2

Berg, bawiący tego tygodnia w innym mieście, zawiadomiony został o zajściu dopiero na drugi dzień listem niewyraźnym i krótkim, wspominającym o jakimś wypadku i wzywającym go natychmiast.

Zgiełk peronu, trzaskanie drzwiami, zapach świeżej farby, skaczący kalejdoskop drzew na diafragmie okna, jak paciorki różańca nawleczone na nitkę głuchego, tępego niepokoju osunęły się w głąb długą, prostopadłą rysą.

Kiedy zameldowany lekarzowi dyżurnemu słuchał suchych, technicznych relacji, był już zupełnie spokojny.

Po ukończeniu wyjaśnień poprosił o pozwolenia widzenia się.

Do separatki wszedł w towarzystwie lekarza.

Chora nie spała.

Leżała nawznak z oczyma szeroko otwartymi.

Berg stanął u nóg. Przygotowany był, że trzeba będzie coś powiedzieć, ale w tej chwili nie mógł sobie właśnie przypomnieć nic odpowiedniego.

(...ciężkie, puszyste świece kasztanów w długiej bezwzględnie prostej perspektywie, chłodny, wilgotny smak ust opartych o usta, ciepło drobnej ręki odczuwanej przez zamsz rękawiczki... — pamiętasz?...)

Spróbował się nawet uśmiechnąć, ale oczy jego padły w tej chwili na obwisłą linię kołdry, modulującej niepojętą próżnię poniżej biódr.

(...Boże, Boże, tylko nie myśleć...)

Jakaś lepka, słodka ciecz podeszła mu do krtani.

I znów kasztany i znów smak wilgotnych ust i długa, wązka noga, wynużająca się z słonecznej piany sukienek.

(...ćśśścho, przecież nie będę krzyczał...)

Jaką zabawną minę ma doktór. Lewy wąs mu opada, jak u chrabąszcza, a na końcu nosa malutki pryszcz.

I wtedy spotkał jej oczy, oczy wylękłego, skatowanego psa (...u ojca, na podwórzu — potopili mu szczenięta...), jakby żebrzące o litość, wpatrzone w niego z naprężonym wyczekiwaniem.

Poczuł, że pod tym wzrokiem mięsza się, że rumieni się, jak sztubak, że stoi tu już parę minut, że trzeba nareszcie coś powiedzieć, i że on przecież nic nie powie.

I nagle zachciało mu się uciec.

(...na ulicy ludzie, dorożki, turkot, tramwaje trrr...)

Dlaczego ten doktór ma taką dziwną minę? O tu jest klamka, teraz tylko do siebie.

Sadził po schodach po cztery stopnie na raz, dopóki nie znalazł się na ulicy wmieszany w pstry, rozgorączkowany tłum.

Upadł czerwony, rozpalony, jak płachta. Okrągła, okrągła skończoność. I nad rozdętem I miasta olbrzymia kropka słońca.

Ludzie biegli, szli, popychali się, warczały auta, dzwoniły tramwaje, wypluwały i połykały na przystankach nowe transporty ludzi i mijały go z jednostajnym zgrzytem szlifowanych szyn.