Karakorum
Dżyngis-chan od kolebki do śmierci utrzymywał przydomek Niszczyciela. Tysiące miast zburzył, lecz ani jednego nie zbudował. Następca jego, Ogotaj, nie wzdychał bynajmniej do chwały ojca. Trzeci z rzędu syn Dżyngis-chana wyróżniał się wśród braci tym, że był ludzki. Obok wielkiej waleczności, której jeszcze za życia ojca dał dowody, posiadał, jak na Mongoła, zdumiewającą łagodność i wyrozumiałość. Nie śmiał postępować wbrew woli rodzica, ale z powodzeń i tryumfów czerpał inne niż on korzyści. Poddał się w sensie duchowym wpływom ludów zwyciężonych i zaczął powoli smakować, jeżeli nie w naukach, to przynajmniej w rozkoszach.
Objąwszy dziedzictwo obciążone przekleństwami, Ogotaj znalazł się w trudnym położeniu. Musiał rozszerzać zabory ojcowskie; nowych laurów i królestw domagała się rodzina, żądał ich cały naród. Nie mógł się obmyć z krwi przodków, ale przynajmniej własną ręką jej nie przelewał. Prowadzenie wojen powierzył braciom, a sam chętnie słuchał roztropnych doradców. Pozwalał, żeby zaprowadzono ład, zmniejszono ucisk, grabież i prześladowania. Protestem przeciwko niszczeniu było założenie stolicy; chan postanowił, że po raz pierwszy coś zbuduje.
Pod górami karakorumskimi, nad pięknym brzegiem Orchonu, istniały jeszcze ślady starożytnej stolicy Ujgurów, słynnego przed pół tysiącem lat Ordu-Bałyku, i właśnie tu chan wzniósł miasto godne jego potęgi.
Już z daleka widniał dach Ogotajowego pałacu, zielony i błyszczący, z gzymsem obwiedzionym dokoła srebrnymi wisiorkami, dzwonkami i metalowymi trójkątami, które przy najmniejszym wietrzyku potrącały się z cichutkim świergotem, a kiedy nadeszła pustynna zawieja, grały muzyką tęskną jak serce chińskiego mistrza, który je tam zawiesił. Na narożnikach dachu pełzały cztery złote smoki, rozdziawiające paszcze ku czterem stronom świata. Na samym szczycie budowli kilka ogromnych, złocistych strzał powiewało kiściami buńczuków.
Największym powodem do dumy była sala na tysiąc osób, wysoka jak kościół, podparta dwoma szeregami słupów dzielącymi ją na trzy nawy. Tam Ogotaj siadywał na okrągłej, złotogłowej poduszce wyszywanej perłami, obramowanej dokoła jedwabnym sznurem zakończonym puszystymi chwastami. Przed sobą miał niski hebanowy stolik, wyłożony gorejącą gwiazdą z podłużnych topazów. Obok, na nieco niższej poduszce, królowała pierwsza małżonka chana.
Do podwyższenia, na którym siedziała para królewska, prowadziły schody wysłane bogatymi kobiercami, gdzie w nieustannych ukłonach pełzali podczaszowie; na klęczkach podawali misy i puchary ciężkie od złota, srebra i klejnotów. Kto śmiał spojrzeć na monarchę, nie widział nic, tylko jedno tęczowe olśnienie.
Po dwóch stronach podium amfiteatralnie piętrzyły się ławy, na których siedziała rodzina cesarska; po prawicy chana synowie i bracia, po lewicy żony i córki. W prawej bocznej ławie siedzieli mężczyźni, sami dygnitarze, doradcy, wodzowie, behadyry93, nojany94, terchany95. W lewej nawie niewiasty, małżonki cesarzy, panie ministrowe i generałowe, każda z orszakiem córek i krewniaczek.
Ściany sali były krwistoczerwone, powleczone chińskim pokostem, który stanowił tło dla złotych motywów: jaskółek, motyli i płazów. Słupy i górne wiązania także kapały od złota.
Poniżej pałacu, na pochyłej płaszczyźnie zbiegającej aż do Orchonu, rozpościerało się miasto, otoczone wałem ubitym z ziemi, który miał cztery bramy skierowane przez mandaryńskich astronomów w stronę nieba.
