IV
Wzruszenie nadzwyczajne panowało wśród ludności miasteczka. Ze wszystkich stron gromadami lub sznurem ciągnęli ludzie ku wielkiej, brunatnej świątyni, pod trzypiętrowym, omszonym dachem której w oknach, podobnych do starożytnych strzelnic, błyskać poczynały długie i wąskie smugi światła. Na niebo występowały też gwiazdy, ale bladły przed świetnym blaskiem wschodzącego w pełni księżyca.
Wnętrze świątyni było salą ogromną, pomieścić w sobie mogącą kilkutysięczną ludność, a wysokością swą dorównywającą budowie o dwóch wielkich piętrach. Ściany jej, zakreślające prawidłowy czworogran, gładkie zupełnie i białe jak śnieg, przerzynała tylko u góry ciężka galeria, o głębokich, sklepionych niszach, tworzących rodzaj lóż, osłonionych przeźroczystą, lecz wysoką barierą. W dole ławy drewniane stały gęsto jedna za drugą, od drzwi wchodowych aż ku miejscu wyniesionemu nad poziom o kilka stopni i otoczonemu też drewnianą, ozdobną barierą. Na wyniesieniu tym był stół przeznaczony do rozwijania olbrzymiego arkusza Tory (Pięcioksięgu) w dniach, w których ustępy z niej obrządek nakazywał czytać ludowi; ono służyło za kazalnicę, z której w dnie uroczyste rozlegały się religijne mowy i nauki; na nim stawały też chóry złożone z dorastających dzieci i dorosłych młodzieńców, a łączące głosy swe z głosem kantora intonującego modlitwy. Wyniesienie to kilkunastu krokami tylko rozdzielonym było z głównym punktem świątyni, z punktem, który uderzał powagą kształtów i świetnością barw, a był ołtarzem — jeżeli nazwę tę użyć można dla miejsca wszelkiego, w którym przechowują się świętości nad świętościami i które ściąga ku sobie najnabożniejsze spojrzenia i westchnienia wiernych. Szczyt ołtarza tego sięgał sufitu, a złożony był z dwu ogromnych tablic, których tło z najczystszego lazuru zakreślonym było zgłoskami białymi, krętymi, podobnymi z dala do sznurów arabesek wschodnich o bogatym i fantastycznym rysunku, a w których oko umiejętne wyczytywało dziesięć przykazań synajskich. Lazurowe tablice, okryte białym, krętym pismem, dźwigane były przez dwa lwy z pozłacanego brązu, które w ogromnych rozmiarach i wspaniałych postawach siedziały na dwu grubych, ciężkich słupach jaśniejących najjaskrawszym szafirem, owiniętych śnieżnymi i misternie rzeźbionymi wieńcami z liści i gron winnych, a wspierających się mocno o kamienną podstawę, której szeroka powierzchnia zakreśloną była aż do samej już ziemi mnogimi ustępami Pisma. Słupy owe na kształt potężnych i silnych strażników stały z dwu stron głębokiej niszy osłoniętej od góry do dołu oponą ze szkarłatnego jedwabiu, ozdobionego złotymi haftowaniami z bogactwem olśniewającym oko. Za oponą tą, spuszczoną zazwyczaj, a podnoszącą się w odpowiednich tylko okolicznościach, chroniła się świętość nad świętościami, Tora — olbrzymi zwój pergaminu owinięty cenną materią, a związany wstęgą, ciężką i sztywną od haftów srebrnych i złotych.
Z szarego i mizernego pozoru miasteczka wnosząc, nikt nie mógłby domyślać się wspaniałości obrazu, jaki przedstawiało wnętrze starożytnej, przez wieki pobożnie przyozdabianej świątyni tej, w chwili gdy o dość późnej wieczornej godzinie zapłonęła ona cała oświetleniem rzęsistym i po brzegi napełniła się ludem.
Siedem świeczników stupłomiennych, spuszczając się od sufitu na szczerosrebrnych sznurach, rzucało powódź światła w sklepiste głębie galerii, zza przezroczystych krat której wyglądała prawdziwa mozaika twarzy i szat niewieścich, i na gęste rzędy ustawionych poniżej ław, które obsiadywali mężowie dojrzali, brodaci, okryci cali miękką, wełnistą draperią białych płaszczów (tałesów), skraje których w wieczny jakby i rozrzewniający znak żałoby po utraconej niegdyś ojczyźnie otoczone były czarnymi szlakami; tu i ówdzie zaś u szyi bogaczów i dostojników gminy połyskiwały szerokie taśmy srebrne o wydatnych liściastych deseniach. Lecz największy ze świeczników pałał i bogatymi wisiorami od chwili do chwili srebrzyście dzwonił przed niszą zamkniętą pomiędzy dwoma potężnymi słupami. Tam iskrzyły się złote hafty i frędzle szkarłatnej opony, spod stóp wspaniałych lwów sypać się zdawały delikatne liście i ciężkie grona winne, tam, u samej góry, wydatnie od lazurowego tła odstawały białe szlaki krętych zgłosek, a w dole, przed cisową podstawą pełną napisów ciągnących się nierównymi liniami, stał kantor i z głową okrytą białym kapturem tałesa160 śpiewał te stare psalmy, których bezbrzeżna, zda się, melodia płynie pełną gamą ludzkich zachwytów, uwielbień, pragnień, błagań i mąk.
Nigdy jednak prześliczny głos Eliezera nie wyrażał wszystkich uczuć tych z taką siłą i wyraźnością jak wieczoru tego, nigdy nie miał on takich wybuchów potężnych, takiego uroczystego brzmienia i takich drżeń głębokich, łkających, które, opadając i cichnąc stopniowo, zdawały się tonąć i konać w morzu bezbrzeżnej jakiejś boleści czy prośby. Zdawać się mogło, że wieczoru tego w pierś jego weszła nadludzka prawie siła skargi i błagania, że u ramion wyrastały mu skrzydła, na których usiłował wznieść się aż do samych stóp Pana nad pany, aby tam ciało i duszę swoją złożyć w ofierze za zbawienie czegoś lub kogoś. Olbrzymia sala od brzegu do brzegu i od szczytu do podstaw pełną była brzmień płynących z piersi jego nieprzerwanym strumieniem; chóry stojące na wyniesieniu rzucały w nie od chwili do chwili potężne akordy, a zgromadzenie całe, porwane rozkoszą zachwytu, milczało grobowo z oczami wlepionymi w wyiskrzoną złotem, szkarłatną oponę.
Ten i ów tylko, wskazując głową zachwyconego i zachwycającego piewcę szeptał:
— To jest anioł Sandalfon, który podaje Panu wieńce splecione ze wszystkich modlitw ludzkich.
Ten i ów także smutnie wstrząsał głową i wzdychał:
— On tak modli się za przyjaciela swego, którego głowę wykląć dziś mają!...
Nagle w cudowny śpiew kantora i uroczyste milczenie ludu wmieszał się stuk głuchy, lecz silny i powtarzający się kilka razy. Głos Eliezera zerwał się jak złota struna targnięta grubiańską ręką; oczy ludu przeniosły się z ołtarza ku miejscu, w którym rozlegały się gwałtowne stukania.
Z wyniesienia otoczonego drewnianą barierą zniknął chór młodych śpiewaków, a na miejscu ich stał jeden tylko człowiek, szczupły, przygarbiony, z długą szyją żółtą, podaną naprzód, z ciemną twarzą obrosłą czarnym jak noc włosem i posępnie rozświeconą gorejącymi jak żużle oczami. Trzymał on w obu rękach ogromną księgę i z całej siły uderzał nią o stół, dając przez to rozkaz powszechnego milczenia. Milczenie też zupełne zapanowało w sali całej, a tylko w przedsionku słychać było szmery jakieś i stłumione wykrzyki. Tam gromadka kilkudziesięciu ludzi różnego wieku i stanu otaczała człowieka, który z bladą bardzo twarzą, zaciśniętymi usty i suchym, palącym się okiem stał ramieniem wsparty o odrzwia świątyni. Był to Meir. W uszach jego rozlegały się szepty:
— Jeszcze pora! Jeszcze czas! Zlituj się nad sobą i nad familią swoją; upokorz się! Biegnij prędko, prędko, i padnij do nóg rabina! O, herem! Herem! Herem!
On zdawał się nie słyszeć. Silnie zwarł na piersi ramiona. Ściągnięte brwi nadawały czołu jego przerżniętemu czerwoną kresą wyraz ponurej boleści i niezłomnej woli.
— W imię Boga ojców naszych! — zabrzmiał basowy a silny głos Izaaka Todrosa.
