XI
W pół godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagrodą Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą spod kozła latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce, poszedł do stajni.
Pchnął drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej. Spojrzał w prawo — na barłogu siedział chłop, przysłaniając oczy od blasku.
— Kto to? — spytał Ślimak.
— Ja, proboszcz.
Chłop zerwał się z ziemi i zarzucił na ramiona kożuch. Na twarzy jego widać było zdumienie; nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Chwiejnym krokiem przeszedł próg i stanąwszy naprzeciw księdza, przypatrywał mu się z otwartymi ustami.
— Czego tu chceta, jegomość? — rzekł cichym głosem.
— Przynoszę ci błogosławieństwo boskie. Wdziej kożuch, bo zimno, i pokrzep się — odparł ksiądz. Ustawił kosz na wysokim progu stajni i począł wydobywać chleb, mięso i butelkę miodu.
Ślimak zbliżył się do proboszcza, spojrzał mu w twarz, dotknął rękoma futra i nagle upadł mu do nóg, szlochając:
— Jaki ja biedny, mój jegomość... jaki ja biedny... Oj! jaki ja biedny...
— Benedicat te omnipotens Deus172 — błogosławił go proboszcz. Ale wnet zamiast przeżegnać, ujął go w ramiona i usiadł z nim na progu. I tak siedzieli długą chwilę — nędzny, płaczący chłop w objęciach eleganckiego księdza.
— No, uspokój się, bracie... będzie dobrze... Bóg nie opuszcza swoich dzieci...
Pocałował go i otarł mu łzy. Ślimak z rykiem upadł mu do nóg po raz drugi.
— Niech już zginę... — szlochał. — Niech pójdę do piekła za moje grzechy, kiej mnie takie szczęście spotkało, że sam jegomość ulitowaliście się nade mną... A czy ja wart tego, ady, żebym ja sto lat żył, żebym na kolanach do Ziemi Świętej poszedł, to jeszcze się nie odsłużę...
Odsunął się na klęczkach i bił czołem w ziemię u nóg księdza, jak przed ołtarzem. I dużo czasu upłynęło, nim proboszcz zdołał go o tyle uspokoić, że chłop podniósł się i wdział kożuch.
— Napij się — rzekł ksiądz, podawszy mu kielich miodu.
— Kiej nie śmiem, mój serdeczny jegomość...
— No, więc ja piję do ciebie — i dotknął ustami kielicha.
Ślimak ujął miód drżącymi rękoma i, znowu uklęknąwszy, z trudnością wypił.
— Cóż, smakuje ci? — zapytał ksiądz po chwili.
— O, dobre! Kieb173 arak... — odparł chłop innym głosem i pocałował proboszcza w rękę. — Korzeni musi być tu sporo — dodał.
Namówiony zjadł kawałek mięsa z chlebem i wypił drugi kielich miodu. Posiłek ten widocznie go pokrzepił.
— Powiedzże mi, bracie, co się z tobą stało — zaczął ksiądz. — Boć pamiętam, żeś był gospodarz dostatni.
— Dużo by gadać, mój dobrodzieju. Jeden syn mi utonął, drugi w haryście, żona umarła, konie mi ukradli, spaliły me... A wszystkie moje nieszczęścia zaczęły się od tych czasów, jak dziedzic sprzedał wieś, jak zaczęli budować kolej i jak przyszły Niemce. Bez tych najpierwszych kolejników, co na naszych polach tyki ustawiali, rozeźliła się na mnie cała wieś. Buntował też ich, bo buntował Josel za to, że mierniki kupowali u mnie kurczęta i insze tam rzeczy. Do dziś dnia ich buntuje...
— A wy do niego ciągle chodzicie po radę — wtrącił ksiądz.
— Gdzież pójść — dopraszam się łaski dobrodzieja? Przecie chłop nieumiejętny, a Żyd zna się na wszystkim i nieraz mądrze poradzi.
Ksiądz poruszył się. Chłop, podniecony miodem, prawił dalej:
— Jak pana nie stało, urwały mi się dworskie zarobki i jeszczem musiał oddać Niemcom dwa morgi łąki, com arendował od dziedzica.
— Aaa!... — przerwał proboszcz. — Czy nie tobie chciał dziedzic sprzedać za sto dwadzieścia rubli łąkę wartającą174 ze sto sześćdziesiąt?
— Jużci mnie.
— I dlaczegożeś nie kupił? Nie wierzyłeś mu. Wam się zdaje, że panowie tylko o waszej krzywdzie myślą...
— Kto ich wie, co oni myślą, dobrodzieju? Między sobą śwargocą jak Żydy, a z człowieka ino se kpinkują. Przecie pamiętam, kiedy z okazji tej łąki zaczął pan z panią i śwagierkiem nade mną wydziwiać, tom się tak zląkł, żebym i za sto rubli tego kawałka nie wzion. Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, że mają grunta rozdawać.
— I tyś uwierzył?
— Czy ja się na tym rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo bałamuctwo, a rzetelnej prawdy nikaj się człowiek nie dowie? Nowięcej to się rozumieją Żydy; ale raz gadają tak, drugi raz inak, a chłop wierzy w to, z czym mu lepiej.
— Hm! a przy kolei nie miałeś zarobków?
— Nawetem grosza nie widział175, tak mnie odepchnęły Niemce.
— Nie mogłeś to przyjść do mnie! — obruszył się proboszcz. — Przecież u mnie cały czas mieszkał naczelny inżynier...
— Dopraszam się łaski dobrodzieja, czym to ja wiedział? Wreszcie i chodzić na plebanię nie miałbym śmiałości.
— Hm! hm! Czy i Niemcy ci dokuczali?
— Oj! oj! — westchnął chłop. — Od swego przyjścia tutaj mordowały mnie, żeby im grunt sprzedać. Tak mnie nachodziły, tak się przypominały, że kiedy zesłał Pan Bóg ogień, tom nareszcie uległ i z żoną przeniosłem się do nich...
— I sprzedałeś?...
— Bóg uchronił i moja nieboszczka. Wstała ze śmiertelnej pościeli, wyciągnęła mnie od nich i tak zaklęła, że już wolę zginąć niż sprzedać. Ale też zrobią oni mi zemstę... — dodał Ślimak, smutnie zwieszając głowę.
— Nic ci nie zrobią.
— Nie oni, to stary Grzyb. Bo jakby Hamer stąd wyszedł, to Grzyb folwark po nim obejmie. A on gorszy od Niemca.
„O, tom dobry pasterz! — pomyślał ksiądz. — Moje owce gryzą się między sobą jak wilki, Niemcy ich trapią, Żydzi im radzą, ja zaś jeżdżę na zabawy!...” — Zostańże tu, mój bracie — rzekł głośno — a ja wstąpię na wieś.
I podnosił się z progu. Ślimak jeszcze raz ucałował mu nogi i odprowadził do sani.
— Jedź za most — zwrócił się proboszcz do furmana.
— Za most?... Już tam nie pojedziemy? — dziwił się woźnica, taki pyzaty, jakby go pszczoły pokąsały.
— Ruszaj, gdzie ci każę! — odparł ksiądz niecierpliwie i rzucił się na siedzeniu.
Sanie odjechały. Ślimak został sam i oparłszy się na płocie jak niegdyś za lepszych czasów, przysłuchiwał się milknącym dzwonkom i myślał:
„Skąd dobrodziej o nas się dowiedział? Widać, że przed księdzem to jak i przed Panem Bogiem nic się nie skryje... Strach!... Bo jużci ludzie mu nie donieśli ani Niemce, ani Sobieska... Może by Jojna? Dobry on Żyd i litościwy, nawet krowy mi napoił, ale i gdzie by mu się chciało latać po nocy stąd aż na plebanię! Wreszcie on szedł do wsi. Niebywała rzecz, sam dobrodziej zajechał do chłopa, nakarmił go, napoił i jeszcze utulił. O la Boga, aż mi markotno, żebym ja zaś obłapiał się176 z taką osobą... Ech! nawet do organisty nie miałbym śmiałości”.
Stał, myślał i szeptał:
— Musiało tęgo zmienić się na świecie, kiedy taki duchowny nie wstydził się siadać z chłopem za pan brat, i jeszcze na progu pod stajnią. Czyby znowu grunta dawano?... Czyby już szlachtę ze wszystkim skasowali?... Ale uczciwy dobrodziej, serdeczny. Rychtyk jak ten święty biskup, co Łazarza własnymi rękami podnosił i rany mu opatrywał. On chyba także będzie święty i nawet już jest, kiedy ma jasnowidzenie i widzi, co się o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da rady, boby go spotkało nieszczęście... Oj! żeby mnie jeszcze dobrodziej rozgrzeszył z nieboraka Owczarza i znajdy, już bym się niczego nie bojał177.
Westchnął i przez długą chwilę patrzył na niebo zasypane gwiazdami.
— Ciekawość — mruknął — czy w niebie bez noc gromnice palą, czy ono tak samo świeci?
Z daleka, od mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie i wkrótce przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop wybiegł na gościniec.
— Ty, Ślimaku?
— Jo, dobrodzieju.
— Będzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogodźcież się i więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.
— O mój wybawicielu!... — jęknął chłop.
— Ruszaj, Paweł, co koń wyskoczy — rzekł ksiądz do furmana. Wydobył repetier178, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na dziesiątą, mruknął:
— Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!...
I znowu zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.
— Boże, bądź miłościw... Boże, bądź miłościw... — szeptał ksiądz, pasując się179 z nagabaniami szatana.
Ślimak stał na gościńcu, dopóki w ciemności nie rozpłynęły się sanki. Gdy zaś w powietrzu zaległa cisza, poczuł znużenie i nieprzepartą chęć do snu. Z wolna powlókł się do stajenki, ale — nie wszedł tam. Bał się spać obok zmarłej żony i legł w obórce.
