Rozdział XXXVII

Dwór w Ferndean był to budynek dość stary, średniej wielkości, bez architektonicznych pretensji, głęboko ukryty w lesie. Słyszałam o nim dawniej. Pan Rochester często o nim mówił, a niekiedy tam jeździł. Jego ojciec kupił ten majątek ze względu na obfitość zwierzyny w okolicy. Byłby wynajął dom, ale nie mógł znaleźć lokatora. Ferndean przeto pozostało niezamieszkane i nieumeblowane, z wyjątkiem dwóch czy trzech pokoi urządzonych dla wygody dziedzica, gdy tam przyjeżdżał na polowanie.

Do tego domu przyjechałam przed nocą. Ostatnią milkę przeszłam pieszo, odprawiwszy powozik po zapłaceniu woźnicy przyobiecanej podwójnej stawki. Nawet z bliska nie można jeszcze było dojrzeć dworku, tak gęsto otaczał go dokoła ponury las. Żelazna brama, osadzona na granitowych słupach, wskazywała wejście. Minąwszy ją, znalazłam się od razu w półcieniu gęstego szpaleru drzew. Zarośnięta trawą dróżka prowadziła brzegiem lasu wśród omszałych i sękatych pni pod sklepieniem z gałęzi. Posuwałam się tą drogą, mając nadzieję, że wkrótce dotrę do mieszkania. Tymczasem droga ciągnęła się, wiła i skręcała coraz dalej — ani śladu domu mieszkalnego albo ogrodu.

Już myślałam, że obrałam zły kierunek i że zabłądziłam. Otaczał mnie mrok i cień leśny. Obejrzałam się — innej drogi nie było, wszędzie tylko pnie jak kolumny, gęste listowie, żadnego otwartego wyjścia.

Szłam dalej. Nareszcie zaczęła się przede mną otwierać droga, gęstwina drzew nieco rzedła. Po chwili ujrzałam sztachety, a potem dom, zaledwie przy tym słabym świetle dający się odróżnić od drzew, tak wilgotne i zielonkawe były jego ściany. Wszedłszy przez bramkę, stanęłam w obrębie zamkniętego ogrodu, który las obejmował półkolem. Nie było tam kwiatów ani grządek, jedynie żwirowa, szeroka ścieżka biegła dokoła trawnika, a wszystko to ciężką ramą otaczał las. Dom dwoma ostrymi szczytami zwrócony był do frontu, okna zakratowane i wąskie, drzwi frontowe również wąskie, prowadził do nich jeden stopień. Całość robiła wrażenie, jak się właściciel gospody wyraził, „ustronnego, smutnego miejsca”. Cicho tam było jak w kościele w dniu powszednim. Deszcz, kapiący na liście drzew, wydawał tam jedyny dosłyszalny odgłos.

— Czyż może być życie w tym domu? — zapytałam siebie.

Ależ tak — usłyszałam jakiś ruch, otworzyły się wąskie drzwi frontowe i ktoś widocznie zamierzał wyjść z domu.

Drzwi rozwarły się z wolna, jakaś postać ukazała się w zmierzchu wieczornym i stanęła na stopniu. Mężczyzna bez kapelusza wyciągnął rękę, by się przekonać, czy pada. Choć było ciemno, poznałam go — tak, to był mój pan, Edward Fairfax Rochester. On, nie kto inny.

Wstrzymałam kroki i oddech, stałam, patrząc na niego — przyglądając mu się, sama niewidziana i niestety niewidzialna dla niego. Było to nagłe spotkanie, ale takie, gdzie ból opanowywał radosne uniesienie. Bez trudu powstrzymałam okrzyk i odruch pośpieszenia ku niemu.

Postać jego miała ten sam silny, sprężysty zarys, co zawsze. Trzymał się prosto, włosy jego, jak pierwej, były kruczoczarne i rysy niezmienione. Rok czasu, pomimo najcięższej zgryzoty, nie potrafił strawić jego atletycznej siły ani podkopać potężnej pełni rozwoju. Ale w twarzy jego zobaczyłam zmianę, malowała się na niej rozpacz i ponura zaduma... Przyszedł mi na myśl jakiś skrzywdzony i spętany dziki zwierz albo ptak, do którego w jego milczącym bólu niebezpiecznie byłoby przystąpić. Orzeł w klatce o okrutnie oślepionych oczach mógłby tak wyglądać jak ten ociemniały Samson.

Lecz nie obawiałam się go w tej dzikości ani przez chwilę. Zgryzotę moją słodziła nadzieja, że wkrótce odważę się złożyć pocałunek na tym surowym czole i na tych ustach, tak boleśnie zaciśniętych. Ale jeszcze nie w tej chwili. Jeszcze teraz nie chciałam go zaczepiać.

Zszedł ze stopnia i posuwał się wolno, niepewnie ku trawnikowi. Gdzież się podział jego śmiały krok? Przystanął, jak gdyby nie wiedział, w którą stronę się obrócić. Podniósł rękę i rozwarł nią powieki. Spojrzał, wysilając się, ku niebu i w kierunku drzew. Widziałam, że dla niego wszystko było pustą ciemnicą. Wyciągnął prawą rękę (lewą, okaleczoną trzymał ukrytą na piersiach). Zdawało się, że chce dotykiem zbadać, co jest wkoło niego, wszędzie jednakże napotykał pustkę, gdyż drzewa były odległe od niego o kilka łokci. Zaprzestał daremnych prób, skrzyżował ręce na piersiach i stał spokojny i niemy na deszczu, który teraz obficie padał na jego odkrytą głowę. W tej chwili zjawił się skądciś John i zbliżył się do niego.

— Czy mogę podać panu ramię? — zapytał. — Pada duży deszcz, czy nie wróciłby pan lepiej do domu?

— Zostaw mnie w spokoju — usłyszał za całą odpowiedź.

John odszedł, nie zauważywszy mnie. Pan Rochester próbował teraz chodzić — daremnie, wszystko było tak niepewne. Z trudem odnalazł drogę do domu, wszedł i zamknął drzwi za sobą.

Teraz przysunęłam się i zapukałam. Otworzyła mi żona Johna.

— Mary — powiedziałam — czy to wy?

Drgnęła, jak gdyby ujrzała ducha. Uspokoiłam ją. Na jej pośpieszne pytanie: „Czy to doprawdy pani o tak późnej godzinie na tym pustkowiu?”, ujęłam jej rękę, a potem poszłam za nią do kuchni, gdzie przy ogniu siedział John. Wytłumaczyłam im w kilku słowach, że słyszałam o wszystkim, co się stało, odkąd opuściłam Thornfield, i że przybyłam odwiedzić pana Rochestera. Poprosiłam Johna, żeby poszedł na rogatkę, gdzie wysiadłam z dyliżansu, i żeby mi przyniósł pozostawiony tam kuferek, a potem, zdejmując kapelusz i szal, zapytałam Mary, czy mogłabym tu we dworze znaleźć nocleg. Odpowiedziała, że chociaż z trudem, ale można to będzie urządzić. Wtedy oświadczyłam jej, że zostaję. Właśnie w tej chwili odezwał się dzwonek z pokoju.

— Skoro tam idziecie — rzekłam — powiedzcie waszemu panu, że pewna osoba pragnie się z nim widzieć, ale nie podawajcie mojego imienia.

— Wątpię, czy pan będzie chciał panią przyjąć — odpowiedziała — odmawia wszystkim.

Gdy powróciła, zapytałam, co powiedział.

— Że ma pani wymienić nazwisko i w jakim chce mówić interesie — odpowiedziała, po czym nalała wody do szklanki, którą postawiła na tacy razem ze świecami.

— Czy pan dlatego dzwonił? — zapytałam.

— Tak jest, pan zawsze każe wnosić świece, gdy się ściemnia, chociaż nie widzi.

— Dajcie mi tackę, ja ją zaniosę.

Odebrałam od niej tackę, pokazała mi drzwi bawialnego pokoju. Tacka trzęsła mi się w ręku, woda się wylewała, serce biło głośno i szybko. Mary otworzyła drzwi i zamknęła je za mną.

Bawialnia miała wygląd ponury, resztka zaniedbanego ognia dopalała się na kominku. Ujrzałam niewidomego mieszkańca tego pokoju, pochylonego nad ogniem, z głową opartą o wysoki, staroświecki gzyms kominka. Stary pies, Pilot, leżał na boku, odsunięty z drogi i skurczony, jak gdyby w obawie, że może być nieumyślnie nadepnięty. Nadstawił uszu, gdy wchodziłam do pokoju, a potem zerwał się z radosnym skowytem i skoczył ku mnie, ledwie mi tacki nie wytrącił. Postawiłam ją na stole, poklepałam go i powiedziałam cicho: „Leżeć!”. Pan Rochester obejrzał się automatycznie, chcąc zobaczyć, co znaczy ten ruch, ponieważ jednak nic nie mógł zobaczyć, odwrócił się i westchnął.

— Podaj mi wodę, Mary — rzekł.

Zbliżyłam się do niego ze szklanką, już tylko do połowy napełnioną. Pilot szedł za mną wciąż podniecony.

— Co się dzieje? — zapytał pan Rochester.

— Leżeć, Pilot! — powtórzyłam.

Pan Rochester wstrzymał rękę, niosącą wodę do ust, nadsłuchując, ale wnet wypił i odstawił szklankę.

— To ty jesteś, Mary, nieprawdaż?

— Mary jest w kuchni... — odpowiedziałam.

Wyciągnął rękę szybkim ruchem, ale nie widząc, gdzie stoję, nie dotknął mnie.

— Kto to jest? Kto to jest? — zapytał, wyraźnie starając się zobaczyć tymi niewidzącymi oczami. Daremny, żałosny wysiłek. — Proszę odpowiedzieć! Proszę znów przemówić! — powiedział głośno i rozkazująco.

— Czy życzy pan sobie trochę więcej wody? Połowę tego, co było w szklance, wylałam — rzekłam.

Kto to jest? Co to jest? Kto mówi?

— Pilot mnie poznał i John i Mary wiedzą, że tu jestem. Przybyłam dopiero dziś wieczór — odpowiedziałam.

— Wielki Boże! Co za złudzenie mnie nachodzi! Co za słodkie szaleństwo mnie ogarnęło!

— Nie złudzenie... Nie szaleństwo. Duch pański zbyt silny, by dać się omotać złudzeniu, zbyt zdrów, by ulec szaleństwu.

— A gdzież jest to, co mówi? Czy to tylko sam głos? Ach, ja widzieć nie mogę, ale muszę dotknąć, inaczej serce we mnie bić przestanie i krew mózg zaleje. Czymkolwiek, kimkolwiek jesteś, daj mi się dotknąć, bo skonam!

Szukał wyciągniętą ręką. Ujęłam tę błąkającą się rękę i uwięziłam ją w obu moich dłoniach.

— Jej własne paluszki! — zawołał — jej drobne, delikatne paluszki! A skoro tak, to musi być i ona sama!

Muskularna dłoń wyrwała się spod mojej straży. Chwycił ramię moje, moją szyję, objął mnie wpół, oplótł ramionami i przytulił mnie do siebie.

— Czy to Jane? Co to jest? To jej kształt, to jej wzrost...

— A to jej głos — dodałam. — Jestem tutaj cała. I serce moje jest tutaj. Niechaj Bóg pana błogosławi! Jestem szczęśliwa, że jestem znowu przy panu.

— Jane Eyre! Jane Eyre! — powiedział tylko.

— Panie mój drogi — odpowiedziałam — ja jestem Jane Eyre. Odnalazłam pana, wróciłam do pana.

— Czy doprawdy? Czy w żywym ciele? Moja żyjąca Jane?

— Pan mnie dotyka, pan mnie trzyma... I dosyć mocno przecież. Nie jestem zimna jak trup ani bezcielesna jak powietrze, nieprawdaż?

— Moje żyjące kochanie! To z pewnością są jej członki, a to jej twarzyczka. A jednak to niepodobna, żeby mnie po tym wszystkim, co przeszedłem, spotykało takie szczęście. To sen. Taki sen, jaki nachodził mnie niekiedy nocą. Wtedy tuliłem ją znów do serca, tak jak oto teraz, całowałem ją... O, tak... I czułem, że ona mnie kocha, i wierzyłem, że mnie nie opuści...

— Ja już od tej chwili nigdy pana nie opuszczę!

— Nigdy mnie nie opuści, mówi zjawisko niebiańskie? A przecież zawsze budziłem się i przekonywałem, że to była pusta złuda. I rozpacz odnajdowałem, i opuszczenie. Posępne moje życie, samotne, beznadziejne, dusza spragniona nigdy nie zaznała napoju ani głód serca pokarmu. Miła, słodka, senna zjawo, co tulisz się teraz w moich objęciach, i ty ulecisz, jak przed tobą wszystkie twoje siostry, ale ucałuj mnie, zanim pójdziesz, uściskaj mnie, Jane.

Przycisnęłam usta do jego niegdyś pełnych blasku, dziś bezpromiennych oczu. Odgarnęłam mu włosy z czoła i to czoło ucałowałam także. Zdawał się nagle rozbudzać, chwytało go poczucie rzeczywistości.

— Więc to ty... To istotnie ty jesteś, Jane? Powróciłaś do mnie naprawdę?

— Powróciłam.

— Więc nie leżysz martwa w jakimś rowie albo na dnie jakiegoś strumienia? Ani nie błąkasz się, zbiedzony wyrzutek, pomiędzy obcymi?

— Nie, panie! Jestem teraz niezależną kobietą.

— Niezależna! Co przez to rozumiesz, Jane?

— Stryj mój na Maderze umarł i pozostawił mi pięć tysięcy funtów.

— Ach! To coś z dziedziny praktycznej... To jest coś rzeczywistego! — zawołał. — To by mi się śnić nie mogło. A przy tym ten jej głos szczególny, taki ożywczy i przekorny, a zarazem słodki, ten głos krzepi moje zwiędłe serce i życie w nim budzi... Więc jakżeż to, Jane! Jesteś teraz niezależną, bogatą kobietą?

— Zupełnie bogatą, mój panie. Jeżeli mi pan nie pozwoli mieszkać ze sobą, mogę sobie własny mój domek postawić tuż obok pańskich drzwi i będzie pan mógł przychodzić i siadywać w moim saloniku, gdy pan wieczorem zapragnie towarzystwa.

— Ale skoro jesteś bogata, Jane, masz teraz, niewątpliwie, przyjaciół, którzy się tobą zaopiekują i nie zniosą tego, ażebyś się poświęcała dla takiego ślepego kaleki jak ja.

— Ja już panu powiedziałam, że jestem niezależna i bogata: jestem panią siebie.

— I chcesz pozostać ze mną?

— Z pewnością: chyba, że pan mnie nie zechce. Będę pańską sąsiadką, pielęgniarką, gospodynią. Widzę, że pan samotny, będę pańską towarzyszką, będę panu czytała, chodziła z panem, siadywała z panem, usługiwała panu, będę pańskim okiem i pańską ręką. Nie smuć się tak, mój drogi panie, nie będziesz opuszczony, dopóki ja żyję.

Nie odpowiedział nic na to. Miał minę poważną, jak gdyby zamyśloną. Otworzył usta, zdawało się, że chce coś powiedzieć, lecz znowu je zamknął. Zażenowałam się trochę. Może zbyt pośpiesznie przeskoczyłam konwenanse, a on, podobnie jak Saint-John, widział niewłaściwość w mojej nierozwadze? W istocie, propozycję czyniłam w tej myśli, w tej nadziei, że on pragnie mieć mnie za żonę i że mi to powie — że mi to powie od razu. Ponieważ jednak żadnej na ten temat nie czynił wzmianki, tylko spochmurniał, przyszło mi nagle na myśl, że omyliłam się może i że niemądrą w tej chwili odgrywam rolę. Toteż zaczęłam się łagodnie z jego objęć wysuwać, on jednakże przytulił mnie jeszcze mocniej.