Po zgromadzeniu całym przebiegł szmer przytłumiony, dreszcz niby przebiegający całe zbiorowe ciało to — i wnet skonał w ciszy głębokiej.
Izaak Todros z wolna, wyraźnie, oddzielając wyraz od wyrazu, mówić zaczął:
— Siłą i potęgą świata, w imię świętego Zakonu naszego i sześciuset trzynastu praw w Zakonie tym zawartych, heremem, którym Jozue Nawin przeklął miasto Jerychon, przekleństwem, którym Elizeusz przeklął prześladujące go chłopięta, szamtą, która używaną była przez wielkie sanhedryny i sobory nasze, wszystkimi heremami, przekleństwami, wypędzeniami i unicestwieniami, które używanymi były od czasów Mojżesza aż po dzisiejszy dzień — w imię Boga Przedwiecznego, Pana świata i Twórcy wspaniałości jego, w imię Matatrona, który jest aniołem stróżem i obrońcą Izraela, w imię anioła Sandalfona, który z modlitw ludzkich splata wieńce dla tronu Pańskiego — w imię archanioła Michała, potężnego wodza niebieskich wojsk — w imię aniołów ognia, wichru i błyskawic, siłą imion wszystkich aniołów prowadzących gwiazdy i jeżdżących na niebieskich rydwanach i wszystkich archaniołów rozwijających skrzydła swe nad tronem Wszechpotężnego — imieniem tym, które ukazało się Mojżeszowi w krzaku ognistym, i tym, którym Mojżesz rozdzielił wody na dwie połowy — imieniem ręki, która nakreśliła tablice świętego prawa... niszczymy, wypędzamy, hańbimy, unicestwiamy i przeklinamy silnego, zuchwałego i nieposłusznego Meira Ezofowicza, syna Beniaminowego...
Zatrzymał się na chwilę i gwałtownym ruchem podniósł ręce nad głową. Potem śród ciszy takiej, że słyszalnym byłby śród niej szelest przelatującej muchy, coraz spieszniej i coraz bardziej śpiewnym i zanoszącym się głosem mówić, a raczej wołać zaczął:
— Przeklętym niech będzie on przez Boga Izraelowego! Przeklętym niech będzie on przez silnego i strasznego Boga, którego imię z trwogą wygłaszają ludzie w dniu sądnym! Przeklętym niech będzie on przez niebo i ziemię! Przeklętym niech będzie on przez Matatrona, Sandalfona, Michała, archaniołów, aniołów i wszystkich mieszkańców nieba! Przeklętym niech będzie on przez wszystkich czystych i świętych służących Bogu! Przeklętym niech będzie on przez każdą siłę wyższą na ziemi i niebie! Boże Stwórco, wytęp i zniszcz go na wieki! Boże Podnosicielu, upokorz go! Gniew Twój, Boże, niech rozpiorunuje się nad głową jego! Szatani niech idą na jego spotkanie! Złorzeczenia i jęki niech otaczają go wszędzie, gdzie się tylko obróci! Własnym mieczem niech on pierś swą przeszyje i niech skruszą się wszystkie strzały jego, a anioły Boże niech gnają go wciąż z miejsca na miejsce, aby nigdzie na spoczynek nie stanęła stopa jego! Drogi jego niech będą niebezpieczne i okryte grubą ciemnością, a śród nich towarzyszką niech mu będzie rozpacz nadzwyczajna! Niech smutki i nieszczęścia trapią go ciągle, a on niech własnymi oczami patrzy na uderzające weń ciosy i nasyca się ogniem Bożego gniewu! Niech nie przebaczy mu Pan! Przeciwnie! Gniew i pomsta Boża niech spłyną na człowieka tego, wpiją się weń i przenikną go aż do szpiku kości! Przekleństwem tym jako szatą niech owinie się on cały, ażeby zniknął sprzed oblicza światłości, a imię jego aby startym zostało z podniebieskiej przestrzeni.
Tu Todros umilkł na chwilę, zaczerpnął powietrza w pierś zmęczoną krzykami, które stawały się coraz bardziej urywane, głuche i ciężkie. Twarz miał w ogniu całą, a ręce jego gwałtownymi ruchy miotały się nad głową.
— Od tego momentu — krzyknął znowu — w którym przekleństwo to na głowę jego spadło, niech nie waży się on przystąpić do żadnej izraelskiej świątyni na całym świecie bliżej jak o cztery łokcie odległości! Pod karą klątwy i odrzucenia od łona Izraelowego, niech Izraelita żaden nie przybliża się do niego bliżej jak o cztery łokcie odległości i niech nie waży się otworzyć przed nim drzwi domu swego ani chleba, wody i ognia mu podać, chociażby widział go zesłabłego, upadającego i zgiętego w łęk od tułactwa, głodu, choroby i nędzy! Przeciwnie! Niechaj każdy, kto spotka go, pluje na twarz jego śliną ust swoich i przed stopy jego rzuca kamienie, aby potykał się on i upadał. Majątku żadnego niechaj on nie używa. Wszystko, co prawem dziedzictwa spada na niego z ojca jego i matki jego, i wszystko, co on własnymi rękami dla siebie zebrał, niech oddanym zostanie pod rozporządzenie kahału, aby z mienia nieprawego uczynił on pociechę i podporę prawych! O pomście tej i klątwie, która nań spadła, niech dowie się Izrael cały. Wy wszyscy, którzyście ją własnymi uszami słyszeli, głoście słowa i przykazania jej na każdym miejscu, na które zaniosą was stopy wasze, a my wiadomość o niej roześlemy do wszystkich miast i gmin, w których mieszkają bracia nasi, od końca do końca świata. Tak niech się stanie! A wy wszyscy, którzy wierni zostaliście Panu waszemu i Zakonowi Jego, żyjcie szczęśliwi! Żyjcie!
Skończył, a w tejże chwili działaniem mechaniki umiejętnie stosowanej przyćmiły się rzęsiste światła gorejące w siedmiu olbrzymich świecznikach i w czterech rogach sali rozgłośnie dźwięknęły i zawyły trąby. Z urywanym tym lub przeciągłym i ponurym wyciem mosiężnych instrumentów złączył się olbrzymi chór ludzkich szlochów, jęków i krzyków. Najgłośniejszy krzyk dał się słyszeć w przedsionku, a był tym przeraźliwszy, że wychodził z piersi męskiej i silnej. Ruch się też tam zrobił wielki; słychać było szamotanie się jakieś, wypędzanie jakby, to przywoływanie. Meir zniknął z progu świątyni. Bliżej ołtarza, pomiędzy ławkami, kilku dojrzałych ludzi z chrzęstem rozdzieranych sukien upadło twarzami na ziemię.
— W prochu leżą możni Ezofowiczowie! — wskazując na nich wołano skądinąd.
W górze galeria rozlegała się cała szlochaniem i płaczliwym zawodzeniem niewiast, a w głębi sali gromada ludzi licho ubranych, bez srebrnych u tałesów tasiem, wznosiła w górę twarde, czarne, spracowane ręce i załamywała je nad głowami.
Todros podartym rękawem odzieży ocierał opływający mu czoło pot kroplisty, potem obu rękami wsparł się o drewnianą barierę i pochylony naprzód, z piersią dyszącą i drgającymi wargami patrzał na kantora. Nie zstępował on z wyniesienia i na kantora patrzał dlatego, iż wedle obrządku po wyrazach strasznej klątwy rzuconych na jednego człowieka nastąpić powinny były słowa błogosławieństwa zlewanego na lud cały. Słowa te, błogosławiące lud, wygłosić powinien był kantor. Todros oczekiwał na to dokończenie spełniającego się aktu. Dlaczego kantor milczał tak długo i powinności swej nie spełnił? Dlaczego nie podchwycił ostatnich słów jego: „Żyjcie szczęśliwi! Żyjcie!” i nie wysnuł z nich natychmiast modlitwy błogosławiącej?