Sny miał posępne, jakim zwykle człowiek ulega po silnych wstrząśnieniach. Marzyło mu się, że gdzieś spada, to znowu, że topi się w bardzo zimnej wodzie, to że błąka się po okolicy, w której nigdy nie było dnia, tylko wieczny półzmrok — a w końcu, że żona, opuściwszy stajenkę, usiłuje wedrzeć się do obory, już to otwierając po cichu drzwi, już to odsuwając deskę w ścianie. Obudził się zmęczony i smutny i nawet przez chwilę zdawało mu się, że nocna wizyta proboszcza była tylko przywidzeniem. Z trwogą zajrzał do stajenki i uspokoił się dopiero wówczas, gdy spostrzegł chleb, mięso i napoczętą butelkę miodu, którą ksiądz zostawił wczoraj. Blask świtającego dnia padł na nieboszczkę i odbił się dwoma mdłymi promieniami w jej niedomkniętych oczach.
„Ni, jużci ona nie ruchała się w nocy” — pomyślał chłop i westchnął za duszę zmarłej.
Nagle jakieś sanki przejeżdżające gościńcem zatrzymały się u wrót. Niebawem weszli na podwórko dwaj ludzie z wielkim koszem. Ślimak zdumiał się zobaczywszy, że ów kosz dźwiga stary Grzyb i jego parobek.
— Jedź tera, Kuba, do miasta, po trumnę, ino wnet! — odezwał się Grzyb do parobka, gdy postawili kosz niedaleko obory.
Parobek odszedł. Grzyb zwrócił się do Ślimaka, ale siwa głowa trzęsła mu się i niespokojnie biegały żółtawe oczy.
— Moja wina — rzekł, uderzając się w piersi. — Moja wina!... I co... jeszcze się gniewata?...
— Niechże wam Bóg da wszystko najlepsze, iżeście mnie w takiej zgryzocie nawiedzili — odparł Ślimak i nisko mu się ukłonił.
Staremu chłopu podobała się ta pokora. Schwycił Ślimaka za rękę i mówił nieco życzliwszym tonem:
— Jo woma godom: moja wina! bo tak mi kazał dobrodziej. Toteż pierwszy do was przyszedem, chociem stary, i godom: moja wina! Ale też i wy, kumie (czego nie wymawiam), tęgoście mi dokuczyli.
— Wybaczcie mi wszyćko, com ino komu zrobił złego — rzekł Ślimak, schylając się do ramienia Grzybowi — ale co prawda, już i nie pomnę, w czym bym was samych uszkodził?
— Jo przecie do was nie zakładam żadnej pretensji. Zawdy z kolejnikami handlowaliśta beze mnie...
— I tylem zhandlował... — westchnął Ślimak, wskazując na pogorzelisko.
— No, Bóg nasz, Ojciec niebieski, ciężko was spróbował, i dlatego ja mówię: moja wina! Aleście wy też mogli wtedy przed kościołem, co to nieboszczka fulary se kupiła (wieczne jej odpocznienie!), mogliście choć pukwaterek postawić na szczęście, nie zaś tak hardo odpowiadać mnie staremu...
— Haj!... prawda, żem pyskował niepotrzebnie.
— I z Niemcamiśta się bratali bez potrzeby — pochwycił Grzyb. — Jędrek nawet z nimi pił (pamiętacie, wtedy co zaczęli miejsce na dom wytykać?), a wyśta się z nimi modlili za pan brat...
— Inom czapkę zdjął. Przecie Bóg jest jeden ich i nasz.
Grzyb potrząsnął ręką około swego ucha.
— Tak się mówi, że jeden — odparł. — A ja se gadam, że ich Bóg musi być inakszy, kiej do niego trza po niemiecku śwargotać... Ale co tam — nagle zmienił ton — przeszło, skończyło się i nie wróci. A dobrodziej wczora mi powiedział, że macie zasługę, boście Niemcom ziemi nie wydali. I prawdę rzekł. Bo już był u mnie wczoraj Hamer, że na święty Jan chce sprzedać swój folwark.
— Może i tak!...
— A jużci. Hycle Szwaby — pogroził stary pięścią — rok temu gadały, że nas wszystkich po trochu wykurzą stela, gęsi mi strzylały na łące, bydło mi raz zajęły, a tera masz!... Wywróciły się bestie na dziesięciomorgowym chłopie, z wielką swoją ambicją!... Za to samo, Ślimaku, warciście łaski boskiej i przyjaźni ludzkiej. Cóż nieboszczka?
— Leży w stajni.
— Niech z Bogiem spoczywa, nim ją w poświęconym miejscu pogrzebiemy. Nieraz ona was przeciwko mnie buntowała, ale ja ta do nikogo żalu ni mom... A tu — zmienił Grzyb rozmowę — tu wam przywiózem ze wsi, od nas wszyćkich, trochę prowizji. Macie krupy — mówił, wskazując jeden woreczek — mąkę, groch, krzynkę słoniny...
Na gościńcu, tym razem z góry, rozległ się tętent i skrzyp sani, które znowu zatrzymały się obok zagrody.
— Czyby dobrodziej?... — pytał Grzyb, uważnie nasłuchując.
— Ni, to chłop — odparł Ślimak. — A idzie coś tak ciężko, jakby sołtys Grochowski.
Istotnie, ukazał się Grochowski, który na widok Grzyba zawołał:
— O!... i wyście tu? Bo do was jechałem... A z tobą co, Józek? — zwrócił się do Ślimaka.
— Kobieta mi zmarła, i tylo.
— Pedział mi to Jojna wczoraj, alem mu nie uwierzył. Patrzajta się!... I gdzież ona?... A tu...
Zobaczywszy nieboszczkę sołtys zdjął czapkę i ukląkł na śniegu. Grzyb zrobił to samo. Przez chwilę słychać było szept pacierzy i ciche szlochanie Ślimaka. Potem chłopi podnieśli się, powzdychali, pochwalili cnoty nieboszczki, wreszcie sołtys zwrócił się do Grzyba.
— Ptaka wam wiezę — rzekł — ino trochę postrzelonego, ale nie bardzo.
— Hę? — spytał Grzyb.
— Co hę?... Jaśka waszego przywiózem, bo mi dziś w nocy konie krad i dostał parę śrucinów.
— O hycel!... Gdzie on?...
— Siedzi w sankach na gościńcu.
Grzyb pobiegł ciężkim kłusem w tamtą stronę. Usłyszano parę uderzeń, krzyk i wnet ukazał się stary, prowadząc za czuprynę Jaśka, który pomimo swego wzrostu i urody płakał jak dziecko.
Jego wyszywana kurtka była podarta, wysokie buty unurzane w gnoju; na lewej ręce miał skrwawioną szmatę, a na twarzy plaster.
— Kradeś konie sołtysowi?... — pytał rozgniewany starzec.
— Com nie miał kraść? Kradem.
— Ale mu się nie udało — wtrącił Grochowski. — Za to całkiem ukrad konie Ślimakowi i udało mu się.
— Tyś ukrad?... — wrzasnął Grzyb i począł syna okładać pięściami.
— Jużci że ja, ino się nie gniewajcie, tatku — płakał Jasiek.
— La Boga, co się dzieje! — wołał Grzyb.
— Co się ma dziać? — odparł lekceważąco Grochowski. — Chłopak zdrów, dobrał sobie kamratów i w kolej wszystkich okradał, dopókim go wczoraj nie ustrzelił.
— I cóż teraz będzie? — zawołał Grzyb, znowu okładając Jaśka pięściami.
— Już ja się, tatku, poprawię... Już się ożenię z Orzechowszczanką i osiądę na gospodarce...
— Rychło w czas! Teraz pora iść do kryminału, nie do wesela — odparł Grochowski.
Stary Grzyb zadumał się.
— Jakże, to wy go oskarżycie? — spytał sołtysa.
— Wolałbym nie skarżyć, bo się z tego interesu w całej okolicy zakotłuje. Ale jak mnie nie odszkodujeta, to zaskarżę.
Grzyb znowu pomyślał.
— No, a cóż by to kosztowało?
— Od stu pięćdziesięciu rubli grosza nie odstąpię — odparł sołtys, rozkładając ręce.
— O, la Boga! — oburzył się Jasiek. — Strzeliliście do mnie z jednej lufy, a już chcecie tyle pieniędzy, jak za armatę.
— Kiedy tak — wtrącił Grzyb — to niech se idzie do kryminału, bo ja za hycla sto pięćdziesiąt rubli nie zapłacę.
— Mnie sto pięćdziesiąt za sekret — rzekł Grochowski — a Ślimakowi osiemdziesiąt rubli za skradzione konie.
Grzyb znowu zaczął bić chłopaka.
— Ty rozbójniku!... — Gadaj, kto cię do tego namówił?...
— Wiadomo, że Josel... Dajcie spokój — lamentował Jasiek — bo już i wstyd przed obcymi ludźmi, że się ino bijecie i bijecie.
— A tyś po co Josela słuchał?...
— Bom mu winien sto rubli!
— Chryste Panie! — jęknął Grzyb, targając się za włosy.
— No, nie macie czego dopuszczać sobie do głowy — odezwał się Grochowski. — Razem trzysta trzydzieści rubli dla mnie, dla Ślimaka i dla Josela. Niewielga to u was rzecz.
— Ni, ja tyle nie zapłacę! — wołał Grzyb.
— Ja przecie sam zapłacę, jak się ożenię z Orzechowszczanką — odparł Jasiek.
— Chorobę zapłacisz!... Niedoczekanie twoje!... — jęczał stary.
