1

Tańcowała izba, stół,

cztery konie, piąty wół.

Tańcowały krowy z obór,

jak w tancerkach był niedobór.

Tańcowała izba, sień

Jak ci bida, to się żeń!

Z końmi — wiadra, z ludźmi — konwie,

jeden Bóg ich z których stron wie.

Tańcowały skrzypce, bas,

biała droga w czarny las.

Wyrzucała nogi-wierzby

na gościńcu, bo i gdzieżby?

Tańcowała izba, wieś

Jak ci bida — mam cię gdzieś!

Umorusał szybki.

Zawodziły, labidziły

w ciasnej izbie skrzypki:

«A cóż ci to, Maryś, co ci,

że ci w oczkach się markoci,

że ci jakoś oczki puchną,

co przemówisz z którą druhną?

A czy cię kto, Maryś, urzekł,

czy żałujesz swoich nóżek,

że nie tańczysz tak, jak drudzy?

Przecie twój dziś ślub, nie cudzy».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Szumiał wiatr pod lasem.

Dziwował się krępy bas,

pomrukiwał basem:

«A czyś ty, Maryna,

miała oczy w bielmach,

że ci się spodobał

ten smarzowski stelmach15?

A gdzieś ty, Maryna,

miała oczy, powiedz,

że ci się uwidział

na młodego16 wdowiec?

A czy ci, Maryna,

a czy ci to warto?

Pochował już żony trzy,

pochowa i czwartą.

Wdowiec — mruk, będzie tłukł,

o tym każdy parch wié17

Złakomiłaś ty się, Maryś,

na ten zagon marchwi.

Maryna, Maryna,

czy ci to nie lubo,

że ci gram w taki kram,

że ci grram tak grrrubo».

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Kroplą kroplę starł wnet.

Podrygiwał, podmigiwał

usmarkany klarnet:

«Weź se, Maryś, czepek nasadź,

jak nie chciałaś gęsi pasać,

jak nie chciałaś statków myć,

idźże zamąż, idźże, idź!

Taki baran, jaka owca

chciałaś wdowca, idź za wdowca.

Taki ogier, jaka klacz

wprzódyś chciała, teraz płacz!

Przywiózł Szela wódki z miasta,

roków miałaś pół-piętnasta18.

Radził wujek, radził ksiądz:

»Nie idź za mąż, jeszcześ brzdąc«.

Czemuś mu nie rzekła, Maryś:

»Idźże, Szela, dla mnie staryś.

Roków masz trzydzieści pięć,

innym pannom głowy kręć«.»

Padał deszcz. Płakał deszcz.

W bruzdach lśnił jak lakier.

Tańcowała cała wieś

czapki strzech na bakier.

«Grajże, Josek, grajże, Berek!

Naści wódki półkwaterek!

Naści wódki całą kwartę

na wesele, na to czwarte!

Idźże, Maryś, tańczyć, idźże!

Już mi dziś cię nikt nie wydrze,

już nie ujdziesz, jakbyś w dno wrósł,

już nas związał księży powróz.

Stoją wierzby kole19 szczelin,

przyszły patrzeć na ślub Szelin20.

Idź je, Maryś, do dom prosić,

jadła-picia będzie dosić21».

«A musiałażeś22 ty, Maryś,

jakiś zadać czar mi,

że się niczym już, jak tobą,

głód mój nie nakarmi.

A musiałaś ty mi zadać

jakiś zdradny napój,

że mię pali, choć go stamtąd

nożem powydrapuj.

A musiałażeś ty, Maryś,

we mnie wróść jak gałąź,

żem tak osłabł, jakbyś ze mnie

krew wyssała całąś.

Ani wyrwę cię już stamtąd,

choćbym trzewia rozciął.

Udławiłem ja się tobą

jak zdradliwą ością.

Ani dom mi dom bez ciebie,

ani wieś mi — nie wieś,

jeno mi się w oczy popatrz

i przez ramię przewieś.

Omotała mię całego

jakaś dziwna chorość,

że już czasem jak ta ziemia

chciałbym zbożem porość.

Żebym czasem w byle sadzie

chciał być ulem pszczelim,

żeby we mnie pszczoły grały,

nie ten ból mój, Szelin.

Snadź23 dojrzało we mnie cosik,

aż z tej ciąży ścierpłem,

że jak snop się dzisiaj walę

pod twym słodkim sierpem.

Snadź ustało się to we mnie

jak najtęższy rosół.

Weźże, Maryś, go pokosztuj,

jedną łzą go osól.

