innym znowu podobna pętla, obie puste.
„Biedne wróble” — pomyślała dziewczynka. W tej chwili postanowiła co dzień przeglądać krzaki i uwalniać małych więźniów, gdyby kto na nie znowu sidła zastawiał.
Rozdział jedenasty. W jaki sposób Bóg czuwa nad sierotami
Skwarny dzień zeszedł bez osobliwych przygód. Szmul rankiem wyjechał do pana Jana, a wiejscy ludzie gromadzili się między chatami, niespokojnie dowiadując się o nowiny z miasta.
— Będą czy nie będą układy z dziedzicem? Sprzeda czy nie sprzeda majątku? — tak mówiono.
Niektóre kobiety litowały się nad dziedziczką.
— Biedna ona, choć bogata! — mówiła jakaś starsza. — Mąż wyjechał, słudzy ją ponoć odbieżali109, i siedzi se sama jak ten bocian na gnieździe, co mu samicę tamtego tygodnia zabili.
— Może byśwa poszli do niej na pocieszenie? — spytała inna ze śmiechem.
— Czego kpita? — dorzuciła trzecia. — Przecie sam Pan Bóg nakazuje smutnego pocieszyć, nagiego przyodziać i umarłego pogrzebać.
— Widzita, kumy! — odezwała się poprzednia niemniej wesoło. — Ostaszeskiej wydaje się, że do dziedziczki to można tak chodzić jak do położnicy110... Przecie to pani całą gębą, co wy se myślita? Jakby do was zaczęła gadać po francusku, to byście ino oczy wytrzeszczyły...
— Ej!... w takiej samotności i opuszczeniu to by se przypomniała po polsku. A zawdy co pociecha, to pociecha.
— A jakżebyśta ją cieszyły? — mówiła śmieszka. — Ona bawi się inaczej i smuci inaczej niż my, ludzie proste. U nich jest myślenie nawet inaksze111. Toteż jak z tobą zacznie która gadać nie o gospodarstwie, nic jej nie rozumiesz ani ona ciebie. Rychtyczek112, jakby se świnia z pastuchem rozmawiały. Ja bym ta do niej pójść nie śmiała!
Tak więc opuszczona dziedziczka nie mogła nawet liczyć na pomoc ze strony poczciwych kobiet wiejskich. Między chatą i dworem stał mur przesądów, w którym państwo Janowie przez cały czas swego pobytu na wsi nie chcieli czy nie umieli zrobić wyłomu.
Około dziesiątej w nocy, kiedy rosa spadła na ziemię, ponad wołanie żab wybił się jakiś odległy łoskot. Anielka wbiegła na facjatkę i stanęła w oknie. Rzeczywiście, ktoś jechał gościńcem, ale nie do nich. Oparła się na oknie i zalała łzami.
— Boże! Boże! sprowadź też ojca do nas — szeptała.
Gdyby cud skrócił odległość między nią i ojcem, może zobaczyłaby go w towarzystwie ludzi wesołych, pijącego na próbę nowo wynaleziony trunek, który składał się z porteru i szampana.
Jak w podobnej mieszaninie smakują łzy opuszczonego dziecka? — o tym chyba nikt nie wie, a najmniej pan Jan, który czuł się w złotym humorze.
Noc była gwiaździsta, spokojna i na pół jasna. Powietrze nasycała wilgoć. We wsi już światła pogasły. Słychać było krzyk żab i szczekanie psów. Może tam i Karusek jest między nimi, bo od południa nie ma go w domu?... Niedobry pies, nie lepszy od ludzi!...
Czasami spomiędzy drzew ogrodu wyrwał się duży ptak i leciał z szumem. Niekiedy z pól płynęły nieznane we dnie szmery — może bieg spłoszonego zwierzęcia?... I znowu cicho, tylko w dolnym pokoju niestrudzony zegar w szafce klekocze.