— Ha, kiedy tak — rzekł rozgniewany sołtys — to chodź, Jasiek, do sądu. Tyś nas kradł nie na żarty i ja z tobą nie będę żartował. Zabieraj się.
I ujął olbrzymiego chłopca pod rękę.
— Tatku, zmiłujcie się!... przeciem ja u was jeden — biadał Jasiek.
Stary Grzyb kolejno spoglądał to na syna i Grochowskiego, to na Ślimaka.
— A tożeście, tatku, skąpi!... Za marny grosz gubita mnie na całe życie! — mówił Jasiek.
— Widzisz, że ci rura zmiękła — drwił sołtys. — Pamiętasz, jakeś przy kancelarii ciągnął cygar i kpinkował, że mnie okradną?... Ja zaś gadałem, że nie okradną i stanęło na moim, a ty teraz płaczesz jak baba. Kpinkujże se... No, chodź. Zobaczymy, czy twój ojciec nie dopędzi nas w drodze.
— Zara, zara!... — odezwał się Grzyb widząc, że sołtys naprawdę ciągnie chłopca do sanek.
Odchodzący zatrzymali się. Grzyb skinął na Ślimaka i obaj odstąpili do szopy.
— Ja wam cosik poradzę, kumie — zaczął Grzyb zniżonym głosem. — Jeżeli między nami ma być sąsiedzka zgoda, to wiecie, co zróbcie...
— Bo ja wiem? Skąd jo mogę wiedzieć?
— Ożeńta się z moją siostrą.
— Z Gawędziną? — zapytał Ślimak.
— Jużci. Wy wdowiec i ona wdowa, wy macie dziesięć morgów, a ona piętnaście i jest bez dzieci. Ja wezmę jej grunt, bo dotyka mego, a wam oddam piętnaście morgów z części Hamera i będziecie mieli dwadzieścia pięć morgów w jednym kawałku.
Ślimak zamyślił się.
— Kiej mnie się zdaje — rzekł — że tamta ziemia, niby Gawędziny, jest lepsza od Hamerowskiej.
— To wam dam więcej łąki. Zgoda?... — nalegał Grzyb.
— Bo jo wiem? — odparł Ślimak, drapiąc się w głowę.
— No, to zgoda — pochwycił Grzyb. — Ale wy za moją dobroć zapłacicie sto pięćdziesiąt rubli Grochowskiemu i sto Joselowi.
Ślimak zawahał się.
— Jeszczem swojej kobiety nie pochował, a już z drugą mam się żenić? — westchnął.
Wahanie to oburzyło starego.
— Nie bądźże głupi! — krzyknął. — Cóż to?... obejdziesz się bez baby na gospodarstwie? Nie ożenisz się to nodali180 za puroku181? Nieboszczka zmarła, i kaput! Ale żeby mogła się teraz ozwać, sama by ci pedziała182: „Żeń się, Józek, i nie kręć nosem na takiego dobrodzieja jako Grzyb!”.
— Czego się ta swarzycie? — spytał, podchodząc do nich Grochowski.
— Gadam mu, żeby się ożenił z moją siostrą, z Gawędziną, a on mi się przekomarza — odparł Grzyb.
— Ba! ale chceta, ażebym z własnej kieszeni spłacił Grochowskiego i Josela — odpowiedział Ślimak.
— A piętnaście morgów mienia, a śtyry183 krowy, a para koni i wszelaki domowy dostatek, to co? — zaperzył się Grzyb.
— No, jużci warto — wtrącił Grochowski. — Ino jakże on będzie gospodarował na dwu ziemiach?
— Jo im wymienię — pochwycił Grzyb. — Siestrzyne grunta wezmę na siebie, a im dam piętnaście morgów tu, przy Ślimakowej chudobie.
— Przecie to Hamerowie — rzekł Grochowski.
— Jakie ta Hamerowe! — zawołał Grzyb. — Dziś mi sprzedadzą, a nopóźniej184 po niedzieli zajedziemy do rejenta i kupię od Hamerów cały folwark. Dla tego hycla!... — dodał, pokazując głową na Jaśka.
— To oni już uciekają stela? — spytał Grochowski.
— Iii... siedzieliby do końca świata — odpowiedział Grzyb — ale że im Ślimak nie odstąpił swoich gruntów, więc im się wszyćkie rachuby pomieszały. To bankruty...
Grochowski medytował.
— No, to się żeń, Józek, nie ma co — rzekł nagle do Ślimaka. — Będziesz miał dwadzieścia pięć morgów i niczego żonkę.
— Phi!... Rozłożysta kobieta — dodał Grzyb.
— I dostatki ma — rzekł Grochowski.
— I jeszcze może mieć ze sześcioro dzieci — pochwycił Grzyb.
— Będziesz pan całą gębą — zakończył Grochowski.
Ślimak westchnął.
— Ach! — odparł. — Nowięcy185 mi szkoda, że moja Jagna widzieć tego nie będzie...
— Przecie, jakby ona widziała, ty nie miałbyś dwudziestu pięciu morgów — zreflektował go Grochowski.
— No, zgoda czy nie? — spytał Grzyb.
— Wola boska! — westchnął Ślimak.
— Szkoda, że nie ma czym przepić — zauważył Grochowski.
— Mom ci ja tu odrobinę miodu od dobrodzieja — rzekł Ślimak i wolnym krokiem, ze zwieszoną głową, poszedł do stajenki. Po małej chwili przyniósł butelkę, zielonawy kieliszek i nalawszy go, zwrócił się do Grzyba:
— No, kumie — mówił, kłaniając się. — No, kumie, przepijam ja do was, żebyśmy się już od tych pór nigdy nie gniewali. Proszę też was jak brata, owszem, jak ojca, żebyście się za mną do waszej siostry, do Gawędziny, wstawili, jako chciałbym się z nią żenić za waszym pozwoleniem i błogosławieństwem boskim.
Wypił, schylił się Grzybowi do kolan i następnie podał mu pełny kieliszek.
— A jo ci mówię, bracie Ślimaku — odpowiedział Grzyb — że moja kochana siostra juże wczoraj, jak był u nas dobrodziej, pomyślała o tobie. Dziś przysłała ci największy woreczek krup, pszenną bułkę i osełkę masła i gadała mi, żebyś u niej mieszkał, pokąd se nie odbudujesz własnej chałupy. Jo ci też z serca rad jestem jak najrodzeńszemu bratu, boś ty jeden z całej wsi oparł się niedowiarkom i niemało we wojnie z nimi ucierpiałeś, co ci Bóg nagrodzi.
Wypił i podał kielich Grochowskiemu.
— Bardzom kuntenty — rzekł sołtys, gdy mu nalano miodu — bardzom kuntenty, że się tak wszyćko na dobre odwróciło. Zatem, życę tobie, bracie Ślimaku, szczęścia z nowej żony i z Jędrka, co go dziś mają z kozy wypuścić. A wam, bracie Grzybie, życę szczęścia z nowego śwagierka i z tego oto niecnoty Jaśka, żeby się choć raz bestyja ustatkował. A tobie, Jaśku, żebyś na nowym gospodarstwie lepiej gospodarował niżeli Niemce, a do cudzych stajen nie zaglądał, bo wiem, że na was chłopy się już zmawiają i w łeb byś dostał przy nopirszy186 okazji, amen.
— Po niedzieli kupuję folwark od Hamera, a po świętach zrobię dwa wesela! — zawołał uradowany Grzyb.
Po tych słowach czterej chłopi zaczęli się ściskać i całować, a Ślimak, widząc, że już zabrakło miodu, wysłał parobka Grochowskiego na wieś do Josela po butelkę wódki i butelkę araku.
— Za mało, bracie! — ozwał się Grochowski. — Nakaż, żeby ci Josel przysłał ze trzy garnce wódki i beczułkę piwa, bo na dzisiejszy pogrzeb nieboszczki pewno zwali się kupa ludu.
Ślimak posłuchał roztropnej rady sołtysa i zrobił dobrze.
Gdy bowiem ku wieczorowi przywieziono trumnę z miasteczka, zebrało się na pogrzeb Ślimakowej takie mnóstwo ludzi, jakiego najstarsi nie pamiętali w okolicy.
*
Umowę zawartą między chłopami spełniono jak najściślej. Grzyb w ciągu tygodnia nabył folwark Hamerów, a jeszcze przed Wielkim Postem odbyły się wesela Jaśka Grzyba z Orzechowską i Ślimaka z Gawędziną.
Równo z początkiem wiosny przybył na wieś jeometra i przeprowadził wymianę gruntów pomiędzy Grzybem i Ślimakiem. W tej samej godzinie, kiedy na polach zatknięto pierwszą tykę mierniczą, z kolonii wyjechały fury uwożące ruchomości Hamerów.
Ku jesieni młodzi Grzybowie osiedli na folwarku, a Ślimak miał już chałupę i wszelkie szanse, że jego rodzinie przybędzie nowy członek. Korzystając z tej okoliczności, druga żona Ślimaka bardzo często zatruwała mu życie i mówiła, że był żebrakiem i że jej zawdzięcza cały majątek. Wówczas stroskany chłop wymykał się z chaty na wzgórze i tam, leżąc pod sosną, rozmyślał o tej dziwnej walce, w której Niemcy stracili ziemię, a on — cztery najbliższe osoby.
Ludzie zapomnieli już o Ślimakowej, Staśku, Owczarzu i znajdzie, ale chłop pamiętał nawet o zdechłym Burku i o krowie, co z powodu braku paszy poszła pod nóż rzeźników!...
