W walce o równe prawa. Nasze bojownice
Pani Matyldzie Grohmanowej — drogiej przyjaciółce lat najmłodszych — koleżance — Jej czujnej myśli i wrażliwej na potrzeby społeczno-intelektualne duszy książkę tę poświęca
C. Walewska
Najgłośniejsze hasła walki o równouprawnienie kobiet przypadły w okresie ciężkiej niewoli, kiedy najsrożej jęczała Polska pod uciskiem władz zaborczych. Żądać wówczas praw dla połowy obywateli, kiedy nie miało ich całe społeczeństwo — czyż nie paradoks? — I gorzej niż paradoks — czy nie trwonienie sił nadaremne? Nie strata czasu i prężności czynu?
Padały wyroki potępienia na „polskie sufrażystki1”.
Karykaturowały je pisma humorystyczne. Żerował na nich dowcip uliczny. A one — niezrażone — szły sobie własną drogą bez odchyleń i zawracań, coraz odrzucając jakiś głaz wyboisty. A za nimi rył się ślad wyraźny, nie tylko walki o równouprawnienie, ale i tej najświętszej, najdroższej sercom naszym — walki o duszę ludu polskiego, na którą czyhały łapy zaborcze.
Dzieje trudu naszych bojownic to rytm, siła, napięcie, żywioł pracy najbardziej uspołecznionej. Pracy jednostek, dla których sprawy ogólne pokrywały wszelkie ich cele i pragnienia osobiste.
Idea wyzwolenia kobiety łączyła się tak ściśle z dążeniem do wyzwolenia narodu, z żarem najgłębszego patriotyzmu, największych ofiar w imię dobra ojczyzny, z ciągłym nieceniem kaganka w podziemiach, że często, może najczęściej, hasła główne służyły jako płaszcz ochronny dla innych, niedozwolonych.
Bo w byłej Kongresówce tzw. „ruch kobiecy” jako „nieszkodliwa chimera2” cieszył się zawsze największą względnością rządu rosyjskiego — właściwie cenzury i władz administracyjnych. Wolno było pisać na temat emancypacji swobodnie i niekiedy nawet zwoływać wiece publiczne w tych sprawach, pod które podszywało się zręcznie różne inne, mniej uprzywilejowane.
Feministki nasze — ten żywioł zawsze czujny, pełen pomysłowości, przeważnie kulturą zachodu wykarmiony, wprowadził do nas niejedną instytucję, stworzył niejedną organizację, stanowiącą zarodek tego, co powstaje dziś w wolnej Polsce z ramienia ministerstw, gmin, samorządów, otoczone ich pieczą.
Nie doczekało wyzwolenia Rzeczypospolitej Polskiej wiele spośród najczynniejszych bojownic ruchu kobiecego. Zmarła przedwcześnie jego hetmanka. Te, które zostały, zajmują dziś przeważnie czołowe stanowiska na placówkach naszych oświatowo-społeczno-kulturalnych. Mamy spośród nich przedstawicielki narodu w Sejmie i Senacie, radne miejskie, urzędniczki wysokich kategorii, kierowniczki zakładów oświatowych i zawodowych. Wszystkie dojrzałe do zadań podjętych i łączące z pracą swoją zawodową głębokie zrozumienie obowiązków obywatelskich.
Sylwetki ich w książce niniejszej objęły grupę działaczek sprzed okresu wojennego i powinny przekonać ludzi dni dzisiejszych, że wołanie o równe prawa nie było nigdy jedynym ich celem.
Jeżeli współcześni uważali za rzecz zbędną dopominanie się kobiet o równe prawa i walkę o nie, to z drugiej strony ludzie dzisiejsi nie wierzą, aby taka walka istniała kiedykolwiek. Przyszła niepodległość Polski. Stanął u steru rząd socjalistyczny. Wydał dekret o pięcioprzymiotnikowym powszechnym głosowaniu bez różnicy płci. No i spadła gwiazdka z nieba. Zostałyśmy pełnoprawnymi obywatelkami wolnego państwa naszego.
Mamy już całe pokolenie kobiet, które bez własnego udziału osiągnęły czynne i bierne prawo wyborcze. Niechże wiedzą, z jakim twardym wysiłkiem przygotowywany był grunt dla uświadamiania społeczeństwa o konieczności przyznania go. Niech wiedzą, jak bardzo życiem i czynem stwierdziły nasze bojownice prawa swoje do mandatu przedstawicielek narodu i z jaką pełną ufnością przelewają je na swe młode następczynie.
Bo czy wolno im spocząć na laurach? Czy skończył się dla nich tzw. „ruch kobiecy”? Czy nie mają już nic do zrobienia poza utrzymaniem zdobyczy, jakie zastały?
