Melania Rajchmanowa (I. Orka)
Głośne były w latach 80. aż do jakiegoś 1909 r. salony pp. Rajchmanów. Przesuwał się przez nie co przedniejszy intelekt Warszawy. Gromadzili się literaci, artyści, dziennikarze. Zasiadali w fotelach pod palmami uczeni, słuchając gry, śpiewu, deklamacji pierwszorzędnych mistrzów, swoich i obcych. Nie było wirtuoza, którego by nie znęciła w niedzielne popołudnie bujna, artystyczna atmosfera domu wydawcy i redaktora „Echa Muzycznego”. Witała gości drobna, szczupła kobieta, zawsze uprzejma, zawsze pogodna, mimo ciężkich trosk swoich i umęczenia życiem światowym. Z dziwną precyzją, nikła, prawie niewidzialna, umiała łączyć z sobą znajomych i nieznajomych, nawiązywać nić rozmowy, wytwarzać nastrój swobody.
Nikt nie podejrzewał w niej bystrej publicystki i pełnej bujnych pomysłów społecznicy. Była zawsze cieniem samej siebie. Kryła się pod pseudonimami.
Jako Witold Janicki pisała barwne, świetne stylistycznie i porywające sprawozdania, oceny, krytyki literackie, pomieszczane przeważnie w „Echu Muzycznym”, które redagowała wraz z mężem. W miesięczniku Feldmana „Krytyka”, prowadziła stale rubrykę „Sprawy kobiece”. Bez podpisu albo inicjałami zaledwie podznaczone, rzucała niezmiernie ciekawe i artystyczne w ujęciu interwiewy153 swoje z najwybitniejszymi przedstawicielami literatury i sztuki świata całego, drobiazgi, które, zebrane w całość, stanowiłyby znamienny dokument chwili. Tak umiejętnie poruszała w nich ważkie doraźne zagadnienia. Tak zręcznie i prosto sięgała w wywiadach swoich po nić porównawczą między zjawą kultury Zachodu,a odbiciem jej i tętnem u nas.
W 1907 r. przypadły obchody 40-letniej pracy autorskiej i społecznej Orzeszkowej. M. Rajchmanowa, gorąca wielbicielka autorki, postanowiła uczcić jubileusz pierwszym wielkim zlotem kobiet polskich z całego świata. Jak zawsze, tak i tym razem organizatorka, inicjatorka, kierowniczka ukryła się poza grupą zaproszonych do komitetu wybitnych jednostek świata kobiecego, zostawiwszy sobie czarną robotę sekretarki i jako taka przybrała symboliczny pseudonim „Orki”, który przywarł do niej już po ostatnie chwile działalności.
Na czele komitetu stanęła dr Anna Tomaszewicz-Dobrska. Sala Filharmonii nie mogła pomieścić tłumów, które zgromadziły się u wejścia w czerwcu 1907 r. Przybyli Polacy nawet z Syberii. Najznakomitsi przedstawiciele prasy, nauki, pracy zasiadali w sekcjach. Przemówienia wygłosili: Aleksander Świętochowski, L. Krzywicki, Tadeusz Wróblewski, Stanisław Kempner, Lednicki, A. Wysłouch i inni. Przygotowały referaty nasze najwybitniejsze działaczki, ekonomistki, wychowawczynie, społecznice. Otworzyła zjazd porywającą mową Konopnicka. „Hufca odważnych i wytrwałych szeregów, światłych umysłów, serc mężnych wymaga sprawa równouprawnienia kobiet” — wołała. „Zjazd jest zszeregowaniem się takiego hufca, jego radą wojenną, obmyśleniem planu strategicznego, opatrzeniem placówki. Orzeszkowa, wielka bojownica wyzwolenia kobiet, wyśniła ideał kobiety »o sercu anioła, a rozumie mędrca«. Zjazd musi zrealizować piękny sen genialnej pisarki. Musi stwierdzić, że marzenia wysokiego Ducha nie poszły na marne. A więc — Laboremus!154”
W zbiorowisko ludzkie padły hasła, które wobec autorytetu mówczyni nie dopuszczały protestu. W ciszy kościelnej wysłuchano poetki. Mury zatrzęsły się pod burzą oklasków, gdy skończyła. To było zwycięstwo geniuszu, któremu nie mógł oprzeć się najzagorzalszy wróg „nowinek”.