Liczne jak piasek gwiazdy drżały niby dogasające iskry. Tu i ówdzie, między nimi, widać było punkciki zielonawe, błękitne lub czerwone jak drogie kamienie. Spomiędzy nieruchomych świateł konstelacji wyrywała się niekiedy gwiazdka błędna i zakreśliwszy łuk na niebie, gdzieś niknęła.
„Może to anioł z pociechą od Boga?” — pomyślała Anielka.
I spoglądała za siebie, spodziewając się ujrzeć kogo. Ale pokój był pusty. Duchy niebieskie lękają się wchodzić między tryby machiny wszechświata.
Wtem od gościńca ukazała się błędna gwiazda szczególnych własności. Biegła nie z nieba ku ziemi, ale od ziemi ku niebu, a potem nagle zwróciła się w stronę budowli dworskich.
W kilka minut później Anielka zobaczyła drugą podobną. Ta zakreśliwszy parę bardzo nieregularnych linii, spadła na drzewo i niedługo zgasła.
Były to iskry tak niewyraźne, że ledwie rozeznać je mógł niesłychanie ostry wzrok Anielki. Dziewczynę przestraszyły te światła, przypomniała sobie bowiem o duchach pokutujących. Ale wnet przyszło jej na myśl, że może to są robaczki świętojańskie?
Postała jeszcze chwilę w oknie, na próżno słuchając turkotu, i zeszła do pokoju matki.
„Może ojciec przyjedzie w nocy?” — rzekła do siebie.
Postanowiła czuwać jeszcze, lecz nie chcąc budzić matki, zgasiła lampę i usiadła na fotelu.
Zdawało jej się, że ojciec jedzie i że ona otwiera mu drzwi. To znowu, że chodzi po pokoju jakiś pan obcy albo że słyszy czyjś głos wołający ją po imieniu.
— Czy mama do mnie mówi? — spytała.
Odpowiedział jej ciężki oddech matki i szybkie chrapanie Józia. W kącie nad piecem słychać było brzęk muchy, a w drugim pokoju łoskot zegara.
Oparła głowę na poduszce fotela i twardo zasnęła.
Od wieczora w chacie Gajdy było ciemno. Ale gospodarz czuwał. Chwilami można było widzieć jego głowę kudłatą w szybach małego okna. Niekiedy uchylał drzwi od gościńca i wysunąwszy się do połowy patrzył w stronę budynków dworskich.
Około północy między ogrodowymi drzewami błysnął płomyk i zgasł. Gajda wybiegł przed chatę, pilnie wpatrzył się w tamtą stronę i zobaczył parę cienkich, ognistych języków wydobywających się z dworskiego dachu tuż około okna, z którego panna Walentyna i Anielka co dzień karmiły wróble.
Chłop schwycił się za głowę.
— Psiakrew! — zaklął. — A dyć to dwór się pali...
Wbiegł do chaty i silnie szarpnął śpiącą na ławie Magdę.
— Wstawaj! — zawołał. — Chodź do okna! — i przeniósł ją jedną ręką jak psiaka pod okno.
Dziewczynka zaczęła krzyczeć ze strachu.
— Cicho, ty!... Patrzaj, co się pali... dwór czy stodoła?... o tam, o... Jużci dwór...
Trząsł się cały.
— Magda! — mówił stłumionym głosem. — Leć do dworu, obudź ludzi i wołaj, że się pali. No, idźże, ty bękarcie!... bo się tam panienka spali, ta, co ci wstążkę dała... Jezu mój... Ocknijże się, nie trząś się ty... Ona przecie nie kazała cię bić i spali się...
— Boję się, tatulu! — wrzasnęła dziewczyna i upadła na ziemię.
Na dworskim dachu ukazało się już kilkanaście pochodni gorejących. Chłop wybiegł z chaty i począł pędzić ku budynkom, nie spuszczając oka ze dworu.
Dopadł do stajni.
— Bywaj! — krzyczał. — Dwór się pali!... wstawajta, parobcy!
Pognał do obory i począł pięściami bić w ścianę.
