Wigilia siódma

Jak konrektor Paulmann wytrząsnął fajkę i położył się spać. — Rembrandt i Brueghel Piekielny. — Zaczarowane zwierciadło i recepta doktora Ecksteina na nieznaną chorobę.

Nareszcie konrektor Paulmann wytrząsnął fajkę, mówiąc:

— Czas już chyba się położyć.

— O, tak — odpowiedziała Weronika, zaniepokojona dłuższym niż zwykle czuwaniem ojca — dawno już biła dziesiąta.

I zaledwie konrektor udał się do swojego gabinetu, który był zarazem jego sypialnią, zaledwie cięższy oddech Frani dowiódł, że i ona mocno zasnęła, Weronika, która także pozornie położyła się spać, po cichutku wstała, ubrała się, narzuciła płaszcz i wyśliznęła się z domu.

Od chwili, kiedy Weronika była u starej Elżbiety, bezustannie widziała przed sobą Anzelmusa i sama nie pojmowała, co za obcy głos w niej powtarzał bez przerwy, że źródłem jego niechęci była jakaś jej nieprzyjazna istota, trzymająca go w więzach, które Weronika mogła rozerwać za pomocą tajemniczych środków sztuki magicznej. Z każdym dniem wzrastało w niej zaufanie do starej Elżbiety, zbladło nawet całe wrażenie czegoś niepokojącego i straszliwego, tak że wszystkie niepojęte, zadziwiające rzeczy w jej stosunku ze starą opromieniał tylko urok nadzwyczajności i romantyczności, co ją tym więcej pociągało. Dlatego też postanowiła nieodwołalnie pójść na awanturniczą wyprawę podczas porównania56 dnia z nocą, choćby jej miało grozić niebezpieczeństwo, że wszystko to się wyda, że spotka ją tysiące nieprzyjemności.

Aż oto nastała wreszcie fatalna noc aequinoctium57, w którą stara Elżbieta obiecała udzielić jej swej pomocy i pocieszenia, i Weronika, od dawna już oswojona z myślą o tej nocnej wycieczce, nie czuła w sobie trwogi. Biegła z szybkością strzały przez wyludnione ulice, nie bacząc na burzę, która huczała w powietrzu i ciskała jej w twarz grube krople deszczu. Dzwon na kościele Św. Krzyża głucho wydzwonił jedenastą, kiedy Weronika, przemoczona do nitki, stanęła przed domem starej.

— Aj, przyszłaś już, kochaneczko! Poczekaj no trochę — zawołano z góry i wnet potem przed drzwiami pojawiła się stara z koszem w ręku, w towarzystwie swojego kota.

— No, a teraz trzeba iść i robić wszystko, co tylko jest stosowne i odpowiednie w tę noc, sprzyjającą naszemu dziełu.

To mówiąc, chwyciła zimną dłonią drżącą Weronikę, której dała do dźwigania ciężki kosz, sama zaś niosła kocioł, trójnóg i łopatę.

Skoro wyszły za miasto, deszcz już nie padał, ale zawierucha stała się jeszcze gwałtowniejszą; wyło coś w powietrzu tysiącznymi głosami. Straszliwie, rozdzierające jęki płynęły od czarnych chmur, które kłębiły się w jakiejś wściekłej pogoni i spowijały wszystko w nieprzebitą ciemnię. Ale stara szybko szła naprzód, wołając przeraźliwie:

— Świeć no, świeć, mój chłopcze!

Na to zaczęły wić się i krzyżować przed nimi błękitne błyskawice i Weronika poznała, że to kocur skakał przed nimi na wszystkie strony, niecąc trzaskające iskry i oświecając drogę, a skoro tylko burza uciszała się na chwilę, dochodziły jej uszu jego żałośliwe, okropne wrzaski, jakby na trwogę.

Oddech zamierał jej w piersi, jakby lodowate szpony zatapiały się w jej wnętrznościach, ale całą siłą woli opanowała się i przyciskając się mocniej do starej, rzekła:

— Teraz trzeba znieść wszystko i niech się dzieje, co chce!

— Doskonale, moja córuchno — odpowiedziała stara — bądź tylko mężna, to ci dam ładny prezent i w dodatku jeszcze Anzelmusa!

Nareszcie stara stanęła i rzekła:

— No, to jesteśmy na miejscu!