A Orka po skończeniu zjazdu podjęła dla upamiętnienia go myśl otworzenia Instytutu Pedagogicznego, ułożywszy wraz z Anielą Szycówną program, środki wykonawcze i marząc o stworzeniu z czasem Akademii Pedagogicznej. rzejęta zagadnieniami wychowawczymi, ogłosiła kwestionariusz dla matek, urządziła szereg wieców, które miały tak wielkie powodzenie, że brakło miejsc dla słuchaczy. Na jednym z nich poruszono sprawę, tak aktualną dzisiaj, opieki pozaszkolnej nad młodzieżą.
Dla upamiętnienia zjazdu podjęła Orka również wydawnictwo im. Orzeszkowej „Kobieta w życiu społecznym”. Weszły w skład jego: Ideały ruchu kobiecego T. Męczkowskiej, Matka A. Szycówny, Ruch kobiecy w Polsce C. Walewskiej. W projekcie był dalszy ciąg prac tego typu, ale stanął na przeszkodzie przede wszystkim brak funduszów, następnie prawie nagły wyjazd do Paryża, gdzie wzięła nasza cicha pracownica czynny udział w miejscowym ruchu feministycznym. Pisała dużo, zwłaszcza w „La Française”, organie poświęconym sprawom kobiecym. Następnie wespół z Szeligą zorganizowała Kongres Nieustający Spraw Kobiecych, na którego miesięcznych zebraniach przedstawiała stale działalność społeczno-literacko-naukową Polek w byłych trzech zaborach. Sprawy polskie poruszała również w odczytach, wygłaszanych po francusku dla robotnic z katedr Uniwersytetów Ludowych.
Studiując poza ruchem kobiecym pilnie ruch spółdzielczy i oświatowy we Francji, bystrymi i głębokimi spostrzeżeniami, wiadomościami i statystyką dzieliła się stale z „Bluszczem”, „Prawdą”, „Echem literacko-artystycznym” i innymi.
Do najpoważniejszych jej prac należy Kobieta w sejmie i gminie, gdzie dała wyraz szerokiemu polotowi umysłu, obejmującego z bystrą intuicją zagadnienia, mające zreformować ludzkość przez oparcie jej na prawach równości i sprawiedliwości.
Udział Polski w Muzeum Pracy Społecznej w Brukseli i w stałej wystawie zbiorów etnograficznych w Paryżu były ostatnią troską czujnego, lotnego, a tak bardzo cichego w zewnętrznym swym wyrazie ducha zmarłej.
Interesowało ją wszystko: literatura, życie oświatowo-kulturalne, praca społeczna, a nade wszystko czyn realny. Uświadamiać, co się już zrobiło, zachęcać do dalszych trudów i wysiłków — to było jej żywiołem. Urządzała wycieczki zbiorowe, zwiedzanie fabryk, zakładów społecznych, muzeów, galerii. Ale nie siebie — kogo innego zawsze podstawiała jako projektodawcę i wykonawcę. Faktycznie była duszą, inicjatorką, bodźcem tych rozlicznych dokonań, jakie dziś uskuteczniają instytucje, grupy, zrzeszenia.
Bujność pomysłów jej nie miała granic. Po rozmowie z nią wychodziło się w oszołomieniu różnolitością perspektyw działania, jakie rzutowała — zawsze mądrze, bystro, celowo. Ginęła większość zamierzeń, nie do urzeczywistnienia w żelaznych kleszczach niewoli. Ale z jutrznią wyzwolenia miało dokonać się wszystko.
Wierzyła Orka święcie w bliską niepodległość Polski. I było to dziwne w dniach, kiedy skarb wolności wydawał się tylko mirażem. W listach paryskich z 1910 r. wykazywała konieczność studiów samorządowych i parlamentarnych dla dobra niedalekiej Polski. Komuś z bliskich swoich przepowiedziała, że obejmie wkrótce katedrę w Uniwersytecie Warszawskim.
Prorocza była ta jej niezłomna ufność w zmartwychwstanie kraju. I dlatego tak gorąco, tak żywiołowo zabiegała o czyn w Polsce. Dlatego taką wielką życzliwością darzyła tych, co budowali swoje gmachy. I z taką radością, jak niegdyś nasz Prus genialny, witała każdą cegiełkę w murze mądrych poczynań.
Zmarła na obczyźnie, nagle, z daleka od swoich, nie doczekawszy tej wolnej Polski, którą miała w sobie.
Śpi dziś spokojnie serce strudzone i myśl niegdyś żywa. Śpi cicho wątła kobieta, przez której salony przesunęła się cała Warszawa, nie wiedząc, kto ją wita. Wyciągały się jej ręce do jednodniowych znajomych, a duch wypatrywał czujnie i bacznie, kto z nich stanie w rzędzie budowniczych Polski?