— Nie... Nie... Jane, nie odchodź. Nie... Dotknąłem cię, słyszałem cię, odczułem szczęście dzięki twej obecności, słodycz pociechy z ust twoich. Nie mogę wyrzec się tych źródeł radości. We mnie tak mało pozostało, muszę posiadać ciebie. Choć ludzie śmiać się będą, nazwą to niedorzecznością, egoizmem, dla mnie to nic nie znaczy. Sama dusza moja wzywa ciebie. Jeśli jej pragnień nie zaspokoisz, śmiertelnie się zemści na swej cielesnej powłoce.

— Dobrze, panie mój, ja zostanę z tobą, już to powiedziałam.

— Tak, ale mówiąc, że zostaniesz ze mną, może masz co innego na myśli, a ja co innego. Ty może zdecydowałabyś się być koło mnie, usługiwać mi, czuwać nade mną jak dobrotliwa pielęgniareczka, gdyż dobre masz serce i szlachetną naturę, i to cię skłania do poświęceń dla tych, nad którymi się litujesz. A mnie to niezawodnie powinno by wystarczać. Ja zapewne powinien bym mieć teraz tylko ojcowskie uczucie dla ciebie, jak myślisz? No, powiedz mi...

— Będę myślała, co pan zechce. Chętnie będę tylko pańską pielęgniarką, jeśli pan uważa, że tak będzie lepiej...

— Ale ty nie możesz zostać na zawsze moją pielęgniarką, Jane, jesteś młoda, musisz kiedyś wyjść za mąż.

— Nie dbam o zamążpójście.

— Powinnaś dbać, Jane. Gdybym był tym, czym przedtem byłem, postarałbym się, abyś o to dbała... Ale... Taki ślepy pień!

Znowu zapadł w posępną zadumę. Ja, przeciwnie, poweselałam i nabrałam świeżej otuchy. Jego słowa pozwoliły mi zrozumieć, w czym leżała trudność. A że to dla mnie nie było trudnością, więc i poprzednie moje zakłopotanie minęło. Uderzyłam w żywszą nutę w rozmowie.

— Czas już, żeby się ktoś zabrał do przywrócenia panu bardziej ludzkiego wyglądu — rzekłam, rozdzielając jego gęste i dawno niestrzyżone kędziory. — Widzę bowiem, że pan się przemienia w lwa czy coś w tym rodzaju. I coś z Nabuchodonozora283, pasącego się na łące, ma pan w sobie, to pewne. Pańskie włosy przypominają mi orle skrzydła, a czy pańskie paznokcie urosły czy nie urosły jak ptasie szpony, tego jeszcze nie zauważyłam.

— Na tej ręce nie mam ani paznokci, ani dłoni — rzekł, wyciągając ukrytą na piersi okaleczoną kończynę. — Czy to nie okropny widok? Powiedz, Jane!

— Doprawdy, przykro na to patrzeć. I przykro widzieć oczy pańskie, i tę bliznę po oparzeniu na pańskim czole. Ale najgorsze, że za to wszystko musiałoby się może aż zanadto pana kochać, rozpieszczać i psuć...

— Ja myślałem, że ciebie wstręt ogarnie, Jane, gdy ujrzysz moją rękę i te blizny na twarzy.

— Tak pan myślał? Niech mi pan tego nie mówi, bo będę panu musiała powiedzieć coś niemiłego o jego rozumie. A teraz niech mnie pan puści na chwilę, gdyż chciałabym ogień poprawić i kazać zamieść koło pieca. Czy pan mnie rozpozna, gdy dobry ogień się pali?

— Owszem, prawym okiem widzę żar, czerwoną mgłę.

— A świece pan widzi?

— Bardzo niewyraźnie, każda jest jak jasny obłoczek.

— A mnie pan może zobaczyć?

— Nie, wróżko moja, ale i tak jestem aż nazbyt szczęśliwy, że mogę słyszeć cię i dotknąć.

— Kiedy pan jada wieczerzę?

— Nie jadam jej wcale.

— Ale dzisiaj musi pan coś zjeść. Ja jestem głodna i pan z pewnością również, tylko pan o tym nie myśli.

Przyzwawszy Mary, postarałam się prędko o uporządkowanie pokoju, przygotowałam mu też smaczny posiłek. Czułam się podniecona, łatwo i z przyjemnością rozmawiałam z nim w czasie wieczerzy i długo jeszcze potem. Nie potrzebowałam krępować się, hamować wesołości i ożywienia wobec niego. Byłam z nim zupełnie swobodna, gdyż wiedziałam, że mu się podobam. Wszystko, co mówiłam albo czyniłam, zdawało się pocieszać go i ożywiać. Rozkoszna świadomość! Życiem i światłem mnie to przenikało, w jego obecności żyłam całą pełnią, on w mojej również. Chociaż niewidomy, uśmiechał się, radość zaświtała mu na twarzy i jej wyraz złagodniał, nabrał ciepła.

Po kolacji zaczął mi zadawać mnóstwo pytań, mianowicie gdzie byłam, co robiłam, jakim sposobem go odnalazłam. Ja jednakże dawałam mu tylko częściowe odpowiedzi, za późno już było tego wieczora wchodzić w szczegóły. Nie chciałam zresztą dotykać żadnej głębiej brzmiącej struny ani otwierać w sercu jego nowego źródła wzruszeń. Chwilowo jedynym moim celem było pokrzepić go i rozweselić. Ożywił się był i rozweselił, jak powiedziałam, ale jeszcze nie na stałe. Skoro tylko chwila milczenia przerywała rozmowę, zaczynał się niepokoić, dotykać mnie, a potem mówił:

— Jane, czyś ty naprawdę ludzka istota? Czyś tego pewna?

— Szczerze wierzę, że tak jest, panie.

— Jednak jakim sposobem, w ten smutny i ciemny wieczór, mogłaś się tak nagle pojawić przy moim opuszczonym ognisku? Wyciągnąłem rękę, żeby odebrać szklankę wody od służącej, a podałaś mi szklankę ty. Zapytałem o coś, spodziewając się, że odpowie mi żona Johna, a to twój głos przemówił do mojego ucha.

— Bo zamiast Mary weszłam do pokoju z tacką.

— I ta godzina, którą teraz spędzam z tobą, jest jakaś zaczarowana. Nikt nie może wiedzieć, jakie straszne, ponure, beznadziejne życie pędziłem od długich miesięcy... Nic nie robiąc, nie spodziewając się niczego, nie rozróżniając dnia i nocy. Czułem tylko wrażenie zimna, gdy pozwoliłem, by ogień wygasł, głodu, gdy zapomniałem jeść, a przy tym bezustanny smutek, a chwilami prawdziwy szał tęsknoty za moją Jane. Tak jest, goręcej pragnąłem, by ona mi była zwrócona niż utracony wzrok. I jak to być może, że Jane jest ze mną i mówi, że mnie kocha? Czy mi nie zniknie tak nagle, jak się zjawiła? Lękam się, że jutro już jej nie odnajdę.

Zwykła, codzienna uwaga, wyrywająca go z toku dręczących myśli, byłaby, tego byłam pewna, najlepszym sposobem uspokojenia go w tym stanie umysłu. Przesunęłam mu palcem po brwiach, a zauważywszy, że są spalone, zapowiedziałam, że użyję środka, od którego odrosną tak szerokie i czarne, jak były dawniej.

— Na co się przyda tak czy inaczej czynić mi dobrze, duchu dobroczynny, skoro w jakiejś niefortunnej chwili znowu ode mnie odejdziesz, znikniesz jak cień, dokąd i jak, nie będę wiedział i już cię potem więcej nie odnajdę?

— Czy pan ma grzebyczek kieszonkowy przy sobie?

— Na co ci to, Jane?

— Chciałabym przeczesać tę splątaną, czarną grzywę. Przyglądając się panu z bliska, widzę, że pan strasznie wygląda. Mówi pan, że ja jestem wróżką, ale to pewna, że pan podobniejszy jest do wilkołaka.

— Czy bardzo jestem brzydki, Jane?

— Bardzo, pan zawsze był brzydki, to wiadomo.

— Hm... Złośliwość w tobie nie wygasła, gdziekolwiek przebywałaś.

— A jednak przebywałam z bardzo dobrymi ludźmi, z ludźmi lepszymi od pana, sto razy lepszymi. Z ludźmi o zasadach i poglądach, jakich pan nigdy w życiu nie wyznawał, tak szlachetnych i wzniosłych.

— Z kimże ty, u licha, przebywałaś?

— Jeżeli tak się pan będzie kręcił, wyrwę panu włosy z głowy, a wtedy może przestanie pan wątpić, że istnieję rzeczywiście.

— Z kim przebywałaś, Jane?

— Już dziś wieczór pan tego ze mnie nie wyciągnie, musi pan poczekać do jutra. Jeżeli przerwę historię do połowy tylko opowiedzianą, będzie to, pan wie, rodzaj zadatku, że ukażę się panu przy śniadaniu, ażeby ją dokończyć. Ale, ale... Muszę pamiętać, ażeby nie zjawić się wtedy jedynie ze szklanką wody, muszę przynieść przynajmniej jedno jajko, nie mówiąc już o przysmażonej szynce.

— Ty drwiący odmieńcze z rodu wróżek, choć ludzie cię chowali! Od roku tak się nie czułem jak teraz, dzięki tobie. Gdyby Saul284 mógł był mieć ciebie za swego Dawida285, wypędzanie diabłów obyłoby się bez pomocy harfy.

— Dosyć! Już pan uczesany i wygląda przyzwoicie. Ale teraz pana pożegnam, byłam w podróży przez trzy ostatnie dni i jestem zmęczona. Dobranoc.

— Jeszcze słówko, Jane. Czy tam tylko kobiety były w tym domu, gdzie przebywałaś?

Rozśmiałam się i uciekłam, i śmiałam się jeszcze, biegnąc po schodach.

— Doskonała myśl! — myślałam z radością. — Widzę, że przez pewien czas będę miała czym wypłaszać melancholię.

Nazajutrz rano bardzo wcześnie słyszałam, że już wstał, rusza się i chodzi po pokojach. Jak tylko Mary zeszła, usłyszałam szereg pytań: „Czy jest tutaj panna Eyre?”, a potem: „Który pokój jej daliście? Czy aby suchy? Czy panna Eyre wstała? Idź i zapytaj, czy jej czego nie potrzeba i kiedy zejdzie na dół”.

Zeszłam, skoro tylko mogłam przypuszczać, że zanosi się na śniadanie. Wchodząc do pokoju cichutko, mogłam mu się przypatrzyć, zanim on spostrzegł moją obecność. Żałosny, doprawdy, był widok tego silnego ducha pod władzą cielesnego kalectwa. Siedział w fotelu — cicho, ale nie spokojnie, oczekujący widocznie. Wyraziste rysy powlekał stały już teraz smutek. Twarz przypominała zgaszoną lampę, czekającą, by ją ktoś znowu zapalił. Ale niestety! On sam nie mógł już teraz zapalić światła ożywionego wyrazu, mógł to uczynić tylko ktoś drugi, od kogo zależał. Zamierzałam być wesoła i swobodna, lecz ta bezradność silnego mężczyzny wzruszyła mnie do głębi. Mimo to zagadnęłam go, jak mogłam najżywiej:

— Jasny, słoneczny ranek mamy dzisiaj, deszcz ustał, wszystko tylko delikatnie lśni się jeszcze po nim. Wkrótce zaprowadzę pana na przechadzkę.

Obudziłam światło: jego twarz rozpromieniła się.

— Ach, więc jesteś tutaj naprawdę, skowronku mój! Przyjdź do mnie. Nie uleciałaś, nie znikłaś? Godzinę temu słyszałem jednego z twoich krewniaczków, śpiewał wysoko nad lasem, ale w piosence jego nie było dla mnie muzyki, tak jak wschodzące słońce nie miało dla mnie promieni. Wszelka melodia świata dla mnie osiadła na języczku mojej Jane (na szczęście nie jest on milczący z natury), promieniem słońca jest mi jej obecność.

Łzy poczułam w oczach, słysząc to przyznanie się do zależności. To tak, jak gdyby królewski orzeł, przykuty łańcuszkiem do miejsca, musiał błagać wróbla, ażeby go karmił. Nie chciałam jednak być płaczliwa, otarłam słone kropelki i zakrzątnęłam się koło śniadania.

Czas przed południem spędziliśmy głównie na świeżym powietrzu. Wyprowadziłam go z wilgotnego i dzikiego lasu i wyszliśmy na wesołe pola. Opisywałam mu, jak wspaniale są zielone, jak deszcz odświeżył kwiaty i żywopłoty, jak przeczysty jest błękit nieba. Usadowiłam się tuż przy nim i pozwoliłam objąć się ramieniem. Pilot leżał obok nas, cisza panowała dokoła. Nagle mój pan, tuląc mnie w ramionach, wybuchnął:

— Okrutny, okrutny zbiegu! O, Jane, co ja czułem, gdy spostrzegłem, że uciekłaś z Thornfield i gdy nie mogłem nigdzie cię odnaleźć. Gdy, zbadawszy twój pokój, przekonałem się, że nie zabrałaś pieniędzy ani niczego, co by ci je mogło zastąpić! Naszyjnik z pereł, który ci ofiarowałem, leżał nietknięty w pudełku, kuferki pozostawiłaś zamknięte, sznurami związane, tak jak były przygotowane do podroży poślubnej. Zadawałem sobie pytanie, jak sobie da radę moje kochanie, tak ogołocone ze wszystkiego, bez grosza? I jakże dałaś sobie radę? Opowiedz mi teraz.

Tak zachęcona, zaczęłam mu opowiadać zeszłoroczne przeżycia. Złagodziłam znacznie wspomnienia owych trzech dni wędrówki i głodu, chcąc mu oszczędzić daremnej przykrości. A jednak to trochę, co mu opowiedziałam, zraniło wierne serce jego głębiej, niż sądziłam. Dowodził, że nie powinnam go była opuszczać bez żadnych środków do życia, powinnam mu była powiedzieć o swym zamiarze. Powinnam mu była zaufać, nigdy nie byłby mnie zmuszał, bym została jego kochanką. Choć tak gwałtowny wydawał się w swojej rozpaczy, w istocie kochał mnie zanadto szczerze i czule, by chcieć być moim tyranem. Byłby mi oddał połowę swego majątku, nie żądając nawet pocałunku w zamian, bylebym nie odeszła sama w świat szeroki. Musiałam, był tego pewien, więcej przecierpieć, niż mu wyznaję...

— Już mniejsza z tym, co przecierpiałam, trwało to krótko.

I teraz zaczęłam mu opowiadać, jak zostałam przyjęta w Moor House, jak otrzymałam posadę nauczycielki itd., następnie, jak spadł na mnie majątek, jak odkryłam moich krewnych. Oczywiście imię Saint-Johna Riversa pojawiało często w moim opowiadaniu. Gdy skończyłam, pan Rochester to imię natychmiast podchwycił.

— Ten Saint-John zatem jest twoim kuzynem?

— Tak jest.

— Wspominałaś go często. Czy ty go lubisz?

— To bardzo dobry człowiek, panie, nie mogłabym go nie lubić.

— Dobry człowiek. Czy to znaczy, że jest to przyzwoity i godny, pięćdziesięcioletni mężczyzna czy też co innego?

— Saint-John, panie, ma dopiero dwadzieścia dziewięć lat.

Jeune encore286, jak mówią Francuzi. Czy to osoba niskiego wzrostu, flegmatyczna i brzydka? Osoba, której dobroć polega raczej na braku wyraźnych win niż na dzielnym uprawianiu cnót?

— Saint-John jest niezmordowanie czynny. Żyje tylko pragnieniem spełniania wielkich, wzniosłych czynów.

— Ale umysł jego? Prawdopodobnie raczej ograniczony? Ma dobre chęci, ale wzruszasz ramionami, gdy słuchasz, co mówi?

— Saint-John mało mówi, panie, a to, co mówi, jest zawsze trafne. Umysł ma wybitny, powiedziałabym, że nie tyle wrażliwy, ile potężny.

— Jest to więc człowiek zdolny?

— Bardzo.

— I prawdziwie wykształcony?

— Nie tylko wykształcony, ale głęboko uczony.

— Ale jego maniery, zdaje mi się, że mówiłaś, iż jego maniery nie są w twoim guście, jest to zarozumiały pedant i trąci kaznodzieją?