Z innych osób, zamieszanych do walki Ślimaka z Niemcami, głupia Zośka umarła w więzieniu, a stara Sobieska w szynku Josela. Reszta, nie wyłączając Jojny Niedoperza, żyje i są zdrowi.
Oceny Placówki
Piotr Chmielowski, Bolesław Prus, [w:] Nasi powieściopisarze. Zarysy literackie, seria druga, Warszawa-Kraków 1895, s. 377–378, 380–381.
Placówka (1885 r.) przedstawia wybornie, a z wielkim uczuciem i poetycką fantazją anormalność naszych stosunków wiejskich, wśród których pomiędzy sąsiadami z dworu i chaty nie może przyjść do porozumienia czy to z powodu lekkomyślnego sposobu postępowania jednych, czy nieufności drugich, z czego korzystają żywioły nieprzyjazne w osobach kolonistów niemieckich, zagarniających ziemię i uszczuplających zarobki mieszkańców tubylczych. Ślimak, będący główną w opowiadaniu figurą, to postać wybornie pochwycona z życia zarówno w żądzy zarobku i zwiększenia swojej posiadłości, jak w lenistwie, każącym odkładać z dnia na dzień wykonanie zamiarów za dobre uznanych, zarówno w smutku, jak w radości, zarówno w samolubstwie, jak w miłości bliźniego, zarówno w stanie trzeźwym, jak pijanym, zarówno w stosunku do żony, którą bije, ale której się słucha, jak w stosunku do współmieszkańców wioski, względem których nie poczuwa się do solidarności. Obok tej naczelnej postaci, rysującej się przed nami w całej plastyce, przesuwają się doskonałe figury jego żony, parobka, oszalałej z zawodu miłosnego i poniewierki wśród ludzi dziewczyny, dzieci Ślimaka, nauczyciela kolonistów niemieckich, demokratycznymi frazesami szafującego panicza z Warszawy, obojętnej na rzeczywiste położenie ludu szlachty itd.
Przyroda w Placówce w poetycznym ukazuje się pryzmacie; wszystko w niej żyje, mówi niemal i działa. Przytoczyć by można całe szeregi prześlicznych opisów, poczynając od tego, który nam rzekę Białkę, tak ważną rolę grającą w historii Ślimaka, ujmująco maluje. [...]
Pod względem kompozycji drobne zaledwie usterki Placówce zarzucić by można; okazał tu Prus swoją zmężniałą umiejętność kształtowania charakterów na szerszą skalę i wiązania cząstek wątku powieściowego w jednolitą, harmonijną całość nie tylko w zakresie noweli, ale i w obrębie większej powieści. Troszkę może zacieśnione są stosunki, wśród których żyje Ślimak; może by roztoczenie szersze zarysu życia gromadzkiego przyczyniło się do większego urozmaicenia; lecz i w takim stanie, w jakim jest Placówka obecnie, stanowi utwór wyborny pod względem artystycznym, a ważny pod względem społecznym. Jak Antek w nowelistyce, tak Placówka w powieściopisarstwie naszym zajęła zaszczytne i trwałe miejsce, obudziła żywe zajęcie i zwiększyła dla autora uczucia sympatyczne.
Od samego Prusa dowiadujemy się, że Placówkę zaczął pisać około roku 1880, że ponieważ początek jej zganił jeden z kolegów po piórze, zabrał się do pilniejszych badań nad kompozycją i do nowych studiów nad chłopami, tak że dopiero w pięć lat potem przystąpił do wykonania swego utworu. Ta staranność w obmyślaniu planu i zbieraniu spostrzeżeń dla pogłębienia charakterów znamionuje pisarza, który zadanie swoje nie tylko pod względem treści i myśli przewodniej, ale i co do szczegółów artystycznych traktuje serio i dąży do coraz wyższego udoskonalenia.
Stanisław Tarnowski, Historia literatury polskiej, tom IV, cz. 2. Wiek XIX 1863–1900, Kraków 1907, s. 106–107.
Placówka, powieść większa z naszego dzisiejszego stanu społecznego wzięta, miała duże powodzenie. Treść jej to wypieranie Polaków z ziemi przez zalew niemczyzny. Szlachcic traci majątek i sprzedaje go Niemcowi, bo lekkomyślny, bo próżniak, bo ma głupią żonę, której się przykrzy na wsi; chłop traci swój grunt, bo nie rozumie, bo nie umie sobie dać rady, bo wierzy zdradliwym doradcom. Jego w końcu ratuje jak deus ex machina sąsiad, a dawniej nieprzyjaciel; szlachcica przygarnia tylko z miłosierdzia sąsiad, bierze go do siebie. Sytuacja niestety bardzo współczesna: w obserwacji dużo trafności, w wykonaniu dużo prawdy, bez fałszywego poetyzowania i bez przesadnego gburowatego realizmu.
Wilhelm Feldman, Współczesna literatura polska 1880–1904, Warszawa 1905, wyd. III, tom I., s. 223–225.
Wpatrzony w ziemię, jej bóle i nadzieje, Prus w r. 1880 rozpoczyna, w r. 1884 kończy Placówkę. Już nie jednostka, lecz naród cały staje się jego bohaterem, nie filantropia, lecz wielka idea społeczna jego celem. Jesteśmy na ziemi piastowskiej, zagrożonej przez niemiecki Drang nach Osten. I gdzież są jej obrońcy historyczni? Skrzetuski nie broni dziś Zbaraża, lecz siedzi może w Monaco. Wołodyjowski zamiast zakopać się raczej pod gruzami, woli antyszambrować w Berlinie, w jakimś przedpokoju politycznym, Kmicic nie myśli o przewinieniach swych niedawnych i rozhulawszy się z Oleńką — między jednym mazurem a drugim sprzedaje ojcowiznę. Pozostał jednak chłop. Bez parceli Ślimaka, na której może stać wiatrak, wieś dla Niemców nie ma wartości. Powstaje tedy zaciekła walka między chłopem a przybyszami. Sprzysięgła się przeciw niemu cała wyższość kultury niemieckiej, sprzysięgli się swoi, kierowani chciwością, ciemnotą, wszystkimi popędami barbarzyńskimi, sprzysięgły się nawet siły przyrody. Chłop nie ustąpił. Była chwila, kiedy, złamany nieszczęściami, chciał się już zgodzić — chwyciła go wtenczas baba, ta personifikacja konserwatyzmu wiejskiego, dzika, gorączką pałająca przedśmiertną, i wymogła na nim przyrzeczenie, że zostanie. Niemcy odeszli.
Optymizm ideowy — będący realistycznie znowu pesymizmem. Prus-obserwator i człowiek racjonalny widzi chłopa w najciemniejszych kolorach. Jego Ślimak to chłop setnie głupi, chytry, podejrzliwy, bez serca dla drugich, najwyższym jego ideałem: by po pracy wypocząć i wydobrzeć w kościach. Dzieli on z Chrzanowskim sławę obrony posterunku, gdy zasługę tę należy przypisać właściwie ich żonom. I cóż Prusa godzi z tym chłopem, że każe w nim widzieć „placówkę”? Uczucie. Ślepe, namiętne, bezgraniczne przywiązanie do ziemi. Niedostępny mędrkowaniu, nie oderwany od gruntu macierzystego przez krytycyzm, kulturę, racjonalizm — instynkt dziedziczny, ślepe, bezgraniczne przywiązanie do ziemi, źródło siły żywiołowej, najzbawienniejszych natchnień. Uczucie to bierne, nieucywilizowane, konserwatywne — to najlepszy patriotyzm. Nieruchome i proste jak głaz — a na głazie tym placówki narodowe mogą stać bezpiecznie...
W jego znaku atoli także zguba dla jednostek odrywających się od tłumu, pogrążonego zwykle w inercji i bezmyślności, mającego na dzień powszedni, na życie powszednie wystarczającą broń w pozytywizmie „zdrowego rozsądku”. Kontrast ten, ziejący zawsze między geniuszem a tłumem, spotęgował się w naszych czasach do stopnia walki śmiertelnej na tle zbanalizowania pozytywistycznego społeczeństwa, odpychającego jako wroga — szczególnie geniusza uczucia. W stanie mniej rozwiniętej i dumnej „cywilizacji” ludzie żyją więcej instynktem, szczerością, uczuciem bezpośrednim; na tym gruncie szerokim schodzą się jednostki wybrane z masą, są jej wyrazem — przewodnikami. Dzisiaj „ten tylko, kto się wrył w księgi, w metal, w liczbę, w trupie ciało”, albo kto uzbrojony w najgłupsze, bo żadną sankcją nieuświęcone przywileje urodzenia i pieniądza — ten tylko jest panem epoki. I oto Prus, wychowanek okresu materialistycznego, fanatyk matematyki i elektrotechniki, staje się najżarliwszym obrońcą sponiewieranego uczucia.
Stan swego społeczeństwa, ludzkość nawet zacznie rozpatrywać jako walkę między pełzającym rozsądkiem a geniuszem serca, między poziomym, w skorupie egoizmu i ślimactwa zamkniętym tłumem a bohaterami altruizmu.
Uczucie jako idea subiektywna, jako imperatyw etyczny, ale jeszcze bez ucieleśnienia artystycznego, triumfuje w Powracającej fali, w Placówce jako instynkt zbiorowy wychodzi zwycięsko z wrogiego potopu [...].
[...]
Realizm nie pozwala sobie na idealizowanie kogokolwiek, karykaturzysta znęca się tu nad chłopomanem, bohater utworu, Ślimak, nie ma w sobie żadnej cechy bohatera, a jednak zwycięża potęga ślepa, instynkt: bezgraniczne przywiązanie chłopstwa do ziemi. Pozytywny rozsądek dawno byłby ustąpił przed nawałą — ślepe, nieracjonalne uczucie każe jeśli nie Ślimakowi, to jego babie wytrwać: i ziemia się obroniła. W walce o byt nie tak zwana kultura, wyrachowanie, pozytywizm, lecz źródło siły żywiołowej, miłość, triumfuje. Zaprzeczenie podstaw pozytywizmu zupełne.187
Antoni Potocki, Polska literatura współczesna. Część I. Kult zbiorowości, 1880–1890, Warszawa 1911, s. 266–268.