Eliezer stał twarzą zwrócony ku ołtarzowi. Kiedy rabin wykrzykiwał słowa klątwy, widać było, jak ramiona jego drżały pod okrywającym je tałesem. Potem jednak drżeć przestał, znieruchomiał i z podniesioną głową patrzał kędyś wysoko. Na koniec wyciągnął w górę obie ręce. Znak to był, że wzywa lud do milczenia i modlitwy. Trąby, które dotąd dzwoniły wciąż i wyły, umilkły; ustały też krzyki i jęczenia ludzkie. Przyćmione światła zagorzały znowu, a wśród pełnego blasku ich i ciszy, przerywanej tylko tu i ówdzie odzywającym się szlochaniem, głos dźwięczny jak srebro i czysty jak kryształ z wolna, z powagą jakąś wielką, z wewnętrznymi łzami, które nadawały mu niezmierną moc błagania, mówić zaczął:
— Ten, który błogosławił praojców naszych: Abrahama, Izaaka, Jakuba, Mojżesza, Aarona, Dawida, proroków Izraela i wszystkich sprawiedliwych świata... On niechaj spuści łaskę i błogosławieństwo swe na człowieka tego, którego niesprawiedliwy herem ten naruszył! Bóg przez miłosierdzie swe niech uratuje i osłoni go od wszelkiego złego i nieszczęścia, niech przedłuży czasy i lata jego, niech pobłogosławi wszelkiemu dziełu jego rąk i niech go od utrapień ciemności i kajdan oswobodzi razem ze wszystkimi braćmi Izraelitami! Niech taką będzie wola Jego!... Wołajcie: Amen!
Umilkł; w sali panowała przez kilka sekund cisza osłupienia, a potem rozległ się wielki, z kilkuset piersi wydobyty okrzyk: Amen!
— Amen! — zawołali Ezofowiczowie, powstając z ziemi, na którą runęli byli przed chwilą, i z rozdartych sukien swych pył otrząsając.
— Amen! — krzyknęła gromada ludzi nędznie odzianych i spracowane dłonie załamujących nad głowami.
— Amen! — rozległo się na galerii pełnej płaczących niewiast.
— Amen! — powtórzył na koniec w bliskości ołtarza chór głosów młodzieńczych.
Rabin oderwał ręce swe od poręczy bariery, wyprostował się, zdumionymi oczami powiódł dokoła i krzyknął:
— Co to jest? Co to znaczy?
Wtedy Eliezer zwrócił się twarzą ku niemu i zgromadzeniu całemu. Kaptur tałesu opadł mu z głowy na ramiona. Białą twarz jego okrywały rumieńce zapału, a błękitne oczy świeciły gniewem i odwagą. Podniósł rękę i zawołał donośnie:
— Rabbi! Znaczy to, że uszy i serca nasze przekleństw takich słyszeć więcej nie chcą!
Słowa te były jakby hasłem bojowym. Zaledwie wymówił je Eliezer, gdy po obu stronach jego stanęło tłumnym szeregiem kilkudziesięciu ludzi młodych i zaledwie dorastających. Byli wśród nich wszyscy najbliżsi towarzysze i przyjaciele wyklętego, ale i tacy także, którzy dawniej z rzadka tylko i z dala go widywali, i tacy nawet, którzy przed kilku dniami jeszcze uporowi jego i zuchwałości dziwili się, wcale ich nie rozumiejąc.
— Rabbi! — rozległy się wołania. — My przekleństw takich więcej słuchać nie chcemy!
— Rabbi! Klątwa twoja zrodziła w duszach naszych miłość dla wyklętego!
— Rabbi! Heremem tym obciążyłeś ty człowieka, który miłym był oczom ludzi i Boga!
Todros gwałtownym wysiłkiem wyrwał się ze stanu skamieniałości, w jaki rzuciło go zrazu zdumienie.
— Czego wy chcecie? — krzyknął. — Co wy gadacie? Czy szatan opętał duchy wasze? Azaliż nie wiecie, że prawa nasze nakazują pomstę i klątwę na zuchwałych, którzy buntują się przeciw Zakonowi?
Nie spośród młodzieńców już, ale ze środka sali wyszedł głos poważny, który wymówił:
— Rabbi! Azaliż nie wiesz, że kiedy w starożytnym sanhedrynie naszym wiódł się spór srogi o to, czy Izrael przyjąć ma za swoją naukę Szammaja lub naukę Hillela, ozwał się nad zgromadzonymi Bat-Kohl, głos tajemniczy, głos przez samego Boga posłany, który powiedział: „Słuchajcie praw Hillela, albowiem łagodność w nich jest i miłosierdzie!”.
Podnoszono głowy i wspinano się na palce nóg, aby ujrzeć, kto słowa te wymówił. Wymówił je Rafał, stryj wyklętego. W tejże chwili przez tłum przecisnął się Ber i stając wśród młodzieży zawołał:
— Rabbi! Czy ty liczyłeś kiedy rozumy wszystkie, które zgniotła srogość twoja i ojców twoich, Todrosów... i wszystkie dusze te, które napełnione były wielkimi pragnieniami, a które wy twardą ręką waszą strąciliście na zawsze w ciemności i potajemne cierpienia?
— Rabbi! — zawołał głos jakiś młodzieńczy, dziecięcy jeszcze prawie. — Czy ty i wszyscy, którzy z tobą stoją, będziecie zawsze odpychać nas od tych cudzych płomieni, bez światłości których schną ze smutku serca nasze, a podłym prochem czernią się nasze ręce...
— Dlaczego ty, rabbi, nie nauczysz ludu, aby z rozumu swego czynił sito takie, które by oddzielać mogło ziarno od plewy i perły od piasku?
— Rabbi! Ty i wszyscy, co z tobą stoją, zjadacie i nam jeść każecie jabłko granatu razem z twardą i gorzką łupiną. Ale przyszedł już taki czas, że uczuliśmy gorycz na podniebieniu naszym, a we wnętrznościach naszych powstał srogi ból...
— Nieszczęśni! Głupi! Opętani! Potępieni! — z całej piersi swej krzyczeć zaczął Todros. — Alboż nie widzieliście oczami własnymi, że lud cały nienawidził człowieka tego, gonił go po drogach jego, kładł mu na plecy silne swe ręce, kamienował go i krwawą kresą naznaczył mu czoło!
Śmiechy dumne, oburzone, wzgardliwe rozległy się tu i ówdzie.
— Nie mów: „Zgoda!” na wszystko, na co lud mówi: „Zgoda!” — zawołało głosów mnóstwo, a jeden z nich ciągnął dalej:
— Przekleństwo, które wyrzekłeś, rabbi, zmiękczyło serce niejednego i ślepotę zdjęło z ócz wielu! Usta złośliwe rozdmuchały w sercach naszych gniew przeciw niewinnemu, ale dziś z oczów naszych płyną nad nim łzy, bo ty, rabbi, klątwą swoją zadałeś śmierć młodości!...
— Gorszą, rabbi, od śmierci jest klątwa ta, którą ty na niego rzuciłeś, bo on z nią pośród żyjących będzie jako umarły!
— A czyliż nie napisanym jest w ustawach wielkich sanhedrynów naszych: „Sąd, który raz przez lat siedemdziesiąt wyda jeden wyrok śmierci, nazywany będzie sądem morderców!”.
— W sanhedrynach nie zasiadali ludzie bezdzietni i twardego serca!
— Kto sieje nienawiść, zbiera żal.
Wołania te i mnóstwo im podobnych wychodziły spośród gromadki stłoczonej u ołtarza. Mieszały się tam głosy, podnosiły się twarze, błyskały oczy rozognione, a rozgorączkowane ramiona rzucały na rabina i zgromadzenie całe wyzywające, zuchwałe gesta161.
Todros nie odpowiadał już. Znieruchomiał całkiem, skamieniał. Z otwartymi usty i wysoko podniesioną powieką pozór miał człowieka, który przestał rozumieć to, co się wkoło niego dzieje. Ale z tłumu wyskoczył i przed barierą, oko w oko ze zbuntowaną gromadką, stanął mełamed. Trzęsący się cały, rozsrożony, rozpostarł grube ramiona swe, jakby stojącego na wyniesieniu mistrza osłaniać nimi pragnął, i krzyknął:
— Biada! Biada! Biada zuchwalcom nie oddającym czci temu, który zajęty jest oddawaniem posług Panu świata!
Eliezer odpowiedział:
— Żadem mur nie wznosi się pomiędzy nami a Panem naszym! Ustanowiliśmy pomiędzy sobą ludzi takich, którzy uczyć się powinni Zakonu i tłumaczyć go nieumiejętnym. Ale nie powiedzieliśmy im: „Oddajemy wam w niewolę dusze nasze”, albowiem każdemu synowi Izraela wolno jest szukać Pana w sercu swoim i słowa Jego tłumaczyć wedle rozumu własnego!
Inni zawołali:
— Nie ma pomiędzy Izraelem wyższego i niższego! Jesteśmy wszyscy bracia równi przed Panem, Stwórcą naszym, i nikomu nie jest danym prawo okuwania w kajdany rozumów i woli naszej. Fałszywi mędrcy zgubili nas, bo uczynili oni rozwód pomiędzy Izraelem a ludami innymi, tak że jesteśmy jako więźniowie w ciemnicy, których nikt nie nawiedza...