Wykopała w ziemi dołek, nasypała tam węgli i postawiła nad nimi trójnóg, na którym umieściła kocioł. Wszystkiemu temu towarzyszyły dziwaczne jej poruszenia, a kocur obiegał ją wkoło. Z ogona jego wytryskały iskry, które wytworzyły obręcz ognistą. Wkrótce węgle zaczęły się żarzyć, aż wreszcie spod trójnoga buchnęły błękitne płomienie. Weronika musiała odłożyć płaszcz i zasłonę i przysiąść obok starej, która chwyciła jej ręce i silnie ścisnęła, patrząc w nią iskrzącymi oczami. A teraz zaczęły się smażyć i skwierczeć, i szumieć wszystkie te przedziwne rzeczy, które stara wyjęła z kosza i wrzuciła do kotła — niepodobna58 było rozpoznać, czy były to kwiaty, metale, zioła, zwierzęta. Stara puściła Weronikę, chwyciła żelazną łyżkę, którą zanurzyła w tej rozpalonej masie, i mieszała tam coś, podczas gdy Weronika na jej rozkaz musiała się uważnie wpatrywać we wnętrze kotła i skierować swe myśli na Anzelmusa. Potem stara na nowo wrzuciła do kotła lśniące jakieś metale oraz pęk włosów, które Weronika wycięła z czubka głowy, jak również mały pierścionek, jaki ta od dawna nosiła; stara wydawała przy tym niezrozumiałe, straszliwie rozbrzmiewające w czarnej nocy okrzyki, a kot, bezustannie biegając wokoło, miauczał i jęczał przeciągle.

Chciałbym, ażebyś, łaskawy czytelniku, mógł znaleźć się dnia dwudziestego trzeciego września w drodze do Drezna; gdy zapadł późny wieczór, na próżno usiłowano zatrzymać cię na ostatniej stacji; uprzejmy gospodarz przekonywał cię, że przecież zbyt straszna już jest na dworze zawierucha, że deszcz leje jak z cebra i że w ogóle niezbyt bezpiecznie jest wjeżdżać tak prosto w ciemności podczas jesiennego porównania dnia z nocą; aleś ty na to nie zważał, zupełnie słusznie rozumując: dam pocztylionowi59 całego talara na piwo i będę najpóźniej o pierwszej w Dreźnie, gdzie oczekuje mnie dobra wieczerza i miękkie łóżko albo „Pod Złotym Aniołem”, albo „Pod Hełmem”, albo w Naumburgu.

A kiedy już tak jedziesz w ciemnościach, widzisz nagle w oddali jakieś zadziwiające, migotliwe światło. Przybliżywszy się dostrzegasz obręcz płomienistą, a w jej środku, przy kotle, z którego strzelają kłęby gęstego dymu i czerwone, błyskające iskry i płomienie, siedzą dwie postacie. Droga idzie wprost przez ów ogień, ale konie parskają, biją kopytami o ziemię, stają dęba, pocztylion klnie i modli się, i tnie biczem konie, ile wlezie — nie ruszają się z miejsca.

Mimo woli wyskakujesz z dyliżansu i podbiegasz kilka kroków. Widzisz teraz wyraźnie wysmukłe, słodkie dziewczę, które klęczy przy kotle w białym, cienkim stroju nocnym. Burza rozwiała jej sploty, długie, kasztanowobrązowe włosy trzepoczą swobodnie na wietrze. Anielsko piękne oblicze żarzy się całe w olśniewających ogniach jaskrawych płomieni, co wybuchają spod trójnoga, lecz trwoga zalała tę twarz lodowatym strumieniem, ścięła ją w bladość śmiertelną, a w znieruchomiałym wzroku, w brwiach podniesionych do góry, w ustach, które na próżno w strachu śmiertelnym roztwierają się do krzyku, co się nie może wydobyć z przytłoczonej ciężarem bezmiernym piersi, widzisz jej przerażenie okropne, jej zgrozę; splotła kurczowo swe drobne rączęta i podniosła ku niebu, jakby aniołów stróżów wzywała na pomoc, aby ją obronili przed potworami piekieł, co czarom potężnym posłuszne wnet pojawią się tutaj.