— Wstawajta, ludzie!... Ogień we dworze... Panienka się spali...
Usłyszał około uchylonej bramy jakiś szmer i zobaczywszy rozwalonego na barłogu skotopasa113 od razu postawił go na nogi.
— Dwór się pali! — krzyknął mu w ucho.
Parobek ziewnął, przetarł oczy, zaczął przestępować z nogi na nogę i mruczeć:
— Trza bydło wygnać.
— Budź parobków!... ja polecę do dworu — rzekł Gajda i pocwałował naprzód.
Na dachu pojedyncze płomyki zaczęły się już zlewać ze sobą. Podwórze i ogród przybrały barwę czerwoną, ptaki zaczęły świergotać. Tylko we dworze było cicho.
Chłop wpadł na ganek i przycisnął ramieniem mocne drzwi, które przeciągle zgrzytnęły i pękły z łoskotem. Różowy blask oświetlił ciemną sień.
— Panienko!... Janielciu! — krzyczał chłop. — Uciekajta! dwór gore!...
— Co tam?... — odpowiedział mu strwożony głos.
Gajda wywalił drugie drzwi i dostał się do pokoju zupełnie ciemnego. Potrącił stół, potknął się o krzesło i nadeptał jakąś suknię, w której nogi mu się zaplątały. Dopiero po chwili, zobaczywszy blask przez serce wykrojone w okiennicy, wybił okno i powyrywał deski z zawiasów.
Pokój został oświetlony. Jednocześnie słychać było trzask płonącego dachu. Dym gryzł oczy, ze wszystkich stron grzało.
Anielka stała obok fotela zupełnie ubrana, bez ruchu. Chłop wziął ją na ręce i wyniósł przed ganek.
— Mamę!... mamę i Józia ratujcie!...
Chłop wrócił do pokoju, a za nim Anielka.
— Uciekaj, panienko!...
— Mama!... mama!...
Gajda zobaczył na łóżku postać skurczoną, całkiem zawiniętą w kołdrę. Była to matka. Poruszył ją, ale ona ze strasznym krzykiem chwyciła się oburącz krawędzi łóżka, jakby broniąc się. Ledwie oderwał ją i wyniósł na dziedziniec.
Tymczasem Anielka dźwigała Józia, lecz była tak zmieszana, dym tak ją otoczył, że nie trafiła do drzwi. Potknęła się o coś i upadła.
Szczęściem wyprowadził ją Gajda unosząc zarazem Józia. Potem usadziwszy ich obok matki wrócił do pokoju już gorącego jak piec i zaczął wyrzucać na ogród wszystko bez różnicy: odzież, pościel, biurko i krzesła.
Cały dach ogarnęły płomienie, szyby pękały, ze szczelin sufitu wydobywał się ogień. Gałązki i liście drzew, stojących przy dworze, poczęły się tlić. Dokoła domu było jasno jak w dzień, dym bijący w górę zasłaniał chwilami gwiazdy półprzezroczystą gazą. Koguty we wsi, myśląc, że już świta, zaczęły piać. W miasteczku dzwon kościelny uderzał na trwogę.
Na dziedzińcu, wprost ganku zebrali się ludzie folwarczni. Na pół nagie dziewki zawodziły płaczem, parobcy kręcili się nieprzytomni.
— Wyprowadźcie Gajdę!... on tam jest w pokoju — zawołała Anielka, otulając matkę kołdrą.
— Gajdo!... Gajdo!... — krzyczeli parobcy. Ale żaden nie ruszył się, bo już było gorąco i niebezpiecznie.
Wtem na prawym skrzydle domu zatrzeszczały krokwie i facjatka zapadła się na sufit. W chwilę później zegar w żółtej szafce wydzwonił cienko i prędko trzy kwadranse, przypominając, że i jego trzeba ratować.
Jeszcze chwila i rozległ się ogromny huk. Sufit spadł na podłogę, wypychając uragan płomieni. Niestrudzony zegar skończył swoją wędrówkę.