— Ale przychodzi czas, w którym wstrząśnie Izrael kajdanami swymi i pospadają z wysokości swych duchy pyszne i ślepe, a duchy więzione wyjdą na wolność...
Teraz Izaak Todros powolnym ruchem wzniósł w górę obie ręce i powiódł nimi sobie po twarzy jak człowiek, który usiłuje obudzić się ze snu. Potem oparł się znowu o barierę i z oczami utkwionymi w górze wydobył z piersi ogromne westchnienie:
— En-Sof! — wymówił ciężkim, sennym jakby szeptem.
Była to kabalistyczna nazwa Boga, która zawirowała w tej chwili w mózgu jego przenikanym głuchą jakąś rozpaczą. Ale wnet, na kształt głośnego protestu przeciw naleciałościom przez czas przyniesionym, na kształt tęsknego wracania do najpierwotniejszego źródła izraelskiej wiary, rozległ się kilkudziesięciu usty wydany okrzyk:
— Jehowa!
Mełamed trząsł się cały jak w febrze. Gwałtownym ruchem zwrócił się ku zgromadzeniu i wielkim głosem, śpiesznymi wyrazy nawoływać je począł do obrony znieważonego mistrza, a ukarania zuchwalców. Lecz im dłużej i zawzięciej przemawiał, tym większe i widoczniejsze ogarniało go zdumienie. Nikt nie poruszał się. Bogacze i dostojnicy gminy siedzieli na ławach swych z czołami w dłoniach i spuszczonymi wzrokami, w pochłaniającej zadumie pogrążeni, a lud ubogi stał nieruchomy jak mur i jak grób milczał. Tu i ówdzie widać było ludzi kręto a szybko prześlizgujących się śród tłumu i usiłujących w nim zniknąć. O czym dumali ci, dlaczego milczeli tamci, a umykali i kryli się inni — któż odgadnie? A raczej któż przeliczy wszystkie wewnętrzne drgania i chwiania się tłumu, żywiołu tego, do którego zastosować można, w zmienionej nieco formie, słowa poety: „Falo tak wierna, a jednak — niewierna”!
Zrozumiał na koniec mełamed, że wołania jego próżnymi były. Umilkł, lecz w zdumieniu najwyższym oczy roztwierał, bo dlaczego nie słuchano go? — zrozumieć nie mógł. Ale przez zmąconą myśl Todrosa przemknął promień światłości, a w nim ujrzał on przelotny obraz strasznej dla niego prawdy. Szepnęło mu coś do ucha, że w młodych piersiach tych, które z zuchwałością dlań niepojętą stanęły przeciw niemu, przebudziły się i krzyknęły wszystkie uśpione żądze i opory, których człowiek przez niego wyklęty przedstawicielem był i ofiarą! Więc nie on jeden takim był w Izraelu, ale istniało wielu, wielu podobnych mu, a tylko tamten śmielszym był od tych, do walki pochopniejszym, bardziej porywczym i dumnym! I słyszał on jeszcze głos jakiś szepczący mu do ucha, że nad młodymi głowami tymi, których zuchwalstwo wprawiało go w odrętwienie, przeleciały i otarły się skrzydła anioła wieku — wieku, który — jak mu z dala, z dala bardzo i mglisto wiadomym było — buntem i burzą tchnął i obalał wszystko, cokolwiek stawać usiłowało pomiędzy ludźmi a najwyższą Prawdą! I słyszał on jeszcze szept jakiś mówiący mu do ucha, że lud milczał i nie ujmował się za nim, i nie druzgotał tych, którzy przeciw niemu powstali, bo anioł wieku razem z burzą i walką roznosił nad światem litość i przebaczenie, a klątwy i nienawiść zmiatał skrzydłem swym ognistym i zarazem miękkim...
Wszystko to niewyraźnie, chaotycznie, mglisto, mglisto bardzo słyszał i widział Todros, ale dosyć było tego, aby serce pełne kamiennej wiary i niezmiernej pychy zdrętwiało mu w piersi.
„Bat-Kohl!” — pomyślał.
Szepty własnej myśli, splątanej i przerażonej, wziął za szepcący mu do ucha głos nadprzyrodzony, głos tajemniczy i od samego Boga przysłany, który niegdyś, w uroczystych i krytycznych momentach ich życia, słyszeć się dawał starożytnym kapłanom i prawodawcom Izraela.
— Bat-Kohl! — powtórzył drżącymi wargami i zbladłą twarz powolnym ruchem zwracać począł we wszystkie strony.
Sala synagogi była już na wpół pustą. Lud odpływał, odpływał z wolna, a milczał wciąż tak, jakby ogarnęła go bezdenna i nieprzezwyciężona zaduma, jakby milczeniem swoim dawał znak smutku ogromnego i wahania się ducha, który na żadną stronę przechylić się nie chciał lub nie mógł...
Odeszli ubodzy i bogaci, wierni dotąd wielbiciele rabina i ci, którzy zawsze z dala się odeń trzymali, galeria tętniła od chwili do chwili pod szybkim stąpaniem spóźnionej niewiasty i u ołtarza nie było już nikogo...
*
Jak niegdyś Józef Akiba, w jasną noc miesięczną wracając z długiej podróży, ze drżeniem szedł ku niskiej chacie swej pasterskiej, tak teraz ku rodzinnemu domowi swemu drżący i blady przybliżał się Meir.
Przychodził on do rodzinnego domu swego, ale bez myśli wracania. Wiedział, że trzeba mu iść stąd, iść i po świecie, śród tułaczki, odrzucenia i nędzy, ścigać cel ten, do którego tęsknił od dawna, ale który tak dalekim, tak dalekim był i do osiągnięcia trudnym.
Chciał spojrzeniem pożegnać się ze ścianami domu, który był kolebką jego młodości... przestępować progu ich nie myślał.
Ale wśród rzędu okien ciemnych i cichych zobaczył jedno, w którym połyskiwały migotliwe światełka. Stanął i patrzał chwilę. Za szybami rysowała się wyraźnie ciężka i nieruchoma postać prababki Frejdy śpiącej w głębokim fotelu. Spływała na nią szeroka smuga księżycowego światła i tysiące iskier rozpalała w okrywających ją klejnotach.
Meir wstąpił z wolna na wysoki ganek i położył dłoń na klamce drzwi. Wbrew zwyczajowi wszelkiemu drzwi były otwarte. Przeszedł wąski, długi korytarz i stanął w roztwartych też na oścież drzwiach bawialnej izby.
Dom cały zalegała cisza grobowa. Czy spano tam tak głęboko? Było to niepodobnym. Ale najlżejszy szelest nie powinien był przeszkodzić ostatniemu żegnaniu prawnuka z prababką ani odegnać go od jej kolan.
Meir ukląkł przed tą uśpioną i uśmiechającą się przez sen postacią niewieścią i na kolanach jej złożył swoją głowę. Po raz ostatni spoczywał pod dachem tym.
— Bobe! — rzekł z cicha. — Elte bobe!
Frejda spała cicho jak dziecię. Na pomarszczonym czole jej, niby ulotne sny dziecięcia, igrały srebrne ogniki księżyca.
— Już ja ciebie nie zobaczę nigdy... nigdy...
Przycisnął do ust drobne, suche jej ręce, które tyle razy kołysały go i pieściły, a potem go od wszelkich ciosów osłaniały i skarb ten mu oddały, który był zbawieniem i zgubą, życiem i śmiercią jego. Poruszyła się lekko głowa Frejdy, diamentowe kolce jej zadzwoniły o perły i roznieciły w księżycowym świetle ognisko iskier.
— Kleiniskind! — szepnęła, nie otwierając oczu, uśmiechnęła się i znowu zasnęła.
Meir utonął w myślach. Z czołem opartym o kolana prababki żegnał duchem wszystkich i wszystko... Powstał na koniec i powoli bardzo opuścił bawialną izbę... W korytarzu ciemnym zupełnie ktoś objął go nagle silnymi ramionami, a zarazem uczuł, że ręka czyjaś wkładała mu za odzież ciężki jakiś przedmiot.
