Teodora Męczkowska
Do najwybitniejszych pionierek ruchu kobiecego, skupionych niegdyś pod sztandarem Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, należy Teodora Męczkowska, obecna wizytatorka szkół średnich w Warszawie. Przedziwnie równy, jakby z jednej bryły wykuty charakter i twarda, nieugięta wola.
Już w umyśle podlotka zarysował się całokształt życia późniejszego, a mocne opanowanie wewnętrzne, rozum, siła nieugiętych postanowień, wiara niezłomna w dojście do zamierzonego celu nie pozwoliły jej nigdy zejść z raz wytkniętej koleiny.
Takie mocne jednostki budowały Polskę w niewoli i odwalały wyłom po wyłomie. A gdy wybiła godzina, poszły na służbę wolnej ojczyzny, oddając jej wiedzę i całą prężną siłę doświadczeń zdobytych w ciągu przedwojennego marszu „na przebój”.
*
Urodziła się w Łowiczu, w domu, gdzie nie do pomyślenia były jakiekolwiek „nowinki”. Rodzice pieścili, psuli dziewczynkę, pozwalali jej na wszystko, ale do czasu.
Gdy skończywszy w Warszawie II gimnazjum żeńskie, tzw. „polskie” ze względu na najmniej oszalałą rusyfikację, postanowiła wyjechać na uniwersytet — ojciec, pastor, położył stanowcze weto, a matka rozsnuła miraże niezliczonych zabaw w miasteczku i sąsiedztwie, najśliczniejszych balowych sukien, najbardziej urozmaiconych pikników, najponętniejszych podróży, aby tylko wybić z głowy smarkatce niewczesne pomysły.
Ale dzieciak trwał przy swoim uparcie. Musi skończyć przyrodę — ten dział wiedzy, a nie inny. Musi wyjechać na uniwersytet. Musi. Powiedziane. Basta.
— Nie damy pieniędzy.
— No to sama je zdobędę.
Przez trzy lata po powrocie z Warszawy z maturą w kieszeni dawała lekcje i wszystkie zarobione pieniądze odkładała na wyjazd.
Miała lat 17, gdy zaręczyła się z późniejszym swoim mężem dr. Wacławem Męczkowskim, świetlanej pamięci, bezgranicznie dobrym i mądrym człowiekiem.
Rodzice promienieli. Wyjdzie za mąż — rozlecą się mrzonki uniwersyteckie.
Ale nie tak łatwo szło z hardą dziewczyną. Narzeczony — duchowy potomek Dembowskich, Skimborowiczów, Prądzyńskich, a bliski już pokoleniu gorących szermierzy praw kobiety: Chmielowskich, Świętochowskich, Krzywickich, Dybowskich — popierał jak najusilniej projekt niesfornej gimnazistki.
Dziewięć lat, całe lat dziewięć trwało narzeczeństwo. Ludzie ówcześni ruszali ramionami. Rodzice i znajomi nie mogli zrozumieć „dziwacznej pary”. Ale nie było próśb, zaklęć, argumentów, które by zdołały przezwyciężyć upór tych dwojga.
W 1896 r. skończyła panna Oppmanówna wydział przyrodniczy w Genewie. Zaraz po powrocie do kraju odbył się ślub. Rodzina znowu promieniała. Nareszcie umilkną kłopoty z nieokiełznaną panną. Ale nowa niespodzianka.
W myśl samowystarczalności kobiety, która nie chce być zależnym od męża materialnie biernym podmiotem, postanowiła pani doktorowa spożytkować swoją wiedzę uniwersytecką (była jedną z pierwszych naszych studentek) i dawać lekcje.
Otrzymała je natychmiast na pensji15 pani Porazińskiej. Powstał huczek w mieście i wielkie zaniepokojenie.
— Jak to, mężatka i praca zarobkowa?
Rodzice postanowili wypłacać jej rentę miesięczną w wysokości sumy, jaką otrzymywała za lekcje, aby tylko nie psuła doktorowi kariery. Bo co powiedzą ludzie? — Niedołęga, nic nie umie, skoro nie może zapracować na żonę. Czy przyjdą pacjenci do „męża nauczycielki”?
Młoda pani odpowiedziała artykułem w „Sterze”, organie równouprawnienia kobiet, wydawanym przez Paulinę Kuczalską-Reischmit. Tytuł brzmiał: Praca zarobkowa kobiet zamężnych. Podpis — „Doktorowa Męczkowska”.
Wrzało, huczało coraz gwałtowniej. Ale była studentka nie schodziła z placówki. Świetne wykłady, za którymi ginęły16 uczennice, zwyciężały upór opinii. Dawała lekcje na pensji pań Sikorskiej, Walickiej, w seminarium dla nauczycielek Towarzystwa Ochrony Kobiet. Trwało tak do 1918 r., kiedy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego powołało ją na stanowisko wizytatorki średnich szkół żeńskich w Warszawie, mające na celu nadzór nad całokształtem działalności naukowej i wychowawczej zakładów. Urząd ten pełni Męczkowska po dzień dzisiejszy, do niedawna jedyna kobieta w V kategorii (wyżej posunąć się już nie może).
