Brat Benedykt

W żółtym atłasowym pokoiku stroiła się Ludmiła. Postawiono przed nią syryjskie srebrzyste zwierciadło, wybornie wygładzone, w miedzianej kunsztownej ramie. Było zanadto ciężkie, by lakowe stoliczki albo cienkie ściany mogły je utrzymać; postawiono je więc na dywanie, trochę skośnie, a Ludmiła, chcąc się w nim przejrzeć, musiała przysiąść nisko na podłodze.

Miała na sobie dwie szaty; pod spodem wzorzystą tunikę, długą aż do ziemi, z chińskiej tkaniny. Na wierzch wdziała chałat wschodni, uszyty z mięsistego tarkułu. Wyglądał on skromnie, był biały, ale tak wspaniale przylegał do sylwetki i tak miękko się układał, że osoba weń przystrojona stawała się od razu posągiem. Toteż chałat Ludmiły, sam przez siebie piękny, nie posiadał żadnych dodatkowych ozdób. Z przodu i na bokach były rozcięcia, więc tunika spodnia wystawała zewsząd, rozweselając barwami i wzorem surową biel sukni.

Niewolnice zasznurowały małe trzewiczki i zaczęły ustawiać na głowie Ludmiły wysadzaną klejnotami bottę. Wtem niezwykły hałas przerwał toaletę. Ktoś gwałtownie wbiegł na schodki, trzasnął drzwiczkami, szarpnął zasłony; do pokoju jak huragan wpadła Elżbieta. Rzuciła się na przyjaciółkę. Serce waliło jej głośno, a twarz oblewał rumieniec.

— Jaś! Jaś! O, Boże! On go widział! — krzyczała dziwnym głosem, jakby nie swoim.

— Kto go widział? — wyjąkała zdumiona Ludmiła.

— Brat Benedykt!

Ludmiła struchlała na myśl, że niewola pomieszała zmysły biednej Elżbiecie. Bo kto mógł widzieć Jasia? Cóż to wszystko znaczy?

Elżbieta widząc strach i niedowierzanie w oczach przyjaciółki, wybuchnęła radosnym śmiechem.

— Ty nie wierzysz? A ja go widziałam przed chwilą. Tak! Naszego braciszka Benedykta! No, naprawdę go widziałam i ty go zobaczysz.

— Jak to? Więc i on w niewoli?

— Ale gdzież tam? Przyjechał tu z dobrej woli, papież go przysłał. On jest jednym z posłów, którzy przyjechali z Rzymu.

Ludmiła wreszcie zrozumiała i krew uderzyła jej do głowy.

— I ty mówisz, że on widział Jasia? Gdzie?

— A we Wrocławiu, u mojego brata!

— Więc dostał się tam? I żyje? Zdrów?

— Zdrów! Cudownie wygląda! Ciągle o nas mówi.

— O Boże! — krzyknęła Ludmiła. — Jaki Ty jesteś dobry! Ocaliłeś Jasia! Przynajmniej nie na próżno... — przerwała, ale Elżbieta za nią dokończyła:

— Tak, przynajmniej nie na próżno się poświęcałaś. Ty go uratowałaś. Dzięki tobie żyje i chowa się u wuja. Czyż to nie cud prawdziwy, że możemy o tym wiedzieć? Bóg wysłuchał naszej prośby, choć zdawała się czystym szaleństwem.

Niewiasty przeżegnały się i ukryły twarz w dłoniach. Kiedy podniosły głowy i spojrzały sobie w oczy pałające szczęściem, wybuchnęły płaczem.

— Niechże i ja go zobaczę, Elżuniu. Chodźmy tam albo tutaj go sprowadźmy...

W tej chwili zasłona się odchyliła i wbiegła niewolnica wołając:

— Pani, behadyr przysyła! Kazał powiedzieć, że czeka. Przed namiotem są konie i ludzie.

— Że też właśnie dziś musiała wypaść ta ich uczta — skarżyła się Ludmiła. — Są dni, kiedy nie wiem, co robić z czasem, a dziś, kiedy chciałabym spotkać się z bratem Benedyktem...

— Prawda, że to istna przekora... — mówiła nie mniej zmartwiona Elżbieta. — Mój Boże! Nawet w takiej chwili nie możemy się nagadać, nacieszyć! Ale cóż robić, moja Ludko? Powiem ci na pocieszenie, że braciszek Benedykt właśnie teraz, razem ze swoim towarzyszem, wybiera się do jakiegoś księcia Jarosława.

— Więc jest z nim i drugi? — zdumiała się Ludmiła, poganiając ręką służebnice, by szybciej przypinały bottę.

— Jest jakiś Włoch, wygląda jak święty. Mówili, że na pewno tam długo zabawią. Dopiero po zachodzie słońca mamy się spotkać...

— Gdzie? U kogo?

— U złotnika Kuźmy110. Kuźma prosił, aby słudzy boży wstąpili do niego, choćby późnym wieczorem. Ja przyrzekłam, że przyjdę razem z tobą. Wyszła mi zupełnie z głowy ta uczta...

— Wiesz co, Elżuniu? Może uda mi się wyrwać stamtąd. Może choć na chwilę wpadnę...

— Byłoby cudownie! Ja bez ciebie nawet się cieszyć nie potrafię. Ale przemyśl to, Ludko, zrób tak, aby się mąż nie pogniewał.

— Czego by miał się gniewać? Przecież nie mogę tam całą noc siedzieć i patrzeć na ich pijatykę? On wie, że ja tego nie znoszę...

Przed namiotami Ludmiły stał orszak, jakiego nigdy nie miała. Ajdar wysadził się na ten uroczysty dzień. Kiedy wjechali między obozy, na majdany i targowiska nabite tłumem, Ludmile wydawało się, że fale morza wkrótce ją zabiorą, ale wspaniałość orszaku torowała drogę i przyciągała oczy gapiów. Z obu stron tłoczono się i zasypywano pytaniami:

— Co to za chatuna? Czy to może małżonka którego z chanów?

— Nie — odpowiadali dobrze poinformowani — to żona sławnego i bogatego behadyra Ajdara.

— Szczęśliwy człowiek!

Na ogromnym bazarze, przy greckim straganie, Ludmiła dostrzegła baranią czapkę i wąsy Kuźmy, który targował jakieś wąskie gliniane flaszki, zapewne na przyjęcie spodziewanych gości.

I nagle azjatyckie tłumy, cały kuryłtaj, wszystko znikło. Oczami duszy widziała Jasia z rumianą, radosną twarzyczką. Uśmiechał się do niej z daleka, z Polski, wyciągał rączki do matki i do niej. Cóż, kiedy nie mógł dosięgnąć... Ramiona miłości są długie, ale droga wygnania jeszcze dłuższa.