Dźwigać się trzeba zawsze i walczyć ciągle i szukać nowych dróg, dążyć do mety w wyścigu, wyzwalać się w samych sobie. Ogrom założeń zmniejszył się dla nowo wstępujących jednak o tor zasadniczy, już wyżłobiony. Energia, baczność, czujność, wytrwanie i myśl twórcza zwrócić się winny ku tym poczynaniom, które stwarza konieczność chwili obecnej.
Równouprawnienie nasze oprzeć się musi na twardej opoce życia praktycznego, aby nie zostało błędnym, teoretycznym ognikiem.
Pracować trzeba długo, wytrwale nad zniesieniem wszystkich ograniczeń praw kobiety w kodeksie cywilnym. Wzmocnić troskę o ochronę pracy kobiet i dzieci. Domagać się powiększenia liczby inspektorek pracy i kadr kobiecych policji państwowej. Żądać równej płacy za równą pracę. Ochrony macierzyństwa, zabezpieczenia wdów i sierot, zapomóg dla położnic, wzmocnionej walki z reglamentacją prostytucji, handlem żywym towarem i alkoholizmem, zdwojonej opieki nad emigrantkami itd., itd. A przede wszystkim — dążyć na przebój do zajmowania stanowisk odpowiadających zdolnościom, wykwalifikowaniu i wiedzy kobiety, wbrew zakorzenionemu przesądowi, że wyższe szczeble hierarchii zawodowej należą się tylko mężczyźnie, choćby mniej przygotowanemu i uzdolnionemu.
*
Jak uszeregować w książce, jaką kolejność wyznaczyć bojownicom naszym w pochodzie ich czynu!
Zaródź ruchu kobiecego wyszła z byłej Kongresówki. Tu hasła swoje rzucił Prądzyński. Tu działała i skupiła dokoła siebie najwybitniejsze siły kobiece Paulina Kuczalska-Reinschmit, pionierka feminizmu, oddziaływając na dzielnice zakordonowe. Z jej osobą łączyła się ściśle praca sztabu, który ją otaczał. Więc czyż można rozdzielić grupę, tak mocno zespoloną?
Odrębne koło już nie bojownic, ale gorących orędowniczek ruchu kobiecego stanowią te nasze uczone, które w pracach naukowych teoretycznie, a życiem własnym praktycznie stwierdzały zawsze konieczność wyzwolenia kobiety z więzów społeczno-prawnej zależności. Im więc należy się miejsce oddzielne.
W byłym zaborze austriackim miał ruch kobiecy odmienny charakter wobec możności względnego realizowania haseł walki o równe prawa. Stąd konieczność zgrupowania go w samym sobie.
Wielkopolska, zajęta obroną tych nielicznych placówek życia narodowego, jakie jej pod pięścią pruską jeszcze zostały, w tym kierunku wyłącznie skupiała wszystkie swe wysiłki. Pionierką ruchu kobiecego była tam Emilia Szczaniecka3, owa „czarna pani”, z którą w czasie powstania listopadowego stykał się przy chorych i rannych w Warszawie dr Karol Marcinkowski, wiekopomny twórca Towarzystwa Naukowego i tylu innych organizacji w Poznaniu. Ta, której oddal swe serce i nieziszczone nigdy marzenia o szczęściu osobistym.
Szczaniecka zrealizowała swoje dążenia emancypacyjne przeważnie w dźwiganiu kobiet ku światłu wiedzy. Założone przez nią w 1871 r. Stowarzyszenie Pomocy Naukowej dla Dziewcząt w 30 lat później liczyło już 2500 członków. Żadne zresztą ze stowarzyszeń kobiecych ówczesnych, nawet kilka tych o charakterze postępowym, jak „Promień”, „Warta” i inne, nie rzucały haseł równouprawnienia.
Życie Szczanieckiej mało jest znane dotychczas. Przyszłość musi przynieść Polsce monografię tej bohaterki i przeczystej, świetlanej postaci.
Stowarzyszenia na Górnym Śląsku, jak Koło Kobiet Polskich w Gliwicach, założone przez p. Omańkowską4, Ognisko w Katowicach (o zabarwieniu socjalistycznym), Czytelnia Kobieca w Kościanie itd. — poza samokształceniem dążyły tylko do do współdziałania w obronie narodowej.
*
Czy należałoby włączyć autorki nasze — Orzeszkową i Konopnicką — w szeregi walczące o równouprawnienie?