Oj, ustało coś się we mnie,

kutym, starym łotrze,

coś od soku z malin gęstsze

i od miodu słodsze.

Zamuliła mnie jak kożuch

jakaś dziwna dobroć,

by się do niej twoim ustom

łatwiej było dobrać.

Weźże mi się nad nią nachyl,

ile zechcesz — upij,

a tę resztę choć rozpryskaj

dla swawoli głupiej.

Jeno wprzód mi tej słodyczy

miarką ust twych namierz

Żółty kłos mi z serca wyrósł,

ty go, głupia, złamiesz».

Tańcowała izba, sień

cztery noce, piąty dzień.

Strumień wódki rowem pociekł,

zatańcował w gnieździe bociek.

Tańcowali, poszli spać.

Wyszedł księżyc, nie mógł wstać.

Jak żydowska lśnił się maca,

wszystkie cienie poprzewracał.

Tłukł się niebem wszerz i wzdłuż,

nie mógł trafić ani rusz.

Po kościelnym dachu biegał,

wpadł na wieżę, rozbił zegar.

Aż go w krzakach zgryźli psi.

Było wrzasku w całej wsi.

«A i głupiżeś ty, Szela, głupi!

A i herny24 z ciebie, Szela, mąż.

Pół jarmarkuś swojej Maryś skupił25,

teraz z bidą koniec z końcem wiąż.

A i dziwnyżeś ty, Szela, dziwny!

A i gdzieś ty taki, Szela, rósł?

Za spojrzenie tych jej oczu piwnych

całe miasto byś jej do dom zwiózł.

Choć jak jabłoń, choć jak jabłoń obrodź,

że cię garścią, że cię garścią rwią,

nie przemogła jeszcze nigdy dobroć

babiej chuci nie wybitej z krwią.

A i kiedyż ty się, Szela, dowiesz,

jak nie widzisz, choć na oczyś zdrów,

po co chodzi twoja Maryś w owies

z smagłym Wickiem, co go masz do krów?

A i spytałbyś się tego siana

i tych snopków, co je zważył szron,

ile razy z nich schodziła zgrzana

twoja Maryś cała w źdźbłach i on.»

U karasia kare skrzela,

u szczupaka siwe.

Nie udało ci się, Szela,

to kochanie ckliwe.

Na stodole wrota z kłodką.

Miękkie siano pachnie słodko.

Na stodole snopek mężyn

mięcej drga od pańskich sprężyn.

«Weź mię, Wicuś, sobą przykryj.

Lepszy dzień od nocy przykrej.

Taka mdli mię straszna lubość,

jeno pójdź mię sobą ubość».

«Daj mi, Maryś, daj mi z bliska

twoich piersi kretowiska.

Jak dwie skiby twoja kibić,

dajże mi się pługiem wskibić».

jak za drzewo dzięcioł,

że tę jasność ode słońca

taki czarny cień ciął?

Oj, nie obłok to, nie chmura

nagłym deszczem szumna,

to ci stoi Jakub Szela

na środku gumna26.

Jak uderzył Szela raz,

przykląkł Wicuś, zgiął się w pas.

Jak uderzył Szela drugi

poszły nosem krwi dwie strugi.

Jak uderzył w skroń, nad brwią,

przysiadł Wicuś, charknął krwią.

Jak uderzył czwarty z prosta,

upadł Wicuś, tak już został.

Otarł Szela krwawy farsz:

«Ty mi, tłuku, do dom marsz!».

Zamknął w izbie na trzy spusty,

wyszedł w pola mdły i pusty.

Kończył dzwonić dzwon i pierzchł.

Wyszedł w pole siwy zmierzch.

W kierpcach27 krasych28 szedł jak Hucuł29,

mrok po polach garścią rzucał.

Wstał na niebie wąski sierp.

Jakeś głupi — teraz cierp!

Jak chowali przy niedzieli

Szelinego Wicka,

żałowała ci go cała

ludność katolicka.

Cała ludność wychodziła

choć przed próg, na ganek,

jeno Szelin nikt30 nie wyjrzał

z izby, zza firanek.

A i po co ci to było

miód kraść z cudzych uli?

Już cię teraz jedna ziemia

do swych ust przytuli.

A i po co ci to było

służyć cudzym żonom?

Nie pomierzwiłby cię był tak

nawet sam ekonom.

A i gdzież ta twoja Maryś,

co ją wziął tak smęt aż,

że nie wyszła dzisiaj nawet

odwieść cię na cmentarz.

Że se jedziesz sam jak palec,

jakby jaki panic.

Zagubiłeś ty się, Wicuś,

zagubiłeś za nic.