IX. Castillian Amoroso
Pomimo przestróg O. D., Dick bezustannie szperał w gazetach i studiował ogłoszenia. Wierzył, że skorośmy w pismach znaleźli Ogólnego Dobroczyńcę i jego 15 szylingów — to może się nam znowu poszczęści.
Któregoś dnia przeczytaliśmy następujące ogłoszenie:
Każdy może zarobić dwadzieścia szylingów tygodniowo. Mały nakład pracy. Próba i instrukcje: 2 szylingi przysłać znakami pocztowymi.
A więc zebraliśmy nasze pieniądze, które nie przekraczały tej sumy, kupiliśmy marki pocztowe i włożyliśmy do listu, który napisał Dick — i H. O. poszedł list ten wrzucić do skrzynki własnoręcznie.
Nieskończenie długim wydał nam się czas, zanim otrzymaliśmy odpowiedź. Pięć razy dziennie zaczepialiśmy listonosza, pytając, czy nie przyniósł nam listu.
Ale dopiero na piąty dzień przyszła duża paczka z napisem „Ostrożnie! — Szkło”. Było to pudełko napełnione trocinami; wewnątrz znajdowała się niewielka butelka z żółtym płynem.
Oswald pobiegł po korkociąg; ale minęła dobra chwila, zanim go znalazł; nie leżał w kredensie, na swoim miejscu, ale w szafie od bielizny.
Gdy wrócił, wszyscy już przeczytali napis na etykiecie i dołączonych kartkach.
— Zdaje się, że nie wypada sprzedawać wina — mówiła Dora — a zresztą któż z nas potrafi, przecież nigdy tego nie robiliśmy.
— I ja nie mam pojęcia — rzekła Ala — chyba to nie jest żadna sztuka.
Wszyscy siedzieli zamyśleni i ze spuszczonymi głowami, więc Oswald zapytał, jakim sposobem będziemy zarabiać 20 szylingów tygodniowo.
— Widzisz — zaczął Dick — w tej butelce jest wino Castillian Amoroso. Trzeba znaleźć ludzi, którzy by skosztowali tego wina, trzeba, żeby im smakowało, i trzeba, by obstalowali41 u nas kilka butelek. Wtedy my napiszemy do fabryki Castillian, że tamci chcą wina, oni im poślą, a za każdy tuzin obstalowanych butelek dostaniemy dwa szylingi. Jeżeli zatem będziemy sprzedawać po dziesięć butelek tygodniowo, to zarobek nasz stanowić będzie dwadzieścia szylingów. Ale wątpię, czy sprzedamy aż tyle — skończył Dick.
— Może nie początkowo — powiedziała Ala — potem, gdy się wszyscy przekonają, jak smaczne i pożywne jest wino, zarabiać będziemy znacznie więcej.
— I dziesięć szylingów nam wystarczy. Prawda? — Oswald nie marzył nawet o większym zarobku. Dick wziął korkociąg i (jak zwykle), zamiast wydobyć korek, wepchnął go do butelki.
Dora przyniosła szklaneczkę do lekarstwa, tę z podziałką, powiedziała, że wszyscy skosztujemy, ale po odrobince.
— Nikt nie dostanie więcej jak łyżkę stołową — mówiła, jak gdyby butelka należała do niej wyłącznie. (Ostatecznie miała największe prawo, bo dała całego szylinga, a my resztę).
Potem odmierzyła troszkę i sama zaczęła pić, bo jest najstarsza.
— Jak ci smakuje? — zawołaliśmy jednogłośnie, ale Dora dopiero po chwili odpowiedziała nam.
— To jest podobne do lekarstwa, jakie pił Noel na wiosnę. Zresztą nie wiem, może wino powinno mieć taki smak.
Potem pił Oswald. Usta mu ścierpły, ale się słowem nie odezwał, czekał, co powie reszta, Dick krzyknął, że jest to obrzydliwe, Ala ustąpiła Noelowi swojej kolei. Noel powiedział, że jest to nektar godny królów, ale mimo to zrobił grymas i wypluł w chustkę. Zaś H. O. wypluł na środek pokoju. Musiał sprzątnąć i dostał od nas niezłe wymyślanie. Potem przyszła kolej na Alę.
Ala nie miała zbytniego zaufania, rzekła więc:
— Ja proszę o trzy krople; nie możemy wypić wszystkiego.
— Nie będę sprzedawać tego świństwa. — rzekł Dick. — To jest oszukaństwo. Kto chce, może sobie zabrać butelkę.