W obrębie wałów były dwie dzielnice: muzułmańska i chińska. Pierwsza, przeważnie zaludniona wyznawcami Koranu, stanowiła kupiecką część miasta; tu rozkładały się ogromne bazary. Indie, Persja i Armenia, ziemie ruskie, a nawet niektóre miasta włoskie miały tu swoich przedstawicieli. W tej dzielnicy, położonej blisko grodu cesarskiego, stały jaskrawo upstrzone dworzyszcza różnych mongolskich potentatów, ogromne budynki kanclerzy, sekretarzy i niezliczonych urzędników. Zarządzanie tylu narodami, przy czynnym udziale Chińczyków, przerodziło się szybko w biurokrację. Druga dzielnica, przyparta do samej rzeki, była siedliskiem chińskich rzemieślników. Każde rzemiosło, przekazywane z ojca na syna, miało tu swoje ulice. Nieustannie leciały wióry spod heblów, zgrzytały nożyce i inne narzędzia, wydawano rozkazy i okładano razami, tylko szczerego śmiechu nie można było usłyszeć.
Za przykładem monarchy arystokracja mongolska budowała się w Karakorum, ale do stałego zamieszkania w stolicy żadna władza, nawet chańska, nie mogła jej przymusić. Sam Ogotaj także nie umiał jeszcze pozbyć się nawyków koczowniczych i przez trzy czwarte roku wędrował z dworskim taborem od Bajkału do Mandżurii. Dopiero z końcem kwietnia zjawiał się w mieście, gdzie spędzał najpiękniejsze miesiące: maj, czerwiec i lipiec, a wtedy stolica brzmiała biesiadami i muzyką. Kiedy ostatnia biesiada ucichła, ludność ze sforami i sokołami wyruszała na dalekie stepy i Karakorum znów zapadało w przerażający dziewięciomiesięczny letarg. Teraz, po śmierci chana Ogotaja, przed zbliżającym się kuryłtajem w stolicy zapanowało ożywienie.
Elżbieta i Ludmiła wjechały do Karakorum zachodnią bramą. Ogromny orszak Ajdara ciągnął przed wrota pałacowe. Behadyr też miał pałac w stolicy, i to w sąsiedztwie grodu cesarskiego. Był ulubieńcem nieboszczyka Ogotaja. W jednej z wypraw chińskich oddał mu wysoką przysługę, nadstawiając własną pierś na strzałę, która miała ugodzić monarchę. Ciężką chorobą przypłacił poświęcenie, ale za to Ogotaj mianował go terchanem, co nie tylko gwarantowało „bezkarność aż do dziewiątego przestępstwa”, ale uwalniało od podatków, przymusowej służby i dawało tysiąc najrozmaitszych przywilejów.
Pałac Ajdara tylko z zewnątrz świecił mnóstwem chińskich ozdób, rzeźb, przystawek i ganeczków, ale wewnątrz komnaty były obdarte i puste. Zewsząd wiało stęchlizną. Branki weszły do środka i ogarnął je więzienny smutek. Nie było nawet na czym usiąść. Jednakże naprędce zniesiono rogoża i kobierce i po raz pierwszy od trzydziestu miesięcy niewiasty odpoczęły pod dachem, osłonięte ścianami zbitymi z mocnych desek.
Przez całe dwie doby nie można ich było dobudzić; leżały jak martwe. Natomiast Mongołki wstały wcześniej niż zazwyczaj, nie mogły ani spać, ani wypoczywać w takim dziwnym domu, który się nie kołysał. Dusiły się, brakowało im rzeźwego nocnego powietrza.
Kiedy Kałga psotami i wrzaskiem przerwał letargiczny sen Elżbiety i Ludmiły, krzątano się w najlepsze koło zagospodarowania nowej siedziby. Trzem pierwszym żonom przydzielono główne izby. Ludmiła jako ostatnia, biorąc pod uwagę datę małżeństwa i prawo, dostała kilka izdebek w bocznej przybudówce.
Kiedy zdobycze Ajdara, przypadające czwartej małżonce, wniesiono do środka, ledwie mogły się pomieścić. Ludmiła chodziła między nimi jak błędna, nie chcąc niczego dotknąć w obawie, by nie trysnęła krew z owoców grabieży. Przybita czarnymi myślami zapadła w odrętwienie. W takim stanie ducha zastała ją Elżbieta. Jak zawsze zaczęła pocieszać:
— Moja najdroższa, pamiętaj, że musisz się przypodobać małżonkowi, tu chodzi o jego nawrócenie. A powiadam ci, obrazisz go, jeśli pogardzisz jego upominkami.
Nazajutrz rano Ludmiła zwołała gromadkę niewolnic i zaczęły najpiękniejszymi przedmiotami przystrajać mieszkanie. Kobierce i makaty zakraśniały na ścianach jak złociste lampy. Pod czarnym stropem zawiesiły połyskujące ozdoby, a sprzęty i naczynia poustawiały na podłodze z bezładem pełnym wdzięku. Wszystko tworzyło bogatą, bajecznie kolorową zbieraninę z różnych krain, stylów i cywilizacji.