I klęczy tak nieruchomo jak marmurowy posąg. Naprzeciw niej przykucnęła na ziemi wysoka, chuda, miedzianożółta kobieta o ostrym, jastrzębim nosie i iskrzących się kocich oczach; z czarnego płaszcza, który narzuciła, wysterczają nagie, kościste ramiona; grzebiąc w piekielnym warze60, śmieje się i woła skrzeczącym przeraźliwie głosem poprzez szumiącą i huczącą burzę.

Jestem pewny, łaskawy czytelniku, że choćby obcymi ci były zazwyczaj uczucia trwogi, to na widok tego malowidła Rembrandta czy Brueghela Piekielnego, które teraz ożyło przed tobą, włosy by ci powstały na głowie z przerażenia. Ale nie mogłeś oderwać wzroku od wplątanego w piekielne sprawy dziewczęcia, a prąd elektryczny, który przeniknął wszystkie twe tkanki i nerwy, wzniecił w tobie z błyskawiczną szybkością myśl, by stawić czoło tajemniczym siłom kręgu płomieni; w myśli tej zaginęło twoje przerażenie — tak — myśl ta wykwitła wprost z tego przerażenia, z tej zgrozy, jako ich płód bezpośredni. Poczułeś się tak, jakbyś sam był jednym z tych aniołów stróżów, do których modliło się śmiertelnie zestrachane dziewczę, jakbyś miał powinność wnet wyciągnąć z kieszeni pistolet i zastrzelić tę starą bez namysłu! Ale, myśląc o tym tak żywo, krzyknąłeś głośno: — Hola! — albo: — Co się tu dzieje? — albo: — Co wy tu robicie?!

Pocztylion zadął wrzaskliwie w róg, stara wywinęła kozia wprost w war i wszystko zniknęło naraz w gęstym dymie.

Czy znalazłbyś dziewczę, którego z najszczerszą gorliwością szukałbyś teraz w ciemnościach, trudno mi powiedzieć, ale zniszczyłbyś czarodziejską grę starej, rozerwałbyś więzy magicznego kola, w które dała się wciągnąć lekkomyślnie Weronika.

Jednakże ani ty, łaskawy czytelniku, ani nikt w ogóle nie szedł ani jechał tą drogą dwudziestego trzeciego września, w tę noc burzliwą, sprzyjającą sztukom czarnoksięskim, i Weronika musiała wytrwać przy kotle w śmiertelnej trwodze, aż dzieło dobiegnie końca.

Słyszała doskonale, jak wokoło niej coś wyło i szumiało, jak beczały i klekotały wkoło niej przeróżne wstrętne głosy, jedne przez drugie, ale nie otwierała oczu, bo czuła, że widok tej ohydy, tych okropności, które ją otaczały, mógłby ją wtrącić w nieuleczalne szaleństwo.

Stara przestała mieszać w kotle. Dym stawał się coraz rzadszy, aż wreszcie tylko lekki płomień spirytusowy palił się u spodu kotła. Wtedy zawołała:

— Weroniko, dziecko moje! Złotko moje! Spojrzyj no tu w głąb! Cóż widzisz, cóż widzisz?

Ale Weronika nie była w stanie odpowiedzieć, chociaż zdawało jej się, że w kotle wirują bezładnie najróżniejsze skłębione ze sobą figury; postaci jednak z każdą chwilą stawały się wyraźniejsze, aż naraz z głębiny kotła wystąpił, patrząc na nią przyjaźnie i podając jej rękę, student Anzelmus. Krzyknęła głośno:

— Ach, Anzelmus! Anzelmus!

Stara otworzyła szybko znajdujący się u kotła kran i rozpalony metal spłynął z trzeszczeniem i syczeniem w małą foremkę, którą podstawiła.

Wtedy zerwała się wiedźma, wrzeszcząc i ciskając się na wszystkie strony w ohydnych, dzikich podskokach.

— Skończone dzieło! Dzięki ci, mój chłopcze! Czuwałeś dzielnie! Hu! hu! — on idzie! Zagryź go! Zagryź go!

Lecz na to zaszumiało coś potężnie w powietrzu, jakby jakiś potwornie wielki orzeł, trzepiąc olbrzymimi skrzydłami, zleciał i krzyknął przeraźliwie:

— Hej, hej! Wy tam, hołota! Skończona rzecz, skończona rzecz! Do domu, precz!

Stara runęła z wyciem na ziemię, a Weronika straciła przytomność.