Tak torowała drogę wczorajsza kobieta dzisiejszej. Tak nauczyła opinię uważać pracę mężatki za konieczną tam, gdzie bądź wnosi z sobą nowe walory, bądź staje się niezbędna dla utrzymania rodziny — bez względu na stanowisko męża.
Zarówno działalność pedagogiczna, jak i wizytatorstwo odpowiadają najzupełniej upodobaniom i zamiłowaniom Teodory Męczkowskiej. Kocha swój zawód obecny, kochała dawny. Idzie wytkniętym torem i to jej daje niezwykłą pogodę umysłu, stałą równowagę usposobienia, chroni od tarć wewnętrznych, które odbijają się zawsze ujemnie na całokształcie trudu roboczego.
A nie spoczywała nigdy, łącząc zawsze pracę zarobkową z dziełem społecznym.
Jeszcze za lat młodych, w Łowiczu, stworzyła na własną rękę zaczątek tzw. „bosej akademii”, tj. tajnego nauczania w kompletach, które później, ujęte w ręce p. Cecylii Śniegockiej17, rozrosło się do takich zdumiewająco potężnych rozmiarów, że stało się hasłem obowiązującym całe Królestwo i dzielnicę wielkopolską.
Swoim spokojnym imperatywem, któremu podlegało zawsze jej otoczenie, pobudzała Męczkowska do życia umysłowego całe ciche, zielenią umajone miasteczko. Nie dosyć, że pod batutą swoją zorganizowała panny miejscowe w szeregi tajnych nauczycielek proletariatu; nie dosyć, że przy pomocy ich stworzyła ukrytą przed wzrokiem władz bibliotekę, która w kilkanaście lat później została zalegalizowana, ale jeszcze poza tym dla nich samych urządziła uniwersytet wakacyjny, w myśl, że dając z siebie, trzeba coś w zamian otrzymywać.
Zjeżdżali się co lato studenci z różnych wydziałów. Zapędzała ich młoda emancypantka do wykładów. W aptece miejscowej odbywały się lekcje chemii i fizyki doświadczalnej. W jakiejś pustej szkole — matematyki. Latająca akademia gromadziła całą inteligencką młodzież miejscową. Odbywały się wspólne wycieczki krajoznawcze, pełne życia, wesołości, ale zawsze o silnym intelektualnym zabarwieniu.
W okresie wytężonej podziemnej pracy polityczno-narodowej należała Męczkowska do organizacji tajnego Związku Młodzieży Polskiej i była członkiem Ligi Polski, późniejszej Ligi Narodowej, która wydawała „Przegląd Wszechpolski”, sprowadzany zza kordonu pod grozą więzień i katorgi.
Nie uniknął z tego powodu zamknięcia na lat parę nawet obcy poddany, Czech — Jarosław Swoboda, gorący polonofil, który sam zaofiarował usługi swoje w przewożeniu bibuły. Przyłapany z transportem pisma przez władze rosyjskie, został osądzony jak każdy „niebłagonadiożny” (krajowiec). Z konspiracyjnej pracy wyszła pani Teodora szczęściem cało.
W 1891 r. z inicjatywy i pod przewodnictwem Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit powstało przy Muzeum Popierania Przemysłu i Handlu tzw. Koło Pracy Kobiet, które zgromadziło cały bojujący feminizm współczesny. Na obrady, które odbywały się w mniejszych i większych salach muzealnych, przyjeżdżały często (rozumie się nieoficjalnie, co byłoby niedopuszczalne) członkinie zza kordonów. Echa posiedzeń odbijały się w prasie, niosąc projekty tolerowanych przez rząd zaborczy robót społecznych, z akcją równouprawnienia związanych.
Męczkowska zapisała się do Koła i zabierała głos często. Bystre, trzeźwe, zrównoważone i zawsze słuszne jej uwagi zyskiwały poklask ogólny. Liczono się z nimi i zabiegano o pozyskanie udziału jej w zarządzie.
Odtąd sprawie równouprawnienia poświęcała wiele czasu i uwagi.
W 1905 r. powstaje z jej inicjatywy Polskie Stowarzyszenie Równouprawnienia Kobiet, którego zostaje wiceprzewodniczącą, kładąc główny nacisk na prawno-polityczne wykształcenie kobiet.
Dalszy ciąg tej pracy prowadzi założony po wojnie przez dr J. Budzińską-Tylicką, Klub Polityczny Kobiet Postępowych, gdzie Męczkowską znowu obrano jako wiceprzewodniczącą.