— Nic nie mówiłam o jego manierach, ale musiałabym mieć bardzo zły smak, gdyby mi się nie podobały. Jest dobrze wychowany, taktowny i spokojny.

— Zapomniałem, jak opisywałaś jego wygląd. Jest to surowy wikary, duszący się w białym, ciasnym kołnierzyku, chodzący jak na szczudłach, w butach o grubych podeszwach, co?

— Saint-John dobrze się ubiera. Jest to przystojny mężczyzna: wysoki, blondyn o niebieskich oczach i greckim profilu.

— A niechaj go diabli! — zaklął na boku, a do mnie powiedział: — Czy lubiłaś go, Jane?

— Tak, panie, lubiłam go, ale już mnie pan przedtem o to pytał.

Spostrzegłam, naturalnie, co się święci. Zazdrość go opanowała i ukłuła, ale to było ukłucie zbawienne, gdyż wyrywało go z dręczących szpon melancholii. Nie chciałam przeto natychmiast odpędzać smoka.

— Może by pani zechciała się odsunąć, panno Eyre — usłyszałam trochę niespodziewaną uwagę.

— Dlaczego, panie?

— Obraz, który pani w tej chwili nakreśliła, przedstawia kontrast trochę zanadto uderzający. Bardzo ładnie opisała pani urodziwego Apollina287, w myśli widzi go pani: wysokiego, niebieskookiego, o jasnych włosach i o greckim profilu. A oczy pani spoczywają na Wulkanie288, prawdziwym kowalu, śniadym, o szerokich barach i kalece w dodatku.

— Nigdy mi to na myśl nie przyszło, ale pan doprawdy jest raczej podobny do Wulkana.

— Więc proszę, niechże mnie pani opuści, ale zanim pani pójdzie — tu przytrzymał mnie silniejszym ujęciem niż dotąd — proszę mi łaskawie odpowiedzieć na parę pytań.

Umilkł.

— Na jakie pytania?

Teraz rozpoczął się egzamin.

— Saint-John dał ci posadę nauczycielki szkoły w Morton, zanim się dowiedział, że jesteś jego krewną?

— Tak, panie.

— Czy często go widywałaś? Czy odwiedzał szkołę niekiedy?

— Codziennie.

— Czy pochwalał twoje plany, Jane? Wiem, że musiały być mądre, gdyż z ciebie takie zdolne stworzenie!

— Owszem, pochwalał je.

— Z pewnością odnajdywał w tobie wiele rzeczy, których się nie spodziewał znaleźć? Pod pewnymi względami jesteś niezwykle wykształcona.

— Nic o tym nie wiem.

— Mówiłaś, że miałaś mieszkanko obok szkoły. Czy Rivers przychodził tam niekiedy odwiedzić cię?

— Czasami.

— Wieczorem?

— Raz czy dwa razy.

Tu nastąpiło milczenie.

— Jak długo mieszkałaś z Saint-Johnem i jego siostrami po odkryciu, że istnieje pokrewieństwo między wami?

— Pięć miesięcy.

— Czy Rivers wiele czasu spędzał z rodziną?

— Owszem, pokój bawialny służył za pokój do pracy tak dla niego, jak dla nas. On siedział pod oknem, a my przy stole.

— Czy dużo pracował?

— Bardzo dużo.

— Nad czym?

— Studiował język hindustański.

— A ty tymczasem co robiłaś?

— Z początku uczyłam się niemieckiego.

— Czy to on ciebie uczył?

— Saint-John nie zna niemieckiego.

— Czy niczego cię nie uczył?

— Owszem, trochę hindustańskiego.

— Rivers uczył cię hindustańskiego?

— Tak, panie.

— I swoje siostry także?

— Nie!

— Tylko ciebie?

— Tylko mnie.

— Czy prosiłaś go, żeby cię uczył?

— Nie.

— On sam chciał cię uczyć?

— Tak jest.

Znowu milczenie.

— Dlaczego chciał cię uczyć? Na cóż mógł się tobie przydać język hindustański?

— Saint-John pragnął zabrać mnie ze sobą do Indii.

— Ach! Oto dotarłem do jądra całej sprawy. Więc on chciał się z tobą ożenić?

— Prosił mnie, bym została jego żoną.

— To wymysł, to bezczelny wymysł, żeby mnie rozdrażnić.

— Bardzo pana przepraszam, ale to dosłowna prawda. Prosił mnie i tę prośbę powtarzał kilkakrotnie i z takim uporem, na jaki tylko pan potrafiłby się zdobyć.

— Panno Eyre, powtarzam, może mnie pani opuścić. Ileż razy mam pani to samo powtarzać? Dlaczego siedzi pani uporczywie przy mnie, kiedy ja pani powiedziałem, że ma pani się odsunąć?

— Dlatego, że mi tu dobrze.

— Nie, Jane, nie jest ci tutaj dobrze, gdyż serce twoje nie przebywa ze mną. Serce oddałaś kuzynowi swemu, Saint-Johnowi. Ach, do tej chwili myślałem, że Jane jest w zupełności i tylko moja! Wierzyłem, że mnie kocha; nawet wtedy, gdy mnie opuszczała, był to atom słodkości w kielichu goryczy. Choć tak długo byliśmy rozdzieleni, choć tak gorącymi łzami oblałem nasze rozstanie, nigdy nie przypuszczałem, że gdy ja ją opłakuję, ona kocha innego! Ale daremnie narzekać. Jane, opuść mnie, odejdź i wyjdź za Riversa.

— Więc niech mnie pan odepchnie, gdyż nie opuszczę pana z własnej woli.

— Jane, ja tak lubię ton twojego głosu, który zawsze budzi we mnie nadzieję, bo brzmi tak szczerze. Słysząc go, przenoszę się wstecz o rok. Zapominam, żeś nowy zadzierzgnęła węzeł. Ale nie chcę być głupcem. Idź...

— Dokąd mam iść, panie?

— W swoją drogę... Z mężem, którego wybrałaś.

— A kto nim jest?

— Przecież wiesz, ten Saint-John Rivers.

— On nie jest moim mężem i nigdy moim mężem nie będzie. On mnie nie kocha, ani ja go nie kocham. On kocha (o ile potrafi kochać, ale inaczej, niż pan...) piękną, młodą pannę, Rosamond jej na imię. Chciał się ze mną ożenić jedynie dlatego, że sądził, iż byłabym odpowiednia na żonę dla misjonarza, którą by Rosamond nie była. Saint-John to dobry człowiek i wielki, ale surowy, a w stosunku do mnie zimny jak lodowiec. On nie jest podobny do pana, ja nie czuję się dobrze przy nim, obok niego ani z nim. Nie ma dla mnie pobłażliwości ani żadnych ciepłych uczuć. Nic go we mnie nie pociąga, nawet moja młodość. Widzi we mnie tylko kilka pożytecznych właściwości umysłu... Więc mamże pana opuścić i wracać do niego?

Zadrżałam mimo woli i instynktownie przygarnęłam się bliżej do mego ociemniałego, ukochanego pana. Uśmiechnął się.

— Co mówisz, Jane! Czy to prawda? Czy istotnie tak się mają sprawy między tobą a Riversem?

— Tak, panie mój! O, nie potrzebujesz być zazdrosny! Chciałam się z tobą odrobinę podroczyć, ażebyś się trochę otrząsnął ze smutku. Myślałam, że gniew lepszy będzie od zgryzoty. Ale jeżeli pragniesz, bym cię kochała, gdybyś mógł pojąć, jak bardzo cię kocham, byłbyś dumny i zadowolony. Całe moje serce jest twoje, mój panie, do ciebie ono należy i z tobą pozostanie, gdyby nawet los wygnał mnie od ciebie na zawsze.

I znowu, gdy mnie całował, bolesne myśli zasępiły mu lica.

— Mój wzrok wygasły! Moje kalectwo... — szepnął z żalem.

Popieściłam go na pociechę. Wiedziałam, o czym myślał, i miałam ochotę przemówić za niego, ale nie śmiałam. Gdy odwrócił twarz na chwilę, ujrzałam łzę, spływającą spod przywartej powieki i staczającą się po policzku. Serce moje wezbrało.

— Nie lepszy jestem od starego piorunem strzaskanego kasztanu w Thornfield — zauważył. — Jakież prawo miałaby tamta ruina prosić pnącz młody, by świeżością zakrył jej zniszczenie?

— Nie jesteś żadną ruiną, panie mój, nie jesteś drzewem, strzaskanym piorunem, młody jesteś i mocny. Rośliny rosnąć będą dokoła ciebie, czy będziesz je o to prosił czy nie, gdyż cieszyć się będą twoim dobroczynnym cieniem. A rosnąc, ku tobie będą się chylić i dokoła ciebie oplatać, ponieważ siła twoja tak bezpieczne da im oparcie.

Uśmiechnął się znowu, widocznie pocieszały go moje słowa.

— Ty masz na myśli przyjaciół, Jane? — zapytał.

— Tak, przyjaciół — odpowiedziałam, wahając się trochę, miałam bowiem na myśli więcej niż przyjaciół, ale nie wiedziałam, jakiego innego mam użyć słowa. On mi dopomógł.

— Ach, Jane! Ale ja żony pragnę!

— Doprawdy, panie?

— Tak. Czy to dla ciebie nowina?

— Naturalnie, nic pan o tym przedtem nie wspominał.

— Czy to niepożądana nowina?

— To zależy od okoliczności. Od tego, kogo pan wybierze.

— Ty wybierz za mnie, Jane. Zgodzę się na twoją decyzję.

— Niechże więc pan tę wybierze, która pana kocha najlepiej.

— To już wolę wybrać tę, którą ja najlepiej kocham. Jane, chcesz być moją żoną?

— Chcę, panie.

— Żoną biednego ślepca, którego będziesz musiała prowadzić za rękę?

— Tak, panie, chcę.

— Kaleki, o dwadzieścia lat starszego od ciebie, któremu będziesz musiała usługiwać?

— Tak, panie, chcę.

— Czy to prawda, Jane?

— Najprawdziwsza prawda, panie.

— O moje kochanie! Niechaj cię Bóg błogosławi i niech ci wynagrodzi!

— Panie Rochester, jeżeli kiedykolwiek w życiu spełniłam dobry uczynek, miałam myśl dobrą, zmówiłam modlitwę szczerą i niewinną, powzięłam poczciwy zamiar, mam za to teraz nagrodę. Być twoją żoną to dla mnie największe szczęście w życiu.

— Ponieważ miłujesz poświęcenie.

— Poświęcenie! Cóż poświęcam? Głód w zamian za pokarm, oczekiwanie za zadowolenie. Mieć prawo objąć ramionami to, co cenię, przycisnąć usta do tego, co kocham, oprzeć się na tym, czemu ufam... Czy to znaczy spełniać poświęcenie? Jeżeli tak, to zaiste miłuję poświęcenie.

— Ale trzeba będzie znosić moje kalectwa, Jane, ciągle patrzeć na moje braki...

— Te dla mnie nie istnieją, panie mój. Kocham cię jeszcze bardziej teraz, kiedy mogę ci być rzeczywiście użyteczna, niż wtedy, kiedy dumny i niezależny gardziłeś wszelką inną rolą, oprócz roli dawcy i opiekuna.

— Ja dotychczas nie cierpiałem pomocy, nie znosiłem, by mnie prowadzono. Teraz czuję, że będzie inaczej. Nie lubiłem brać w rękę dłoni sługi, ale miło jest poczuć, że rękę moją otaczają drobne paluszki Jane. Wolałem zupełną samotność niż ciągłą obecność ludzi najemnych, ale miłe usługi Jane będą źródłem ciągłej radości. Jane mi się podoba, ale czy ja jej się podobam?

— O tak, panie, najzupełniej.

— Skoro tak jest, nie mamy na co czekać, musimy się pobrać natychmiast.

Wyglądał i mówił żwawo, budziła się w nim dawna gwałtowność.

— Musimy się połączyć bez zwłoki, Jane, trzeba tylko wydostać licencję, a potem odbędzie się ślub.

— Panie Rochester, właśnie spostrzegłam, że słońce dobrze się już przechyliło z południa i Pilot poszedł do domu na obiad. Niech mi pan pozwoli spojrzeć na swój zegarek.

— Przypnij go sobie do paska, Jane, mnie on niepotrzebny.

— Dochodzi czwarta, panie. Nie czuje pan głodu?

— Pojutrze musi się odbyć nasz ślub, Jane. Mniejsza teraz o piękne suknie i klejnoty, wszystko to nie jest warte grosza.

— Panie, słońce osuszyło kropelki deszczu. Wietrzyk ustał, zrobiło się gorąco.

— Czy wiesz, Jane, że ja twój naszyjnik z perełek mam na szyi pod krawatem? Noszę go stale od dnia, gdy straciłem swój skarb jedyny, jako pamiątkę po tobie.

— Wrócimy do domu przez las, ta droga w cieniu będzie milsza.

Snuł wątek myśli, nie zważając na mnie.

— Jane! Ty mnie zapewne uważasz za niereligijnego łotra, ale serce moje właśnie teraz wzbiera wdzięcznością ku dobrotliwemu Bogu. Bóg nie tak widzi jak człowiek, ale o wiele jaśniej. Sądzi nie tak jak człowiek, ale o wiele mądrzej. Źle postąpiłem, byłbym skalał mój niewinny kwiatek, winę tchnął na jego czystość, Wszechmogący mi go odebrał. Ja w zuchwałym buncie nieledwie przeklinałem boskie zrządzenie, zamiast poddać się wyrokowi, bluźniłem mu. Boska sprawiedliwość poszła swoim torem, spadły na mnie nieszczęścia, musiałem przejść blisko śmierci. Jego kary są potężne, a dotknęła mnie taka, która upokorzyła mnie raz na zawsze. Ty wiesz, jak dumny byłem ze swej siły. Czymże jest ona teraz, gdy muszę się zdawać na obce przewodnictwo, jak dziecko okazujące swoją słabość rodzicom. W ostatnich czasach dopiero... W ostatnich czasach zacząłem widzieć i uznawać rękę bożą w mej niedoli. Zacząłem odczuwać wyrzut sumienia, żal, pragnienie pogodzenia się ze Stwórcą. Zacząłem modlić się niekiedy, bardzo to krótkie były modlitwy, ale bardzo szczere. Parę dni temu... Mogę nawet porachować dni... Przed czterema dniami, zeszłego poniedziałku w nocy, opanował mnie dziwny nastrój, żal zastąpił rozpacz, smutek posępne zgnębienie. Od dawna miałem wrażenie, że skoro nigdzie odnaleźć cię nie mogę, więc musisz już nie żyć. Późno owej nocy, było to może między jedenastą a dwunastą, zanim się udałem na spoczynek, błagałem Boga, by jeżeli to zgadza się z Jego wolą, zabrał mnie prędko z tego świata i dopuścił do tamtego, gdzie jeszcze mogłem mieć nadzieję połączenia się z Jane. Siedziałem w pokoju przy otwartym oknie, koiło mnie balsamiczne powietrze nocne. Chociaż nie mogłem widzieć gwiazd, niewyraźna, świetlista mgiełka zwiastowała mi obecność księżyca. Tęskniłem za tobą, Jane! Och, jak tęskniłem za tobą, duszą i ciałem! Pytałem Boga w męce i pokorze, czy nie dość długo jestem opuszczony, smutkiem dotknięty, udręczony, czy nie zaznam nareszcie szczęścia i spokoju. Uznawałem, że zasłużyłem na wszystkie cierpienia, skarżyłem się, że już więcej znieść nie mogę, i nagle, mimo woli, cała treść życzeń serdecznych wydarła mi się z ust słowami: „Jane! Jane! Jane!”.

— Czy pan wymówił te słowa głośno?

— Tak, Jane. Gdyby mnie kto był słyszał, pomyślałby, że zwariowałem, z tak szaloną wymówiłem je energią.

— A działo się to w poniedziałek nocą, około północy?

