Złote miesiące
Batu przeciągał strunę. Czas mijał, urażeni wyborcy zaczęli sarkać:
— Czy my jego niewolnicy? Czy on sobie z nas drwi? Nie to nie! Obejdziemy się bez niego. — I naznaczyli koronację księcia Kujuka na piętnastego sierpnia 1246 roku.
Nazajutrz nowy chan wziął wielką bojową chorągiew i zatknął ją na majdanie od strony Zachodu. Był to symbol i cały Wschód rozumiał, co znaczy. Ale Zachód nie powinien wiedzieć o nowym zagrożeniu, toteż posłowie papiescy zostali przeprowadzeni do innej części obozu, do namiotu rejentki126, skąd nie mogli dojrzeć tryumfalnej zapowiedzi cesarza. Później dopiero dotarły do nich pogłoski, które zwiastowały chrześcijaństwu nową burzę.
Na kuryłtajowym polu wciąż rozbrzmiewały radosne uroczystości, biesiady, hołdy i pieśni. Po wymianie danin przyszła kolej na spotkanie z ambasadorami. Poselstwo papieskie zaszczytnie wyróżniono. Tatarzy, ze zwykłym sobie sprytem, poznali się na jego ważności, wszak przychodziło od „ojca ludów chrześcijańskich”. Mimo początkowego naigrywania się z ich żebraczej szaty, mimo że przychodzili z pustymi rękoma, mimo nawet słów karcących, jakie przynieśli ze Stolicy Apostolskiej, spotkała ich łaska bardzo rzadka. Podczas gdy inni posłowie byli po większej części przyjmowani tylko przez wielkich dygnitarzy, bracia, Jan i Benedykt, zostali zaproszeni przed oblicze samego chana. Ten, pozbywszy się nieco pychy i sztywności, przyjął ich wielce łaskawie i oświadczył, że na listy Innocentego IV dostaną wkrótce piśmienną odpowiedź. Ale zanim w kancelariach carskich wystosowano tę odpowiedź, minęły cztery miesiące. Zakonnicy przybyli na pole elekcyjne w ostatnich dniach lipca, a dopiero z końcem listopada mogli pomyśleć o powrocie.
Ten czas był dla Elżbiety i Ludmiły czasem prawdziwie złotym, szmaragdową oazą na szarych bezdrożach życia. Rzadki był dzień, w którym choć jedna z nich nie odwiedziłaby ojców. Szczególnie Elżbieta garnęła się do nich, tysiąc razy powtarzała te same rady i błogosławieństwa, które mieli przekazać Jasiowi. W końcu przestała liczyć na ich przeciążoną pamięć i postanowiła napisać list.
Ludmiła wystarała się w kancelarii cesarskiej o jedwabny chiński papier, przyniosła atrament i pędzelki i Elżbieta zabrała się do dzieła. Z początku szło jej ciężko. Nie umiała się obchodzić z chińskimi przyborami; w niewoli odwykła od pisania, a poza tym tyle było do powiedzenia! Po miesiącu pracy powstał list, a raczej testament, bezładny i wzruszający.
Mój Jasieńku, syneczku jedyny, moja radości, jak się tam miewasz? Nie popłakuj za mną, bo mnie tu nie tak źle, jak ludzie gadają, a łzy dziecka są dla matki jak kamień. Służ wujowi, swojemu dobrodziejowi, i módl się codziennie za panią Ludmiłę, która uratowała tobie życie, a dla mnie straciła wolność. Kochane dziecko, niech cię Najświętsza Pani błogosławi. Pamiętaj, jak będziesz duży, abyś w Żegnańcu nie ciemiężył ludzi, bo to wielki grzech.
Jeśli będziesz, jak twój sławny ojciec, wojował, to nie wahaj się ofiarować swej krwi na usługi chrześcijaństwa. A kiedy, co daj Boże, ofiarujesz się cały Panu Bogu, jak wuj czy brat Benedykt, odprawiaj co piątek Mszę świętą za ludzi w niewoli. Pamiętaj, nie wychodź rano z psami w pole, póki nie odmówisz pacierza. Jeśli będziesz budował nowy kasztel w Żegnańcu, niech kaplica stanie uczciwa, trzy czarne kamienie: dla ojca, dla pani Ludmiły i dla mnie, twojej matki. A żyj sprawiedliwie, byśmy się u Pana Boga spotkać mogli.