Teraz dopiero wyszedł Gajda z pokoju matki. Odzież i włosy tliły się na nim, był skrwawiony i okopcony.
Tymczasem poczęli nadbiegać ludzie ze wsi z drabinami, siekierami, bosakami i wiadrami. Jeden z parobczaków wylał na Gajdę konewkę wody i stłumił ogień, który już całego chłopa ogarniał.
O ratunku domu mowy być nawet nie mogło. Płomienie wydobywały się wszystkimi oknami, w pokojach gorzały meble i tliły się tapety. Piece pękały, sufit za sufitem upadał wśród wybuchów iskier i dymu.
W kilka minut później ogień nurtujący wnętrze domu zniżył się do wysokości murów. Paliły się już tylko podłogi.
Wieśniacy ochłonąwszy z przerażenia, poczęli rozmawiać między sobą.
— Skąd się ogień wziął, patrzta ino?...
— Może kto podpalił?...
— Zwyczajnie, kara boska na dziedzica.
— Widzicie, jak się zestrachała pani.
— Nie gada nic, ino patrzy przed siebie...
— Wszystko im się spaliło.
— Nie wszystko — wtrącił Gajda. — Pójdźta ze mną na ogród, to przyniesiemy im resztę szmat, żeby się mieli w co odziać.
Paru gospodarzy poszło i poczęli znosić poduszki, prześcieradła, odzienie i ułamki sprzętów, które Gajda ocalił.
Dziewki folwarczne przeprowadziły tymczasem panią i dzieci do kuchni.
Dziedziczka, ubierając się, zaczęła płakać.
— Jak też nas Bóg ciężko doświadcza! — mówiła. — Ledwie mąż pokończył interesa, a tu dom spłonął. Gdy wróci, nie będzie miał gdzie spocząć. Okropność! To, co wydalibyśmy na podróż do Warszawy, pójdzie na restaurację domu... Już chyba nigdy nie będziemy mieli takich sprzętów ani ja sukien, choć wyszły z mody. Joseph, mon enfant, n’as-tu pas peur?114
Gdzie jest ten dobry człowiek, który nas ocalił?... Zdaje mi się, że to Gajda. Mój mąż zawsze uważał go za łotra: pokazuje się jednak, że w najgorszym sercu tleje iskra uczciwości. Powiedzcie mu, że będzie hojnie wynagrodzony...
— Ja tam nic nie chcę od państwa! — odezwał się ponuro Gajda stojący z kilkoma innymi gospodarzami we drzwiach kuchni.
A potem szepnął, patrząc w ziemię:
— Żeby mi o panienkę nie szło, nawet bym się z chałupy nie ruszył.
Tym sposobem za niebieską wstążkę i kilka poczciwych słówek kupiła Anielka życie trzech osób.
W tej chwili przygalopował biedką115 Szmul z karczmy i wszedł do kuchni.
— Co się tu dzieje? — zawołał siny z trwogi. — Jak się jaśnie pani ma?... Czy nic nie wyratowali?... Ach! takiego ognia jeszcze w naszej wsi nie było. Jakim się to sposobem mogło zrobić?...
Ludzie opowiedzieli mu naprędce o nagłym wybuchu pożaru pod dachem i o poświęceniu Gajdy.
Żyd kiwał głową i mruknął:
— Prędzej bym się spodziewał, że Gajda podpali dwór, aniżeli że wszystkim życie uratuje! Jaśnie pan powinien mu bardzo podziękować.
— Czy od męża nie masz jakiej wiadomości, Szmulu? — zapytała pani.
— Mam i wiadomość, i pieniądze — odparł arendarz.
— Pan przysyła sto rubli. Z tego ma być zapłacone siedemdziesiąt parobkom za kwartał, a trzydzieści dla jaśnie pani.
— Kiedyż pan wraca?...
— Tego nie wiem, ino wiem, że dziś ma jechać do Warszawy naprzeciw jaśnie prezesowej.
— Beze mnie? — przerwała pani, zalewając się łzami.