— Tak, ale czas tutaj nic nie znaczy. To, co nastąpiło potem, jest najdziwniejsze. Pomyślisz, że jestem zabobonny... Może trochę byłem i jestem przesądny, pomimo to jest to rzeczywista prawda, prawda w każdym razie, że słyszałem to, o czym opowiadam. Otóż, gdy zawołałem: „Jane! Jane! Jane!”, odpowiedział mi głos. Skąd pochodził, nie wiem, ale czyj był, poznałem. Odpowiedział mi: „Przychodzę! Czekaj na mnie!”. A w chwilę potem z wiatrem doleciał mnie szept: „Gdzie jesteś?”. Powiem ci, o ile potrafię, jaką myśl, jaki obraz słowa te nasunęły mojej duszy. Jednakże trudno jest wyrazić to, co chciałbym powiedzieć. Ferndean, jak widzisz, zagrzebane jest w gęstym lesie, odgłosy zapadają się głucho, zamierają bez echa. To „Gdzie jesteś?” zdawało się być wymówione wśród gór, gdyż słyszałem echo górskie, powtarzające te wyrazy. Chłodniejszy i świeższy wicher owiewał mi w tamtej chwili skronie, mogłem sobie wyobrazić, że w jakiejś dzikiej, samotnej okolicy Jane i ja spotykamy się. W duchu wierzę, że musieliśmy się spotkać wtedy. Ty z pewnością byłaś w tej godzinie pogrążona w nieświadomym śnie, Jane. Może to twoja dusza opuściła swoją siedzibę, by moją duszę pocieszyć, gdyż były to twoje słowa, jestem tego tak pewny, jak tego, że żyję.

Ja także w poniedziałek nocą, około północy, otrzymałam owo tajemnicze wezwanie. Tymi to właśnie słowami odpowiedziałam na nie. Wysłuchałam opowiadania pana Rochestera, ale nie opowiedziałam nawzajem tego, co mnie spotkało. Ten zbieg rzeczy wydał mi się zbyt niepojęty, by go roztrząsać. Moje opowiadanie wywarłoby głębokie wrażenie na duszy słuchacza, a duszy tej, jeszcze na skutek cierpienia zbyt skłonnej do melancholii, nie służyłby głęboki cień nadprzyrodzonych możliwości. Zatrzymałam więc to, co wiedziałam, przy sobie, i rozważałam we własnym sercu.

— Nie możesz się przeto dziwić — mówił dalej mój pan — że gdy zjawiłaś się przy mnie wczorajszego wieczora tak niespodziewanie, trudno mi było uwierzyć, że jesteś czymś więcej niż głosem i zjawą, co rozpłynie się w milczeniu i niebycie, jak ów północny szept i echo górskie. Teraz, dzięki Bogu, wiem, że jest inaczej. Tak, dziękuję Bogu!

Wstał i z czcią zdjąwszy kapelusz, chyląc ku ziemi niewidome oczy, stał w niemej modlitwie. Tylko ostatnie wyrazy wymówił dosłyszalnie:

— Dziękuję Stwórcy, Panu swemu, że sądząc mnie, nie zapomniał o miłosierdziu. Pokornie błagam Jezusa Odkupiciela, by dał mi siłę do prowadzenia czystszego niż dotychczas życia.

Po czym wyciągnął rękę, ażebym go mogła prowadzić. Ujęłam ją, przycisnęłam na chwilę do ust, a potem oparłam tę drogą rękę na swym ramieniu. Będąc o wiele niższa wzrostem od niego, mogłam mu służyć zarazem za podporę i za przewodnika. Weszliśmy do lasu i zawróciliśmy ku domowi.

Rozdział XXXVIII. Zakończenie

Zostałam jego żoną. Nasz ślub odbył się cicho: on, ja, duchowny i kościelny — nikt więcej nie był obecny. Gdy wróciliśmy z kościoła do domu, poszłam do kuchni, gdzie Mary gotowała obiad, a John czyścił noże, i powiedziałam:

— Mary, dziś rano odbył się mój ślub z panem Rochesterem.

Gospodyni i jej mąż byli oboje z rzędu tych przyzwoitych, flegmatycznych ludzi, z którymi bezpiecznie można podzielić się zadziwiającą wiadomością, nie narażając się na przebicie uszu jakimś przeraźliwym wykrzyknikiem, by następnie ogłuchnąć od potoku wymownych dziwowań. Mary spojrzała na mnie, ale nie wytrzeszczyła oczu. Łyżka, którą polewała parę piekących się na ogniu kurcząt, zawisła minutę w powietrzu, na równie długo John zawiesił czyszczenie noży. Jednakże Mary, schylając się znów nad rusztem, powiedziała tylko:

— Doprawdy, panienko? To niespodzianka!

Po chwili dodała:

— Widziałam, że panienka wychodziła z panem, ale nie wiedziałam, że państwo poszli do kościoła, żeby wziąć ślub.

I polewała dalej masłem kurczęta. John, gdy się ku niemu obróciłam, śmiał się cicho, ale od ucha do ucha.

— Mówiłem Mary, jak to będzie — rzekł — ja wiedziałem, co pan Edward — John był starym sługą i znał swego pana, gdy był jeszcze młodszym synem w domu, toteż często nazywał go po imieniu. — ja wiedziałem, co pan Edward zrobi. I byłem pewien, że długo czekać z tym nie będzie. I dobrze zrobił, podług mego zdania. Winszuję pani! — I wstawszy, ukłonił się grzecznie.

— Dziękuję wam, Johnie. Pan Rochester polecił mi dać to wam i Mary.

Wsunęłam mu w rękę banknot pięciofuntowy i nie czekając dłużej, wyszłam z kuchni. Nieco później, przechodząc obok drzwi tego sanktuarium, posłyszałam te słowa:

— Ona z pewnością będzie lepsza dla niego niż któraś z tych wielkich pań. A poza tym, chociaż nie jest jedną z najpiękniejszych, nie jest brzydka i bardzo jest poczciwa. A w jego oczach była zawsze bardzo piękna, każdy mógł to widzieć.

Napisałam natychmiast do Moore House i do Cambridge, donosząc, co uczyniłam, i zarazem podając im obszernie motywy swego kroku. Diana i Mary pochwaliły krok mój bez zastrzeżeń. Diana oświadczyła, że zaczeka tylko, aż skończy się miesiąc miodowy, a wtedy przyjedzie mnie odwiedzić.

— Niech lepiej na to nie czeka, Jane — powiedział pan Rochester, gdy mu list jej przeczytałam — gdyż gotowa zbyt długo czekać. Nasz miesiąc miodowy trwać będzie przez całe życie, promienie jego zgasną dopiero nad twoim grobem albo nad moim!

Jak Saint-John przyjął tę wiadomość, nie wiem. Nie odpowiedział mi na list, w którym mu ją przesłałam, dopiero w pół roku później napisał do mnie, nie wspominając jednakże imienia pana Rochestera ani nie czyniąc wzmianki o moim zamążpójściu. List był spokojny i chociaż bardzo poważny, zarazem życzliwy. Utrzymuje odtąd regularną, chociaż nieczęstą korespondencję ze mną. Pisze, że spodziewa się, że jestem szczęśliwa, i ufa, że nie jestem z tych, którzy żyją w świecie bez Boga i dbają tylko o sprawy doczesne.

Co słychać z małą Adelą, spytacie. Nie zapomniałam o niej. Wkrótce uzyskałam od pana Rochestera pozwolenie na wyjazd i odwiedzenie jej w szkole, gdzie ją umieścił. Jej szalona radość na mój widok mocno mnie wzruszyła. Wyglądała blado i była szczupła, skarżyła się, że nie jest jej tam dobrze. Po zbadaniu okazało się, że regulamin w tym zakładzie jest nadmiernie surowy, a kurs nauk, jak dla dziecka jej wieku, zbyt obszerny. Zabrałam ją ze sobą do domu. Zamierzałam być znowu jej nauczycielką, wkrótce jednak przekonałam się, że to jest niemożliwe. Czasu mego i starań ktoś inny teraz potrzebował: mój mąż pochłaniał je całkowicie. Toteż wyszukałam szkołę prowadzoną łagodniejszym systemem i niezbyt odległą, tak że mogłam Adelę często odwiedzać i raz po raz zabierać do domu. Starałam się, by nigdy nie zbywało jej na niczym. Wkrótce zadomowiła się w nowej siedzibie, czuła się tam bardzo dobrze i robiła duże postępy w nauce. W miarę, jak się rozwijała, zdrowe angielskie wychowanie poprawiło w znacznej mierze jej francuskie właściwości, a po skończeniu szkoły znalazłam w niej miłą i oddaną towarzyszkę, uległą, pogodnego usposobienia i dobrych zasad. Wdzięcznym przywiązaniem do mnie i do moich reguł odpłaciła mi już dawno tę odrobinę dobroci, jaką jej kiedykolwiek mogłam wyświadczyć.

Moja opowieść zmierza do końca, jedno jeszcze słowo o mych przeżyciach małżeńskich, jeden krótki rzut oka na losy tych, których imiona najczęściej pojawiały się w tej opowieści, a odłożę pióro.

Jestem zamężna od lat dziesięciu. Wiem, co to znaczy żyć całkowicie dla tego i z tym, którego kocham nad wszystko w świecie. Uważam się za nieskończenie szczęśliwą, za szczęśliwą ponad wszelki wyraz, gdyż w całej pełni jestem życiem mojego małżonka, tak jak on jest moim. Nigdy żadna kobieta nie była bliższa ode mnie towarzyszowi swemu, nigdy bardziej kością jego kości i krwią krwi jego. Nigdy mnie nie nuży towarzystwo mojego Edwarda, ani jemu nie przykrzy się moje — tak jak nas nie nuży tętno serc naszych, bijących odrębnie w jego i w mojej piersi, toteż jesteśmy ciągle razem. Być razem to znaczy dla nas być zarazem wolnymi, jak w samotności, i wesołymi, jak w towarzystwie. Rozmawiamy, zdaje mi się, jak dzień długi. Rozmowa jest dla nas tylko żywszą i głośną formą myślenia. Ja całe zaufanie w nim pokładam, on nawzajem we mnie, jesteśmy doskonale dobrani charakterami, stąd wynika doskonała zgoda.

Pan Rochester pozostał niewidomy przez pierwsze dwa lata naszego pożycia. Może to zbliżyło nas tak bardzo, spoiło nas tak ściśle, bo wtedy ja byłam jego wzrokiem, tak jak dotąd jestem jego prawą ręką. Byłam dosłownie (tak jak mnie nazywał) źrenicą jego oka. Widział przyrodę, widział książki przeze mnie, ja zaś nigdy nie nużyłam się patrzeniem dla niego, ujmowaniem w słowa wrażeń pola, drzewa, miasta, rzeki, chmury, promienia słonecznego, krajobrazu przed nami, pogody i udzielaniem dźwiękowo jego uchu tego, czego obrazowo okiem nie mógł wchłonąć. Nigdy też nie nużyło mnie czytanie mu ani prowadzenie go, dokąd chciał, czynienie, czego sobie tylko życzył. I znajdowałam przyjemność w tym usługiwaniu — pełną, głęboką, wcale nie smutną, ponieważ prosił o te usługi bez przykrego wstydu, bez bolesnego poczucia upokorzenia. Kochał mnie tak prawdziwie, że nigdy się nie zawahał korzystać z mojej pomocy. Wiedział, że kocham go tak czule, iż dając mu tę pomoc, dogadzam własnym najmilszym pragnieniom.

Pewnego ranka przy końcu drugiego roku, gdy pisałam list pod jego dyktando, zbliżył się i nachylił nade mną, mówiąc:

— Czy ty masz jakąś błyszczącą ozdobę dokoła szyi, Jane?

Miałam złoty łańcuszek od zegarka. Odpowiedziałam:

— Tak.

— A czy masz na sobie bladoniebieską suknię?

Tak było. Powiedział mi wtedy, że już od pewnego czasu wydawało mu się, że ciemność, otaczająca jedno oko, zaczyna się robić mniej gęsta, a teraz upewnił się o tym.

Pojechaliśmy do Londynu. Poradził się wybitnego okulisty i do pewnego stopnia odzyskał wzrok w tym jednym oku. Nie może obecnie widzieć bardzo dokładnie, nie może czytać wiele ani pisać, ale trafi wszędzie bez prowadzenia. Niebo i ziemia nie są już pustką dla niego. Gdy mu pierworodnego podano, mógł rozpoznać, że chłopczyk odziedziczył jego własne oczy, takie, jakimi niegdyś były — wielkie, pełne blasku i czarne. Wtedy znowu w pełni serca uznał, że Bóg sprawiedliwość złagodził miłosierdziem.

Mój Edward i ja jesteśmy więc szczęśliwi, tym bardziej, że szczęściem się cieszą również ci, których najwięcej kochamy. Diana i Mary Rivers wyszły za mąż. Kolejno w ciągu roku przyjeżdżają nas odwiedzić, a my jeździmy w odwiedziny do nich. Mąż Diany jest kapitanem marynarki, dzielnym oficerem i dobrym człowiekiem. Mąż Mary jest duchownym, przyjacielem szkolnym jej brata, z wykształcenia i zasad godzien rodziny, której został członkiem. Obydwaj, kapitan Fitzjames i pan Wharton, kochają swoje żony, wzajemnie przez nie kochani.

Saint-John Rivers opuścił Anglię i udał się do Indii. Wszedł na drogę, którą sobie wybrał, i idzie nią dotąd. Odważniejszy, bardziej niezmordowany pionier nigdy nie borykał się wśród skał i niebezpieczeństw. Wytrwały, wierny i oddany, gorliwy, pełen energii i prawdy, pracuje dla dobra swych bliźnich. Oczyszcza trudną ich drogę ku doskonaleniu się, rąbie jak olbrzym uprzedzenia wiary i kasty, jakie ją zarastają. Jest, być może, surowy, jest może wymagający, jest może także ambitny. Ale surowość jego to surowość rycerza chrześcijańskiego, który chroni orszak pielgrzymów od napaści szatana. Wymagający jest jako apostoł, który przemawia tylko w imię Chrystusa: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”289. Ambitny jest jak duch silny, pragnący stanąć w pierwszym rzędzie odkupionych, tych, co stoją bez winy przed tronem Bożym, uczestniczą w ostatnich, potężnych zwycięstwach Baranka, tych, co są powołani, wybrani i wierni.

Saint-John się nie ożenił, nie ożeni się już nigdy. Sam dotychczas podejmował trud, a trudowi temu bliski koniec. Jasne słońce jego chyli się ku zachodowi. Ostatni list, który od niego otrzymałam, wycisnął mi z oczu ludzkie łzy, choć niebiańską radością napełnił serce: wyrażał nadzieję pewnej nagrody, korony niebieskiej. Wiem, że obca ręka napisze do mnie wkrótce, donosząc, że dobry i wierny sługa poszedł wreszcie radować się u Pana. I dlaczegóż mam płakać? Lęk przed śmiercią nie zakłóci ostatniej godziny Saint-Johna, jasności duszy jego nie zamroczy chmura, z sercem niezłomnym, nadzieją, niezachwianą wiarą będzie umierał. Własne jego słowa mi to poręczają: „Pan mój — pisze — ostrzegł mnie. Codziennie coraz wyraźniej oznajmia mi: «Z pewnością przyjdę niebawem!». A ja co godzinę z coraz większym utęsknieniem odpowiadam: «Amen. O Panie Jezu, przybywaj!»”.