Kiedy wieczorem Ajdar przyszedł do pałacu, osłupiał. Ledwie mógł uwierzyć, że w jego domu dzieją się takie cuda.
— Jednak ty jesteś inna niż wszystkie — rzekł i chwycił ją w ramiona.
Na brak miłości Ludmiła nie mogła się skarżyć. Jeśli się skrycie skarżyła, to na jej zbytek, a właściwie na dowody tej miłości. Behadyr kochał ją bardziej niż wszystkie inne żony, przepadał za nią jak za kumysem, traktował ją lepiej niż swego konia, co u Tatarów było czymś niezwykłym. Na pewno ją kochał, jeśli namiętność można tak nazwać, ale porozumiewanie się bez słów, wspólnota dusz, z których powoli wyrasta przyjaźń i przywiązanie, nie mogły się między nimi zadzierzgnąć. Byli sobie bliscy i obcy, jakby za każdym spotkaniem pierwszy raz się widzieli. Ich serca prowadziły jakąś nieustanną walkę, w której skrzydła gołąbki ciągle się wymykały spod skrzydeł sokoła. Dla sokoła ta walka miała urok, podniecała go, dodawała ich małżeństwu świeżego, niewyczerpanego smaku nowości. Ajdar nigdy nie był pewien, czy już zawojował brankę, i choć od ślubu minęło już kilka lat, ciągle na nowo ją zdobywał.
W rozmowach z Ludmiłą coraz częściej poruszał poważne tematy. Czasem nawet żonie zdawało się, że pokrętnymi sposobami szuka u niej rady. Teraz niezmiernie był ciekaw, czy podobała się jej stolica chanów; dla niego była istnym cudem świata. Ale Ludmiła nie śpieszyła się ze zwiedzaniem Karakorum. Ów brak pośpiechu miał swoje źródło w pewnej obawie, która od dawna trapiła branki. Mimo różnych pocieszających pozorów, przekonane były, że prędzej czy później trafią do haremu, jak wszystkie kobiety Wschodu.
Niezmiernie się zdziwiły, kiedy im powiedziano, że mongolskim państwem od kilku lat rządzi kobieta. Kiedy wjeżdżając do Karakorum, spostrzegły mnóstwo kobiet bez zasłon na twarzy, nie wierzyły własnym oczom. Pewnego dnia Arguna przywołała Elżbietę i kazała jej zaprowadzić Kałgę, który był okrutnie ciekaw wszystkiego, do centrum miasta. Chwalić Boga, że choć ona będzie mogła wychodzić, pomyślała Ludmiła. Ale czy pani wypada robić to samo, co służącej? Niepewna, nadto przezorna, aby się narażać na gniew męża i nadto dumna, aby prosić o pozwolenie, nie śmiała się ruszyć z domu. Dopiero kiedy inne żony Ajdara zaczęły się dziwić, że nie odwiedza bazarów, gdy sam Ajdar ją zagadnął pytając, jakie wrażenie zrobiła na niej stolica, zrozumiała, że tu muszą panować jakieś inne prawa. Po tym odkryciu zainteresowała się miastem i krajem, a nawet zaczęła nieśmiało pytać, czy daleko jest ów Chiński Mur. Kiedy dowiedziała się, że o czterdzieści pięć dni drogi od Karakorum, struchlała.
— Jesteśmy na samym końcu świata! — w głosie Ludmiły brzmiała trwoga.
— Nie można się dziwić, że wojny i nieszczęścia zalały ziemię — odpowiedziała Elżbieta. — Gog i Magog widocznie przełamali zaporę. Już niedługo zabrzmią trąby archaniołów96.
Ta myśl była straszna, ale dodawała odwagi. Czy warto się tak troszczyć o doczesne życie, które wkrótce zostanie zwinięte jak wędrowna jurta? Jeszcze trochę pocierpimy, pomyślały branki, lada dzień wszystko się skończy i wrócimy już nie do ziemskiej, ale do niebieskiej ojczyzny.
W celu duchowego pokrzepienia wybrały się do kościoła. Ludmiła jechała konno i z orszakiem, Ajdar nie pozwalał inaczej; Elżbieta szła przy niej w kożuszku i barankowej czapce. Oczy żony behadyra zachodziły łzami; nie mogła się z tym pogodzić.
— Moja Ludko — śmiała się Elżbieta — nie marnuj łez na takie głupstwa.