— To ja, Meir! Ja, Ber. Dziad twój szukał w familii swojej człowieka odważnego, który by tobie garść pieniędzy na drogę dał, i znalazł mnie. Wszyscy w domu żałują ciebie... Kobiety płaczą w łóżkach swoich leżąc. Stryjowie gniewają się na rabina i kahalnych... Dziad mało nie umiera z żałości... ale ciebie widzieć nikt już nie chce... U nas tak!... Rozum ciągnie w jedną stronę, a stara wiara w drugą... A przy tym strach! Ale ty, Meir, nie martw się bardzo! Ty szczęśliwy! Ja tobie zazdroszczę! Ty nie zląkłeś się tego, czego ja zląkłem się, i wyjdziesz na światłość! Dziś przyjaciele twoi ujęli się za tobą, a lud milczał i za rabinem nie ujął się! To początek, ale koniec jeszcze daleko! Żebyś ty jutro pokazał się tutejszym ludziom, oni by znowu złości przeciw tobie do serc swych nabrali! Idź ty! Idź w świat! Młodość masz, wielką śmiałość masz! Życie przed tobą! Kiedyś ty może powrócisz do nas i koniec położysz ciemnocie i grzechom naszym! U nas bo wiele brylantów jest, tylko je trzeba z piasku oczyścić, i wiele u nas ziarna urodzajnego, tylko je trzeba wysiać z plewy! Ty to kiedyś zrobisz, gdy tam, na świecie, uczonym i silnym staniesz się! Teraz idź na wielką wojnę ze wszystkimi przeszkodami, których mnóstwo stanie przed tobą! Walcz ty z nimi! Bądź Bâal-Trêssim, uzbrojonym, jako byli dawni wielcy mężowie nasi, i niech w każdym dniu twoim będą z tobą błogosławieństwa moje i wszystkich ludzi, którzy, tak jak ja, chcieli, a nie mogli, pragnęli, a nie otrzymali, szli, a nie doszli...
Uścisnęli się. Ber zniknął za drzwiami jakimiś, z cicha otwartymi i zamkniętymi. Zresztą nic w domu nie ozwało się i nie poruszyło. Grobowo milczące ściany rodzinnego domu wołać zdawały się ku wyklętemu: „Wychodź, wychodź!”.
Wyszedł. Na świecie dniało. Place i uliczki miasteczka spały owinięte szarą mgłą jesiennego prawie poranku. Mgły też opuszczały już się na puste grunta, po których szedł Meir śpiesznym już i pewnym krokiem.
Pilno mu było iść stąd, iść, iść, a chciał pożegnać się z tą, która przyrzekła mu być wierną Rachelą, i odebrać od niej swój skarb.
Drzwi i okno karaimskiej chaty stały otworem.
— Gołdo! — zawołał z cicha — Gołdo!
Nikt i nic nie odpowiedziało.
Powtórzył wołanie. We wnętrzu chaty panowała cisza nieskazitelna. Zbliżył się, spojrzał ku miejscu, na którym zwykle siadywał stary Abel. Nie było tam nikogo.
Wówczas zdjęła go trwoga jakaś, z której przyczyny nie zdawał sobie sprawy.
Spojrzał dokoła, po wzgórzu, po pustych gruntach, daleko i pełnym głosem już zawołał:
— Gołda!
Szelest dość głośny dał się słyszeć w pobliżu. Pochodził on z wielkiego głogowego krzaku, który rósł o kilka kroków od chaty, a spośród zwikłanych gałęzi którego podniósł się teraz, wilgotną mgłą zroszony cały, z mrużącą się jeszcze od snu powieką, mały Lejbele.
Meir żywo przybliżył się ku niemu. Dziecię wydobyło się do reszty z uplotów głogu i wnet za surducik ręką sięgnęło.
— Gdzie Gołda? — zapytał Meir.
Lejbele nie odpowiedział, tylko podał mu wydobyty zza odzieży żółty zwój papierów.
Meir pochylił się ku dziecku.
— Kto ci to dał? — zapytał śpiesznie.
— Ona! — wskazując chatę odparł Lejbele.
— A kiedy ona ci to dała? Dlaczego ona ci to oddała?
Dziecko odpowiedziało:
— Kiedy ludzie szli, ona z chaty wybiegła... obudziła mnie... za surducik mi to wsunęła i powiedziała: „Oddaj to Meirowi, jak on tu przyjdzie”.
Meir drżeć zaczął.
— A potem? — pytał. — Potem?
— Potem, morejne, ona mnie w ten krzak schowała, a sama do chaty swojej pobiegła...
— A wielu było ludzi tych?
— Dwóch, morejne... trzech... dziesięciu... nie wiem!
— A co ci ludzie zrobili? Co oni zrobili?
— Ludzie przyszli, morejne, i krzyczeli na nią, żeby ona pisanie jakieś dała... długo krzyczeli... a ona krzyczała, że nie da! nie da! nie da!... a koza w sieni tak biegała... biegała i meczała...
Meir coraz więcej drżał, ale dłoń łagodnie opierał na głowie dziecka i pytał ciągle:
— A potem co było? Co było?
— Morejne! Ona potem prząśnicę swoją do rąk wzięła i przed zejdem swoim stanęła... ja z krzaku widziałem... Ona była taka biała, i prząśnica była biała, a ludzie byli czarni... i pomiędzy nimi koza biała biegała, i coraz gorzej krzyczała...
— A potem... a potem...
Łzy nabiegły do oczu dziecka.
— Potem, morejne, już ja nie patrzałem i w krzak schowałem się, i bardzo trząsłem się od strachu, bo w chacie był taki szum... taki szum i takie jęczenie... Potem ludzi poszli... i ją ponieśli... i dziada jej ponieśli, a koza pobiegła na górę mecząc, i nie wiem, gdzie podziała się...
Meir wyprostował się i spojrzał w niebo zmartwiałym prawie okiem. Wiedział już wszystko.
— Gdzie ich ponieśli? — zapytał jeszcze głuchym głosem.
— Tam!
Wyciągnięte ramię dziecka wskazywało stronę, w której z oddali widać było łączkę zieloną i liliową śród niej sadzawkę... a za sadzawką były błota, moczary, giętkie, ruchome grunta, w których tak łatwo pogrążyć się i utonąć może martwe, sztywne ciało.
Tam, za tą sadzawką, z której na wiosnę wydobywała ona wodną lilię, podając mu ją spośród gęstwiny trzcin... Tam, za tą łączką, śród której po raz pierwszy wyznała mu swą miłość świeżą a płomienną jak kwiat dziko wzrosły na bogatym gruncie... tam... w głębiach gaju tego, w którego gęszczach162 chórem wnet zaśpiewają ptaki swobodne, szczęśliwe w gniazdach swych miłości pełnych... tam... kędyś... ukryta przed wszelkim okiem ludzkim — leżała ona u nóg dziada swego, owinięta cała płaszczem swych czarnych włosów...
Przed chatą rozległ się trzykrotnie głos wołający Jehowę, a potem u otwartych drzwi stał już tylko Lejbele i w podniesionej nieco ręce trzymał nieruchomo zwój papierów.
Meir wbiegł do wnętrza chaty.
Co mu tam opowiedziały źdźbła słomy wyrzucone z nędznego posłania Abla i usypujące podłogę i rozsypane śród słomy tej a czerwieniejące niby krwi krople korale Gołdy? Co opowiadała mu leżąca na ziemi i na dwoje złamana prząśnica dziewczyny i stara, bardzo stara Biblia starca na szmaty podarta? Była to długa, bolesna, krwawa opowieść, której młodzieniec słuchał z czołem przyciśniętym do zimnej, dziurawej ściany i z rękami załamanymi nad głową — była to opowieść tak długa, że godziny płynęły, a on słuchał jej jeszcze i wtórował słowom jej rozpaczliwymi tętnami serca i głuchymi jękami, które od chwili do chwili wyrywały się z zaciśniętych i zsiniałych ust jego... Kiedy stanął znowu w otwartych drzwiach chaty, słońce ozłacało już część widnokręgu. Jakże zmienionym ukazał się on przy świetle dnia! Czoło jego, przerznięte czerwoną kresą, zmięte było i sfałdowane, tak jak gdyby przez noc tę i ten poranek przesunęły się po nim i zorały je długie, ciężkie, cierniste lata. Ponuro i rozpacznie gorzały oczy jego spod wpół spuszczonych powiek, a ramiona zwisły mu bezwładnie w zniechęceniu jakby czy obezsileniu śmiertelnym... Tak stał chwilę i znać było, że wyobraźnią i pamięcią słuchał dźwięków głosu tego, który nigdy już doń przemówić nie miał, aż uczuł, że słaba ręka jakaś ciągnęła go za odzież i usłyszał cichy głos mówiący:
— Morejne!
Lejbele stał przed nim, oczy swe ogromne, czarne, smutne ku twarzy jego podnosił i wyciągał doń rękę trzymającą żółty zwój papierów.
