IV

Bure mgły londyńskie oparem wilgotnych gazów trujących pomału rozsnuwały się nad Europą.

W te lata uczeni stwierdzali wyraźną zmianę klimatu europejskiego. Zimą w Nicei leżał grząski śnieg i zdumione palmy, siwe, z zaondulowanymi przez przymrozki liśćmi, jak dziwne płaskopierśne „garsonki”, balansowały w widmowym tangu.

W Londynie, jak zawsze, była mgła i we dnie, we mgle, paliły się latarnie, i w mętnawej, mlecznej galarecie przemykali się zjeżeni ludzie — oślepłe podwodne łódki z dziwacznie krótkimi peryskopami fajek.

Londyńczycy zamiast płuc mają prawdopodobnie gąbki, aby wchłaniać nimi mgłę i, wchłonąwszy, wydychać ją z powrotem, jak fabryki — dym śpiczastymi mordami kominów.

W południe, we mgle, zadarte ku niebu śpiczaste mordy kominów wyły przejmująco, jak psy wietrzące trupa, i wtedy z fabryk, z biur, z urzędów państwowych wysypywały się miliony ludzkich gąbek — wsysać mgłę, aby ponieść ją na powrót do sześciopiętrowych mrowisk urzędów i biur.

W czarnych jak kopalnie portach co dzień o jednej i tej samej porze huczały brzuchate okręty i na okrętach odpływały do angielskich dominiów transporty żołnierzy, urzędników i zwykłych obywateli Brytyjskiego Imperium, aby tam, pod skwarnym niebem Indii, wytchnąć ze siebie trochę mgły, która ołowianym oparem rozściele się po ziemi, bowiem dla przepalonego słońcem Hindusa londyńska mgła jadowitsza jest od trującego gazu.

Tego lata w Europie padał bez przerwy drobny, kłujący deszcz i w sierpniu od brzegów Brytanii tchnęło mgłą. Mgła ciężkim woalem przepłynęła nad La Manchem, otuliła zielone wybrzeża Normandii i pociągnęła dalej, oblekając przedmioty i miasta szarym, mięciutkim zamszem. Szare kosmate kłęby pełzły równinami jak dym. Uczeni przepowiadali słotną jesień i nie wyciągali z tego dalszych wróżb, jak to czynili chłopi, którzy, pamiętając o tym, że dym ściele się po ziemi przed burzą, przebąkiwali o nieszczęściu.

Na La Manche przeciągłym krzykiem syren nawoływały się zabłąkane we mgle parowce.

W Dauville mgła zdmuchnęła z plaży przybyłych rozkoszować się słońcem letników i morze łasymi językami chłeptało biały piasek, jak zapomniane na talerzu, wystygłe purée z kartofli. Po tarasach hoteli wałęsali się nastroszeni, jakby niewyspani ludzie, z flanelowymi szalami omotanymi dokoła szyj.

W restauracjach, w kawiarniach, w holach hoteli od rana skowytał już jazz i niefortunne, półnagie letniczki, ociekające żółtym, trupim światłem żyrandoli, w sukniach przypominających do złudzenia kostiumy kąpielowe, drgały w synkopach rozkoszy, wczepione jak kraby w piersi otrząsających się nurków-tancerzy.

Rankiem z szarego obłoku mgły zygzakiem błyskawicy wyskoczył pociąg pośpieszny i po piorunochronie szyn spadł na stację. Na peronie oczekiwali go dwaj panowie w czarnych cylindrach, ze dwadzieścia sztuk fotografów i niespokojny tłum dziennikarzy. Z wagonu pierwszej klasy wyszedł wygolony, szpakowaty dżentelmen w kepi, w towarzystwie kilku młodszych dżentelmenów. Panowie w cylindrach ceremonialnie pośpieszyli na jego spotkanie. Zaterkotały aparaty. Panowie, uchylając uprzejmie cylindrów, odezwali się po angielsku. Przy wyjściu oczekiwały dwa samochody, i samochody, pod ciężarem opuszczających się na ich siedzenia dżentelmenów, zakołysały się przymilnie i odpłynęły we mgłę. Reporterzy na pierwszych z brzegu taksówkach pomknęli w ślad za nimi, trawieni słodką nadzieją wywiadu. Przybyły dżentelmen był angielskim premierem ministrów.

W godzinę później do obleganego przez dziennikarzy holu hotelu zszedł sekretarz premiera, przebrany w malowniczo-dyskretny pull-over i luźny angielski garnitur, i z miną grzecznie znudzoną oświadczył natrętnym reporterom, że premier przybył do Dauville, nie kierując się żadnymi planami natury politycznej, po to jedynie, aby odpocząć kilka dni po trudach państwowych, i że żałuje niezmiernie, iż pogoda tak bardzo nie dopisała.