Kiedy znowu przyszła do siebie, był już biały dzień, leżała na swoim łóżku, a Frania stała przed nią z filiżanką dymiącej herbaty, mówiąc:

— Ależ, powiedzże mi, siostro, co ci jest! Stoję tu już przed tobą z godzinę czy więcej, a ty leżysz bez przytomności, jakby w febrycznej gorączce i stękasz, i jęczysz, że aż nam straszno się robi. Ojciec nie poszedł z twojego powodu do szkoły i zaraz tu przyjdzie z panem doktorem.

Weronika milcząc wzięła z jej rąk herbatę; skoro ją zaczęła pić, okropne obrazy tej nocy stanęły jej żywo przed oczami.

Więc może to wszystko było tylko strasznym snem, który mnie dręczył? Ależ ja naprawdę poszłam wczoraj wieczorem do starej, to był przecież dwudziesty trzeci września? Nie, ja raczej wczoraj już byłam bardzo chora i wszystko to mi się tylko przywidziało, a cała choroba powstała u mnie z tego wiecznego myślenia o Anzelmusie i o tej zdumiewającej starej kobiecie, która się podała za Elżbietę i tym chciała mnie zwabić.

Frania wróciła znowu z całkiem przemoczonym płaszczem Weroniki w ręku.

— Patrzaj no, siostro — rzekła — co się stało z twoim płaszczem; burza wyrwała w nocy okno i przewróciła krzesło, na którym płaszcz leżał; pewno napadało deszczu tamtędy, bo płaszcz jest zupełnie mokry.

Weronice jakby kamień upadł na piersi, wiedziała już teraz, że to nie sen ją dręczył, że naprawdę była u starej. Ogarnął ją strach i zgroza, mróz febryczny zatrząsł nią od góry do dołu. Z kurczowym dreszczem naciągnęła silnie kołdrę na siebie; ale wtem poczuła, że piersi jej uciskało coś twardego, a kiedy chwyciła to w rękę, wyczuła coś, jakby medalion; wyjęła to spod kołdry, skoro tylko Frania wyszła z płaszczem; było to małe, okrągłe, jasno wypolerowane zwierciadełko.

— Podarunek od starej — zawołała żywo, a ze zwierciadła strzeliły jakby płomieniste promienie, które ją przeniknęły do głębi i ogrzały lubo; febryczne dreszcze ustały, opływało ją nieopisane uczucie błogości i słodkiego spokoju. Musiała myśleć o Anzelmusie, a kiedy skierowywała nań myśli coraz silniej i silniej, uśmiechnął się do niej przyjaźnie ze zwierciadła, niby żywy portrecik w miniaturze. Ale wnet zdało się jej, że już nie widzi tego obrazu — nie! — tylko za to samego studenta Anzelmusa, we własnej osobie. Siedział w wysokim, szczególnie urządzonym pokoju i pilnie pisał. Weronika chciała podejść ku niemu, poklepać go po ramieniu i powiedzieć. — „Panie Anzelmie, obejrzyj się pan, ja tu jestem!” Ale to się zupełnie nie udawało, gdyż otaczał go jakby świecący krąg ognia, lecz Weronika spojrzała uważniej; były to przecież tylko wielkie księgi ze złoconymi brzegami.

Ale wreszcie Weronice udało się spojrzeć Anzelmusowi w oczy: wtedy on — jakby musiał, patrząc na nią, dopiero przypominać ją sobie — lecz w końcu uśmiechnął się i rzekł: — Ach, czy to pani, droga mademoiselle61 Paulmann? Ale czemuż pani chwilami raczy udawać węża?

Weronika wybuchnęła głośnym śmiechem na te szczególne słowa; wskutek tego obudziła się jakby z głębokiego snu i szybko schowała zwierciadełko, a właśnie drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł konrektor Paulmann z doktorem Ecksteinem.

Doktor Eckstein podszedł natychmiast do łóżka, długo trzymał w głębokim zamyśleniu puls Weroniki i powiedział:

— Aj! Aj!

Potem napisał receptę, jeszcze raz chwycił za puls, jeszcze raz powtórzył: „Aj! Aj!” — i opuścił pacjentkę.

Ale z tych wynurzeń doktora Ecksteina konrektor Paulmann nie mógł dość wyraźnie wymiarkować62, co właściwie dolega Weronice.