W czerwcu 1907 r. — było to już w półtora roku po tzw. listopadowej wiośnie narodu rosyjskiego, gdy trochę zelżały więzy administracji w byłej Kongresówce — z inicjatywy i za staraniem M. Rajchmanowej (J. Orki) — zwołano I walny Zjazd kobiet polskich w Warszawie, poświęcony uczczeniu 40-lecia pracy autorskiej i społecznej Elizy Orzeszkowej. W komitecie zasiadały najdzielniejsze siły kobiece — między nimi także i T. Męczkowska. Dla upamiętnienia Zjazdu powstało, dzięki zabiegom i pomysłowi J. Orki, wydawnictwo „Kobieta w życiu społecznym”, które miało objąć jak najszerszy dział prac kobiecych i o kobiecie. Wyszły niestety trzy tylko książeczki18, między nimi Ideały etyczno-społeczne ruchu kobiecego T. Męczkowskiej, gdzie wykazuje autorka ścisłą łączność sprawy kobiet z hasłami humanitarnymi: z walką przeciwko wszelkiej przemocy, z handlem żywym towarem itp. Prawa polityczne, których tak żywiołowo domagały się i domagają kobiety wszystkich krajów oświeconych, uważa Męczkowska w książce swojej jako podstawowy środek dla osiągnięcia celów zamierzonych i zrealizowania ideałów dobra powszechnego.
Ponieważ ruch kobiecy w całokształcie swoim obejmuje szereg ściśle z nim związanych zagadnień, jak: walka z reglamentacją prostytucji i prawem podwójnej moralności, abolicjonizm, sprawy wychowawcze, a zawłaszcza koedukację itp., więc kwestie te poruszała i porusza Męczkowska w prasie przy każdej sposobności z zasadniczego punktu widzenia. Stała współpracowniczka „Steru”, „Ogniwa”, „Tygodnika Ilustrowanego”, gdzie prowadziła czas jakiś dział spraw kobiecych, wydała w „Bibliotece abolicjonistycznej” broszurę Służące a prostytucja, wykazując na mocy statystyki, jaki olbrzymi procent prostytutek świata całego rekrutuje się spośród służby domowej żeńskiej.
Przyczynę tych anormalnych stosunków upatruje w nieszczęsnym prawie... podwójnej moralności, rzucającym dziewczynę wklinowaną we współżycie z ludźmi obcymi na łup młodych paniczów, a często nawet samych panów domu i gości, stałych bywalców rodziny.
Pohańbienie kobiety przez pożądliwość męską, ciężar odpowiedzialności, spadający tylko na nią w razie niepożądanych wyników chwilowej igraszki, ohydne prawo reglamentacji19 nie dają spokoju Męczkowskiej. Należy więc do zrzeszeń mających na celu walkę ze złem, które jak rak toczy ludzkość.
W 1900 r. powstało Koło Abolicjonistów, które przeszło następnie w Towarzystwo Walki z Nierządem, a dziś rozrosło się do szerokich ram Towarzystwa Eugenicznego, dążącego do podniesienia gatunku człowieka pod względem fizycznym i moralnym.
Męczkowska, jako członek Koła Abolicjonistów, przechodziła wszelkie jego przełomy i różniczkowania, pracując po dzień dzisiejszy w Towarzystwie Eugenicznym.
Najwybitniejszą stroną jej działalności wszakże były i są bodaj sprawy wychowania.
Pracując stale w „Przeglądzie Pedagogicznym”, zasilała artykułami swymi również „Muzeum Pedagogiczne”. Pomieszczała je także w „Bluszczu”, a potem w „Kobiecie Współczesnej” i innych organach. W książkowych wydaniach wyszły dotąd: Metodyka przyrodoznawstwa, napisana wraz ze Stanisławą Rychterówną, a także Ćwiczenia z przyrody żywej i martwej.
Długi czas była czynnym członkiem zarządu Stowarzyszenia Nauczycielstwa Polskiego, które w okresie wojny stworzyło tzw. Komisję Pedagogiczną, stanowiącą podłoże dla organizacji późniejszego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.
W latach ostatnich założyła Stowarzyszenie Kobiet z Uniwersyteckim Wykształceniem, wybrana jako przewodnicząca zarządu. Instytucja ta, stanowiąc sekcję szeroko rozrośniętą organizacji międzynarodowej, ma doniosłe znaczenie, zarówno intelektualne, jak i praktyczne, ułatwia członkom swoim bowiem dostęp do najwybitniejszych ognisk wiedzy i pracowni naukowych, zapewnia im dokształcające stypendia i tani pobyt w hotelach — domach Stowarzyszenia rozrzuconych po wszystkich większych miastach, gdzie tylko wre ruch uniwersytecki.
Żywotną, niezmordowaną pracę Męczkowskiej, jej dar organizacyjny, wielką powagę w ujęciu przeprowadzaniu każdego zadania uczcił rząd polski przyznaniem jej w 1924 r. orderu oficerskiego Odrodzenia Polski.
Odznaczenie to spotkało działaczkę naszą w pełni sił jej umysłowych i fizycznych, w bujnym rozwoju pracy zawodowej i społecznej, dając bodźca do dalszych trudów i wysiłków niespożytej energii.