Reporterzy przykładnie stenografowali. Wiedzieli doskonale, że nie dalej jak wczoraj do Dauville przybył z Lyonu prezes rady ministrów, którego spotykali na dworcu i odprowadzali do tego samego hotelu, usłyszawszy od niego prawie identyczne oświadczenie. Wiedzieli również i o tym, że dwa dni temu pociągiem od granicy belgijskiej przybył do Dauville poseł państwa ***, aczkolwiek witać go na dworzec chodził tylko jeden pan w cylindrze i na peronie nie było ani fotografów, ani dziennikarzy.

Dlatego, zapisawszy pilnie oświadczenie sekretarza, pobiegli zadepeszować do swych redakcji wiadomość o ważnej konferencji politycznej przedstawicieli trzech mocarstw. Następnie powrócili co tchu czatować na małomównych dyplomatów.

Przez całe rano obaj dyplomaci pozostawali w swych apartamentach. Kazali sobie tam podać śniadanie, które obaj spożyli z apetytem. O godzinie czwartej po południu reporter przebrany za lokaja zauważył, że premier angielski osobiście udał się do WC, gdzie pozostawał przez czas dłuższy, po czym wrócił do swego gabinetu.

Dopiero około godziny szóstej wieczór, ku uciesze wszystkich reporterów wartujących cierpliwie za portierami, premier francuski w towarzystwie sekretarza opuścił swe apartamenty w lewym skrzydle hotelu i bez żadnych wybiegów udał się wprost na prawe skrzydło, do apartamentów premiera angielskiego. Na twarzy jego, jakkolwiek dziennikarze wytężali oczy, niepodobna było dopatrzeć się żadnego określonego wyrazu. Jeden z reporterów zauważył jedynie, że, przechodząc obok jego portiery, premier z cicha pogwizdywał popularną piosenkę.

Wizyta przewlekała się. Trzy razy reporter przebrany za garsona podawał do apartamentu Nr 6 koktajle i długo, bez szmeru krzątał się koło szklanek. Przez cały czas jego obecności obaj dyplomaci mówili przeważnie o pogodzie, skarżyli się na marne urodzaje w państwie, wymieniali zdania na temat ostatnich wyścigów w Wembley. Reporter ostatecznie nie wskórał nic, upuściwszy tylko w zasłuchaniu i z braku wprawy jedną szklankę.

Około godziny ósmej wieczór po kogoś posyłano. W dziesięć minut później do drzwi apartamentu Nr 6 zapukał poseł państwa ***. Wygląd miał arystokratyczny i stylizowanie niedbały, a staranny przedział, wytyczony między rzadkimi kępkami włosków, zbiegał mu do samego kołnierzyka.

Podawano jeszcze raz koktajle. Rozmowa toczyła się po angielsku. Mówiono o zaletach różnych gatunków cygar. Poseł państwa *** w roztargnieniu strzepywał pyłki z rękawa.

Reporterzy za portierami niecierpliwie otwierali i składali kieszonkowe aparaty fotograficzne. Pragnęli za wszelką cenę utrwalić wyrazy twarzy wychodzących po konferencji dyplomatów i denerwowali się, że ten dokument historyczny może z łatwością zginąć wskutek niedostatecznego oświetlenia korytarza.

Wreszcie około godziny dziewiątej drzwi apartamentu Nr 6 otwarły się i wyszedł poseł państwa ***, niedbale poprawiając swe nieskazitelnie śnieżne mankiety. Twarz jego, jak przystoi twarzom dyplomatów, była całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Poseł państwa *** odjechał windą do swego apartamentu.

Dopiero w dobre pół godziny po jego odejściu, w drzwiach apartamentu Nr 6 ukazał się premier francuski, odprowadzany do progu przez swego angielskiego kolegę. Twarz miał z lekka obrzmiałą i różową, jak ludzie, którzy napalili się cygar. Niektórzy z mniej doświadczonych reporterów wzięli to za oznakę podniecenia. Niestety oświetlenie korytarza okazało się istotnie niewystarczającym; gorliwym reporterom najwidoczniej nie było sądzone utrwalić jak się należy dla potomności wyrazów twarzy, jakie mieli dyplomaci tego znamiennego wieczora.

Odprowadziwszy premiera francuskiego do jego apartamentów, dziennikarze rozsypali się: jedni na pocztę, drudzy do restauracji — pałaszować kotlety po wiedeńsku i pisać artykuliki, inni wreszcie na dancing — rozprostować nogi po pracowitym dniu. Obaj premierzy odprawili służbę i najprawdopodobniej udali się na spoczynek. Dzień polityczny zakończył się. Nic ciekawego nie mogło zajść do następnego rana. Ostatni reporter, pragnąc nazajutrz od świtu być pierwszy na posterunku, opuścił hotel.

A szkoda. Gdyby był doczekał do dwunastej, uwagi jego z pewnością nie uszedłby niepozbawiony znaczenia wypadek. Za dziesięć dwunasta przed bramę hotelu zajechał samochód. Ze schodów zszedł poseł państwa ***; poprzedzał go boy, niosący walizkę. Poseł i walizka zniknęli w drzwiczkach samochodu. Auto odjechało w stronę dworca.