— Mnie ją dajcie — zawołała Ala — ja wiem, czego brak. Trzeba cukru.
Zrozumieliśmy od razu, że Ala, choć jest dziewczyną, wpada na genialną myśl. Ażeby nie robić nieporządku na stole, rozkruszyliśmy na podłodze dwa kawałki cukru i wrzuciliśmy do szklaneczki.
Smak wina zmienił się nie do poznania. Nie było już ani zbyt kwaśne, ani zbyt gorzkie; raczej przeciwnie, zbyt słodkie.
— Smakuje bardzo, jeśli się przyzwyczaić — rzekł Dick.
Zdaje się, żałował, iż odstąpił butelkę Ali.
— Cukier był zakurzony, trzeba będzie rozkruszyć w czystym papierze, zanim wrzucimy do butelki.
I znowu Dora wyjechała ze swoją przesadną uczciwością.
— Będzie to oszukaństwo, jeżeli damy skosztować słodkie, a sprzedamy kwaśne wino.
— Każdemu kto obstaluje wino, z góry powiemy, że musi dorzucić kilka kawałków cukru — zadecydowała Ala.
Rozkruszyliśmy więc bardzo ostrożnie między gazetami osiem kawałków cukru i wrzuciliśmy do butelki. Potem zakorkowaliśmy ją kawałkiem czystego papieru, nie zaś kurierem, bo wiemy jak szkodliwą jest farba drukarska.
Daliśmy też Rexowi do skosztowania. Widocznie mu nie smakowało, bo kichał przez pół godziny, a potem schował się pod łóżko.
— A kto zajmie się sprzedażą wina? — spytałem.
— Naturalnie, że ja — odpowiedziała Ala — każdemu kto przyjdzie do nas, zaproponuję kupno wina. A zresztą zobaczymy.
Elizie nie powiedzieliśmy o naszym nowym przedsiębiorstwie, a to ona otworzyła drzwi kilku osobom, które przyszły do ojca. Nie zdołała więc Ala poprobować szczęścia z Castillianem Amoroso. Dopiero około piątej po południu poszła Eliza do swojej przyjaciółki, która miała jej uszyć suknię na niedzielę.
Po chwili usłyszeliśmy dzwonek. Ala pobiegła otworzyć. Usłyszeliśmy z naszego pokoju, jak mówiła:
— Niech pan będzie łaskaw, proszę wejść.
A gruby męski głos odpowiedział.
— Czy ojciec w domu? Mam do niego interes.
— Niech pan pozwoli.
— Jest w domu. To dobrze.
I wytarł nogi o słomiankę, po czym wszedł. Był to rzeźnik, chociaż nie miał na sobie białego fartucha jak w sklepie. W ręku trzymał kopertę.
Ala wprowadziła go do jadalni, gdzie na stole była przygotowana butelka z Castillianem Amoroso i szklaneczka od lekarstw. Stanęliśmy wszyscy pod drzwiami, a Oswald zaglądał przez dziurkę od klucza.
— Niech pan spocznie — rzekła Ala ze sztucznym spokojem.
Rzeźnik usiadł i Ala nalała trochę wina do szklaneczki, a następnie zakorkowała butelkę tym samym kawałkiem papieru.
— Może panienka zechce poprosić ojca. Spieszy mi się — rzekł po chwili rzeźnik.
— Ojca nie ma w domu, ale przyjdzie za chwilę — powiedziała Ala i stanęła przed rzeźnikiem, nie odzywając się już ani słowa. Wyglądała dosyć głupio z zakłopotaną miną i odemkniętymi ustami, więc H. O., któremu ustąpiłem miejsce przy dziurce od klucza, roześmiał się na głos. Podszedłem z tyłu i dałem mu szturchańca. H. O. pisnął. Rzeźnik nie słyszał tego wszystkiego. Ala zaś, ocknąwszy się, zaczęła mówić szybko i potoczyście, bo z góry ułożyła sobie całe przemówienie.
Umiała na pamięć etykietę Castilliana.
— ...pragnę zwrócić uwagę pańską na próbę wina, które niniejszym mam honor przedstawić szanownemu panu. Pod względem smaku i zapachu wytrzymuje konkurencję. Nie ustępuje w niczym starym winom węgierskim, reńskim i... — Ali zabrakło słów. — Czy pił pan już kiedyś Castillian Amoroso?
— Nie, nigdy nawet nie słyszałem o takim winie — odpowiedział rzeźnik.