Na twarzy służby dworskiej widać było radość z powodu nadesłanych pieniędzy. Gospodarze natomiast patrzyli na Szmula niespokojnie. Wreszcie jeden zapytał:
— A jakże będzie z nami?...
— Majątek już sprzedany — odparł Szmul — a dziś zjeżdża Niemiec objąć go. Co prawda nieładnie trafił na początek!...
Przez chwilę panowało przykre milczenie.
— Żartujesz chyba, Szmulu — wtrąciła pani. — Majątek nie mógł być sprzedany...
— Wczoraj podpisali kontrakt i wypłacili wierzycielom pieniądze. Sam byłem przy tym. Jeszcze pan kazał prosić, ażeby jaśnie pani wyjechała na tamten drugi folwark, co w nim karbowy rządzi... I to trzeba jechać dziś, bo Niemców ino co nie widać.
— Nieszczęśliwa ja jestem z tym człowiekiem! — lamentowała pani, bez względu na obecność ludzi obcych. — Nigdy w domu nie siedział, tracił majątek i teraz zostawia nas pod gołym niebem.
— Z nami się pan układać nie chciał!... Wolał wszystkich skrzywdzić... — odezwał się jeden z gospodarzy.
— A ja taka chora — jęczała pani. — Nie mam nawet ubrać się w co z dziećmi, nie mam łyżki strawy za mój posag...
— Ja już o sobie nawet nie mówię — wtrącił Żyd. — Tyle lat prosiłem pana, żeby mi młyn wystawił, wszystko na nic!...
— Za to też go Bóg pokarał i jeszcze skarze! — mruknął któryś z chłopów.
Słuchając tych uwag i narzekań Anielka siedziała na ławce, ze splecionymi rękoma, mocno oparta o ścianę. Postać jej zaniepokoiła widać Żyda, który zbliżył się do niej i ostrożnie dotknął jej ramienia. Wtedy Anielka osunęła się na ławkę, bez ruchu i przytomności.
Poczęto ją rozcierać i kropić wodą. Ocknęła się, otworzyła oczy i znowu zemdlała.
Uprzątnięto naprędce tapczan, położono na nim parę garści siana, materac, poduszkę. Dziewuchy folwarczne zasłoniły chustkami i płachtami okna, a potem ułożyły razem spać: matkę, Anielkę i Józia. Biedacy potrzebowali spoczynku.
Słońce weszło i pogorzelisko już gasło. Z niedopalonych belek sączyły się w górę strumienie białego dymu. Wiatr rozrzucał szary popiół i podsycał dogorywające iskry. Nad dziedzińcem unosił się odurzający swąd.
Oparty o płot stał Gajda i bezmyślnie patrząc na zgliszcza, mruknął:
— Na nic się nie zdało!...
— Co na nic?... — spytał Szmul obserwujący go z boku.
W pierwszej chwili chłop zdawał się być zmieszany. Wnet jednak zapanował nad sobą i odparł spokojnie:
— Jużci na nic zdało się to, że gospodarze chodzili do pani i chcieli układać się za trzy morgi.
— Aha!... wy o tym mówicie?... Ja myślałem, że o tym... — odpowiedział Szmul, wskazując na ruinę domu.
Chłop znowu zmieszał się.
— A co mnie to obchodzi!... Ja zrobiłem, com mógł...
— Ja wiem — odparł Żyd, patrząc mu w oczy — że wyście zrobili, coście ino mogli... Ani wam, ani mnie nic z tej wiadomości. Tu sam diabeł ładu nie dojdzie!... A swoją drogą Niemcy się sprowadzą i będą stawiali młyn, gorzelnię, mnie wyrzucą z arendy, was pewno ze wsi...
Ale chłop nie słuchał go. Machnął ręką i powlókł się do swej chaty.