Od razu wstępnym bojem zdobywa sobie powodzenie pierwsza z powieści Prusa, Placówka.
Utwór ten jest na wskroś znamienny dla całej obfitej kategorii rzeczy ludowych. W samym Prusie jest ostatecznym skrystalizowaniem się fermentów, które kilkuletnia twórczość nowelistyczna była obudziła. Było to jego wyzwolenie z więzów doktryny w dziedziny życia, wrażenia, obserwacji. I wyzwolenia tego ostatecznym etapem jest — lud. Twardy chłop poznański, Ślimak — uskrzydlił warszawskiego pozytywistę. Już przedtem bardzo z bliska, bo w charakterze robotnika, Prus obserwował, a raczej zżywał się, jak wiemy, z maluczkimi. Ale tu, w Placówce, natrafił szczęśliwie na takie zjawisko, które rozproszone, tkliwe, żałosne, ludzkie wrażenia zwarły w jedną ideę. Odbije się ona mocnym echem i potem w dalszych koncepcjach Prusa — jako „ziemia i prosty człowiek”(Lalka). Tu tymczasem staje się punktem wyjścia pierwszej jego większej powieści, a zarazem pierwszego na większą skalę powodzenia w literaturze. Placówka pięciu czy sześciu wydaniami, zainteresowaniem powszechnym, które budziła już na szpaltach gazety — otwiera w istocie długi szereg powodzeń literackich „ewenementów” tego dziesięciolecia.
Cóż znalazł w niej ogół — coraz to szerszy — czytelników? Znalazł jak w soczewce zebrane w jedno ognisko wszystkie promienie momentu, wszystko, co go w tej chwili najmocniej zajmowało.
Ślimak — przeciwstawiający się zwycięsko nawale germańskiej — to przede wszystkim zapowiedź pełna dobrej wróżby wobec groźnych zapasów w Poznańskiem. Jakże jej pragnąć musiały strwożone serca tej nieszczęsnej „inteligencji”, która nie będąc narodem — za naród czuć i przewidywać musi, nie mając sama mocy — mocy tej wygląda jak zbawienia i szuka! Ślimak i Jagna, Staś i Jędrek — to lud-opoka, na której tak pragnie budować całe pokolenie. Więc przepowiednie entuzjastów, przewidywania działaczy — potwierdza ów zawsze dla wszystkich najzrozumialszy argument — obraz, ten, którego nie wiedząc o tym zawsze najchętniej słucha ogół — twórca. Przy tym rękojmią wartości utworu staje się jego realizm: ten Ślimak-lud to nie bezsilna idealizacja, to lud-żywioł ze wszystką ślepotą żywiołu, ale i z jego potęgą. Genialnie przeprowadzona psychologia chłopskiej prawdziwej jednostki, zawartej w pozornym dwojgu, mężu i babie, żywe postaci Owczarza, Grzyba — rubaszny, jędrny humor, niedający nigdy mimo krwawych śladów przejść akcji w melodramat — cały ten żywotny, wskroś odczuty i zrozumiany wątek chłopskiego żywota, jak owe „jagły” trzymające „gorącość” — to wszystko musiało Placówce dać skuteczność i pożywność, pokarm dla łaknącego ogółu.
[...] Po kilkuletnim terminie nowelistycznym Prus szczęśliwie w [Placówce] pozbył się resztek owego gawędziarstwa, rzemiennym dyszlem jeżdżącego po rozłogach naszej dawnej powieści. Tu obraz za obrazem, scena za sceną rozwija się nieodzownie język nasycony gwarą ludową, zwarty i krzepki, całość wrażeniem i myślą intensywna, budowa bez nieużytków — słowem, ta powieść z noweli rodem — to dzieło sztuki.
Wreszcie — owa idea przewodnia, owa koncepcja chłopa jako placówki, wyrastająca z całości, ma tu charakter zgoła inny niż dawny dydaktyzm i nieodłączna odeń tendencja. To nie bakalarska przestroga, lecz wyraźny etap na drodze do jakiejś syntezy, która będzie miała znaczenie zarówno dla życia, jak dla sztuki.
Konstanty Wojciechowski, Bolesław Prus, Lwów 1939, wyd. IV, s. 39–57.
Pod zaborem pruskim rozpoczęła się przed laty rozpaczliwa walka o ziemię. Fala niemiecka posuwała się na wschód, na łanach polskich (także w Królestwie) zjawiały się coraz to nowe domy niemieckich kolonistów. Znikała wielka własność, wysiłki około ratowania zagonów ojczystych okazywały się aż nazbyt często daremnymi. Budziła się trwożna myśl: co będzie z nami, gdy ziemię stracimy? Czy i kto potrafi ją uratować?
Pisarze polscy od dawna zajmowali się tą sprawą, starali się budzić uczucia patriotyczne wśród szerokiego ogółu, zachęcać do oporu, wskazywać środki ocalenia się. Ale rad ich nie zawsze można było posłuchać. Łączność dworów? wzajemne wspomaganie się? — rzecz zbawienna, ale chodzi o sposób, w jaki pomagać sobie należy. Gdy właściciel dóbr, Polak, zadłuży się, a zacny sąsiad udzieli mu pożyczki, byle tylko zadłużony nie sprzedał ziemi Niemcom, to postępuje oczywiście bardzo szlachetnie, lecz nie zawsze sąsiad sąsiada, choćby chciał, ocalić potrafi — może nie mieć pieniędzy czy na pożyczkę, czy na kupno zadłużonego majątku. Prus sam ongiś wskazał taki sposób ratowania ziemi (w powiastce Wieś i miasto), ale widocznie zrozumiał wnet, że spuszczanie się na pomoc drugich nie zawsze byłoby dobre, bo do sprawy tej powrócił w Placówce.
Placówka to powieść. Bohaterem jej chłop zwący się Ślimak, właściciel niewielkiego gospodarstwa i kilku zagonów ziemi, leżących na spadzistej górce, nad doliną rzeczki Białki.
Wierny swoim zasadom, Prus nie stara się wcale przedstawić Ślimaka lepszym ani mędrszym, niżby nim mógł być chłop polski, osiadły z dala od miasta, zapracowany, niemający czasu na książkę czy gazetę. O ile wyżej stoją od niego koloniści niemieccy, przybyli z Zachodu, jak górują nad nim ukształceniem, przedsiębiorczością, energią! I gdyby ci Niemcy, co zagościli w dolinę Białki, nie byli jedną z tych wrogich fal, co podmywają nasze wybrzeże, nie czulibyśmy nawet niechęci do nich, tak ujmuje nas ich zmysł porządku, gospodarność, pracowitość. Jak zaś w porównaniu z przybyszami przedstawia się nam Ślimak? Jest to człowiek uczciwy, niegłupi, ale dość zacofany, lękający się zmian w prowadzeniu gospodarstwa — gospodarzy, jak gospodarzyli jego ojcowie. Gdy krewny dziedzica podda mu myśl hodowania roślin ogrodowych na sprzedaż, on posądzi go od razu o jakąś „podrywkę”: pewnie — rozumuje Ślimak — dwór za dzierżawę łączki będzie chciał sporo i dlatego ten „farmazon” wmawia w niego, że dziesięciomorgowy grunt to majątek i że przy hodowli warzyw można by z ziemi tej czerpać duże dochody. [...]
Od takich Ślimaków roiły się niedawno jeszcze wsie polskie, a i dzisiaj chłop tego pokroju zupełnie nie zniknął. Zasada równości? Wszyscy są obywatelami? Co znowu! Obywatel to dziedzic, a on jest chłop, i rozumie, że porządek jakiś musi być na świecie. Gdzie tam jest jakaś równość! Przecie i on, Ślimak, żąda od swego parobka, aby go szanował, i na poufałość nie pozwoli. Parobek też wie dobrze, że co innego najmita, co innego gospodarz, a co innego znów sołtys. To taka przepaść, jak między Ślimakiem a dziedzicem. Rozumieją to wszyscy, a Ślimakowa nie postawi jadła najmity Maćka obok misy męża i sołtysa, gdy sołtys zagości do ich chaty. Gdzieżby? Maćkowi przewrócić by się mogło w głowie, a sołtys mógłby się słusznie obrazić. Nawet w tej samej izbie Maćkowi jeść nie wypada. [...]
Tę kastowość, posuniętą do śmieszności, właściwość wsi i miasteczek, pochwycił i uwydatnił Prus doskonale. Maciek najmita jest czymś niesłychanie znikomym wobec Ślimaka, a zwłaszcza wobec sołtysa, a Ślimak i sołtys razem wobec dworu.
Ale co innego uczcić jaśnie pana, a co innego ufać mu. Ślimak nie wierzy dworowi z zasady, podejrzewa każdy krok dziedzica, wszędzie dopatrzy jakiejś zasadzki. Jak można dziedzicowi okazywać cześć, a równocześnie uważać go za uosobienie przewrotności, nad tym się Ślimak nie zastanawia.
Natomiast ślepo ufa żonie i na nic bez niej się nie odważy. „Jakoś to przez żony — powiada — nieładnie”. Nie, żeby ona była mędrsza od niego, owszem, wszelkie plany wychodzą właśnie od Ślimaka, ale gdy działać trzeba, przepadło! Wówczas to już jej głowa, ona musi wszystkiemu zaradzić, a męża przynaglić wprost do zrobienia, czego potrzeba. „Pomyślenie” bo Ślimak ma, ale brak mu tego, co nazywamy wolą.