Zdawać się mogło, że widok podawanego mu przedmiotu obudził go ze snu, przypomniał mu coś ważnego, przywoływał go do czegoś, co dlań świętym i koniecznym było. Powiódł po czole obu dłońmi, a potem wziął z ręki dziecka przedśmiertne pisanie Seniora i gdy uczuł je w dłoni swej, podniósł głowę, a oko błysnęło mu znowu odwagą i wolą.
Patrzał na miasteczko budzące się ze snu i długo coś mówił cicho, myślą bardziej niż słowami. Mówił coś o domu Izraela, o starej wielkości jego i o wielkich jego grzechach, o tym, że nie opuści go nigdy i przekleństwa za przekleństwo nie odda, że poniesie do cudzych narodów przymierze zgody, że ze zdroju mądrości pić będzie i że wróci tu kiedyś...
— Kiedyś... kiedyś — powtarzał długo, myśląc o dalekiej, dalekiej zapewne przyszłości, a wzrokiem ogarniał ściany niskiej chaty, jakby żegnał w duchu na zawsze przelotny, gorący i czysty, a tak straszliwie przerwany sen swój o miłości.
Potem zaczął powoli wstępować na wzgórze.
Dziecię pozostałe u drzwi chaty stało chwilę nieruchome, patrząc za odchodzącym. Po chwili oczy dziecka, szeroko rozwarte, zachodzić poczęły łzami, a gdy Meir znalazł się u połowy wzgórza, załkało głośno, ale raz tylko, po czym iść także zaczęło. Szło zrazu śpiesznie, a znalazłszy się o kilkanaście kroków od odchodzącego zwolniło chodu i z rękami wsuniętymi w rękawy odzieży postępowało dalej z wolna i poważnie.
Tak jedno za drugim idąc: wyklęty młodzieniec i dziecię nędzarza, zniknęli za wzgórzem, kędy rozesłał się przed nimi szlak drogi piaszczystej, wiodącej w świat szeroki i nieznany.
*
Czy znieważony, wyklęty i ze wszystkiego odarty człowiek ten doścignął celu, którego tak namiętnie pożądał? Czy na szerokim, nieznanym świecie znalazł on ludzi takich, którzy by przed nim drzwi i serce swe otworzyli na oścież, a drogę mu utorowali ku zdrojowi mądrości? Czy wrócił lub wróci kiedykolwiek do rodzinnego miejsca swego, aby przynieść tam wraz z przebaczeniem swym światło to, mocą którego „cedr Libanu” powstanie tam, gdzie ściele się „niska tarnina”? Nie wiem. Zbyt niedawna to historia, aby koniec swój mieć już mogła. Lecz dlatego właśnie, że historia ta i liczne, liczne historie podobne dalekimi są do końców swych — czytelniku! — jakiegokolwiek plemienia krew płynie w żyłach twoich i na jakimkolwiek miejscu tej ziemi cześć oddajesz Bogu — jeżeli kiedy śród drogi swej spotkasz Meira Ezofowicza, podaj mu szczerą, prędką, braterską dłoń przyjaźni i pomocy!
Przypisy:
1. cheder (z hebr. dosł: pokój, izba) — religijna elementarna szkoła żydowska; daw. uczęszczali tam chłopcy od 5 (lub niekiedy już od 3 roku życia) do bar micwy (tj. urządzanej w dniu 13. urodzin uroczystości osiągnięcia pełnoletności), ucząc się języka hebrajskiego, modlitw oraz tłumaczenia Tory i Talmudu; obecnie rodzaj szkółki niedzielnej również dla dziewcząt. [przypis edytorski]
2. rabin (z hebr.: mistrz) — duchowny w judaizmie; odpowiedzialny wobec władz przywódca gminy żydowskiej, zajmujący się orzecznictwem w sprawach rytualnych, interpretacją prawa żydowskiego oraz nadzorem nad nauczaniem. [przypis edytorski]
3. uśmiechniony (daw.) — dziś: uśmiechnięty. [przypis edytorski]
4. talmudysta — znawca Talmudu, czyli praw i przepisów religijnych stanowiących komentarz do biblijnego Pięcioksięgu; człowiek ściśle przestrzegający tych przepisów; przen.: formalista. [przypis edytorski]
5. karaici a. karaimi — grupa etniczna i religijna, wyznająca karaimizm, tj. odłam judaizmu powstały w 767 r. n.e. w oparciu o nauki rabina Anana ben Dawida z Basry, odrzucający Talmud oraz interpretujący w sposób bardziej rygorystyczny Biblię. [przypis edytorski]
6. Chersones a. Chersonez — staroż. gr. nazwa Półwyspu Krymskiego; także jedno z miast na Krymie (później. ros. Korsuń). [przypis edytorski]
7. Chawila — nazwa biblijnej szczęśliwej, dostatniej krainy położonej w bezpośredniej bliskości raju (por. Księga Rodzaju, 2, 10–12: „Z Edenu zaś wypływała rzeka, (...) dając początek czterem rzekom. (...) Piszon; jest to ta, która okrąża cały kraj Chawila, gdzie się znajduje złoto. A złoto owej krainy jest znakomite; tam jest także wonna żywica i kamień czerwony”. [przypis edytorski]
8. Sabation (właśc. Sambation) — w literaturze rabinicznej legendarna rzeka w dalekich krainach, której przypisywano magiczną właściwość: płynęła gwałtownie, tocząc kamienie, ale tylko przez sześć dni w tygodniu, respektując sobotni świąteczny odpoczynek, kiedy wyznawcy judaizmu nie mogą podróżować (w ten sposób pisał o jednej z rzek w Judei Pliniusz Starszy); w czasie powrotu Żydów z niewoli babilońskiej za rzeką Sambation miało schronić się 10 zaginionych plemion (tj. pokoleń, rodów) Izraela; na poszukiwanie rzeki wyruszył w poł. XII w. średniowieczny podróżnik Benjamin z Tudeli (tj. Nawarry); stawiając sobie za zadanie policzenie rozproszonej populacji Żydów na świecie, przemierzał tereny Europy, Palestyny, Arabii i Persji. [przypis edytorski]
9. rabbanici — zwolennicy rabinów; stosowane w XIX w. określenie Żydów kierujących się w kwestiach wiary i obyczajów prawem pisanym (w Torze i Talmudzie) oraz jego ustnym wykładem przez uczonych rabinów. [przypis edytorski]
10. kohen (hebr.) — kapłan wywodzący się z rodu Aarona (brata Mojżesza), z pokolenia Lewiego; funkcja dziedziczona z ojca na syna. [przypis edytorski]
11. tanaici (z hebr.) — tytuł nauczycieli wykładowców w okresie między 10 a 220 r. n.e. (głównie w Jerozolimie), zajmujących się studiowaniem i komentowaniem Tory, z ich komentarzy powstała Miszna (część Talmudu); tanaici byli następcami zugot, tj. pary uczonych i żydowskich przywódców duchowych między I w. p.n.e. a I w. n.e., z których jeden, noszący tytuł nasi czyli książę, był przewodniczącym Sanhedrynu, a drugi jego zastępcą (aw bet din). [przypis edytorski]
12. gaon — człowiek obdarzony dużą wiedzą, geniusz. [przypis edytorski]
13. Ezofowicz, Michał (właśc. Ezofowicz-Rabinkowicz, Michael, zm. ok. 1529) — kupiec, bankier, dzierżawca, administrator ceł i senior (przełożony z nadania króla) Żydów litewskich; syn Józefa (Ezafa) Rabczyka (stąd również inne formy nazwiska: Rabiczkowicz, Rebiczkowicz), pochodził z Brześcia Litewskiego. Został mianowany przez króla Zygmunta I Starego faktorem i administratorem komór celnych wosku i soli w Brześciu n. Bugiem, później także komór celnych na Wołyniu i Podlasiu. Stopniowo Ezofowicz zmonopolizował eksploatację dochodów celnych niemal z całego Wielkiego Księstwa Litewskiego; jako bankier przyczynił się do ożywienia stosunków gospodarczych na Litwie. W 1514 król mianował go seniorem Żydów litewskich, tzw. egzaktorem generalnym, uprawnionym do ściągania podatków i sprawowania władzy sądowniczej; gminy żydowskie nie zaakceptowały jego władzy; podczas hołdu pruskiego 10 IV 1525 w Krakowie król pasował go na rycerza, obdarzył dziedzicznym szlachectwem oraz herbem Leliwa (jedyny w daw. Polsce przypadek nobilitacji Żyda, który pozostał wierny judaizmowi). [przypis edytorski]