Słów kilka o Charlotte Brontë

Sieroctwo dotknęło Charlotte Brontë bardzo wcześnie. Gdy miała pięć lat (1821), zmarła jej matka. Cztery lata potem dziewięcioletnia dziewczynka po śmierci dwóch starszych sióstr (w ciągu kilku tygodni) zostaje głową małej rodziny, złożonej z czworga bardzo zdolnych dzieci. Ojciec wprawdzie żyje, ale jako pięćdziesięcioletni prawie człowiek nie może być bliskim towarzyszem tego drobiazgu. Zresztą zajmują go mocno sprawy polityczne i religijne, którym poświęca swoje pióro, i absorbuje ciężka praca duszpasterska w parafii Haworth290. Domem opiekuje się wprawdzie ciotka Charlotte, siostra matki, ale przeniesiona z jasnego południa Anglii w mroczną, podgórską okolicę, czuje się w tej atmosferze nieswojo mimo całej dobroci, jaką wkłada w relację z podopiecznymi. Dzieci chowają się razem — trzy siostry i jeden brat, w pokoju, którego okna wychodzą na cmentarz, oddzielony tylko kawałkiem trawnika od domu. Na cmentarz, gdzie wkrótce wszyscy, z wyjątkiem jednej tylko Anne291, spoczną. Spędzają razem cały dzień, jedzą i uczą się, bawią się bez żadnego towarzystwa z okolicy i przede wszystkim marzą. Z okien sypialnych rektorówki292, wznoszącej się tuż przy kościele na samym szczycie stromego pagórka, dzieci widzą szereg owalnych wzgórz, tzw. moors293, porosłych bujnymi trawami latem, pełnych złotego żarnowca na wiosnę i fioletowych wrzosów jesienią, z licznymi źródełkami, tryskającymi spod spotykanych tu i ówdzie skał. Ostry wiatr górski przynosił z sobą zapach bezmiernej swobody i szorstkiej prawdy natury, która znalazła odbicie w opisach przyrody Charlotte Brontë, ale przede wszystkim najpełniej wyraziła się w mistycznym, żywiołowym ujęciu w rysunku tła Wichrowych wzgórz294, powieści Emily295, siostry Charlotte. Dzieci przywiązały się niezmiernie do tego krajobrazu swobody, samotności i tajemnicy, a gdy wyjeżdżały stąd, cierpiały i popadały w nostalgię — musiały wracać do domu. Życie wszystkich czworga było krótkie. Troje z nich umarło w ciągu niespełna roku (1848–49): brat, Branwell296, doskonale zapowiadający się poeta, w trzydziestym pierwszym roku życia, Emily, autorka jedynej dochowanej, wyżej wspomnianej powieści, bodajże największej angielskiej powieści kobiecej XIX wieku, ledwie skończywszy lat trzydzieści, Anne, najmłodsza, mając lat niespełna dwadzieścia osiem, zostawiając po sobie dwie słabsze powieści, choć z pewnością rozwinęłaby się bujniej. Charlotte przeżyła ich o siedem lat, umarła w 1855 roku, dobiegłszy ledwo 39 lat. W tych krótkich żywotach było miejsce niemal tylko na naukę i na początki wykonywania zawodu nauczycielskiego, do którego sposobić się musiały córki niezamożnego duchownego. Toteż motyw nauki, szkoły, pensji, pracy nauczycielskiej, przeplatany z wątkiem nostalgii, wypełnia prawie całkowicie tak życie, jak twórczość czworga zdolnych dzieci pastora z Haworth.

Pierwsze silniejsze wrażenie z życia Charlotte to szkoła w Cowan Bridge297. Przebywała ona tam krótko, ale przecierpiała wiele i widziała cierpienia dwóch starszych sióstr, które przypłaciły śmiercią pobyt w tym zakładzie wychowawczym dla córek niezamożnych duchownych. Myśl fundatora zakładu, w zasadzie dobra, i jego ofiara, niewątpliwie szczera, zostały spaczone przez zbytnie doktrynerstwo. W dziewczynkach, przeznaczonych do późniejszej roli guwernantek, starano się wyrabiać zdolność do wyrzekania się wszelkich wygód świeckich i przyjemności. Przy nieumiejętnej kontroli ze strony fundatora i złej woli jednej z nauczycielek Cowan Bridge w okresie pobytu tam czterech córek pastora Brontë było bolesnym dziecięcym inferno298. Tyfus, który wybuchł w zakładzie, tak nadszarpał siły dziewcząt, że chociaż ojciec zabrał je do domu, Elizabeth i Maria zmarły po kilku miesiącach. Maria była podobno niezwykle zdolna, Charlotte kochała ją głęboko. Wykorzystała jej postać i śmierć do epizodu Helen Burns w pierwszej części Dziwnych losów Jane Eyre, gdyż Lowood to właśnie nieszczęsne Cowan Bridge. Zarzucano jej przesadę w traktowaniu tego tematu. Ale czyż artysta nie ma prawa oddać przeżycia swego w całej pełni? A niewątpliwie było ono tak bolesne jak epizod szkolny z życia Jane. Zresztą w owym czasie powstawanie podobnych, kolejnych zakładów nie było wykluczone i Charlotte Brontë stawała tu w obronie dziewcząt pokrzywdzonych w imię dobrej woli i pożytku społecznego. Postawiła się na miejscu sieroty niemającej opiekuńczego domu, zrozumiała, jak ciężka musiała być udręka takiej duszyczki, skoro cierpiała tak wiele ona, która przecież miała możność powrotu do własnego domu.

Teraz właśnie przyjął ją ten dom ukochany z powrotem. Pięć lat, do roku 1830, rodzeństwo spędza razem. Po południu urządzają przedstawienia i piszą powieści. Dochowały się kajeciki Charlotte, wypełnione drobnym pismem, zawierające całe cykle powieści — systemem Balzaka299, który właśnie zaczynał swoją Komedię ludzką300 (Charlotte naturalnie nie wiedziała wtedy o nim nic, a i potem nie poznała jego twórczości), systemem niejako przez nią przeczuwanym, toczące się wokół tych samych postaci. Po roku 1830 znowu szkoła. Jest to pensja panny Wooler301 w Roe Head302. Epizod to pełen znaczenia dla twórczości Charlotte. Krajobraz z Roe Head jest tłem powieści Shirley303. Jej zasadniczy motyw, sabotaż z lat 1812–13, jest bezpośrednio związany z tą okolicą; opowiadała o tym na tle swoich wspomnień panna Wooler. Ważniejsze od motywów literackich były przyjaźnie. Jedna z przyjaciółek, Mary Taylor304, wprowadza Charlotte do swej rodziny i ta rodzina, pod nazwiskiem York, znajdzie się w powiesci Shirley jako typowa dla tamtych okolic rodzina średnio-ziemiańska, zainteresowana uprzemysłowieniem kraju — szczegół w czasach Charlotte Brontë bardzo istotny. Druga przyjaciółka, Ellen Nussey305, jest jeszcze bliższa Charlotte; korespondencja z nią jest ważnym dokumentem w historii rozwoju powieściopisarki. Przyjaźni tej nie osłabił fakt odrzucenia przez Charlotte oświadczyn ze strony brata Ellen, młodego duchownego. Według wszelkich danych Henry Nussey jest pierwowzorem Saint-Johna Riversa z ostatniego epizodu Dziwnych losów Jane Eyre, tak jak trio panienek — Jane i siostry Rivers — jest wspomnieniem relacji trzech przyjaciółek z pensji panny Wooler.

I znów po dwóch latach pensji pobyt w domu. Charlotte ma szesnaście lat. Jest za młoda na nauczycielkę prywatną, dokształca się w domu, uczy się rysować (refleksem tego są niezbyt udane kompozycje do Dziwnych losów Jane Eyre) i pisze — teraz przede wszystkim wiersze. Zwraca się z prośbą o ocenę do ówczesnego poety laureata306, cenionego, choć nie genialnego poety, Southeya307, dobrego krytyka. Odpowiedź jest pozytywna, ale nie zachęca do dalszej pracy. W roku 1835 pierwsza posada — Charlotte zastępuje swoją dawniejszą przełożoną w niewielkiej pensji w Roe Head. Jest przy niej z początku Emily (którą jednak nostalgia pcha do domu), a potem Anne. W r. 1838 przychodzi chwila rozbicia domu. Emily pozostaje w Haworth, Anne przyjmuje pracę, o której opowie wkrótce w powieści Agnes Grey308. Charlotte dostaje miejsce guwernantki w domu niejakich państwa Sidgwick. Z czasów tego kilkumiesięcznego zatrudnienia pochodzi owa sławna anegdota, jak to jedno z dzieci uderzyło Charlotte książką w czoło (reminiscencję tego zdarzenia znajdziemy w Dziwnych losach Jane Eyre, a Charlotte zatuszowała tę sprawę niewinnym kłamstwem i wywołała odruch wdzięczności w dziecku, które rzuciło się jej na szyję z okrzykiem: „Jak ja panią kocham!”. Na ten naturalny odruch matka obruszyła się i rzuciła cierpką uwagę: „Ależ, dziecko, kochać guwernantkę?”. Anegdota ta, opowiadana przez samą Charlotte Elizabeth Gaskell309 (współczesnej powieściopisarce, pierwszej biografce Charlotte), przedstawia symbolicznie ciężkie położenie tej masy kobiet, których jedyną alternatywą w kwestii utrzymania się przy życiu było wtedy albo wyjść za mąż, albo zostać nauczycielką prywatną. Brak innych środków zarobkowania umysłowego dotykał kulturalnie świeżą warstwę. Ojcowie tych panien guwernantek pierwsi dopiero dochodzili do posad umysłowych, stanowili warstwę średniej inteligencji, na którą i wtedy, i długo jeszcze potem, niemal do I wojny światowej, nie było miejsca w strukturze społecznej Anglii. Dla córek tych duchownych, lekarzy, właścicieli małych zakładów naukowych, skromnych prawników jedynie nauczycielstwo prywatne otwierało drogę samodzielnej pracy. Charlotte Brontë, poświęcając tej sprawie swą twórczość, ujmowała w ten sposób całościowo problem pracy kobiecej w tamtym czasie. Kwestia wisiała w powietrzu. W roku 1848 zagadnienie wychowania i wykształcenia kobiety uczyni osią poważnego poematu (The Princess310) Tennyson311, uchodzący za nauczyciela swej epoki. Ta sama sprawa stanowi jeden z punktów programu grupy chrześcijańsko-społecznej, prowadzonej przez Charlesa Kingsleya312 i Fredericka Denisona Maurice’a313. Maurice jest inicjatorem założenia seminarium dla nauczycielek prywatnych. I tak w 1849 r. powstaje pierwsze, wzorcowe seminarium żeńskie w Anglii — The Queens College for Ladies314, w dwa lata po ukazaniu się Dziwnych losów Jane Eyre.

Powieści Charlotte Brontë nie są jednak tendencyjne. Nie mogła ich uczynić takimi autorka, która sama przeżyła omawiany problem. Osobiste doświadczenie nie pozwala na doktrynerstwo tendencji. Właśnie z połączenia subiektywnego przeżycia z ogólnym problemem powstają dzieła wielkie, a do nich należy niezaprzeczalnie historia Jane Eyre. Przeżycie doli guwernantki, w którym najważniejszy był fakt świadomości, iż doli tej nie można było zmienić, bolesne poczucie niemocy musiało z natury rzeczy być o wiele bardziej intensywne w duszy autorki niż w duszy przeciętnej ówczesnej młodej panny w takiej samej sytuacji. Poczucie marnowania czasu na szycie bielizny dziecięcej i cerowanie pończoch swych wychowanków było tak samo ciężkie dla pisarki jak świadomość, iż nie może zdobyć się na dobry humor, który według jej słów „należy, zdaje się, do warunków nabywanych wraz z pensją guwernantki”. Z tego borykania się z rzeczywistością wypływa też charakter powieści Charlotte Brontë — poruszając sprawę umysłowej pracy kobiecej, przeistacza ją w problem zmagania się z rzeczywistością ze strony kobiety młodej, impulsywnej, pragnącej samodzielności dla swego wyrazu. Problem to bardzo stary i zapewnia jej powieściom, zwłaszcza Dziwnym losom Jane Eyre, wieczną trwałość.

Także i druga posada, o wiele lepsza pod względem serdeczności stosunków, nie mogła naturalnie zadowolić Charlotte, dążącej do samodzielności. Dla ratowania się postanowiła założyć w Haworth razem z siostrą niewielki pensjonat dla panien. Żeby zaś wykorzystać element przyciągający panienki do planowanej szkoły, postanowiły zapewnić przyszłym uczennicom doskonałą francuszczyznę i w tym celu udały się obie z Emily do Brukseli dla dokształcenia się w tym języku. W ten sposób doszła do skutku jedyna „przygoda” Charlotte, jej dwuletni pobyt w Brukseli. Nie trwał on bez przerw. W końcu pierwszego roku umarła niespodziewanie ciotka. Po jej pogrzebie powróciła do Brukseli już tylko Charlotte — i to nie w charakterze uczennicy, ale jako nauczycielka języka angielskiego na pensji państwa Héger315.

Pobyt ten przyniósł jej bardzo wiele. Pierwszy raz żyjąc dłużej w otoczeniu odmiennym niż dotychczasowe, uzyskała możliwość porównania, której jej dotąd brakowało. Silniej jednak jeszcze wpłynęła na nią znajomość z panem Hégerem, jej nauczycielem języka francuskiego, człowiekiem bardzo wykształconym, dobrym pedagogiem i literatem, o żywym umyśle galijskim, który pojął od razu wysoką intelektualną wartość swej dziwnej uczennicy. Emanuel Paul z Villette316 jest podobno jego doskonałym portretem, jak z kolei niezbyt pochlebnym portretem pani Héger jest Madame Beck, właścicielka pensjonatu z tejże powieści. Na ujemny jej wizerunek wpłynęła niechęć Charlotte do katolicyzmu, który wydawał się jej kierowany wyłącznie przez jezuitów317, niecieszących się uznaniem w ówczesnej Anglii. Trzeba sobie przypomnieć, że lata pracy twórczej Charlotte Brontë to okres sporu między odradzającym się w Anglii katolicyzmem a zamierającym powoli anglikanizmem. Są to lata ruchu oksfordzkiego318, licznego przechodzenia na katolicyzm za przykładem późniejszego kardynała Newmana319, byłego kapłana anglikańskiego. Polemika na tym tle doprowadziła do ostrych starć (występy Kingsleya przeciw Newmanowi) i stosunek Charlotte do katolicyzmu jest całkowicie wytłumaczalny nastrojem tego okresu. Nie wpłynął zaś na ujemny rysunek pani Héger na pewno stosunek osobisty, z początku dobry, potem chłodny, ani uczucie niechęci związane z tym, że była ona żoną nauczyciela Charlotte. Bo jednak — choć tylko nieśmiało możemy to przypuszczać — w sercu Charlotte obudziło się uczucie do pana Hégera. Niewypowiedziane nigdy wprost, przebija ono w wyrazie uległości, dziwnej u tak samodzielnej istoty, jaką była Charlotte Brontë, w tonie jej kilku listów, pisanych do pana Hégera po powrocie do Anglii. Uczucie to pozwoliło jej przeżyć jedno z najpotężniejszych wrażeń: cierpienie miłości, której nie wolno się spełnić. Tragedia Jane i Rochestera tutaj ma prawdopodobnie swe źródło.

Bruksela dopełniła wykształcenia Charlotte jako nauczycielki, kobiety i powieściopisarki. Z tych trzech stron życia tylko ostatnia miała wkrótce osiągnąć swoje wyżyny. Ale jeszcze kilka lat ciężkiej wędrówki do szczytu czekało prawie trzydziestoletnią już kobietę. Pięknie wydrukowany prospekt nowej szkoły pozostał jedynie dokumentem, nie przyciągnął ani jednej uczennicy. Męczące bezrobocie wypełnione jest przy tym bolesnym widokiem upadku moralnego ukochanego brata. Zawody życiowe, niepohamowany temperament, zdolności wielkie, ale nieumiejętnie kierowane i nieujęte, sprowadziły Branwella z drogi pracy. Po kilku posadach coraz to gorszych wraca on do domu, obciążony delirium tremens320. Niezawodnie znajomość brutalnej strony życia, taka, jaką widzimy u Rochestera, jest skutkiem obcowania Charlotte z tym tak gorąco kochanym, nieszczęśliwym bratem, ofiarą zdolności, nieopanowania i warunków życiowych.