Jak by to dobrze było kupić trzecią krowę, jak dobrze wydzierżawić łączkę od dziedzica. Ślimak ciągle o tym myśli, plany układa, rozwija je przed żoną, a ona słucha i milczy. Ale gdy kupno się nadarzy, Ślimak od razu przycichnie, a zabierze głos żona. [...]
Ale ten chłop dość zacofany, nieporadny, czasem aż niedołężny, przedstawi nam się od razu w innym świetle, gdy zjawi się Niemiec z talarami pruskimi o kupno gruntu. A właśnie tak się dzieje. W dolinie Białki chcą osiąść koloniści pruscy, ale trzeba im koniecznie górki Ślimakowej, bo tam mają postawić wiatrak. [...]
Z sąsiedztwa Niemców nic sobie Ślimak na razie nie robił, ale rychło poczyna odczuwać jego skutki. W pobliżu budują linię kolejową, zarobki można mieć duże, za furmankę płacą dobrze. Bogacą się też Niemcy zajęci przy budowie. Zgłasza się i Ślimak ze swymi końmi, ale odprawia go Fryc Hamer, który tam jest dozorcą, nie chce nawet mówić z nim. Chybaby sprzedał grunt... Ale Ślimak ma w odpowiedzi swoje: „— Ni”.
A potem spada na chłopa nieszczęście. Przyszła burza, spłynęła rzeka, Niemcy wyławiają z wody niesione wezbraną falą drzewo. A co ułowią piękny kawał, poczynają z radości śpiewać. Synek mały Ślimaka, Stasiek, bardzo wrażliwy na śpiew, tak się zasłuchał w melodię potężnie brzmiących głosów, że nie patrząc przed się, poszedł ku tym głosom i wpadł w topiel. Ratunek daremny, dziecko umiera. „— Bez Niemców zginął” — mówi do siebie zrozpaczony ojciec.
A potem nadchodzi bieda. Zarobków nie ma, do dworu nikt już nie zawoła, bo dwór sprzedany, dla bydła brak paszy, bo Niemcy nie odnajmą już łączki kupionej od dziedzica. Trzeba zbyć krowę, za byle co! na rzeź... [...]
Niemcy, nie mogąc kupić górki, odsprzedają nabyte łany dworskie okolicznym chłopom polskim i opuszczają dolinę Białki. Kawał ziemi polskiej ocalał...
Kto go uratował? Chłop, jego przywiązanie do zagonu ojcowskiego, jego wytrzymałość, wsparta w chwili zachwiania się przez dzielną kobietę, serdeczną Jagnę.
Ślimak gruntu nie sprzedał...
I Prus umiał patrzeć dobrze. Fala naporu pruskiego rozbija się i dziś o polskiego chłopa, tylko że dziś Ślimaki, w Poznańskiem zwłaszcza, stają się coraz bardziej przedsiębiorczymi, gospodarują coraz lepiej, nie tylko nie sprzedają gruntów, ale nabywają je. Kiedyś, gdy ta walka o ziemię, wiarę i język zakończy się, Placówka Prusa będzie świadectwem bohaterskich zapasów ludu polskiego z przemocą pruską, będzie cennym obrazem jednej z chwil tej walki.
Ale Placówka ma także inną wartość, nie mniej trwałą, jako jedna z najpiękniejszych powieści polskich. Mamy w niej niezrównany obraz wsi polskiej, mamy w mistrzowski sposób odtworzone życie na wsi i duszę chłopa polskiego, takiego, jakim on był przed trzydziestu laty188. Ślimak to postać tak żywa, tak prawdziwa, tak wrażająca się w pamięć, że niewiele podobnych znajdziemy w naszym piśmiennictwie. [...]
Placówka jest powieścią chłopską. Dowiadujemy się z niej, jak chłop polski myśli i czuje, poznajemy go do gruntu. Bez wad on nie jest, ale dobre strony w nim przeważają — można na nim polegać i trzeba czuć dla niego szacunek. Światła tylko więcej! Nauki chłopom potrzeba, by mogli rolę uprawiać lepiej i mieć z niej większy pożytek; trzeba im wiązać się w spółki, by łatwiej mogli sobie poradzić i uwolnić od wyzysku — oto, co jeszcze można z Placówki wyczytać. Bo Prus, cokolwiek pisał, pisał prawie zawsze z myślą o pożytku, jaki z jego artykułu czy powieści wypłynie. Nie darmo chwycił za pióro w tych czasach, kiedy wołano, że nawet poezja powinna być użyteczna. Tej zasadzie pozostał też wierny. A że największych korzyści dla sprawy narodowej spodziewano się z oświecenia i z uobywatelnienia ludu, cóż dziwnego, że właśnie chłopem zajął się Prus tak gorąco.
Ludwik Włodek, Bolesław Prus, zarys społeczno-literacki, Warszawa 1918, s. 150–153.
W walce o byt upośledzone są [...] klasy tzw. „niższe”. Chociaż stopień upośledzenia zmienia się w miarę postępu cywilizacji, u nas, gdzie ten jest mniejszy, upośledzenie występuje w sposób bardziej jaskrawy, a zwłaszcza występowało za czasów młodości Prusa. W stosunku do ludu wiejskiego nie jest on zresztą bynajmniej chłopomanem. Już w roku 1876 na podstawie statystyki dochodzi do wniosku, że „włościanie popsuli się i upadli” w ostatnim dziesięcioleciu, o czym świadczy wzrost przestępstw i nieposzanowanie prawa. Nie należałoby jednakże wyprowadzać stąd wniosku, że okazali się oni niegodni uwłaszczenia: „Włościanin nasz, choć ciemny, ma serce poczciwe, lecz odcięty od stosunków z inteligencją, bałamucony przez jednostki złej woli, łatwo wstępuje na manowce”. A stosunek szlachty i chłopów charakteryzuje w sposób następujący: „Kiedy między właścicielami większymi pojawiają się tu i owdzie symptomata nowego a lepszego porządku rzeczy, jednocześnie mnożą się wskazówki rozrostu złego między klasą włościańską. Niewątpliwie polityczne i społeczne położenie tej klasy lepsze jest dziś niż dawniej; posiadają oni własność i władzę, mimo to nie osiągają takich korzyści, jakie przy oświacie i dobrym kierunku mogłyby się stać ich udziałem... Dzisiejszy kierunek interesów klasy włościańskiej jest zły i na bezdroża zaprowadzić ją może. Większe zbliżenie się do inteligencji niejedno mogłoby naprawić, lecz między obu tymi warstwami istnieją zapory: niechęć, naturalnie gruntująca się na przeszłości, i nierównie gorsze od niej rozdrażnienie sztucznie wywołane przez żywioły, zarówno obce i niechętne jednej, jak i drugiej stronie”. Charakterystyka na ogół trafna, tło podmalowane dobrze: trzeba teraz przypatrzyć się, jak na nim wygląda każda z obu warstw z osobna.
Barbarzyństwo i ciemnota chłopów wyraźnie uwypuklone są w powieściach Prusa. Taki Wojciech i Szymek (Wieś i miasto) albo chłopi w Na pograniczu, a nawet z Anielki są po prostu strasznymi, realistycznymi obrazami tych wad. Widzimy je i w Placówce — mniej jaskrawe, bo rzecz dzieje się wśród chłopów zamożnych i w okolicach względnie kulturalnych (Lubelskie). Obóz postępowy niesłusznie wydrwiwał Ślimaka jako ideał chłopa w pojęciu Prusa. Ocena taka była oparta chyba na zupełnym niezrozumieniu jego umysłowości. Jedyną społecznie dodatnią cechą Ślimaka, dzięki której zwycięży Niemców, jest bierność, której Prus nigdy nie apoteozował, raczej przeciwnie. Znajdujemy ją stwierdzoną, na tle lenistwa i przewagi wyobraźni, w tych scenach, kiedy Ślimak siedzi z fajką bezczynnie, przypatruje się swej ziemi i myśli, co by to można z niej zrobić: postawić tamę nad Białką, wziąć w dzierżawę ten kawał ziemi, inaczej uprawić, inny obrócić na łąkę itd.; wie wszystko, co zrobić potrzeba, zna się na rzeczy, ale — nic nie zrobi, bo będzie z dnia na dzień odkładał. Na te kombinacje ma dosyć rozumu, ale na wykonanie ich brak mu woli, którą zwycięża lenistwo; kiedy uśmiechają mu się większe zyski z handlu z inżynierami budującymi kolej żelazną, nie umie tego dostatecznie wyzyskać i utrzymać się w walce: zwyciężają go Żydzi i Niemcy. Właściwie to on nawet ulega w walce o ziemię! utrzymanie jej w garści jest zasługą żony, Jagny, przedstawicielki w tej rodzinie chłopskiej energii czynnej; bez niej mąż nic nie zrobi; ona to na łożu śmiertelnym każe mu przysięgać, że nie sprzeda gruntu Niemcom. W tej Jagnie można do pewnego stopnia upatrywać symbol dzisiejszego stanu naszego społeczeństwa, w którym kobiety mają, niestety, więcej energii niż mężczyźni.
