9.

Deszcz tnie miarowy.

W szyby wodą pluje.

Chodzi, chodzi na rogu posterunkowy,

Co się zatrzyma — nasłuchuje...

Nic.

Okna zapuściły sztory.

Tam, w hotelu,

Światło całą noc się pali.

Ktoś chory.

Po doktora posyłali.

Przez okno widać czasem wysmukłą szatynkę.

Ciemny, głuchy cały parter...

Na trzecim piętrze światełko. —

Starszy pan zwabił do siebie 7-ioletnią

dziewczynkę

I gwałci ją na fotelu.

Dziecko ma oczy szeroko rozwarte...

Na rogu posterunkowy chodzi

Tam i na powrót. Tam i na powrót.

I patrzy w czarne okna.

Zza węgła podpatruje go złodziej.

Deszcz pada.

Mokną...

Ciemno. Cicho. Czarno.

Nikt się nie ozwie, nie zbudzi.

Pracuje, pracuje w nocy

MIASTO — FABRYKA LUDZI.

Przewracają się w łóżkach podlotki.

Straszno. Zaparło dech.

Śni im się pierwszy, taki słodki,

Taki bolesny grzech.

Czernieją okna. Wszystko śpi.

Szaaa!... Czyjeś kroki za bramą...

Po burdelach, hotelach, po chambre garnie Tysiącem tłoków w rytmie krwi

Pracuje gigantyczne Dynamo.

Na kilometry sienników rozparło się Miasto —

Wielki, parzący się kurnik.

Będzie miał jutro robotę

Ze swoją armią krościastą

Dyżurny lekarz skórnik.

Po poczekalniach, po lecznicach

Przepastnych, jak lejki,

Po ambulatoriach szpitali —

Długie, pstre, nieskończone kolejki,

Jak wielka taśma słucka.

Czarny robociarz i biały bankier

Z bijącym sercem

Czekali.

— N-tak... Twardy szankier...

— Sprawa ludzka...