Zofia Stankiewiczówna

Ostatnia ze współczesnych sobie najwybitniejszych malarek polskich — chluby lat 90.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa zabłysła i zgasła jak meteor, zostawiwszy po sobie jasną smugę — kilka głębokich w wyrazie, skończonych w formie obrazów, które zostaną w historii sztuki na zawsze. Niezadługo po niej zeszła z tego świata Klass-Kazanowska, piękny, żywy, bujny talent, zmożony ciężkimi warunkami życia. Maria Dulębianka, wiemy, zmarła niedawno, jak żołnierz na szańcach służby narodowej. Ale poryw swój artystyczny i każdą cząstkę siebie oddała już dawno na rzecz najpilniejszych potrzeb ojczyzny.

Stankiewiczówna przetrwała te trzy. Jest jak słup graniczny między zjawą sztuki z lat ostatnich a tą nową, która już wzeszła. Cieszy się bujnym rozmachem Stryjeńskiej, wyszukuje nowych gwiazd i gwiazdek, podaje im rękę, a sama trwa mocno na swoim własnym stanowisku, szukając wciąż nowych dróg i nowych bodźców twórczości.

Wzięło ją morze, którego dotąd prawie nie malowała. Rozgrzało palące słońce Helu. Wiecznie młodym pędzlem rzuciła kolorową bajkę półwyspu. Ruch kąpielowy na żółtych piaskach w dzień upalny. Łodzie w portach,jak szare ptaki. Barok polski biało-czerwonych domków robotniczych. Rybaków pod płaszczami sieci. Ludzi, rzeczy, niebo, wodę, żarem dyszące, radosne, beztroskie.

Po symfonii drzew, górnej i chmurnej, w którą zaklęła pierwsze swe natchnienia, po słodkiej cantilenie49 starych murów, rozmodlonych o zmierzchu lub rozetkanych gwarą wspomnień w mrokach nocy, to pstre, bujne życie plaży, ten Hel w ostatnich obrazach Stankiewiczówny — to jej młodość, siła niespożyta, nerw artystyczny, temperament, który utrzymał ją na powierzchni, gdy ginęło dokoła niej, co było może równe jej talentem, ale słabsze twórczą wolą.

W życiu artystycznym ma Stankiewiczówna ten swój pion mocny, który pozwolił jej zaryć się w historii sztuki kartą swoją własną. A w życiu społecznym...

Kto przeżył z nią dziesiątki lat, ten wie, że była wszędzie, dokąd wzywała ją potrzeba chwili.

Przyjechała do Warszawy w 1879 r. — młodziutkie dziewczątko, nauki spragnione. Ojciec jej, dr medycyny w Charkowie, gorący patriota, przysłał dwie swoje córki pod opieką matki do Polski, żeby kształciły się w kraju i oddychały powietrzem rodzimym. Duszą artysta-malarz, pragnął przekazać dzieciom niezaspokojone swe porywy.

Więc przyjechały do kraju na naukę.

Była wówczas w Warszawie miejska szkoła sztuki, ale tylko dla mężczyzn. Kobiety mogły uczyć się prywatnie dwa razy w tygodniu po dwie godziny u mistrza Gersona50, doskonałego pedagoga, lecz bez modeli, z gipsów tylko, głowy i twarze co najwyżej z natury.

W serduszku dziewczątka powstał bunt. Jakżeż to? Dla nich wszystko, dla nas nic?...

Już wtedy stała się gorącą, zapamiętałą bojownicą równouprawnienia. Stanęła w sztabie Kuczalskiej-Reinschmit i przechodziła różne rozłamy, jak cały nasz wojujący feminizm.

Przynależność do polskich grup emancypacyjnych przerwał jej tylko trzyletni pobyt w Paryżu.

Zapisała się tam do świeżo otworzonej pierwszej koedukacyjnej Akademii Juliana51, gdzie nareszcie można było uczyć się po 8 godzin dziennie i na żywych modelach. W dwa i pół roku po niej przyjechała Bilińska. Klass-Kazanowska kształciła się w Akademii Petersburskiej. Dulębianka w Wiedniu, Monachium i też Paryżu, ale później.

Po powrocie do kraju przykry zawód. Brak życia artystycznego. Brak nastrojów i tej bujnej emanacji od duszy do duszy, która była w szkole.

Wszystko jednak zmógł hart naszej artystki. Dźwiga się coraz wyżej. Nagrodzona już na konkursie Juliana w Paryżu, otrzymała srebrny medal na Wystawie Powszechnej we Lwowie, a na PWK w Poznaniu została odznaczona wielkim srebrnym medalem. W 1913 r. odbyła się Wystawa Graficzna w Warszawie. Przyznano wówczas artystce naszej I nagrodę im. Henryka Grohmana. W 1929 r. państwo Polskie w uznaniu wielkich jej zasług artystycznych i społecznych udekorowało ją Krzyżem Oficerskim Polonia Restituta52.

Nie było pracy obywatelskiej, w której by odmówiła udziału swego Stankiewiczówna. W 1912 r. należała do grupy pań urządzających Wystawę Kobiety Polskiej w Pradze czeskiej. W 1929 r. podjęła urządzenie wystawy malarek naszych w Pawilonie Kobiecym na PWK w Poznaniu. W latach wojny należała do Komitetów Obywatelskich. Stawała wszędzie, gdzie mogła nieść pomoc swoją, pogodna, stanowcza, silna wolą i zrozumieniem. Należała i należy jako członek czynny do zarządów różnych zrzeszeń. Bystrym, trzeźwym umysłem ogarnia zagadnienia chwili. W każdej sprawie ma sąd swój własny, oparty na logicznych przesłankach. Nie śpiesząc się nigdy z rzucaniem wniosków i proponowaniem uchwał, przedstawia je, gdy zachodzi potrzeba, w formie zwartej, dojrzałej, tak że prawie nigdy nie wywołują protestu.

Dowód, jak bardzo konkretnie umie myśleć nasza wielka artystka i na jakim podłożu oparty jest zawsze mocny jej czyn.