Oprócz najróżniejszych azjatyckich narodowości, które niewiasty zdążyły poznać w podróży, snuły się tu postaci zupełnie nowe i niezwykle oryginalne. Z bałabajką97 przewieszoną przez ramię wlókł się zamyślony tolholos — poeta mongolski. Z błyszczącą gałką na czapce i jedwabnym rękopisem wsuniętym w rękawy kroczył stary, smutny mandaryn. Nieco dalej gołą czaszką błysnął lama, kapłan Buddy, który szedł w żółtym habicie z karmazynową szarfą, z oczami utkwionymi w ziemię. Poważny imam głowę miał ciężką od zwojów, gdzieniegdzie postukiwał laską duchowny grecki w kołpaku rozłożystym jak czarne wiaderko. Snuli się też kapłani Alanów98, przedstawiający odłam wschodniego chrystianizmu, brodacze z dobrodusznymi twarzami, zwykle prowadzący małżonki i dzieci. Najczęściej można było spotkać księży nestoriańskich, za którymi także szły żony.
Gałąź nie odrywa się od pnia bezkarnie. Kacerze, od tysiąca lat osiedleni wśród pogan, przesiąknęli na wskroś pogańszczyzną. Jeden z ówczesnych misjonarzy powiedział boleściwym głosem: „Nestorianie są gorsi od bałwochwalców”.
Elżbieta i Ludmiła ujrzały krzyż zatknięty na przysiadłej szopie i postanowiły udać się w tym kierunku. Przed kościołem, pomiędzy dwoma słupami, wisiała wielka miedziana tablica. Właśnie jeden z księży uderzał w nią czymś podobnym do mosiężnej pałki, nawołując wiernych na nabożeństwo. Kobiety weszły do środka.
Wierni modlili się bardzo długo w języku syryjskim, według liturgii przywiezionej niegdyś z Bagdadu, z której nikt nic nie rozumiał, ale zgromadzeni śpiewali pełną piersią, powiewając złocistymi szatami.
Po skończonym nabożeństwie, kiedy wszyscy wyszli, Ludmiła uchyliła boczne drzwiczki prowadzące, jak sądziła, do zakrystii. Podłoga izby była przysypana mąką, na środku stał szabaśnik99 buchający żarem, a dokoła kręcili się księża i piekli bułeczki. Gdy niewiasty powiedziały, że chcą przystąpić do Sakramentu Pokuty, księża zaczęli dziwnie na siebie spoglądać, a najstarszy, mierząc wzrokiem bogaty strój Ludmiły, podszedł do niej i rzekł dość uprzejmie:
— Na co wam rozpowiadanie grzechów, moja pani? U nas to rzecz nie używana. My mamy lepszy sposób, oto na przykład te święte chlebki. Są tak sławne, że sam wielki chan czasem je od nas bierze i spożywa.
— Cóż w nich świętego? — zapytała Ludmiła.
— My je robimy z resztek mąki, z której był wypieczony bochenek, jakim Zbawiciel łamał się z uczniami na ostatniej wieczerzy.
Ludmiła wzruszyła ramionami.
— Wszak to już tysiąc lat minęło, jak Zbawiciel opuścił ziemię, a wy ciągle pieczecie chleb z owych resztek i wciąż wam wystarcza?
— A bo widzicie, Duch Święty dał na to radę: ile ujmujemy dawnej mąki, tyle dosypujemy nowej. Tym sposobem nigdy jej nie zabraknie. Tak samo robimy z wonnościami świętej Magdaleny.
— Z jakimi wonnościami? Nic o tym nie wiem.
— Święta Magdalena nie wszystko wylała na nogi Zbawiciela. W amforze alabastrowej, na samym dnie, zostało jeszcze trochę olejku. Chrześcijanie azjatyccy przechowali go i oto my dzisiaj posiadamy tę świętość. Nie uwierzycie, moja pani, jaka to cudowna maść na rozmaite choroby, na rany czy inne bóle. — Uśmiechnął się i figlarnym okiem spojrzał na Ludmiłę.
Ale jej się śmiać nie chciało.
— Ach, Boże! — mówiła zatroskana. — Ile to my już lat bez sakramentów świętych! Ile to już razy w piątek nie przestrzegałyśmy postu!
— A cóż to za grzech? — odparł opryskliwie ksiądz. — Jaki to post w piątek? Rozumiem, post proroka Jonasza, trzydniowy na wiosnę, ten obowiązuje. Ale żeby w piątki nie można jeść mięsa? To stary europejski przesąd. Chyba wy nie tutejsze? — Popatrzył na niewiasty podejrzliwie, a gdy się dowiedział, skąd są, oświadczył stanowczo, że jeśli chcą bywać w domu bożym i korzystać z pomocy duchownych, muszą wyrzec się europejskich błędów i przystąpić uroczyście do kościoła nestoriańskiego, na co jest osobny obrządek, nowy chrzest, kosztujący od trzech bałyszów aż do ćwierć jaskotta, wedle zamożności.
Niewiasty spojrzały na siebie i uciekły przerażone.