W tej chwili wjechał na dziedziniec dworu burmistrz z sąsiedniego miasteczka z sikawką i dwiema beczkami. Dużo krzyczał, ludziom wymyślał i w końcu pochwalił się, że gdyby nie on i jego trajkocząca sikawka, to spłonąłby nie tylko dwór, ale budynki, ogród, płoty, a nawet woda w sadzawce. Wytłumaczył też zebranym, że na strychu dworu musiały być tłuste pakuły, mokre siano i jeszcze coś i że skutkiem tego a także operacji słonecznej — dom zapalił się sam.
Wszyscy jednozgodnie116 pochwalili naprzód burmistrza, później jego czujność i energię, potem jego sikawkę, a nareszcie domyślność. Przyczyna pożaru pozostała tajemnicą.
Rozdział dwunasty. Sprawiedliwy lituje się nad wszelkim bydlątkiem, ale serce bezbożnych jest okrutne
Nie trzeba było głębokiej znajomości ani psychologii, ani zwyczajów towarzyskich, aby odgadnąć, że powodem częstych ucieczek Karuska z domu była — miłość.
Karusek, jak wszyscy z jego rodu, był prostakiem. Człowiek ucywilizowany i dobrze wychowany umie rozdzielać swoje uczucia, pragnienia i przyjemności w sposób ekonomiczny i rozsądny. Przeznacza on dwadzieścia procent sił na godność osobistą, piętnaście procent na miłość, dziesięć procent na uprzejme stosunki towarzyskie, pięć procent na sztuki piękne, dwa procent na przyjaźń, a resztę na jedzenie i spanie. Tym sposobem w każdej chwili ma poczucie swoich praw, może się trochę kochać, trochę być uprzejmym, trochę marzyć, trochę być przyjacielem, a w końcu — jeść i spać na każde zawołanie.
Natury zaś pierwotne, mniej skombinowane, do jakich i Karuś należał, żyją w ciągłych ostatecznościach. Karusek, kiedy walczył, to już do oberwania ogona i uszów, kiedy szczekał — to do ochrypnięcia, gdy jadł — to z nogami właził w talerz, gdy był przyjacielem, to do śmierci, kiedy się kochał — to bez pamięci.
W dniach miłości Karusek rzeczywiście zapomniał o wszystkim: o domu, jedzeniu, a nawet o Anielce. Biegał jak szalony, przez całą dobę cierpliwie wystawał pode drzwiami swojej kochanki, odpędzony wracał, do kijów, którymi go hojnie częstowano, nie miał pretensji, wreszcie walczył jak bohater. W ogóle postępowanie jego było wyższe nad wszelkie pochwały, o co zresztą nie dbał.
Ale i na niego przyszła godzina upamiętania. Przespał się gdzieś na łące, ziewnął wyciągając łapy, uczuł, że go kości bolą, i — z niesmakiem obejrzał się na swoją przeszłość.
„Miałem też za co tak schudnąć!” — pomyślał, machnął pogardliwie ogonem i ruszył do domu.
Już za ogrodem uczuł swąd. Przyśpieszył kroku, wbiegł na dziedziniec, stanął, spuścił ogon i nastawił uszy. Nie mógł poznać dworu.
Począł biegać i wąchać ziemię. Znalazł ślady obcych nóg, kopyt końskich, wody, spalenizny. W jednym miejscu pokręcił ogonem: tu stała Anielka. Ze spuszczoną głową pobiegł do kuchni. Znowu wrócił i obleciał całe podwórze.
Ślady Anielki, wyraźne w kilku miejscach, nagle urywały się. Stał w tym punkcie jakiś wóz. Pies pobiegł do bramy za jego koleją, lecz dalej ani kroku. Koleje krzyżowały się, tyle tędy wozów przejechało, że Karusek nie mógł się zorientować żadną miarą.
Począł szczekać, wyć i biegać cwałem. Obleciał ogród, sadzawkę, zajrzał pod kasztan, przegalopował pod płotem. Wszędzie były ślady Anielki dawniejsze, ale każdy kończył się pod spalonym domem.