Trzy siostry są znowu razem i razem wstępują na scenę poezji pod pseudonimami Currer, Ellis i Acton Bell (zachowując je i w późniejszej twórczości) jako autorzy zbiorowego tomiku poezji, wydanego w roku 1846. Krytyka przyjęła tomik przyjaźnie, publiczność nie czytała go wcale. Przedsięwzięcie zamiast spodziewanego dochodu materialnego przyniosło tylko straty, tak iż trzy młode poetki, mające już w biurkach powieści gotowe do druku, były zmuszone szukać na nie mecenasów. Sprawa była niełatwa. Wreszcie Wichrowe wzgórza autorstwa Emily i Agnes Grey Anne znalazły finansowanie na bardzo złych warunkach. Professor Charlotte wędrował dalej od jednej firmy do drugiej. Aż zupełnie niespodziewanie z nowego wtedy wydawnictwa Smith i Elder321 przyszła pełna nadziei odpowiedź: przesłany rękopis jest za krótki na gust publiczności, jeśli jednak „autor” ma powieść trzytomową, to firma podejmie się publikacji. W ciągu kilku tygodni znalazł się rękopis Dziwnych losów Jane Eyre, gotowy już w chwili owej odpowiedzi prawie zupełnie, w kancelarii firmy Smith i Elder. Przez kolejne trzy wieczory przeczytali go, pochłonięci impetem nowego talentu, kierownik literacki firmy, kierownik handlowy, pan Taylor (który potem oświadczył się o rękę Charlotte, ale podobnie jak dwaj poprzednicy nie zyskał jej uczucia) i wreszcie sam właściciel, pan George Smith, który nie dowierzał entuzjastycznym pochwałom swych pomocników. Powieść została zakupiona i wydana w ciągu sześciu tygodni, a w ciągu następnych sześciu wyprzedana całkowicie w pierwszym nakładzie (1847).

Krytyka, uznająca wielki talent „autora”, czyniła jednak zastrzeżenia co do moralności treści. To stanowisko krytyczne jeszcze się zaostrzyło, gdy zaczęto dowiadywać się, iż powieść wyszła spod pióra kobiety. Uważano, że Rochester, bigamista w intencji, nie został dostatecznie ukarany, nie traci bowiem kobiety, którą kochał, lecz przypadkowo nabawia się kalectwa. Ale właśnie ten zarzut potwierdza tragiczność pomysłu powieściopisarki. Nie istnieje możliwość wydania bezspornego sądu, czy jest czy nie ma winy w tej sprawie. Jest to konflikt uczucia, mocniejszego niż śmierć, z układem stosunków społecznych, na ogół słusznym, ale w tym indywidualnym wypadku niezasadnym. Jest to walka namiętności głębokiej, obejmującej całego człowieka z ciałem i duszą, z przeszkodą tylko formalnie istotną, a jednak niedającą się usunąć. Wina Rochestera zostaje pomniejszona do możliwie małych rozmiarów, jeżeli w ogóle istnieje. Miłość do Jane odkupuje jego złe życie, któremu on tylko pośrednio był winien, a jego próbę ratowania żony trzeba przypisać wpływowi uczucia do małej nauczycielki. Rysunek Rochestera i Jane, jakkolwiek mógłby być z punktu widzenia moralności społecznej traktowany, pokazuje nam głębokie wniknięcie w pasję ludzkiego serca, w namiętność mężczyzny i kobiety. Jest to owo zrozumienie pierwotności instynktów (cechujące przede wszystkim Wichrowe wzgórza), wyniesione przez siostry pisarki z zasłuchania się w szum wiatru górskiego, z obcowania z surową naturą rodzimych pagórków, z sieroctwa, w którym dorastały, z samotności i samorodności geniuszu. Stąd płynęła owa śmiałość w wypowiadaniu się, śmiałość, która tak przerażała, a zarazem zachwycała pierwszych czytelników ich powieści. Z obcowania z pierwotną naturą wynika też główny wątek w zakończeniu historii Jane — motyw telepatii. W literaturze światowej jest to jeden z nielicznych przykładów użycia tego motywu w powieści w sposób przekonywujący.

Drobne niezręczności w konstrukcji powieści zasłaniała krytyce współczesnej, jak i zasłania dzisiejszemu czytelnikowi, prawda przeżycia, zawarta w poszczególnych epizodach powieści, których wewnętrzna budowa jest arcydziełem. Powodzenie było zasłużone i przyniosło autorce cały szereg najlepszych i najmilszych przyjaźni literackich, jak wielkiego powieściopisarza Thackeraya322, Elizabeth Gaskell, historyka filozofii G. H. Lewesa323 i innych. Powodzenie to pozwoliło jej też pracować spokojnie nad następną powieścią i przetrwać, stworzywszy dla Charlotte cel istnienia, straszne lata 1848–1849, znaczone kolejnymi zgonami trojga rodzeństwa, zakończone jej zupełnym osamotnieniem przy boku starego ojca. Ślady cierpienia i smutku widnieją bardzo wyraźnie w powieści, której bohaterka, Shirley, jest wyidealizowanym portretem Emily. Po tej publikacji przyszły lata względnie szczęśliwe, a przynajmniej spokojne. Odwiedziny w Londynie, Manchesterze324 i u znajomych przerywają od czasu do czasu samotne życie w Haworth, które zaczyna nieco dokuczać pisarce. Powoli powstaje trzecia powieść, Villette. W niej Charlotte osądziła samą siebie dość surowo, dając w ten sposób zadośćuczynienie za wyidealizowanie autoportretu w Dziwnych losach Jane Eyre. Sposobem stosowanym dość często w autobiograficznych utworach autorka „rozdwoiła” siebie, przeciwstawiając swej prawdziwej istocie tę wymarzoną. Mała Polly Home, która na naszych oczach wyrasta z poważnego dziecka na panienkę, umiejącą godzić powagę życia z głębią uczucia, jest jej ideałem, ale tego ideału nie spełnia Lucy Snowe, szukająca niespokojnie ostoi życia, w której rysunku autorka zawarła samokrytykę. Zakończenie powieści jest, wbrew zasadzie obowiązującej wtedy angielską twórczość, smutne. Emanuel Paul ma powrócić po kilkuletnim pobycie z kolonii do kraju, aby się ożenić z czekającą na niego Lucy, ale ginie w katastrofie okrętu. Charlotte Brontë nie umiała rozminąć się z prawdą życia i swój stosunek uczuciowy do pana Hégera zakończyła akordem smutnej rezygnacji na ostatniej stronie Villette.

Powieść ta przyniosła jej zupełne wyzwolenie od uczucia, jeżeli ono jeszcze istniało w czasie tworzenia tekstu, i kiedy po dłużej trwającym staraniu się o jej rękę ze strony wikarego z Haworth, Arthura Bella Nichollsa325, i po pokonaniu oporu ojca, zawarła ślub w czerwcu 1854, poczuła się po raz pierwszy w życiu szczęśliwa. Ale szczęście nie trwało długo. Po krótkiej chorobie, w następstwie kilkutygodniowego osłabienia, zasnęła spokojnie w dniu 31 marca 1855 r. Widocznie spełniła już swoje zadanie wypowiedzenia bólu, zmagania się samodzielnej, pełnej pasji, kobiecej duszy z otaczającym światem. Wielki pisarz, znawca życia moralnego i społecznego i oddany przyjaciel Charlotte — Thackeray — podziwia we wspomnieniu pośmiertnym o niej „jej płomienną miłość prawdy, odwagę, prostotę, oburzenie na krzywdy, żywe współczucie, spokojną a głęboką miłość i poszanowanie, pełen pasji, jeżeli się można tak wyrazić, honor kobiety”. Kto to zawarł w swoim dziele — a Charlotte Brontë to uczyniła — ten wypełnił dobrze i całkowicie zadanie wielkiego artysty.

Andrzej Tretiak326

Przypisy:

1. bona (daw.) — opiekunka do dzieci w zamożnych rodzinach. [przypis edytorski]

2. morowy — wykonany z mory, jedwabnej tkaniny o mieniącym się deseniu. [przypis edytorski]

3. Historia ptaków brytyjskich — ang. History of British Birds, publikacja Thomasa Bewicka (1753–1828) z lat 1797–1804. [przypis edytorski]

4. Bewick, Thomas (1753–1828) — angielski ilustrator, drzeworytnik i ornitolog. [przypis edytorski]

5. Przylądek Północny — (norw.) Nordkapp, skalisty przylądek klifowy w Norweskiej gminie Nordkapp. [przypis edytorski]

6. Arktyk a. Ocean Arktyczny — najmniejszy, najpłytszy i prawdopodobnie najmłodszy ocean na Ziemi, oblewający biegun północny w Arktyce. [przypis edytorski]

7. Hebrydy — szkocki archipelag na Atlantyku, złożony z ok. 500 wysp. [przypis edytorski]

8. Atlantyk a. Ocean Atlantycki — drugi pod względem wielkości ocean na Ziemi. [przypis edytorski]

9. Laponia — region w płn. Finlandii. [przypis edytorski]

10. Syberia — kraina geograficzna w płn. Azji, w obrębie Rosji. [przypis edytorski]

11. Szpicberg a. Spitsbergen — największa wyspa Norwegii, położona na Morzu Arktycznym. [przypis edytorski]

12. Grenlandia — autonomiczne terytorium zależne Danii, położone na wyspie. [przypis edytorski]

13. Pamela i Henryk, hrabia Moreland — ang. The Fool of Quality; or The History of Henry, Earl of Moreland (1765–1770), łotrzykowska, sentymentalna powieść irlandzkiego pisarza Henry’ego Brooke’a (1703–1783). [przypis edytorski]

14. sztubak (daw.) — gimnazjalista lub uczeń szkoły średniej. [przypis edytorski]

15. besztanie — karcenie, ganienie, strofowanie; robienie krytycznych uwag w tonie nagany. [przypis edytorski]

16. Goldsmith, Oliver (1728–1774) — irlandzki lekarz i pisarz. [przypis edytorski]

17. Historia Rzymu — właśc. (ang.) Roman History Abridged by Himself for the Use of Schools, książka Olivera Goldsmitha (1728–1774) opublikowana w 1772 r. [przypis edytorski]

18. Kaligula (12–41) — Gaius Iulius Caesar Augustus Germanicus, cesarz rzymski od 37 r. do śmierci. [przypis edytorski]

19. Neron (37–68) — Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus, cesarz rzymski w latach 54–68. [przypis edytorski]

20. otomana — niska kanapa z bocznymi wałkami i miękkim oparciem. [przypis edytorski]

21. Gateshead — miasto w płn.-wsch. części Anglii. [przypis edytorski]

22. Hall (ang.) — tu: dwór, posiadłość. [przypis edytorski]

23. feston — tkanina upięta dekoracyjnie w formie girlandy lub draperii. [przypis edytorski]

24. duplikować — podwajać. [przypis edytorski]

25. winograd (daw.) — winorośl. [przypis edytorski]

26. stancja (daw.) — tu: pokój. [przypis edytorski]

27. Podróże Guliwera — powieść Jonathana Swifta (1667–1745), napisana w 1726 roku. [przypis edytorski]

28. Lilliput i Brobdingnag — fikcyjne krainy w Podróżach Guliwera. [przypis edytorski]

29. pigmejczyk — tu: karzełek. [przypis edytorski]

30. Kiedy poszliśmy na wędrówkę Dawno temu... — ang. In the days we went gipsying, piosenka autorstwa Nathana Jamesa Sporle’a (1812–1853). [przypis edytorski]

31. Dawno temu — tutaj w oryginale pojawia się inna piosenka (kolejna), zapewne autorstwa Charlotte Brontë, licząca kilka zwrotek, jednak tłumaczka tego wydania nie przełożyła jej tekstu:

My feet they are sore, and my limbs they are weary;

⁠Long is the way, and the mountains are wild;

Soon will the twilight close moonless and dreary

⁠Over the path of the poor orphan child.

Why did they send me so far and so lonely,

⁠Up where the moors spread and grey rocks are piled?

Men are hard-hearted, and kind angels only

⁠Watch o’er the steps of a poor orphan child.

Yet distant and soft the night-breeze is blowing,

⁠Clouds there are none, and clear stars beam mild;

God, in His mercy, protection is showing,

⁠Comfort and hope to the poor orphan child.

Ev’n should I fall o’er the broken bridge passing,

⁠Or stray in the marshes, by false lights beguiled,

Still will my Father, with promise and blessing,

⁠Take to His bosom the poor orphan child.

There is a thought that for strength should avail me,

⁠Though both of shelter and kindred despoiled:

Heaven is a home, and a rest will not fail me;

⁠God is a friend to the poor orphan child.

32. partia — tu: kandydat na męża. [przypis edytorski]

33. szyling — angielska moneta historyczna (1/20 część funta szterlinga) dzielona na 12 pensów. [przypis edytorski]

34. loża — tu: ganek albo antresola. [przypis edytorski]

35. ekwipaż (daw.) — lekki pojazd konny. [przypis edytorski]

36. raszka a. rudzik — niewielki ptak. [przypis edytorski]

37. kapitel (archit.) — głowica kolumny. [przypis edytorski]

38. Biblia a. Pismo Święte — zbiór starożytnych ksiąg, uważanych przez żydów i chrześcijan za święte. [przypis edytorski]

39. Księga Objawienia a. Apokalipsa Świętego Jana — jedyna prorocza księga Nowego Testamentu. [przypis edytorski]

40. Daniel — bohater biblijnej Księgi Daniela, prorok żydowski. [przypis edytorski]

41. Genesis a. Księga Rodzaju — pierwsza księga Biblii, należąca do Starego Testamentu. [przypis edytorski]

42. Samuel — postać biblijna z XI wieku p.n.e., bohater 1 Księgi Samuela, prorok i kapłan. [przypis edytorski]

43. Exodus a. Księga Wyjścia — druga księga Pisma Świętego. [przypis edytorski]

44. Księgi Królów a. Księgi Królewskie (1 i 2) — biblijne księgi wchodzące w skład Starego Testamentu. [przypis edytorski]

45. Hiob — postać biblijna, bohater starotestamentowej Księgi Hioba. [przypis edytorski]

46. Jonasz — prorok izraelski, bohater i prawdopodobny autor biblijnej Księgi Jonasza. [przypis edytorski]

47. archidiakon — delegat biskupa na terenie diecezji lub okręgu kościelnego. [przypis edytorski]

48. kolekta — tu: modlitwa odmawiana przed odczytaniem lekcji. [przypis edytorski]

49. refektarz — jadalnia w klasztorze lub seminarium. [przypis edytorski]

50. pośniadać (daw.) — zjeść śniadanie. [przypis edytorski]

51. syberyna — gruba, wełniana tkanina. [przypis edytorski]

52. A. D. (łac.) — Anno Domini, roku pańskiego. [przypis edytorski]

53. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi (...) Mt 5, 16 — cytat za Biblią Tysiąclecia. [przypis edytorski]

54. Rasselas — ang. The History of Rasselas, Prince of Abissinia, dzieło Samuela Johnsona (1709–1784), opublikowane w 1759 r. [przypis edytorski]

55. madame (fr.) — pani. [przypis edytorski]

56. Lille — miasto i gmina w płn. Francji, stolica regionu Hauts-de-France. [przypis edytorski]

57. rekreacja — tu: czas wolny. [przypis edytorski]

58. Karol I a. Karol I Stuart (1600–1649) — król Anglii i Szkocji w latach 1625–1649. [przypis edytorski]

59. Szkocja — kraj należący do Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. [przypis edytorski]

60. Northumberland — hrabstwo w płn.-wsch. Anglii. [przypis edytorski]

61. Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają — Łk 6, 27–28, (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

62. św. Mateusz a. Mateusz Ewangelista — biblijny celnik z Kafarnaum, apostoł Jezusa, autor pierwszej Ewangelii (Ewangelii Mateusza). [przypis edytorski]

63. en masse (fr.) — w wielkiej liczbie, masowo. [przypis edytorski]

64. mars — marsowa mina; surowy wyraz twarzy. [przypis edytorski]

65. Lowton — wieś w Anglii, w hrabstwie Wielki Manchester. [przypis edytorski]

66. jeżeli głód cierpicie i pragnienie dla mnie, szczęśliwi jesteście” — bardzo luźne i poza kontekstem nawiązanie do Ewangelii Mateusza: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.” (Mt 5, 6, cytat za Biblią Tysiąclecia); być może autorka chce podkreślić, że Brocklehurst nie jest wybitnym znawcą Pisma Świętego. [przypis edytorski]

67. Rubikon — w starożytności rzeka (stanowiąca granicę między Italią a Galią Przedalpejską), którą Juliusz Cezar (ok. 100/102–44 p.n.e.) przekroczył w 49 roku p.n.e., rozpoczynając wojnę domową w Rzymie. [przypis edytorski]