— To może pan skosztuje?
— Owszem, bardzo chętnie.
Ala podała mu szlankę. Rzeźnik skosztował tylko i polizał wargi.
Czekaliśmy na „słowa zachwytu i uznania”, ale rzeźnik odstawił nietknięte wino (wlaliśmy je z powrotem do butelki) i powiedział:
— Czy to nie za słodkie, jak na wino?
— O, prawdziwe ma zupełnie inny smak, ale my nie lubimy kwaśnego wina, więc dodaliśmy osiem kawałów cukru. Tak bym chciała, żeby pan obstalował kilka butelek!
— Czemu? — spytał zdumiony rzeźnik.
Ala wahała się przez chwilę, a potem rzekła.
— Pan także ma interes, więc powiem. Szukamy ludzi, którzy by obstalowali u nas to wino, bo za każdy tuzin butelek dostaniemy dwa szylingi.
— Hm, hm — mruknął rzeźnik i spojrzał na dywan.
— Widzi pan — ciągnęła ośmielona już Ala — są powody, dla których musimy zarabiać.
— Tak, tak — powiedział rzeźnik, nie podnosząc oczu.
— Jak pan uważa? Czy prędko dojdziemy do majątku? Za próbną flaszkę Castilliana zapłaciliśmy dwa szylingi.
— Mam nadzieję, że panienka zarobi bardzo wiele.
— Tak? — ucieszyła się Ala — to może pan kupi?
— Owszem, Castillian jest moim ulubionym winem.
Ala chciała go znowu poczęstować.
— Nie, dziękuję, jest to doskonały napój, ale mi nie służy. Mam starego wujaszka, który bardzo lubi wino. Obstaluję dla niego na gwiazdkę pół tuzina butelek. Oto szyling, który się pani należy. — I wyjął z kieszeni nowiutki pieniądz.
— A ja myślałam, że płacą tylko fabrykanci — powiedziała Ala.
Rzeźnik rzekł jej na to, że nie dają nic za pół tuzina. Potem wstał, pożegnał się pośpiesznie i przeprosił, że nie może czekać na ojca, bo nie ma czasu. Ala znów go poczęstowała winem, lecz on szepnął:
— Za nic na świecie.
Ala z nowym szylingiem w ręku weszła triumfalnie do naszego pokoju.
Cały wieczór robiliśmy plany na przyszłość, która nam się zapowiadała tak pięknie i tak bogato!
Nikt nie zjawił się nazajutrz.
Na trzeci dzień przyszła jakaś pani z dobroczynności po ofiary na budowę domu dla sierot.
Weszliśmy z Alą do pokoju, a gdy jej wytłumaczyłem, że posiadamy tylko jeden szyling i ten jest nam niezbędny, Ala się odezwała.
— Może pani pozwoli wina?
— Dziękuję, bardzo dziękuję — powiedziała pani, choć minę miała nad wyraz zdumioną.
I daliśmy jej w ślicznym kieliszku łyżeczkę wina. Pani podniosła go do ust i z wielkim pośpiechem odstawiła. Zerwała się z kanapy i zawołała:
— Wstrętne dzieci! Obrzydliwe smarkacze! Takie kawały robicie starszym! A nie wstyd wam! Poczekajcie no! Napiszę do waszej mamy. Mogliście mnie otruć! Mama was ukarze!
— Przykro mi bardzo, że się pani nie poznała na winie. Rzeźnikowi smakowało. Mówił tylko, że jest za słodkie. A do mamy niech pani nie pisze, bo tatuś tak się martwi, gdy przychodzą listy do mamy — mówiła Ala, bliska płaczu.
— Co mówisz smarkata? Dlaczegóż to ojciec nie lubi, gdy przychodzą listy do mamy?
Ala zawołała:
— O, pani... — i wybiegła z płaczem.
Wtedy ja rzekłem:
— Nasza mama umarła i niech już pani idzie sobie!
A ona spojrzała na mnie zupełnie inaczej niż poprzednio.
— Jest mi bardzo przykro. Przepraszam was. Siostrzyczka twoja chciała jak najlepiej... Przepraszam was. — I wyciągnęła rękę.
Naturalnie, że po tym wszystkim nie mogłem jej proponować kupna wina. W każdym bądź razie była to niezła osoba. Opowiedziałem to Ali. Było nam jednak bardzo smutno. Gdy wróciłem do jadalni, pomyślałem, jak się od śmierci mamy wszystko zmieniło — i ojciec, i my, i całe życie.