Wpadł na zgliszcza. Obiegł ciepłe jeszcze gruzy, poparzył się o tlejące głownie, pokaleczył o gwoździe. Ale oprócz spalenizny najrozmaitszej woni nie znalazł nic więcej.
Znowu pędził, szczekał i wył takimi głosami, że aż się serce krajało. Wskakiwał przednimi łapami na okna, zaglądał za drzwi — na próżno.
Począł go dławić straszny żal. Żeby choć znalazł sukienkę Anielki, jaki szmatek z jej odzienia!... Żeby choć spojrzeć na nią, uczuć jej rękę na głowie, usłyszeć dźwięk głosu!...
Ach! jakże byłby chętnie uczył się służyć teraz, jakby się nie przewracał, jakby jej nigdy nie opuszczał!
Wszystkie te myśli nie były w nim sformułowane, nie umiałby ich wyrazić. Ale za to jak on czuł!... Język ludzki nie ma słów do określenia ani serce strun do odczucia psiej przyjaźni. Człowiek zawsze znajdzie pociechę po stracie drogich osób, pies prawie nigdy. Wierzyć należy we wszystko, nawet w opinię, jaką ludzie mają sami o sobie, lecz ufać można tylko — psom.
Gdyby Karusek wiedział, że jest coś, co się nazywa śmiercią, i potrafił ją zadać sobie, niezawodnie w tej chwili popełniłby samobójstwo. Ale on, nieszczęśliwszy od rodu ludzkiego, nie znał tego środka. Oddychać prawie nie mógł, łzy zasłaniały mu oczy, cierpiał niezmiernie, ale pozbyć się udręczeń nie umiał.
Wówczas w jego drobnej, na pół świadomej duszy błysnęła myśl genialna. Zatrzymawszy się na ostatnim śladzie Anielki, postanowił biegać wkoło dworu, stopniowo oddalając się od środka. W taki sposób, choćby przyszło oblecieć cały świat, trafi w końcu na jakąś wskazówkę, która doprowadzi do Anielki.
Co postanowił, wykonał natychmiast. Spuścił ogon, zwiesił łeb i pędził galopem po linii spiralnej. Przecinał w poprzek gościńce, drogi boczne, wszystkie ścieżki i miedze i — szukał.
Ku wieczorowi był już za wsią, zrobiwszy w kilkuwiorstowym promieniu około sześciu mil drogi. Ale śladu Anielki jeszcze nie znalazł.
Całą noc nie spał, tylko pędził wciąż. Gdy ludzie szli na robotę z rana, spotkali go już o milę od spalonego dworu. Miał boki zapadłe, piana toczyła mu się z pyska. Niekiedy stawał, podnosił głowę do góry i wył — strasznie zmienionym głosem.
To jego zachowywanie się zwróciło w końcu publiczną uwagę. Zaczęto opowiadać, że jakiś biały pies z łatą na oku pędzi na oślep przez pola, czasami wstępuje do wsi nie zatrzymując się, na wołania nie zważa i tylko odzywa się niekiedy ochrypłym głosem.
Zdecydowano, że pies wściekł się.
Karuś nic naturalnie nie wiedział o opiniach ludzkich, skutki ich przecie odczuł niebawem. Mijając jakąś wieś zobaczył studnię i wsparłszy się łapami na korycie, chciał w nim zeschły język umoczyć. Ledwie jednak pochylił się nad wodą, usłyszał krzyk. Gromada dzieci rozbiegła się po ulicy, a paru większych chłopców poczęło rzucać na niego kamieniami. Uderzony w głowę psina uciekł z niegościnnej wsi i biegł dalej.
Na łące musiał zboczyć nieco z kierunku, zobaczyli go bowiem skotopasy, zaczęli wołać, szczuć i wygrażać mu kijami.
