V. Pierwsze kroki
Szatan i obłęd panują zawsze w nocy; dzień jest ojcem zdrowego sądu. Wilski z rana wstydził się wczorajszych przywidzeń i spokojnie myślał o obowiązkach, których nikt wprawdzie nie mógł mu narzucić, lecz które tkwiły w jego duszy.
Głos rozsądku i sumienia przypominał mu ludzi, od których doświadczył dobrodziejstw i projekty, które obecnie mógł wykonać. Wstał trzeźwy, ubrał się szybko i wyszedł do biura telegraficznego, aby donieść o swej fortunie Grodzkiemu i wezwać go na wspólnika.
Do czego na wspólnika? — jeszcze nie wiedział.
W połowie drogi na ulicy, usłyszał, że go ktoś woła, Obejrzał się i zobaczył karetę, z której wysiadał Welt.
— Szedłeś pan do mnie! — rzekł bankier tonem niezachwianej pewności — Winszuję! Podobne wypadki trafiają się nader rzadko.
— O czym pan mówi?
— Rozumie się, że o pańskich milionach. Ja wiem wszystko! Traf cudowny! Kasa moja jest na pańskie usługi, i nawet dziś mogę panu ofiarować sto tysięcy na osiem procent. Nigdzie pan nie dostaniesz taniej.
Oszołomiony Wilski milczał.
— Naturalnie, zgadzasz się pan — mówił dalej Welt. — Siądźmy do mojej karety... Musisz się pan wyekwipować przyzwoicie. Zaraz panu odliczę pieniądze, a w wolnym czasie pogadamy o pańskim projekcie towarzystwa budowlanego, który mnie zachwyca! Stangret zawróć! Jechałem właśnie do pana. Trzeba służyć społeczeństwu w miarę środków, panie Wilski: to moja zasada. Musimy mieć towarzystwo budowlane!
Gdy stanęli na miejscu, bankier rzekł:
— Każę przygotować rewers, a tymczasem racz pan wstąpić do mojej Amelci.
Wilski machinalnie poszedł na górę i za chwilę był już w salonie.
Czekał minutę... Dwie... W połowie trzeciej ukazała się bankierowa.
Była bardzo blada i podając Władysławowi rękę, rzekła zmienionym głosem:
— Dawnośmy się nie widzieli!
Na twarz jej wybiegł rumieniec.
Nastąpiło chwilowe milczenie, które znowu przerwała pani Welt.
— Dziś dowiedziałam się o pańskim... nie wiem jak nazwać... Ludzie nazywają to: szczęściem. Jeżeli istotnie szczęście, w takim razie szczerze... serdecznie winszuję panu!
Wilski pocałował ją w rękę. Była gorąca jak ogień, lecz sztywna.
Potem mówili o rzeczach obojętnych, początkowo z pewnego rodzaju przymusem, następnie śmielej. Nagle usłyszeli na schodach głos Welta.
Pani Amelia zmieniła przedmiot rozmowy i zapytała prędko:
— Wszak wyjeżdżasz pan do Krakowa?
— Zapewne...
— Kiedy?
— Jeszcze nie wiem dokładnie.
— Ja chciałabym także wyjechać.
— Kiedy? — spytał znowu Wilski, czując, że mu serce bić przestaje.
Pani Amelia zawahała się.
— To jeszcze nie jest pewne — rzekła.
Bankier wstępował na schody.
— W piątek wieczorem... — dodała szybko stłumionym głosem.
Welt wszedł do salonu; porozmawiali chwilę razem, po czym zabrał Wilskiego do swej kancelarii. Tam przez dobrą godzinę liczyli pieniądze, a wreszcie pożegnali się bardzo serdecznie.
— Ja, panie — rzekł bankier w końcu — jestem człowiekiem, którego do rany można przyłożyć. Ja dla projektów pańskich miałem zawsze wielką sympatię, i gdyby nie... No, pan wiesz, jak kobiety bywają ostrożne!... Sądzę także, że nie pogniewasz się pan na Amelcię, jeżeli powiem, że ona nam najwięcej przeszkadzała w porozumiewaniu się. Ale wczoraj zwyciężyłem ją stanowczo! Pan jesteś człowiek pomysłowy i szczęśliwy, a to w interesach dużo znaczy...
Gdy Władysław był już we drzwiach, Welt zawołał:
— Ale!... Ale!... Wiesz pan co?... Mówmy sobie ty! Między przyjaciółmi i wspólnikami nie powinno być ceremonii. To moja zasada, Władziu.
Wróciwszy do domu, Wilski zastał już kilka biletów wizytowych od przyjaciół, którzy go wczoraj jeszcze nie znali, i kilka próśb od ubogich osób, które chyba cudem dowiedziały się o jego fortunie.
— Oto jest natura ludzka! — rzekł ze śmiechem.
— W każdym jednak razie wesprzesz, Władziu, tych biedaków. Któż wie, czy i oni już od dawna nie wydali ostatniego rubla? — odpowiedziała Helenka.
Władysław obiecał ich wesprzeć; śmiejąc się, opowiedział żonie o serdeczności Welta, pokazał jej pieniądze i zawiadomił, że w piątek wieczorem musi wyjechać do Krakowa.
— To pojutrze! — szepnęła Helenka, blednąc. — Tak mi będzie smutno...
Uścisnął ją i już nie mówili o podróży.
Nastepnego dnia powiedział jej o wynajęciu nowego mieszkania.
— Wziąłem na Krakowskim pięć pokojów, przedpokój i kuchnię za osiemset rubli...
— Tak nam tu było dobrze! — odpowiedziała Helenka. — O!... Już na nowym mieszkaniu nie spotka nas szczęście...