Otoczenie Ślimaka również imponuje raczej biernym konserwatyzmem chłopskim aniżeli jakimikolwiek innymi cechami charakteru. Ale ten konserwatyzm stanowi także wielką wadę społeczną, na przykład przy nieudanych układach o serwituty, które ostatecznie wprowadzają gorszego dla chłopów sąsiada, Niemca, zamiast dziedzica Polaka; motyw ten powtarza się zresztą i w Anielce. Powagi wioskowe, stary Grzyb, sołtys Grochowski, odznaczają się tylko większą chytrością i zabiegliwością. Starsze pokolenie chłopów łączą pewne cechy dawnej daty, na przykład wrodzonego uszanowania dla osoby dziedzica w połączeniu z lekceważeniem, co jest zjawiskiem zwykłym i doskonale zaobserwowanym. Tych cech nie ma już w młodym pokoleniu — ani w Jędrku Ślimaku, ani w młodym Grzybie, który zresztą łajdaczy się i kończy jako zwykły złodziej. O tych młodych, buntowniczych chłopakach, dla których już stare powagi nie istnieją, można powiedzieć, że tkwi w nich coś z Bartosza Głowackiego i coś z Szeli, ale raczej z tego ostatniego. Wreszcie śliczny typ upośledzonego fizycznie i społecznie Maćka Owczarza akcentuje bardzo wyraźną różnicę klas między chłopami, zaznaczoną i w jednej z kronik z 1882 r., z powodu zabójstwa popełnionego przez gospodarza na pastuchu, który w karczmie nie chciał ustąpić mu swego miejsca. [...]
Przypisy:
1. opoczysty — skalisty; por. opoka: skała. [przypis edytorski]
2. majolika — ceramika (głównie naczynia) pokryta kolorowym szkliwem (barwionym i utwardzanym dzięki dodatkom metali: ołów, cyna), produkowana we Włoszech od XIV w. do XVII w. [przypis edytorski]
3. trześnia — dzika czereśnia a. wiśnia; czereśnia ptasia. [przypis edytorski]
4. opoka — skała. [przypis edytorski]
5. najmitka — kobieta najmowana do prac polowych. [przypis edytorski]
6. serwituty — w daw. Polsce uprawnienia chłopów do korzystania z dworskich łąk, pastwisk i lasów (tj. prawo do korzystania z drzewa opałowego, chrustu, runa leśnego oraz prawo wypasu). Reforma uwłaszczeniowa chłopów (Galicja 1848, Królestwo Polskie 1864) przyznawała właścicielom ziemskim prawo własności do terenów obciążonych serwitutami, ale bez zgody wsi nie mogli nią swobodnie dysponować (np. sprzedać ziemię a. wyciąć las); natomiast prawo chłopów do użytkowania terenów serwitutowych zostało potwierdzone, ale decyzję o sposobie jego egzekwowania pozostawiono właścicielom, co dawało im możliwość wywierania nacisku na wieś. W tej sytuacji szlachta dążyła do układu z wsią w sprawie serwitutów: za uzyskanie zgody chłopów na zniesienie obciążenia serwitutami jakiegoś terenu, wynagradzała ich innymi gruntami. [przypis edytorski]
7. komornik — chłop nieposiadający gospodarstwa ani domu, opłacający własną pracą swój pobyt w domu innego, bogatszego chłopa a. właściciela ziemskiego. [przypis edytorski]
8. gorszaś — forma skrócona od: gorsza jesteś. [przypis edytorski]
9. układła — dziś popr. forma: ułożyła. [przypis edytorski]
10. siewać (daw.) — siać od czasu do czasu. [przypis edytorski]
11. obsiędzie — dziś popr. forma: obsiądzie. [przypis edytorski]
12. kontent — zadowolony. [przypis edytorski]
13. przyszle — dziś popr. forma: przyśle. [przypis edytorski]
14. miedza — pas ziemi rozdzielający pola uprawne. [przypis edytorski]
15. korcy — dziś popr. forma: korców; korzec: daw. miara objętości ciał sypkich, wynosząca 128 litrów (korzec warszawski). [przypis edytorski]
16. posponować — postponować; ubliżać komuś, poniewierać kogoś. [przypis edytorski]
17. zakonkludować — zakończyć rozważania (dyskusję) wnioskami. [przypis edytorski]
18. hipika — jeździectwo; sztuka jazdy konno. [przypis edytorski]
19. taksować — oceniać. [przypis edytorski]
20. kondel (daw.) — kundel; tu: wyzwisko. [przypis edytorski]
21. krymka — płytka, ściśle przylegająca do głowy czapeczka bez daszka, zwykle z jedwabiu lub aksamitu, często ozdobiona haftem; pierwotnie część stroju Tatarów krymskich (stąd nazwa), następnie rozpowszechniona w Polsce od XVI wieku; tu: każde nakrycie głowy bez ronda. [przypis edytorski]
22. kiej (daw.) — kiedy. [przypis edytorski]
23. stłumiaj — dziś popr. forma W.lp tylko od czas. niedokonanego (tłumić): tłum. [przypis edytorski]
24. farmazon — niedowiarek, odmieniec, dziwak, oszust; źródłosłów od: franc-maçon będącego kalką z ang. freemason, tj. wolnomularz, mason. [przypis edytorski]
25. basarunek — chłosta; lanie. [przypis edytorski]
26. wziąć w arendę — wydzierżawić; użytkować za opłatą na rzecz właściciela. [przypis edytorski]
27. samem sobie winien — sam jestem sobie winien. [przypis edytorski]
28. losowanie — tu: pobór rekrutów spośród chłopstwa, który w zaborze rosyjskim odbywał się przez losowanie. [przypis edytorski]
29. nieszpory — nabożeństwo wieczorne w kościele katolickim. [przypis edytorski]
30. noma (gw.) — nam. [przypis edytorski]
31. Tyleście (...) zacenili — tyle zaceniliście, tj. tak wysoko wyceniliście. [przypis edytorski]
32. zara (gw.) — zaraz; od razu. [przypis edytorski]
33. prefit a. profit — dochód, zysk. [przypis edytorski]
34. paralusz (gw.) — paraliż. [przypis edytorski]
35. z wnątrza — z wnętrzności. [przypis edytorski]
36. reflektować kogo — uprzytamniać komuś coś. [przypis edytorski]
37. okowita — wódka; źródłosłów: aqua vitae (łac.), woda życia. [przypis edytorski]
38. jagły — kasza jaglana. [przypis edytorski]
39. me (gw.) — mnie. [przypis edytorski]
40. strzylo (gw.) — strzela. [przypis edytorski]
41. zaprzaniec — odstępca (od wiary), heretyk, zdrajca. [przypis edytorski]
42. instygować — podjudzać; oskarżać przed sądem. [przypis edytorski]
43. limaçon (fr.) — ślimak. [przypis edytorski]
44. świńmi — dziś popr. forma N.lm: świniami. [przypis edytorski]
45. benefis — tu: korzyść. [przypis edytorski]
46. jeometra (daw.) — geometra. [przypis edytorski]
47. chcieliśta (gw.) — chcieliście. [przypis edytorski]
48. chodźta (gw.) — chodźcie. [przypis edytorski]
49. łgą — dziś popr. forma: łżą; łżeć: kłamać. [przypis edytorski]
50. rychtyk (z niem.) — dokładnie, akurat. [przypis edytorski]
51. śwargotać — szwargotać; szybko i niezrozumiale mówić. [przypis edytorski]
52. ligaj (gw.) — kładź się. [przypis edytorski]
53. niechajcie mnie — zostawcie mnie; por. poniechać czego. [przypis edytorski]
54. dochodzić — tu: dojrzewać. [przypis edytorski]
55. Matki Boskiej Szkaplerznej — święto w kościele katolickim obchodzone 16 lipca. [przypis edytorski]
56. dyć (gw.) — przecież. [przypis edytorski]
57. omentry — geometrzy. [przypis edytorski]
58. bonować — tu: węszyć, kręcić się; używać, dobrze żyć (od łac. bonus: dobry). [przypis edytorski]
59. lamentarz (gw.) — elementarz. [przypis edytorski]
60. śkikać (gw.) — skakać. [przypis edytorski]
61. deces — manko, niedobór pieniędzy; dosł.: zgon. [przypis edytorski]
62. dziesięciosążniowy — mierzący dziesięć sążni; sążeń: miara długości wynosząca ok. 1,7–2 m. [przypis edytorski]
63. chleb sitny a. sitowy — chleb z mąki razowej przesianej przez sito, delikatniejszy od razowego. [przypis edytorski]
64. dzieżka — mała dzieża, tj. naczynie drewniane, wykonane z klepek, o kształcie ściętego stożka a. walca; wyrobem dzieży (jak również beczek) zajmował się bednarz; duże dzieże używano do wyrabiania ciasta chlebowego, mniejsze do przechowywania żywności. [przypis edytorski]
65. kiej (gw.) — kiedy. [przypis edytorski]
66. dwa złote (...) pół rubla — w zaborze rosyjskim 1 złoty dzielono na 30 groszy a. 15 kopiejek; 1 rubel dzielono na 100 kopiejek; tzn. 1 kopiejka liczyła 2 grosze, 50 kopiejek (pół rubla) 100 groszy, czyli 3 złote 10 groszy. [przypis edytorski]
67. garniec — daw. jednostka objętości ciał płynnych i sypkich, w XIX w. wynosiła ok. 4 litry; 32 garnce składały się na korzec, 48 garncy składało się na beczkę; korzec dzielił się na 4 kwarty (ok. 1 litr) a. 16 kwaterek (ok. ćwierć litra). [przypis edytorski]
68. po czemu (daw.) — po ile?; pytanie o cenę. [przypis edytorski]