Głód strasznie mu dokuczał. Przypomniał sobie, że dawniej ludzie wiejscy wyrzucali mu chleb, gdy zbliżył się pod chatę. W tej chwili wchodził do wsi, i ledwie mogąc nogami powłóczyć, stanął pod najbliższym domem, trzęsąc się z utrudzenia i patrząc pokornie na drzwi. Wnet uchyliły się one i Karuś ujrzał w nich dużego chłopa z widłami. Chłop zaczął go pędzić, nawoływać innych. Ulica zapełniła się ludźmi uzbrojonymi w drągi i siekiery, a wszyscy oni gonili albo zastępowali drogę biednemu psu, tak że ledwie z życiem uciekł.
Był już o dwie mile od domu, ciągle kołując i szukając śladów. Wsie omijał, widok człowieka napełniał go obawą. Pił wodę z kałuż i ledwie w trzeciej dobie udało mu się znaleźć w polu zdechłą, już psującą się wronę, którą mimo odrazy w oka mgnieniu rozszarpał.
Czwartego dnia ujrzał w polu jakiegoś człowieka, który usiłował mu zajść drogę.
Zląkł się go bardzo i pragnął go czym prędzej ominąć. Podwoił nawet kroku i gdy sądził, że już niebezpieczeństwo przeszło, usłyszał za sobą dwa wystrzały i uczuł jakieś szarpnięcie. Lewa noga tylna zdrętwiała mu tak, że się na niej oprzeć nie mógł. Wlókł ją więc za sobą, uciekając na trzech innych.
W końcu już mu sił zaczęło braknąć. Wtedy kładł się w bruzdach i wypoczywał. Na jednej z podobnych stacji zobaczył, że ścierpnięta noga jest mocno skrwawiona i że ją muchy obsiadły. Odegnał muchy, oblizał krew i powlókł się dalej.
W godzinę później (było już samo południe) ujrzał daleko wśród pól kilka budynków. Skwar go bardzo męczył. Dokoła nie było lasu, tylko bagna. Umyślił podkraść się i ugasiwszy pragnienie, odpocząć przy budowlach.
Ale ponieważ bał się pójść wprost, więc zaczął kołować i — zbił się z drogi. Nie mógł już zmiarkować, skąd wyszedł, w którą stronę szedł... węch go prawie opuścił, a z nim siły. Co kilkanaście kroków potykał się i upadał.
Wtedy czując, że dzieje się z nim coś niezwykłego, ostatkiem tchu zawył, patrząc w stronę budynków.
Obok jednego z nich ukazała się jakaś postać, której pies z powodu odległości poznać nie mógł. Zdjęty trwogą, chciał uciekać, ale przewrócił się. Zamroczyło go, tchu nie miał, ale obawa przemogła. Zerwał się jeszcze raz, podniósł głowę i zobaczył nad sobą — Anielkę.
— Karuś! Karusek!... piesiuniu mój! — zawołała dziewczynka, klękając nad nim i usiłując go podnieść.
Na głos ten pies zapomniał o wszystkim. Nieskończona wędrówka wydała mu się krótka, nieopisane trudy, ból, głód i pragnienie znikły. Przebaczył tym, którzy go bili, gonili, a nawet temu, który go postrzelił. Słońce go już nie piekło, zeschły język nie bolał.
Widział sukienkę i — patrzył w oczy swojej pani; drobne jej rączki dotykały jego głowy gorącej. Czuł pieszczoty i słyszał imię swoje wymawiane przez nią.
Był zupełnie zadowolony i na znak tego chciał wesoło zaszczekać, ale tylko żałośnie zaskomlił. Pragnął przeprosić ją za samowolną ucieczkę z domu, więc wyciągnął się pokornie jak psy warujące i oparł pysk na jej kolanach.
Ach! jak mu było dobrze...
Uczuł senność. Nic dziwnego: przez tyle dni nie spał; podniósł więc oczy na twarz swojej przyjaciółki i delikatnie otulony przez nią — zasnął. Oddychał lekko, ale już coraz rzadziej, serce uderzało w nim coraz wolniej, z jakimś szczególnym dźwiękiem niby pękniętej struny.
Wreszcie — umilkło.