11
Pusta olbrzymia hala fabryczna zapełniona morzem ludzkich głów. Na środku zniesiona pospiesznie z kilku pak trybuna. Chudy, piegowaty student z białymi, mrugającymi rzęsami odczytuje bezbarwnie akt oskarżenia. Czarny, wylizany buchalter z dużym nosem przewraca wolno z namaszczeniem kartki bruljonu. Piegowaty student podnosi od czasu do czasu głos, który rozlega się, jakby płaczliwie i wtedy wtóruje mu pomruk tłumu, jak wiatr przepływający przez halę.
Rozprawa dłuży się nudno i beznadziejnie. Właściwie wyrok jest już wszystkim wiadomy, chodzi tylko o przeprowadzenie przepisanych formalności.
Wreszcie student siada, wycierając nos chustką, a buchalter cienkim, metalicznym głosem zwraca się z nieokreślonym gestem w prawo:
— Proszę wprowadzić oskarżonego.
Głuchy pomruk przechodzi salą. Potem drzwi prawe otwierają się trochę za głośno i pod konwojem czterech uzbrojonych w mauzery robotników, wchodzi Berg. Tłum rozstępuje się trochę, aby dopuścić ich do trybuny.
Gwar rośnie i powoli zamienia się w hałas wrogich głosów.
Dzwonek.
Przesłuchanie trwa dalej.
Wskazówki zegara poruszają się z upartą, żółwią bezradnością.
Nagle szmer wzmaga się i tłum głów, jak popchnięty, pochyla się w stronę trybuny. Na trybunie stoi Berg.
Jest bardzo blady, oczy mu biegają, jeden kosmyk włosów spadł na czoło. Ubrany jest bez zarzutu, w żakiet. Mówi głosem dźwięcznym, spokojnym, często zatrzymując się dla pochwycenia odpowiedniego wyrazu:
Nastąpił dzień zemsty. Świadomy swoich celów proletarjat staje do walki. Żeby walka była owocną, trzeba przedewszystkiem uświadomić sobie kto jest śmiertelnym wrogiem. Wystarczy tego wroga zniszczyć a zło będzie usunięte. Takim wrogiem jest niewątpliwie burżuazja, ale nie jest to wróg zasadniczy. Wystarczy odebrać fundusze burżuazji, a powiększy się przez to o kilka miljonów głów masa proletarjatu. Sam problemat proletarjatu nie zostaje przez to rozwiązanym. Wróg jest inny, bliższy, z którym robotnik styka się codziennie, przy pracy, który niespostrzeżenie pochłania jego siły, zdrowie, a niekiedy i życie. Wrogiem tym jest maszyna. Nie darmo cywilizacja burżuazyjna szczyci się maszyną, jako największą zdobyczą, która dostarcza jej miljona udogodnień. Ale sądząc, że wymyśliła w maszynie jedynie nową broń do walki z żywiołem i nowy sposób wyzysku proletarjatu, burżuazja omyliła się. Maszyna rozrosła się jak pasożyt, przegryzła się we wszystkie zakątki życia; z narzędzia staje się powoli jej panem. Burżuazja opanowana jest już całkowicie przez maszynę i nie może się bez niej obejść. — Ale robotnik zawsze nienawidził maszyny. Od samego początku była ona dla niego nędzą i przekleństwem. Dziesiątki tysięcy bezrobotnych, tysiące śmierci i okaleczeń, wdowy i sieroty bez chleba — oto czem jest dla robotnika maszyna. Teraz, gdy nastał czas walki otwartej i zwycięskiej, zadanie proletarjatu leży tutaj: oswobodzić ludzkość od maszyny. Należy zniszczyć maszynę, zniszczyć natychmiast, jeżeli nie chcemy, aby ona nas zniszczyła.
Berg w tej chwili jest piękny. Rumieńce palą mu się na twarzy, a włosy zasypują czoło.
Trochę braw, długa niezdecydowana cisza. Berg schodzi z trybuny.
Od stołu wstaje piegowaty student. Jest przestraszony. Mruga szybko oczkami. Mówi głosem prędkim, rozgniewanym:
Wydaje mu się, że inżynier chciał sobie poprostu zadrwić z trybunału, ale brawa jakie słyszał, (zwrot niezdecydowany w stronę) zmuszają go do odpowiedzi. Niszczenie maszyn, które są dobytkiem kulturalnym całej ludzkości, a więc i proletarjatu, byłoby powrotem do barbarzyństwa. Maszyny zarówno służą panom jak i robotnikom. W jaki sposób proletarjat obejdzie się bez maszyn? Przecież i tramwaje i wodociągi, z których korzysta każdy, to też maszyny.
Berg nie słyszy do końca. Wychodzi przez tłum na ulicę. Ludzie rozstępują się przed nim. Deszcz pada drobny, jesienny, zamazany, jak płacz. Berg czuje, że go coś dławi za gardło. Cała jego mowa i apel wydają się śmieszną parodją. Poco? Przecież oni są tacy sami jak tamci, tylko trochę mniej „inteligentni”. I zresztą zapóźno.