14. chazarski — od nazwy Chazarów, potomków koczowniczego ludu przybyłego z głębi Azji i zamieszkującego w VI w. n.e. ziemie położone na północ od Morza Czarnego i Kaspijskiego (step pontyjsko-kaspijski), zajmującego się pasterstwem i handlem, ale nie gardzącego również wypadami łupieskimi; ich państwo, Kaganat Chazarski, zamieszkiwali również Alanowie, Goci, Bułgarzy, Madziarowie, Pieczyngowie, Rusowie i in., panowała tu tolerancja religijna i wielowyznaniowość; na początku IX w. władca (kagan) oraz możnowładcy z jego otoczenia przyjęli judaizm, mając na celu centralizację władzy i ujednolicenie państwa, jednakże wywołało to bunt arystokracji w prowincjach oddalonych od stolicy (Itil, położonej w pobliżu dzisiejszego Astrachania) oraz wieloletnie walki na tle polityczno-religijnym, które wykorzystały sąsiednie plemiona i państwa; ostatecznie Chazarowie zostali pokonani przez książąt kijowskich Światosława i Włodzimierza Wielkiego, ich miasta zostały zburzone, a oni sami ulegli rozproszeniu; za spadkobierców tradycji kulturalnej Chazarów uważają się Karaici (a. Karaimi), jednakże o ile teza o ciągłości etnicznej między Chazarami a Żydami krymskimi pozostaje niezakwestionowana, o tyle pod względem religijnym zachodzi zasadnicza różnica: Chazarowie wyznawali judaizm rabiniczny, zantagonizowany z judaizmem karaimskim (a. karaicki), odrzucającym Talmud. [przypis edytorski]
15. W Babilonie jedna, w Jerozolimie druga jest prawda — dwa wydania Talmudu, babilońskie i jerozolimskie, niezupełnie ze sobą zgodne. [przypis autorski]
16. drugiego Mojżesza — Majmonidesa. [przypis autorski]
17. Talmud — obszerne dzieło stanowiące podsumowanie doktrynalno-religijnego pobiblijnego dorobku judaizmu; składa się z Miszny i Gemary. [przypis edytorski]
18. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
19. pochód — tu: pochodzenie, rodowód. [przypis edytorski]
20. miasto (daw.) — tu: zamiast. [przypis edytorski]
21. Zohar (z hebr.: blask) — kabalistyczny komentarz do Tory, Pieśni nad Pieśniami i Księgi Rut powstały w XIII w., ale posiadający wcześniejsze fragmenty; w księdze Zohar rozważana jest natura Boga, początek i struktura świata, jak również natura człowieka. [przypis edytorski]
22. przedsiębierstw (daw.) — dziś popr. forma D. lm: przedsiębiorstw. [przypis edytorski]
23. reb — skrót hebrajskiego słowa rabi, które jest tytułem uczonego, rabina itp.; u Żydów wyraz reb przed imieniem własnym oznacza szacunek dla osoby, do której zwracają się oni w ten sposób lub o której mówią; młodszy wiekiem zawsze tak mówi do starszego. [przypis edytorski]
24. koszer, koszerny (z hebr. dosł.: właściwy) — określenie rodzajów pokarmów dozwolonych do spożycia przez prawo żydowskie (halachę) oraz warunków, w jakich powinny być przechowywane i spożywane; zasady te wywodzą się z Tory, zostały uściślone w Talmudzie. [przypis edytorski]
25. chazarnik — tu: odstępca, nieczysty; jedzący wieprzowinę. [przypis edytorski]
26. miasto (daw.) — tu: zamiast. [przypis edytorski]
27. ściśniony — dziś popr.: ściśnięty. [przypis edytorski]
28. ściągła — dziś: pociągła (twarz). [przypis edytorski]
29. którego dusza zasłużyła sobie na to, ażeby być nieśmiertelną — doktryna Mojżesza Majmonidesa o nieśmiertelności duszy ludzkiej, według której człowiek każdy kształceniem umysłu swego i doskonałością moralną nieśmiertelność sobie zdobywać musiał, a karą złych czynów jego miało być nicestwo. [przypis autorski]
30. karmazyn — zamożny szlachcic, magnat; od karmazynowego, tj. intensywnie czerwonego koloru szaty wierzchniej, żupana a. kontusza, której noszenie było prawnie dozwolone tylko wysokim urzędnikom państwowym i dostojnikom; poślednia szlachta nosiła szare żupany i stąd określana była mianem „szlachty szaraczkowej”. [przypis edytorski]
31. kahał — gmina żydowska; również: zarząd gminy, do którego zadań należało zajmowanie się w odniesieniu do społeczności żydowskiej administracją, pobieraniem podatków, sprawami kultu, edukacją i sądownictwem. [przypis edytorski]
32. goj (hebr. dosł.: naród) — termin pojawiający się wielokrotnie w Torze na określenie rozmaitych nieżydowskich narodów; nie-Żyd. [przypis edytorski]
33. cadyk (z hebr. dosł.: sprawiedliwy) — Żydzi zazwyczaj nazywają tak słynnych rabinów, uczonych, bogobojnych mężów słynących ze sprawiedliwości, dobroci i pobożności; także: charyzmatyczny przywódca duchowy chasydów; zwolennicy chasydów wierzyli m.in. w moc czynienia cudów przez cadyków. [przypis edytorski]
34. tałes (jid.) a. talit (hebr.) — szal modlitewny; prostokątna chusta nakładana na głowę bądź ramiona w czasie modlitwy przez wyznawców judaizmu; przeważnie biała z czarnymi a. granatowymi pasami oraz z frędzlami (cicit a. cyces) na rogach. [przypis edytorski]
35. szabat, szabas, a. sabat (z hebr.: odpoczynek) — w tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej siódmy, ostatni dzień tygodnia, obchodzony jako święty na pamiątkę ukończenia tworzenia Świata przez Boga (Rdz 2,2–3); sobota. [przypis edytorski]
36. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
37. nieprzyjaciołami — dziś popr. forma: nieprzyjaciółmi. [przypis edytorski]
38. Sztyl, bube (jid.) — cicho, chłopcze (tu: chłopcy). [przypis edytorski]
39. gej (jid.) — idź, idźcie. [przypis edytorski]
40. łokszyna — łazanki; rodzaj makaronu podawanego w szabas. [przypis edytorski]
41. spencerek (daw.) — kurtka. [przypis edytorski]
42. wschodki (daw.) — dziś: schodki. [przypis edytorski]
43. tefila (właśc. tefilin) — dosłownie: modlitwy; nazwa dwóch skórzanych pudełeczek zawierających wypisane na pergaminie modlitwy-przepisy (cytaty z Biblii), które mężczyźni od trzynastego roku życia wkładają na głowę i lewą rękę podczas modlitwy porannej w dni powszednie; jedno pudełko przytwierdza się rzemykiem do lewego przedramienia (obok serca), a drugie do czoła (do myśli); inaczej też: filakteria. [przypis edytorski]
44. namiętnymi krzyki (daw.) — dziś popr. forma N.lm: namiętnymi krzykami. [przypis edytorski]
45. zawieść — tu: zaśpiewać; por. zawodzić. [przypis edytorski]
46. ściągła — dziś: pociągła (twarz). [przypis edytorski]
47. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
48. Wo ist Meir (jid.) — gdzie jest Meir. [przypis edytorski]
49. kidusz — dosł.: poświęcenie, uświęcenie; tak nazywa się błogosławieństwo odmawiane nad chlebem oraz kielichem wina w wigilię sobót i świąt oraz w dni sobotnie i świąteczne tuż po nabożeństwie przedpołudniowym; na rozpoczęcie szabatu odmawia się kidusz po zapadnięciu zmroku w piątek, a następnie rano w szabat; między tymi modlitwami należy zachować post. [przypis edytorski]
50. ściągły — dziś: pociągły. [przypis edytorski]
51. Miszna a. Miszne — zbiór praw i opinii halachicznych (63 traktaty zawierające uporządkowane treściowo przepisy prawa religijnego i świeckiego) skodyfikowanych przez rabbiego Judę ha-Nasiego w II w. n.e w języku hebrajskim, starsza część Talmudu; do niej odnoszą się komentarze Gemary. [przypis edytorski]