69. kwarta — daw. jednostka objętości ciał płynnych, ok. 1 litr. [przypis edytorski]
70. pół rubla — ok. 3 złote 10 groszy. [przypis edytorski]
71. kopa — 60 sztuk. [przypis edytorski]
72. fular — chustka zawiązywana pod szyją. [przypis edytorski]
73. wytykanie — dziś: wytyczanie; odmierzanie i zaznaczanie powierzchni gruntu (daw. za pomocą tyk). [przypis edytorski]
74. jeneralny (daw.) — generalny. [przypis edytorski]
75. produkta — dziś popr. M. i B.lm: produkty. [przypis edytorski]
76. najmita — pracownik rolny wynajmowany do robót polowych; chłop nieposiadający własnego gospodarstwa. [przypis edytorski]
77. zobaczyta (gw.) — zobaczycie. [przypis edytorski]
78. swarzyć się — kłócić się. [przypis edytorski]
79. miętki (daw., gw.) — miękki. [przypis edytorski]
80. traktament — poczęstunek. [przypis edytorski]
81. nawięcy (gw.) — najwięcej. [przypis edytorski]
82. bandos — wędrowny robotnik najemny. [przypis edytorski]
83. luftmaszyna (z niem.) — maszyna parowa. [przypis edytorski]
84. szerść — dziś popr.: sierść. [przypis edytorski]
85. obowiązek — tu: praca. [przypis edytorski]
86. letko (daw., gw.) — lekko. [przypis edytorski]
87. niechać — nie ruszać; por. poniechać czego. [przypis edytorski]
88. pachciarz — w daw. Polsce: dzierżawca (np. karczmy, bydła, ziemi). [przypis edytorski]
89. szczeznąć (daw.) — umrzeć. [przypis edytorski]
90. odkaślnął — dziś popr.: odkaszlnął. [przypis edytorski]
91. kużden (gw.) — każdy. [przypis edytorski]
92. postojałem (gw.) — postałem. [przypis edytorski]
93. cięgoty (gw.) — dreszcze. [przypis edytorski]
94. stojałbym (gw.) — stałbym. [przypis edytorski]
95. algiery — okrycie wierzchnie męskie; szeroki płaszcz; gunia. [przypis edytorski]
96. wielgi (gw.) — wielki. [przypis edytorski]
97. Napolion — Napoleon (Bonaparte). [przypis edytorski]
98. zatętniały — dziś popr.: zatętniły. [przypis edytorski]
99. me (gw.) — mnie. [przypis edytorski]
100. nowyższy (gw.) — najwyższej. [przypis edytorski]
101. ekwipaż (z fr. équiper) — lekki pojazd konny z zaprzęgiem używany w XIX. [przypis edytorski]
102. dystans — tu: pewien odcinek (linii kolejowej). [przypis edytorski]
103. krakuska — rodzaj czapki (rogatywki ozdobionej piórami). [przypis edytorski]
104. rond (fr.) — kółko. [przypis edytorski]
105. włóka — miara powierzchni: 30 mórg, ok. 17,9 ha (179 550 m²). [przypis edytorski]
106. en avant (fr.) — naprzód (komenda wojsk. i taneczna). [przypis edytorski]
107. tournez (fr.) — proszę się obrócić (komenda taneczna). [przypis edytorski]
108. chaîne (fr.) — łańcuch; tu: figura taneczna. [przypis edytorski]
109. partagez — proszę się rozdzielić (tu: komenda taneczna). [przypis edytorski]
110. współcześnie — dziś w tym znaczeniu: równocześnie. [przypis edytorski]
111. ordynarny — tu: zwykły, zwyczajny. [przypis edytorski]
112. Herr Jesus (niem.) — Panie Jezu. [przypis edytorski]
113. omentra (gw.) — geometra. [przypis edytorski]
114. folwarek — dziś popr.: folwark. [przypis edytorski]
115. przynomni (gw.) — przynajmniej. [przypis edytorski]
116. ślipie (gw.) — oczy. [przypis edytorski]
117. styrczeć — dziś popr.: sterczeć. [przypis edytorski]
118. konował — lekarz. [przypis edytorski]
119. cerulik właśc. cyrulik — balwierz, daw. fryzjer, aptekarz i pielęgniarz w jednej osobie. [przypis edytorski]
120. ony (gw.) — oni. [przypis edytorski]
121. zadowolnić — dziś: zadowolić. [przypis edytorski]
122. bez (gw.) — przez. [przypis edytorski]
123. wytykać — dziś: wytyczać. [przypis edytorski]
124. sztyl (z niem. still) — cisza, spokój. [przypis edytorski]
125. włóka — miara powierzchni: 30 morg, ok. 17,9 ha (179 550 m²). [przypis edytorski]
126. morga — daw. jednostka miary powierzchni, pierwotnie oznaczała powierzchnię, którą jeden człowiek mógł zaorać lub skosić jednym zaprzęgiem w ciągu jednego dnia pracy; w przeliczeniu na dziś używane jednostki wynosiła na ziemiach polskich ok. 0,5 hektara; 1 włóka liczyła 30 morg. [przypis edytorski]
127. rosnął — dziś popr. rósł. [przypis edytorski]
128. niechać — nie ruszać. [przypis edytorski]
129. strzylo (gw.) — strzela. [przypis edytorski]
130. układli się — dziś popr.: ułożyli się. [przypis edytorski]
131. bakałarzównej — dziś popr.: bakałarzównie. [przypis edytorski]
132. stela (gw.) — stąd. [przypis edytorski]
133. woma (gw.) — wam. [przypis edytorski]
134. dy, dyć — przecież. [przypis edytorski]
135. błędny — tu: wędrowny; błądzący, przemieszczający się z miejsca na miejsce. [przypis edytorski]
136. osiędzony (gw.) — osadzony. [przypis edytorski]
137. wiem — tu: znam. [przypis edytorski]
138. każdom (gw.) — każdą. [przypis edytorski]
139. poźrzeć (daw., gw.) — spojrzeć. [przypis edytorski]
140. kole (gw.) — koło. [przypis edytorski]
141. rzekąc (daw., gw.) — mówiąc. [przypis edytorski]
142. lo Boga (gw.) — dla Boga, przez (ze względu na) Boga. [przypis edytorski]
143. kaj (gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
144. czyścu (daw., gw.) — dziś popr. forma: czyśćcu. [przypis edytorski]
145. verfluchter (niem.) — przeklęty. [przypis edytorski]
146. odyńdzie (gw.) — odejdzie. [przypis edytorski]
147. nopirwy (gw.) — najpierw. [przypis edytorski]
148. jegomość — tu: ksiądz. [przypis edytorski]
149. zalterowany (daw., gw.) — zmieniony, zmieszany. [przypis edytorski]
150. więcem ucik (gw.) — więc uciekłem. [przypis edytorski]
151. hareśt (gw.) — areszt. [przypis edytorski]
152. śtraf (z niem.) — kara. [przypis edytorski]
153. śtyry (gw.) — cztery. [przypis edytorski]
154. śpital (gw.) — szpital. [przypis edytorski]
155. sołdat (z ros.) — żołnierz. [przypis edytorski]
156. kudy jemu (ros.) — gdzie mu (do kogoś). [przypis edytorski]
157. z dalekaśta (gw.) — z daleka jesteście. [przypis edytorski]
158. szprync (z niem.) — wybryk. [przypis edytorski]
159. ligać — leżeć. [przypis edytorski]
160. odegrzała — dziś popr. forma: odgrzała. [przypis edytorski]
161. egzenterunek — autopsja; sekcja zwłok. [przypis edytorski]
162. dzieło (z ros.) — sprawa. [przypis edytorski]
163. ilu (...) ludzi (...) wpadli w nędzę albo rozpili się, albo (...) kradną — dziś popr.: ilu (...) ludzi (...) wpadło (...) rozpiło się (...) kradnie. [przypis edytorski]
164. noma (gw.) — nam. [przypis edytorski]
165. dwojniaki a. dwojaki — dwa połączone naczynia ceramiczne. [przypis edytorski]
166. szturgnąć — dziś: szturchnąć. [przypis edytorski]
167. Vater unser, der Du bist im Himmel — „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”; pierwsze słowa modlitwy zaczerpniętej z Ewangelii i wspólnej wszystkim wyznaniom chrześcijańskim. [przypis edytorski]
168. układł się — dziś popr.: ułożył się. [przypis edytorski]
169. chodzi (gw.) — forma W.lp: chodź. [przypis edytorski]
170. jegomość — tu: ksiądz. [przypis edytorski]
171. usiędę — dziś popr.: usiądę. [przypis edytorski]
172. Benedicat te omnipotens Deus (łac.) — niech cię błogosławi Bóg wszechmogący. [przypis edytorski]
173. kieb a. kieby (gw.) — niby. [przypis edytorski]
174. wartająca — dziś: warta. [przypis edytorski]
175. nawetem (...) nie widział — nawet nie widziałem. [przypis edytorski]
176. obłapiać się — obejmować, ściskać się. [przypis edytorski]
177. bojał (gw.) — bał. [przypis edytorski]
178. repetier — rodzaj zegarka. [przypis edytorski]
179. pasować się — walczyć, zmagać się. [przypis edytorski]
180. nodali (gw.) — najdalej. [przypis edytorski]
181. puroku (gw.) — pół roku. [przypis edytorski]
182. pedziała (gw.) — powiedziała. [przypis edytorski]
183. śtyry (gw.) — cztery. [przypis edytorski]
184. nopóźniej (gw.) — najpóźniej. [przypis edytorski]
185. nowięcy (gw.) — najwięcej. [przypis edytorski]
186. nopirszy (gw.) — najpierwszej. [przypis edytorski]
187. Realizm (...) zupełne. — fragment z wydania późniejszego: Wilhelm Feldman, Współczesna literatura polska, Kraków 1924, wyd. VII, s. 82–83. [przypis edytorski]
188. przed trzydziestu laty — tekst pochodzi z 1913 r., Placówka ukazała się w 1884 r. [przypis edytorski]