68. Brahma — jedno z naczelnych bóstw hinduizmu. [przypis edytorski]

69. Moloch a. Molech — chtoniczne bóstwo fenickie i kananejskie, jeden z demonów. [przypis edytorski]

70. Bethesda a. Sadzawka Owcza — sadzawka w Jerozolimie, opisana w Biblii jako miejsce cudownych uzdrowień. [przypis edytorski]

71. derwisz — członek muzułmańskiej grupy religijnej; pobożny żebrak wędrowny. [przypis edytorski]

72. Wirgiliusz a. Wergiliusz (70–19 p.n.e.) — poeta rzymski. [przypis edytorski]

73. être (fr.) — być. [przypis edytorski]

74. Piza — włoskie miasto w regionie Toskania, znane m. in. ze swej lekko pochylonej wieży. [przypis edytorski]

75. Salomon (1000–ok. 931 p.n.e.) — biblijny prorok i król Izraela, syn i następca króla Dawida. [przypis edytorski]

76. Lepsze jest trochę jarzyn z miłością, niż tłusty wół z nienawiścią — Prz 15, 17 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

77. tęchnąć (daw.) — tracić obrzęk. [przypis edytorski]

78. aurykle — (ang.) auricula, pierwiosnek. [przypis edytorski]

79. maligna (daw.) — wysoka gorączka. [przypis edytorski]

80. rychło — tu: czy szybko. [przypis edytorski]

81. resurgam (łac.) — zmartwychwstanę. [przypis edytorski]

82. Z czasem zostałam pierwszą uczennicą pierwszej klasy — w systemie kształcenia w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt opisywanym tutaj bohaterka zaczęła edukację od czwartej, a zakończyła na pierwszej klasie. [przypis edytorski]

83. „Herald” — ang. „The Herald”, najstarszy dziennik brytyjski wydawany od 1783 r. w Glasgow. [przypis edytorski]

84. mitenka — rękawiczka damska bez palców. [przypis edytorski]

85. Millcote a. Milcote — niewielka angielska miejscowość, położona w Warwickshire, w dystrykcie Stratford-on-Avon. [przypis edytorski]

86. en règle (fr.) — zgodnie z zasadami. [przypis edytorski]

87. rzeka A — chodzi o rzekę Avon, przepływającą w pobliżu Millcote. [przypis edytorski]

88. obciąć się (pot.) — oblać egzamin. [przypis edytorski]

89. Madera — portugalski region autonomiczny na wyspach Atlantyku. [przypis edytorski]

90. Jerzy III (1738–1820) — ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii i pierwszy król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii. [przypis edytorski]

91. Wolfe, James (1727–1759) — generał brytyjski, który zginął na polu bitwy w Quebecu, jednak efektem zwycięskiej walki było przyłączenie Kanady do grona prowincji brytyjskich. [przypis edytorski]

92. mufka — kawałek futra zszytego w kształt walca z dwoma otworami na dłonie po bokach, służący niegdyś kobietom do ochrony rąk przed zimnem. [przypis edytorski]

93. kwakier — członek protestanckiej grupy wyznaniowej. [przypis edytorski]

94. blank a. blanka — zębaty występ w zwieńczeniu muru obronnego. [przypis edytorski]

95. etymologia nazwy miejscowości — (ang.) thorn oznacza cierń, (ang.) field pole, zatem Thornfield to pole cierniowe. [przypis edytorski]

96. C’est là ma gouvernante! (fr.) — To jest moja guwernantka! [przypis edytorski]

97. Mais oui, certainement. — Ależ tak, z pewnością. [przypis edytorski]

98. mademoiselle (fr.) — panienka. [przypis edytorski]

99. La ligue des rats, fable de La Fontaine (fr.) — bajka Związek Szczurów, której autorem jest francuski bajkopisarz, Jean de La Fontaine (1621–1695). [przypis edytorski]

100. Qu’avez-vous donc? lui dit un de ces rats; parlez! (fr.) — Co ci jest?, pyta jeden ze szczurów. Mówże! [przypis edytorski]

101. buduar (daw.) — pokój do odpoczynku pani domu. [przypis edytorski]

102. sztukateria — dekoracja ścienna z gipsu lub stiuku. [przypis edytorski]

103. kuszetka (daw.) — kozetka, mała kanapa. [przypis edytorski]

104. po życia gorączce cicho teraz śpią — fragment pochodzi z dramatu Macbeth Williama Shakespeare’a (1564–1616). [przypis edytorski]

105. Sinobrody — słynny żonobójca, tytułowy bohater baśni przypisywanej Charles’owi Perraultowi (1628–1703). [przypis edytorski]

106. Mesdames, vous êtes servies! (...) J’ai bien faim, moi! (fr.) — Panie, podano do stołu! (...) Jestem bardzo głodna! [przypis edytorski]

107. blanki a. krenelaż — zębowate zwieńczenie szczytów murów i baszt; element architektoniczny w budowlach średniowiecznych o charakterze obronnym, później, szczególnie w XIX w. (neogotyk) ozdobnym; zęby (merlony) przedzielone prześwitami (miedzami) ułatwiały obronę w razie oblężenia: pomiędzy zębami byli rozstawieni łucznicy. [przypis edytorski]

108. Gytrash — legendarny, czarny pies, który na drogach płn. Anglii czyhał rzekomo na podróżnych. [przypis edytorski]

109. Jak wrzosu gałązka, którą w pustym polu Wiatr dziki wirem unosi... — cytat z wiersza Thomasa Moore’a (1779–1852) Fallen is Thy Throne. [przypis edytorski]

110. pies nowofundlandzki a. nowofundland — rasa psów z grupy molosów. [przypis edytorski]

111. ami, monsieur (fr.) — przyjaciel, pan. [przypis edytorski]

112. zamek Heidelberski — zamek w Heidelbergu, niemieckim mieście w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia. [przypis edytorski]

113. Ren — jedna z najdłuższych rzek w Europie, tworząca granicę między Francją a Niemcami. [przypis edytorski]

114. cadeau (fr.) — prezent, podarek. [przypis edytorski]

115. konsola (daw.) — tu: ozdobny stolik pod lustro. [przypis edytorski]

116. szyfonierka (daw.) — tekturowe pudełeczko albo woreczek na robótki ręczne. [przypis edytorski]

117. skaptować (daw.) — pozyskać. [przypis edytorski]

118. Gwiazda Wieczorna — planeta Wenus, widoczna po zachodzie nad horyzontem. [przypis edytorski]

119. Latmos — w mitologii greckiej góra zapomnienia. [przypis edytorski]

120. kares (daw.) — czułe słowo, pieszczotliwy gest. [przypis edytorski]

121. le petit coffre (fr.) — kuferek. [przypis edytorski]

122. Ma boîte! Ma boîte! (fr.) — Moje pudełko! Moje pudełko! [przypis edytorski]

123. tiens-toi tranquille, enfant, comprends-tu? (fr.) — uspokój się, dziecko, rozumiesz? [przypis edytorski]

124. Oh ciel! Que c’est beau! (fr.) — Wielkie nieba! Jakie to piękne! [przypis edytorski]

125. tête-à-tête (fr.) — sam na sam. [przypis edytorski]

126. folgować (daw.) — pozwalać (sobie). [przypis edytorski]

127. et j’y tiens (fr.) — zależy mi na tym; ma to dla mnie znaczenie. [przypis edytorski]

128. kamea — kamień z płaskorzeźbą jaśniejszą od tła. [przypis edytorski]

129. seraf a. serafin — anioł z najwyższego chóru anielskiego. [przypis edytorski]

130. Medowie — lud zamieszkujący w starożytności płn.-zach. Iran. [przypis edytorski]

131. Persowie — starożytny lud zamieszkujący obszar Iranu (dawnej Persji). [przypis edytorski]

132. Est-ce que ma robe va bien? (...) Et mes souliers? Et mes bas? Tenez, je crois’que je vais danser! (fr.) — I jak wyglądam w tej sukience? A moje buty? A pończochy? Patrzcie, chyba zatańczę! [przypis edytorski]

133. Monsieur, je vous remercie mille fois de votre bonté. (fr.) — Panie, tysiąckrotnie dziękuję za pańską dobroć. [przypis edytorski]

134. C’est comme cela que maman faisait, n’est-ce pas, monsieur? (fr.) — Tak robiła mama, prawda, proszę pana? [przypis edytorski]

135. comme cela (fr.) — dokładnie tak. [przypis edytorski]

136. wolant — tu: rodzaj dawnej gry. [przypis edytorski]

137. une grande passion (fr.) — wielka pasja, uczucie. [przypis edytorski]

138. Apollin Belwederski a. Apollo Belwederski — rzymska rzeźba Apolla z II wieku, prawdopodobnie kopia greckiego oryginału. [przypis edytorski]

139. galijska — tu: francuska. [przypis edytorski]

140. sylfida — tu: smukła, delikatna kobieta. [przypis edytorski]

141. voiture (fr.) — tu: pojazd. [przypis edytorski]

142. flama (daw.) — kochanka. [przypis edytorski]

143. Mon ange! (fr.) — Mój aniele! [przypis edytorski]

144. Makbet a. Macbeth — tytułowy bohater dramatu Williama Shakespeare’a (1564–1616). [przypis edytorski]

145. Forres — miasto w Szkocji. [przypis edytorski]

146. lewiatan — biblijny potwór morski. [przypis edytorski]

147. napierśnik — część zbroi osłaniająca piersi. [przypis edytorski]

148. la (fr.) — tu: ta. [przypis edytorski]

149. beauté mâle (fr.) — męskie piękno. [przypis edytorski]

150. Lasek Buloński — park położony w 16. dzielnicy Paryża, dawniej słynny z pojedynków. [przypis edytorski]

151. fortel (daw.) — podstęp. [przypis edytorski]

152. sago — papka przyrządzana z mączki z pnia niektórych palm i sagowców albo z mąki kartoflanej. [przypis edytorski]

153. baronet — najniższy dziedziczny angielski tytuł szlachecki. [przypis edytorski]

154. majorat — dawna zasada dziedziczenia, zgodnie z którą cały majątek otrzymywał najstarszy syn lub najbliższy krewny. [przypis edytorski]

155. toilettes (fr.) — tu: toalety, stroje. [przypis edytorski]

156. passées (fr.) — tu: używane, stare. [przypis edytorski]

157. Elles changent de toilettes (fr.) — Przebierają się. [przypis edytorski]

158. Chez maman (fr.) — U mamy. [przypis edytorski]

159. Comme cela on apprend (fr.) — Tak się uczymy. [przypis edytorski]

160. et alors quel dommage! (fr.) — a wtedy co za szkoda! [przypis edytorski]

161. Est-ce que je ne puis pas prendre une seule de ces fleurs magnifiques, mademoisselle? Seulement pour compléter ma toilette? (fr.) — Czy mogę wziąć jeden z tych pięknych kwiatów, panienko? Tylko po to, żeby dopełnić moją toaletę? [przypis edytorski]

162. otok — tu: obramowanie. [przypis edytorski]

163. minois chiffonné — twarz o rysach delikatnych, ale niezbyt regularnych, uroda pełna niewymuszonego wdzięku, oryginalna. [przypis edytorski]

164. lady (ang.) — pani. [przypis edytorski]

165. Diana — rzymska bogini łowów, fauny i flory, płodności i Księżyca. [przypis edytorski]

166. wpakować (pot.) — wrobić, przyczynić się do stworzenia trudnej, niezręcznej sytuacji. [przypis edytorski]

167. Bonjour, mesdames. (fr.) — Dzień dobry paniom. [przypis edytorski]

168. tant pis (fr.) — tym gorzej (dla niej); co z tego. [przypis edytorski]

169. au reste (fr.) — zresztą. [przypis edytorski]

170. signor (wł.) — pan. [przypis edytorski]

171. donna (wł.) — pani, kobieta. [przypis edytorski]

172. Rizzio, David a. Riccio, David (ok. 1533–1566) — nadworny śpiewak i faworyt Marii Stuart (1542–1587). [przypis edytorski]

173. Maria I Stuart (1542–1587) — królowa Szkotów od 1542 do 1567 r. [przypis edytorski]

174. Bothwell, James Hepburn (1534–1578) — 1. Diuk Orkney i 4. Earl Bothwell, trzeci mąż królowej Marii I Stuart (1542–1587), oskarżany o zabicie jej poprzedniego męża, Henryego Stuarta; mimo formalnego uniewinnienia budzące kontrowersje małżeństwo Bothwella z królową podzieliło państwo i spowodowało jego ucieczkę do Norwegii wobec rodzącej się rebelii; aresztowany, spędził resztę życia w więzieniu w Danii. Bothwell to tytuł sztuki (drugiej części trylogii) angielskiego poety Algernona Charlesa Swinburne’a (1837–1909), opublikowany w Londynie w 1874 r. [przypis edytorski]

175. con spirito (wł.) — tu: z duszą, z pełnym zaangażowaniem, żywo, z ogniem. [przypis edytorski]

176. fertyczny — zwinny, ruchliwy. [przypis edytorski]

177. Bride (ang.) — panna młoda. [przypis edytorski]

178. Eleazar — postać biblijna ze Starego Testamentu, syn Aarona i Eliszeby, arcykapłan. [przypis edytorski]

179. Rebeka — postać biblijna, żona Izaaka, matka Ezawa i Jakuba; opisana scena stanowi nawiązanie do starotestamentowej opowieści. [przypis edytorski]

180. Bridewell — nazwa londyńskiego więzienia; (ang.) bride to panna młoda, a (ang.) well to studnia, źródło. [przypis edytorski]

181. minoderia — wdzięczenie się. [przypis edytorski]

182. Voilà monsieur Rochester, qui revient! (fr.) — A oto wraca pan Rochester! [przypis edytorski]

183. Jamajka — państwo na Morzu Karaibskim. [przypis edytorski]

184. Kingston — stolicy Jamajki, państwa na Morzu Karaibskim. [przypis edytorski]

185. Spanish Town — miasto na Jamajce, w zespole miejskim Kingston. [przypis edytorski]

186. Indie Zachodnie — zbiorcza nazwa wysp leżących między Morzem Karaibskim a Oceanem Atlantyckim. [przypis edytorski]

187. chiromancki — dotyczący chiromancji, czyli wróżenia z linii dłoni. [przypis edytorski]

188. Sybilla — w mitologii greckiej wieszczka przepowiadająca przyszłość. [przypis edytorski]

189. kreza — tu: wystająca część kapelusza, otaczająca jego główkę. [przypis edytorski]

190. koszyk (daw.) a. kosz — tu: odmowa w odniesieniu do propozycji małżeństwa. [przypis edytorski]

191. Precz, wy pożyczane szaty! — cytat z Króla Leara, tragedii Williama Shakespeare’a (1564–1616). [przypis edytorski]

192. Andy — łańcuch górski w Ameryce Południowej. [przypis edytorski]

193. Wiele hałasu o nic — komedia autorstwa Williama Shakespeare’a (1564–1616). [przypis edytorski]

194. św. Łukasz a. Łukasz Ewangelista — współpracownik apostoła Pawła, autor trzeciej Ewangelii. [przypis edytorski]

195. św. Jan — jeden z dwunastu apostołów Jezusa, autor Ewangelii i Apokalipsy św. Jana. [przypis edytorski]

196. Judasz — jeden z apostołów; wydał Jezusa Chrystusa w ręce żydów. [przypis edytorski]

197. kordiał (daw.) — mocny trunek lub lek na serce. [przypis edytorski]

198. Ariel — anioł opisany w Starym Testamencie. [przypis edytorski]

199. Kartagina — starożytne miasto-państwo w płn. Afryce, położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego. [przypis edytorski]

200. suweren — tu: angielska złota moneta o wartości 1 funta (20 szylingów). [przypis edytorski]

201. pens — drobna moneta angielska. [przypis edytorski]

202. fetować — podejmować wystawnie, świętować obecność. [przypis edytorski]

203. Noce Arabskie a. Księga tysiąca i jednej nocy, a. Baśnie z tysiąca i jednej nocy — zbiór około 300 baśni, podań i opowieści arabskich z IX–X w. [przypis edytorski]

204. bęben — daw. pogardliwe a. rubaszne określenie dziecka. [przypis edytorski]