— Prócz tego — mówił mąż — będziemy mieli eleganckie meble, lokaja, pokojówkę i dobrą kucharkę.
— A cóż się stanie z Mateuszową?
— Ach! Prawda... Zresztą, jeszcze pomyślimy o niej.
Nadszedł dzień wyjazdu, wietrzny, pochmurny i słotny. Wilski był zadumany. Helenka wzdychała. Oboje nie tknęli obiadu i z niepokojem oczekiwali wieczoru.
Około ósmej Helenka rzekła:
— Odprowadzę cię na kolej, dobrze?...
— Daj pokój, aniołku, możesz się zaziębić.
O dziewiątej na podwórze zajechał powóz.
Władysław powoli włożył palto i torbę podróżną... W pokoju śmiertelne panowało milczenie...
— Za parę tygodni wrócę... — rzekł stłumionym głosem.
— Wrócisz?... — szepnęła Helenka, opierając głowę na jego piersiach.
W tej chwili jakiś szorstki przedmiot dotknął ręki Wilskiego.
To stara Mateuszowa całowała go.
Wybiegł śpiesznie za drzwi, lecz w połowie schodów zatrzymał się. Zdawało mu się, że go ktoś obejmuje za nogi.
Chwilę pomyślał i wrócił na górę głęboko wzruszony. Stojąca w przedpokoju Helenka upadła mu na szyję i rzewnie płakała.
— O, nie zapomnij o mnie! — mówiła, łkając.
Powtórnie wyszedł, a tym razem wybiegła za nim Helenka.
— Władziu!
— Co każesz?
Znowu uwiesiła mu się na szyi, ściskała go namiętnie i szeptała:
— Nie zapomnisz?... Wrócisz?
Siedząc w powozie, podniósł jeszcze oczy do góry i w oknie drugiego piętra zobaczył uchyloną roletę i jakiś cień.
Powóz wyjechał z podwórza.
„O, nie zapomnij o mnie...”
Mgła zawisła nad ulicami, latarnie rzucały blask czerwony, dokoła rozlegały się kroki przechodniów i turkot wozów.
„Nie zapomnisz... Wrócisz!...” — szeptało echo.
*
Wilski dojechał do dworca wzruszony i rozdrażniony. Oddał pakunki tragarzowi i pobiegł wprost do salonu pierwszej klasy.
Zastał tam kilkanaście osób, same twarze obce. To uspokoiło go. Odetchnął jak człowiek, którego minęło niebezpieczeństwo, i jeszcze raz pożegnał w myśli Helenkę.
W tej chwili usłyszał głos wchodzącego Welta.
— Cudownie! Więc i ty wyjeżdżasz?
— Jak widzisz.
— Wyobraź sobie, że i Amelcia jedzie. Wysyłam ją do Krakowa w pewnym interesie, który wymaga... no, wiesz czego? ... Tego tylko, co ona ma.
Pani Welt była milcząca i nie w humorze.
Wilski wyszedł po bilet. Gdy wrócił, rzekł bankier ze śmiechem:
— Patrz, co to są kobiety! Onegdaj zdecydowała się jechać, dziś grymasiła, a w tej chwili powiada, że boi się zaziębienia i że chętnie zostałaby do jutra.
— Może i słusznie — odparł Wilski chłodno. — Szkoda, żeś mnie nie zapoznał z interesem, byłbym go załatwił.
— Gdzie znowu! Ty masz głowę zaprzątniętą krociami, a tu sprawa pilna i wymaga zimnej krwi. Nie, to tylko ona dobrze załatwi!
Zadzwoniono i podróżni poczęli zajmować miejsca. Nagle Władysławowi uderzyła fala krwi do głowy: ujrzał on między fałdami powłóczystej sukni — kształtną i drobną nóżkę bankierowej...
Na ten widok zapomniał o żonie, o wzruszeniu i o niesmaku, jakiego doznał przed chwilą...
— Siadajże, Władysławie! — krzyknął bankier.
Rozległy się okrzyki pożegnania, pociąg ruszył, lecz Władysław nie uważał tego. Nie mógł tchu złapać.
— Oryginalna pozycja! — odezwała się nagle pani Welt — W tej chwili widziałam Świegotnickiego i jestem pewna, że jutro w całej Warszawie mówić będą, że uciekłam z panem, w asystencji25 i za upoważnieniem męża.
— I cóż nam to szkodzi? — spytał Wilski, topiąc w niej pałające spojrzenie.
— Panu niewiele, mnie więcej! — odparła poważnie.
— W każdym razie fakt już się stał, i cokolwiek...
Nie dokończył, ujrzawszy wzrok Amelii. Zarazem jednak teraz dopiero zauważył, że byli sami.
Nastało długie milczenie, w ciągu którego bankierowa obojętnie wyglądała przez okno, a Wilski... utracił resztę przytomności.
Nagle, tuż przy nogach pani Welt, upadła mu rękawiczka. Gdy się schylił, aby ją podnieść, uczuł, że rękaw jego paltota otarł się z lekka o jej bucik.
Teraz zdawało mu się, że w ciele, zamiast muskułów26, ma rozgrzane stalowe sprężyny, że mu piersi pękną, lub, że spali go własny oddech. Podniósł oczy na Amelię i pomyślał, że gdyby między nią a nim ustawiono mur bagnetów, rozbiłby go jak kępę trzciny.
— Spodziewam się, że mnie pan zapoznasz ze swoją żoną?... Będę panu bardzo wdzięczna!... — rzekła bankierowa głosem, który jak ostrze noża przeszył mu serce.
W milczeniu i gorączce czekał do rana. Gdy pociąg stanął na granicy, Wilski posłał telegram do żony.