Niewiasty wpadły na pomysł, aby list na pierwszy rzut oka przypominał talizman; w ten sposób mogły być pewne, że Tatarzy, którzy szanują wszelki zabobon, na pewno go nie tkną. Z pstrej mięsistej kitajki Elżbieta wycięła woreczek, coś na kształt szkaplerza, wewnątrz zaszyła pismo wielokrotnie złożone, na wierzchu wyhaftowała najdziwniejsze znaki, a na koniec nawlokła czarny sznurek.
Tymczasem Ludmiła przy każdej nadarzającej się okazji opowiadała mężowi o zakonnikach.
— Sokole mój — zaczęła — a może chciałbyś ich zobaczyć? Wszak sam nieraz mówiłeś, że kapłani przynoszą szczęście domowi.
— Czemu nie? Przyprowadź ich do mnie, kiedy tylko zechcesz, a posłucham, co też gadają. Ludzie z takich dalekich krajów muszą ciekawe rzeczy opowiadać.
Uszczęśliwiona Ludmiła zaraz nazajutrz rano przyprowadziła posłów do jurty mężowskiej. Terchan powitał zakonników z wielkim szacunkiem; zdaje się nawet, że już wcześniej przygotował się do tej wizyty, bo u wejścia do namiotu, na niskim stole, stało kilka czar z kumysem, tarassunem i ariaszem; znak, że gospodarz oczekuje gości.
Po pierwszych słowach powitania zakonnicy przystąpili, za wcześniejszą namową Ludmiły, do najważniejszego tematu — sprawy nawrócenia. Łatwo im to przyszło. Wspomnieli, że przybywają do Mongolii ze słowami pokoju od ojca chrześcijan i nauką Ewangelii. Zaczęli opowiadać o krzyżu, odkupieniu za grzechy i tajemnicy zbawienia. Podstawy chrześcijańskiej wiary przechodziły przez usta nadobnej tłumaczki i musiały się Ajdarowi podobać, bo ciągle się uśmiechał, niekiedy przytakiwał głową. Wkrótce jednak, jakby znużony, przerwał opowiadanie i zapytał:
— A może bracia zechcą się napić kumysu?
Zakonnicy odmówili, tłumacząc się słabą głową, za to przyjęli po małym kubeczku tarassunu i umaczając usta w tym lekkim napoju, wrócili do przerwanej rozmowy.
Ajdar nagle sposępniał. Czy skąpe używanie poczęstunku zraniło jego stepową gościnność, czy go dotknęło jakieś słowo, trudno zgadnąć. Na próżno żona i posłowie ponawiali szturm do jego serca. Zwróciwszy rozmowę na odmienne tory, zaczął się dopytywać o kraje zachodnie, o wojsko, bogactwa i konie, a czynił to z ironią i przekąsem. Pożegnał gości chłodno i nie ponowił zaproszenia.
Przyszedł w końcu dzień, o którym branki nie chciały dotąd myśleć. Posłowie wrócili od cesarza z ostatniego posłuchania i wyznaczyli dzień wyjazdu. Zaczęli się szykować do drogi, choć serca ich krwawiły na widok ludzi potrzebujących kapłańskiej posługi. Przez te ostatnie dni, częściej niż zazwyczaj, spotykali się z wiernymi i dzielili pociechy, przestrogi, zwłaszcza rady, bardzo potrzebne w tak niezwykłych warunkach.
Dzień wyjazdu zapowiedział się chmurnym porankiem; zamieć śnieżna przesłoniła powietrze. Tatarzy przyprowadzili rącze konie, ale brat Benedykt postanowił, że pierwszy odcinek drogi przebędzie pieszo. Powiesił na szyi „szkaplerz” Elżbiety, przycisnął go do serca i wyruszył. Za nim szedł ojciec Jan, a potem tłumy odprowadzających; długa wstęga czerniła się na białym polu. Ludmiła szła ze spuszczoną głową, Elżbieta gorzko płakała. Ta chwila pożegnania, ich zdaniem, była straszniejsza, niż wzięcie w jasyr, niż pierwsze lata niewoli.
Kiedy człowiek jest smagany rózgami, dalsze uderzenia, choćby nawet słabsze, bardziej bolą, bo padają na rany.