205. najada — w mitologii greckiej każda z nimf źródeł, potoków etc. [przypis edytorski]

206. na mój benefis — tu: na moją rzecz, z mojego powodu. [przypis edytorski]

207. Boadicea a. Boudika, a. Budyka (ok.30–61) — królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię, która przewodziła powstaniu przeciwko Cesarstwu Rzymskiemu, symbol walki o wolność i bohaterka ludowa Wielkiej Brytanii. [przypis edytorski]

208. bonsoir (fr.) — dobry wieczór. [przypis edytorski]

209. prête à croquer sa petite maman anglaise (fr.) — gotowa do schrupania swojej angielskiej mamusi. [przypis edytorski]

210. Albion — starodawna, literacka nazwa Anglii. [przypis edytorski]

211. Connaught a. Connacht — jedna z prowincji irlandzkich w zachodniej części kraju. [przypis edytorski]

212. par — członek brytyjskiej Izby Lordów. [przypis edytorski]

213. szychowy (daw.) — odnoszący się do szychu, czyli pozornej świetności. [przypis edytorski]

214. Neapol — miasto na południu Włoch, stolica regionu Kampania. [przypis edytorski]

215. Florencja — włoskie miasto, stolica regionu Toskania. [przypis edytorski]

216. Wenecja — włoskie miasto, stolica regionu Wenecja Euganejska. [przypis edytorski]

217. sylf — średniowieczny duch powietrza o czystej duszy. [przypis edytorski]

218. Herkules — w mitologii rzymskiej jeden z herosów; w greckiej wersji mitu jego „uwodzicielka” to Dejanira. [przypis edytorski]

219. Samson — ostatni z Sędziów opisanych w Starym Testamencie; jego „uwodzicielka” to Dalila. [przypis edytorski]

220. Ahaswerus — według Biblii król perski, jeden z bohaterów Księgi Estery, identyfikowany z Kserksesem. [przypis edytorski]

221. piorunowa chmura (ang. blue-piled thunderloft) — zwrotu tego użył szkocki poeta, Thomas Aird (1802–1876), w utworze The Demoniac. [przypis edytorski]

222. sans mademoiselle (fr.) — bez panienki. [przypis edytorski]

223. un vrai menteur (fr.) — prawdziwy kłamca. [przypis edytorski]

224. conte de fée (fr.) — bajka, baśń. [przypis edytorski]

225. Danae — postać z mitologii greckiej, z którą Zeus (pod postacią złotego deszczu) spłodził syna, Perseusza. [przypis edytorski]

226. seraj — tu: harem. [przypis edytorski]

227. huryska a. hurysa — piękna, młoda dziewica, będąca w raju nagrodą dla wiernych wyznawców islamu. [przypis edytorski]

228. Stambuł — największe i najludniejsze miasto w Turcji; dawniej Konstantynopol, a wcześniej Bizancjum. [przypis edytorski]

229. basza a. pasza — dostojnik w imperium osmańskim. [przypis edytorski]

230. pour me donner une contenance (fr.) — aby dodać sobie znaczenia, powagi, wyrazistości. [przypis edytorski]

231. Marston Moor — chodzi o bitwę na Marston Moor (niedaleko wsi Long Marston w hrabstwie North Yorkshire), która miała miejsce 2 lipca 1644 podczas angielskiej wojny domowej. [przypis edytorski]

232. Kreolka, Kreol — w Ameryce Łacińskiej i na południu USA potomek europejskich kolonizatorów i emigrantów. [przypis edytorski]

233. Funchal — portugalskie miasto na płd. wybrzeżu Madery. [przypis edytorski]

234. Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela — Ps, 22, 12 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

235. Woda mi sięga po szyję. Ugrzązłem w mule topieli i nie mam nigdzie oparcia, trafiłem na wodną głębinę i nurt wody mnie porywa — Ps 69, 2-3 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

236. upas — trujące drzewo z rodziny morwowo-figowej. [przypis edytorski]

237. Grimsby — angielskie miasto w hrabstwie Lincolnshire. [przypis edytorski]

238. Morze Śródziemne — morze międzykontynentalne leżące pomiędzy Europą, Afryką i Azją. [przypis edytorski]

239. Petersburg — miasto w płn. Rosji. [przypis edytorski]

240. signorina (wł.) — panienka. [przypis edytorski]

241. Messalina a. Valeria Messalina (ok. 17–48) — cesarzowa rzymska, małżonka Klaudiusza, znana nimfomanka. [przypis edytorski]

242. epikurejczyk — zwolennik epikureizmu, doktryny filozoficznej, zgodnie z którą przyjemność prowadzi do szczęścia; także: osoba dążąca do nieskrępowanego korzystania z życia. [przypis edytorski]

243. Ich wäge die Gedanken in der Schale meines Zornes! Und die Werke mit dem Gewicht meines Grimms (niem.) — Ja ważę myśli na szali mojego gniewu, a czyny ciężarami mojej wściekłości w przekładzie Michała Budzyńskiego (wyd. 1900 r.); cytat z dramatu Zbójcy Friedricha Schillera (1759–1805). [przypis edytorski]

244. kamrat (daw.) — kompan, towarzysz. [przypis edytorski]

245. Morton — angielska miejscowość i parafia w hrabstwie Derbyshire. [przypis edytorski]

246. czasy Henryków — prawdopodobnie chodzi o rządy Henryka VII (1457–1509) i Henryka VIII (1491–1547) z dynastii Tudorów. [przypis edytorski]

247. Marsylia — miasto w płd. Francji, nad Morzem Śródziemnym. [przypis edytorski]

248. Powietrze było łagodne, rosa, niby balsam, opadała... (ang. The air was mild, the dew was balm) — nawiązanie do fragmentu utworu Waltera Scotta (1771–1832) The Lady of the Lake: Canto III: The air was mild, the wind was calm, The stream was smooth, the dew was balm. [przypis edytorski]

249. żona Lota — postać biblijna, małżonka Lota, bratanka patriarchy Abrahama, zamieniona w słup soli. [przypis edytorski]

250. statysta (daw.) — mąż stanu, polityk. [przypis edytorski]

251. Schiller, Friedrich (1759–1805) — niemiecki poeta, filozof, historyk, estetyk i dramaturg. [przypis edytorski]

252. Marmion — poemat Waltera Scotta (1771–1832), wydany w 1808 r. [przypis edytorski]

253. Madagaskar — wyspiarskie państwo w Afryce. [przypis edytorski]

254. Kaplandia — (ang.) Cape; prawdopodobnie leżący w płd. Afryce Przylądek Dobrej Nadziei. [przypis edytorski]

255. stoik — wyznawca stoicyzmu, doktryny filozoficznej uznającej za najwyższe dobro cnotę, rozumianą jako życie według zasad rozumu. [przypis edytorski]

256. deista — zwolennik deizmu, poglądu, zgodnie z którym Bóg jest stwórcą świata, ale nim nie kieruje. [przypis edytorski]

257. dopóki ten śmiertelny nieśmiertelności nie przyoblecze — parafraza 1 Kor 15, 53:54: trzeba, ażeby to, co zniszczalne, przyodziało się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodziało się w nieśmiertelność. A kiedy już to, co zniszczalne, przyodzieje się w niezniszczalność, a to, co śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność, wtedy sprawdzą się słowa, które zostały napisane: Zwycięstwo pochłonęło śmierć (cytat w przypisie za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

258. cui bono (łac.) — dla czyjej korzyści, na co to komu. [przypis edytorski]

259. Norham — wieś w Anglii, w hrabstwie Northumberland. [przypis edytorski]

260. Tweed — rzeka w płd. Szkocji. [przypis edytorski]

261. Cheviot — góra w Anglii, w paśmie Cheviot Hills. [przypis edytorski]

262. Dzień oświecił Norhamu wzgórek z zamkiem na szczycie, rzekę Tweed, co głęboki nurt swój toczy obficie I gór Cheviot wyżynę skalistą. Grube mury zamkowe i wieżyca obronna, I dokoła zamczyska wstęga wałów ochronna zajaśniały poświatą złocistą. — fragment poematu Marmion Waltera Scotta (1771–1832). [przypis edytorski]

263. Meduza — w mitologii greckiej jedna z trzech potwornych sióstr, Gorgon, której spojrzenie zamieniało wszystko co żywe w kamień. [przypis edytorski]

264. paysannes (fr.) — chłopki. [przypis edytorski]

265. Bäuerinnen (niem.) — wieśniaczki. [przypis edytorski]

266. carte blanche (fr.) — nieograniczone pełnomocnictwo. [przypis edytorski]

267. gotowalnia (daw.) — przebieralnia; toaletka. [przypis edytorski]

268. Himalaje — najwyższy łańcuch górski na Ziemi, położony w Azji. [przypis edytorski]

269. Kafir (ang. Caffre) — pogardliwe określenie osoby czarnoskórej, używane w Afryce Południowej i na Jamajce albo pogardliwe określenie innowiercy w islamie. [przypis edytorski]

270. Gwinea — tu: region w zach. Afryce, położony wzdłuż wybrzeży Zatoki Gwinejskiej. [przypis edytorski]

271. hindustański a. hindustani — język potoczny używany w Indiach płn. [przypis edytorski]

272. Ganges — rzeka w płd. Azji, przepływająca przez Indie i Bangladesz. [przypis edytorski]

273. Macedonia — tu: antyczna kraina na Półwyspie Bałkańskim. [przypis edytorski]

274. Przepraw się do Macedonii i pomóż nam! — Dz, 16, 19 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

275. święty Paweł a. Paweł, a. Paweł Apostoł (ur. ok. 5/10–ok. 64/67) — święty chrześcijański, męczennik za wiarę. [przypis edytorski]

276. Cambridge — miasto we wsch. Anglii, stolica hrabstwa Cambridgeshire. [przypis edytorski]

277. Kalkuta — miasto w Indiach, stolica stanu Bengal Zachodni. [przypis edytorski]

278. Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. A dla tchórzów, niewiernych, obmierzłych, zabójców, rozpustników, guślarzy, bałwochwalców i wszelkich kłamców: udział w jeziorze gorejącym ogniem i siarką. To jest śmierć druga — Ap 21, 7-8 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

279. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać — J 9, 4 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

280. Kanał — chodzi o La Manche, kanał morski oddzielający Wielką Brytanię od Francji. [przypis edytorski]

281. Pireneje — łańcuch górski na granicy Francji i Hiszpanii. [przypis edytorski]

282. pocztarek (daw.) — roznosiciel przesyłek. [przypis edytorski]

283. Nabuchodonozor — biblijny władca opisany w Księdze Daniela, który prawdopodobnie cierpiał na chorobę psychiczną zwaną boantropią (chory wierzy, że jest wołem lub krową). [przypis edytorski]

284. Saul — postać biblijna, pierwszy król Izraela. [przypis edytorski]

285. Dawid — postać biblijna, król Izraela i poeta, grywał Saulowi na harfie, by ulżyć mu w cierpieniu spowodowanym przez złego ducha. [przypis edytorski]

286. jeune encore (fr.) — jeszcze młody. [przypis edytorski]

287. Apollin a. Apollo — grecki i rzymski bóg piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, patron sztuki i poezji. [przypis edytorski]

288. Wulkan — rzymski bóg ognia i rzemiosł metalurgicznych. [przypis edytorski]

289. Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje — Mt 16, 24 (cytat za Biblią Tysiąclecia). [przypis edytorski]

290. Haworth — historyczna miejscowość w hrabstwie West Yorkshire w Anglii. [przypis edytorski]

291. Brontë, Anne (1820–1849) — angielska pisarka, siostra Charlotte. [przypis edytorski]

292. rektorówka — probostwo w kościele anglikańskim. [przypis edytorski]

293. moors (ang.) — otwarte, nieuprawiane wyżyny, zwykle porośnięte wrzosowiskami. [przypis edytorski]

294. Wichrowe wzgórza — powieść Emily Brontë (1818–1848), opublikowana pod pseudonimem Ellis Bell w 1847 r. [przypis edytorski]

295. Brontë, Emily (1818–1848) — angielska powieściopisarka i poetka, siostra Charlotte. [przypis edytorski]

296. Brontë, Branwell (1817–1848) — angielski malarz, pisarz i poeta, brat Charlotte. [przypis edytorski]

297. Cowan Bridge — wieś w Anglii, w hrabstwie Lancashire. [przypis edytorski]

298. inferno (wł.) — piekło. [przypis edytorski]

299. Balzac, Honoré de (1799–1850) — powieściopisarz francuski. [przypis edytorski]

300. Komedia ludzka — cykl powieści i opowiadań, których autorem jest Honoré de Balzac (1799–1850). [przypis edytorski]

301. Wooler, Margaret — w 1830 r. wraz z siostrami otwarła i prowadziła szkołę w Roe Head. [przypis edytorski]

302. Roe Head School — szkoła w Mirfield, w Anglii. [przypis edytorski]

303. Shirley — powieść Charlotte Brontë, opublikowana po raz pierwszy w 1849 r. [przypis edytorski]

304. Taylor, Mary (1817–1893) — angielska orędowniczka praw kobiet. [przypis edytorski]

305. Nussey, Ellen (1817–1897) — przyjaciółka Charlotte Brontë, z którą pisarka prowadziła ożywioną korespondencję. [przypis edytorski]

306. poeta laureat (łac. poeta laureatus) — oficjalny poeta dworski. [przypis edytorski]

307. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta romantyczny. [przypis edytorski]

308. Agnes Grey — powieść Anne Brontë (1820–1849), opublikowana w 1847 r. pod pseudonimem Acton Bell. [przypis edytorski]

309. Gaskell, Elizabeth (1810–1865) — angielska pisarka, biografka Charlotte Brontë. [przypis edytorski]

310. The Princess — poemat Alfreda Tenyssona (1809–1892) z 1847 r. [przypis edytorski]

311. Tennyson, Alfred — (1809–1892) — angielski poeta postromantyczny. [przypis edytorski]

312. Kingsley, Charles (1819–1875) — angielski duchowny, prozaik, poeta i dramaturg. [przypis edytorski]

313. Maurice, Frederick Denison (1805–1872) — angielski teolog, pisarz i eseista, jeden z twórców chrześcijańskiego socjalizmu. [przypis edytorski]

314. The Queen’s College for Ladies a. Queen’s College — prywatna szkoła dla dziewcząt w City of Westminster w Londynie, założona w 1848 r. [przypis edytorski]

315. Héger, Constantin (1809–1896) i Héger, Claire Zoé Parent (1814–91) — małżonkowie, którzy prowadzili szkołę prywatną w Brukseli. [przypis edytorski]

316. Villette — powieść Charlotte Brontë z 1853 r. [przypis edytorski]

317. jezuici a. Towarzystwo Jezusowe — papieski męski zakon apostolski, założony w 1540 r. [przypis edytorski]

318. ruch oksfordzki (ang. Oxford Movement) — w XIX w. stowarzyszenie członków Kościoła anglikańskiego, skupione wokół Uniwersytetu Oksfordzkiego, mające na celu reformę anglikanizmu. [przypis edytorski]

319. Newman, John Henry (1801–1890) — duchowny anglikański, a po konwersji katolicki, filozof, teolog, pisarz, lider ruchu oksfordzkiego. [przypis edytorski]

320. delirium tremens (łac.) — psychoza występująca u nałogowych alkoholików w fazie abstynencji. [przypis edytorski]

321. Smith, Elder and Co. — brytyjskie wydawnictwo założone przez George’a Smitha (1789–1846) i Alexandra Eldera (1790–1876), publikujące od 1826 roku. [przypis edytorski]

322. Thackeray, William Makepeace (1811–1863) — brytyjski pisarz, dziennikarz i satyryk. [przypis edytorski]

323. Lewes, George Henry (1817–1878) — angielski filozof, krytyk literacki i teatralny. [przypis edytorski]

324. Manchester — miasto i dystrykt metropolitalny w płn.-zach. Anglii. [przypis edytorski]

325. Nicholls, Arthur Bell (1819–1906) — angielski duchowny, mąż Charlotte Brontë. [przypis edytorski]

326. Tretiak, Andrzej (1886–1944) — polski filolog, historyk literatury angielskiej, profesor na Uniwersytecie Warszawskim. [przypis edytorski]