6

Godzina 12 w nocy. Berg ma tej nocy dyżur w elektrowni. Właściwie mógłby siedzieć w swoim pokoju na górze, jednakże gdzieś (tam głęboko) boi się samotności, chociaż myśli tej nie pozwala się uświadomić.

Jasne światło lamp, rytmiczny turkot maszyn działają sennie i kojąco.

Berg przechodzi kolejno między dwoma rzędami rozpędzonych maszyn.

Świst wirujących szprych i łoskot dźwigni.

Muzyka rozpalonej stali.

Wpatruje się przez chwilę w wirujące koło, ale doznaje lekkiego zawrotu.

Za chwilę przyciąga jego uwagę ogromny tłok wznoszący się i opadający z jednostajną dokładnością. Wydobywa się z niego głuche zmęczone sapanie. Bergowi przychodzi na myśl akt płciowy. Przypatruje się prawie z przerażeniem, jak olbrzymi tłok spada i podnosi się niezmordowanie. Maszyna spółkuje. Dlaczego one jednak same się nie rozmnażają — mówi Berg i czuje zimne mrowie wzdłuż kręgosłupa.

— Dzikie, bezpłodne zwierzęta — rzuca nie oglądając się za siebie i przyspiesza kroku.

Ale końca aleji nie widać. Z prawej i z lewej strony opuszczają się i podnoszą w szalonym rozpędzie dźwignie. Berg czuje powiew twardej, bezwzględnej nienawiści, jaki wieje na niego od maszyn. Odwieczna nienawiść pracownika do swego eksploatora. Czuje się maleńkim i bezradnym w otoczeniu tych żelaznych istot, oddany im na pastwę. Chce krzyczeć i opanowuje się ostatkiem świadomości.

— Nienawidzą mnie — myśli jasno — ale są przytwierdzone i nie mogą mi nic zrobić.

Ażeby samemu sobie pokazać, że się nie boi, zatrzymuje się przed jedną z maszyn i przygląda się jej przez chwilę drwiąco.

Obrót kół jest tu trochę wolniejszy, jakby leniwy. Zwierzę przyczaiło się i czyha. Berg uczuwa nagle nieprzepartą ochotę dotknięcia ręką szprychy. Nie może oderwać oczu od stali suwaka.

— Tylko dotknę i zaraz cofnę — myśli wyraźnie.

Chce się oderwać, uciekać i nie może. A koło zdaje się obracać coraz wolniej, coraz leniwiej... Olbrzymia ręka szprychy wydłuża się, wydłuża... Czuć jej zimny powiew. Za chwilę dotknie jego twarzy. Jezus Marja!!

Berg czuje nagle ostry ból w ramieniu. Czyjeś kościste pałce odrzucają go z niepojętą siłą w bok i słyszy twardy, chropowaty głos, jak głos trąby jerychońskiej:

— Ostrożnie! Byłby Pan wpadł w maszynę.

Widzi nad sobą okopconą twarz robotnika, duże niebieskie oczy, wpatrzone w niego z pod zmarszczonych brwi.

— Niech pan idzie na górę spać, my tu już sami dopilnujemy — mówi głos z tym samym akcetem rozkazującym, wobec którego Berg czuje się bezwolnym i słabym jak dziecko.

Silna koścista ręka przeprowadza go, unosząc prawie przez halę i puszcza na podwórzu.

— Dziękuję — mówi cicho Berg i widzi nad sobą ogromną, czarną twarz nieba, całą w pryszczach gwiazd.