Konopnicka parokrotnie chwytała za oręż, Przemawiała na wiecach płomieniście. Rzucała gromkie, bezkompromisowe hasła. W sylwetkach „Naszych bojownic”, zwłaszcza Orki-Rajchmanowej i Dulębianki, widzimy pełny jej „czyn” w dziedzinie ruchu kobiecego, tak ściśle związany z działalnością grupy, że wyodrębnienie go byłoby powtórzeniem całej akcji na stronicach jednej i tej samej książki.
Geniusz Konopnickiej stanął na najwyższych szczeblach poezji, wiedzy, zrozumień obywatelskich i objął najszersze — swoje własne widnokręgi. Że w sprawie kobiecej musiała iść ławą, tego wymagała konieczność. Nazwiskiem swoim opromieniła kilka zbiorowych wystąpień, co dodało nowy liść do wieńca jej chwały. Ale — jak prosty żołnierz — podporządkowywać się musiała rozkazom wodza głównego — hetmanki z Warszawy. Stała przed nią na baczność wielka poetka, więc w ruchu kobiecym pierwszych miejsc zająć nie mogła, w ostatnich ani średnich postawić jej nie przystoi.
Orzeszkowa Martą jak wielkim dzwonem zbudziła ze snu kobiety. Porwały się do pracy. Zrozumiały, czym powinna być i czym jest w życiu samowystarczalność. Marta — po „entuzjastkach”5 — to drugi potężny etap w ruchu kobiecym. Ale Orzeszkowa, jak współczesny jej Prądzyński, bała się bezkompromisowości. Pełne równouprawnienie? Aby to nie zaszkodziło innym najdonioślejszym sprawom, sprawie narodowej przede wszystkim.
„Radykalne zmiany” — pisze w studium swoim Polka — muszą przynajmniej na czas jakiś w stosunkach i opiniach społecznych wprowadzać zaburzenia i słabość. Otóż nie godzi się dokonywać niebezpiecznych eksperymentów na organizmie, zagrożonym śmiercią”.
Obijały się o nią hasła. Grzmiały, huczały nawoływania. Rozumiała je. Chwytała. Byłaby cieszyła się nimi, gdyby nie ten zabobonny lęk...
Więc — o ile Marta stała się objawieniem, dźwignią, olśnieniem, o tyle w szarym oparze lat 70. przycupnęło to inne.
Geniuszem, intuicją, zrozumieniem potrzeb chwili pchnęła Orzeszkowa ruch kobiecy w ciągu doby o pół stulecia naprzód, ale „naszą bojownicą” jeszcze być nie chciała.
*
Rzucam w świat książkę swoją nie tylko, żeby stała się żywym świadectwem potężnego uspołecznienia naszego feminizmu, ale — żeby — w przyszłości — posłużyła jako jedno ze źródeł do historii ruchu kobiecego w Polsce po dni wielkiej wojny. Życiorysy „bojownic” oparte są na ścisłych danych stwierdzone mocą bezpośrednich wywiadów. Mieści się w nich spory szmat społecznego naszego życia sprzed lat pięćdziesieciu na tle sprawy kobiet z tej epoki.
Po dobę entuzjastek włącznie mamy doskonale ujęte dzieje ruchu kobiecego w książce Chmielowskiego Autorki polskie XIX w.. Częściowo również w dziele Prądzyńskiego O prawach kobiety. Tzw. „Nachschlagebuch” — wskaźniki broszur, prac poszczególnych i zbiorowych, pism kobiecych, ludzi, zasłużonych w dźwiganiu sprawy kobiet itp. stanowi broszura w dwóch częściach pt. Ruch kobiecy w Polsce — wydawnictwo im. Orzeszkowej, obejmujące przeciąg czasu od pozytywizmu naszego po rok 1907.
Innych danych przyszły historyk szukać musi — poza przygodnymi, częstokroć bardzo wartościowymi pracami naszych socjologów i publicystów(ek) — w rocznikach pism kobiecych: „Steru”, „Nowego Słowa”, „Bluszczu” z lat ostatnich, „Kobiety Współczesnej”, a także tych organów, które na ścieżaj otwierały sprawie kobiet łamy swoje. W zbiorowych wydawnictwach, jak „Głos kobiet w sprawie kobiet”, Kalendarzach kobiet, pamiętnikach zjazdów kobiecych, wydawnictwach stowarzyszeń i związków równouprawnienia kobiet itp.
(Możliwie szczegółowy spis bibliograficzny prac z dziedziny ruchu kobiecego podany jest na stronie 224–229).
Napisanie monografii zmagań i walki kobiet o równe prawa będzie pracą mozolną i uciążliwą. Może ułatwi ją choć w części książka niniejsza, wydana staraniem Redakcji „Kobiety Współczesnej”, a nakładem Pani Matyldy Grohmanowej, która zrozumiała cel jej i założenie.
C. W.