52. Gemara — zbiór prac uczonych żyd. zwanych amoraitami, kontynuatorów tannaitów; amoraici działali między 219 a 500 r. n.e., zajmując się objaśnianiem Miszny w dwóch ośrodkach: w Erec Jisrael i Babilonii; powstała zatem wersja Gemary babilońska i jerozolimska; dziś obowiązujący jest Talmud babiloński. [przypis edytorski]
53. Kabała — mistyczne księgi żydowskie: Zohar (tj. Blask) i Tefer jeciva (tj. Księga Stworzenia), oraz Echachaim (tj. Drzewo Życia). [przypis edytorski]
54. Szymon (Simon) ben Jochaj — mędrzec Miszny, II w. n.e., mistyk; przypisywano mu autorstwo podstawowej księgi kabalistycznej Zohar. [przypis edytorski]
55. wicina — statek rzeczny używany daw. na Litwie do spławiania towarów. [przypis edytorski]
56. puryc (jid.) — bogacz, magnat, pan na włościach. [przypis edytorski]
57. Arka Przymierza (Aron Hakodesz) — skrzynia, w której przechowywano tablice dziesięciu przykazań otrzymane na górze Synaj podczas wędrówki do ziemi obiecanej; późn. szafa ołtarzowa we wschodniej ścianie bożnicy, gdzie przechowywane są zwoje Tory. [przypis edytorski]
58. mniej (...) jak — dziś popr.: mniej niż. [przypis edytorski]
59. przyjaznymi uśmiechy — dziś popr. forma N.lm: przyjaznymi uśmiechami. [przypis edytorski]
60. piewca — tu: śpiewak. [przypis edytorski]
61. Miszna a. Miszne — zbiór praw i opinii halachicznych (63 traktaty zawierające uporządkowane treściowo przepisy prawa religijnego i świeckiego) skodyfikowanych przez rabbiego Judę ha-Nasiego w II w. n.e w języku hebrajskim, starsza część Talmudu; do niej odnoszą się komentarze Gemary. [przypis edytorski]
62. Majmonides a. Rambam (1138–1204) — skrót imienia rabi Mosze Ben Majmona, średniowiecznego filozofa racjonalisty oraz wybitnego lekarza, autora More Newuchim (a. Mojre Nebuchim, tj. Przewodnik błądzących), religijno-filozoficznego dzieła napisanego w języku arabskim; Majmonides urodził się w Kordobie, a zmarł w Kairze, pozostawał pod wpływem ówczesnej kultury i filozofii arabskiej, a więc neoplatonizmu i przede wszystkim arystotelizmu, który zaszczepił ponownie w myśli europejskiej filozoficznej, zainspirowawszy m.in. Tomasza z Akwinu. [przypis edytorski]
63. nassi a. nasi (hebr.: książę) — jeden z pary zugot, tj. uczonych i żydowskich przywódców duchowych między I w. p.n.e. a I w. n.e.; nasi był przewodniczącym Sanhedrynu (tj. Wielkiej Rady, najwyższej instytucji sądowniczej i religijnej staroż. Izraela), drugi z pary mędrców był jego zastępcą (aw bet din) i przewodniczącym Izby Sądowej. [przypis edytorski]
64. krótkimi wykrzyki — dziś popr. forma N.lm: (...) wykrzykami (a. okrzykami). [przypis edytorski]
65. uporny — dziś: uporczywy. [przypis edytorski]
66. wiele (daw., gw.) — tu: ile. [przypis edytorski]
67. z siwiejącymi (...) włosy — dziś popr. forma N.lm: (...) włosami. [przypis edytorski]
68. dawnych a niedawnych — tu: „a” w funkcji spójnika łącznego (równorzędnego znaczeniowo „i”). [przypis edytorski]
69. chacham (hebr.) — mędrzec. [przypis edytorski]
70. chasydzi — spolszczone hebr. chasidim, dosł.: pobożni; nazwa zwolenników chasydyzmu, ruchu mistyczno-religijnego, który powstał w Polsce w drugiej poł. XVIII w., a którego założycielem był rabi Israel Baal Szem Tow (1700–1760) z Podola; chasydyzm przeciwstawiał się rabinicznemu judaizmowi, kładąc nacisk na osobistą modlitwę; mistyczne zjednoczenie z Bogiem miały zapewnić ekstatyczne śpiewy i tańce. [przypis edytorski]
71. Beszt — skrót od imienia twórcy chasydyzmu, rabiego Israela Baal Szem Tow (tzn. dosł.: Mistrz Dobrego Imienia a. Mąż Dobrej Sławy). [przypis edytorski]
72. mozaizm — określenie judaizmu używane gł. w zach. chrześcijaństwie, nazwa utworzona od imienia Mojżesza, pierwotnego prawodawcy judaizmu; niektórzy historycy (m.in. Feliks Koneczny) używali nazwy mozaizm na określenie pierwotnej wersji religii żydowskiej, opartej na Biblii (Torze) i różnej od judaizmu opartego na Talmudzie, ukształtowanego wg tej wykładni dopiero w pierwszych wiekach naszej ery i w opozycji do chrześcijaństwa. [przypis edytorski]
73. szema — wyznanie wiary zawarte w codziennych porannych i wieczornych modlitwach (por. hebr. Szema Izrael: Słuchaj, Izraelu). [przypis edytorski]
74. anachoreta — pustelnik. [przypis edytorski]
75. parasang a. parasanga — staroż. perska miara odległości, przyjęta także w staroż. Grecji, licząca 30 stadionów, tj. ok. 5,5 km; mila perska. [przypis edytorski]
76. te dziecko — popr. to dziecko. [przypis edytorski]
77. więcej jak innym — dziś popr.: więcej niż. [przypis edytorski]
78. kowalów — dziś popr. forma D.lm: kowali. [przypis edytorski]
79. przyciśniony (daw.) — dziś: przyciśnięty. [przypis edytorski]
80. Kabała Maszjat (właśc. Kabała maassit) — najwyższa część Kabały, ucząca za pomocą kombinowania liter i wyrazów cuda czynić i tajemnice odgadywać. Kabała Maszjat. [przypis autorski]
81. z otwartymi usty — dziś popr. forma N.lm: (...) ustami. [przypis edytorski]
82. uśmiechniony (daw.) — dziś: uśmiechnięty. [przypis edytorski]
83. owe — dziś popr. forma lp: owo. [przypis edytorski]
84. więź — tu: wiązka, snopek. [przypis edytorski]
85. misnagdim (hebr. lm) — przeciwnicy chasydów. [przypis edytorski]
86. indyferent — człowiek obojętny (indyferentny: nie stanowiący a. nie robiący różnicy), szczególnie w sprawach religii. [przypis edytorski]
87. a kługer mensz (jid.) — mądry człowiek. [przypis edytorski]
88. beit hamidrasz (także: bet ha-midrasz, bet midrasz, besmedresz) — dosł. „dom nauki”; pomieszczenie przeznaczone do studiów talmudycznych dla chłopców i dorosłych mężczyzn, zaopatrzone w bibliotekę, z której każdy mógł w dowolnym czasie, wedle własnych potrzeb i zainteresowań korzystać; także miejsce modlitw (była w nim arka na Torę) oraz noclegownia; stanowił instytucję, bardzo ważną szczególnie w XVII i XVIII w., gdy podupadły jesziwy, czyli wyższe szkoły talmudyczne. [przypis edytorski]
89. halacha — prawo żydowskie złożone z 613 micw, tj. przykazań (nakazów, obowiązków), do których każdy dorosły Żyd ma się stosować. [przypis edytorski]
90. hagada a. agada (z hebr.: opowiadanie, baśń, legenda) — opowieść o wyjściu Żydów z Egiptu czytana podczas paschalnej wieczerzy zw. Gederem; także: opowiadanie interpretujące tekst biblijny z zawartym w nim przesłaniem moralnym. [przypis edytorski]
91. w domie (daw.) — dziś popr. forma: w domu. [przypis edytorski]
92. Cousin! Comme c’est ennuyant ici (fr.) — Kuzynie! Jak tu nudno! [przypis edytorski]
93. Oui, cousine! Cette vilaine petite ville est une place tres ennuyante (franc.) — Tak, kuzynko! Ta nędzna mała mieścina jest bardzo nudnym miejscem. [przypis edytorski]
94. fiszele (jid.) — rybka. [przypis edytorski]
95. Zi! Zi! A szejne puryc (...) (jid.) — Patrz, patrz! Jaki piękny panicz! Jaka piękna panienka. [przypis edytorski]
96. kapeluszów — dziś popr. forma: kapeluszy. [przypis edytorski]
97. herst (jid.) — słyszysz, słuchaj. [przypis edytorski]
98. danke (jid.) — dziękuję. [przypis edytorski]
99. a kluger mensz, erłycher mensz (jid.) — mądry człowiek, uczciwy człowiek. [przypis edytorski]
100. Tora (hebr.: nauka, prawo) — Pięcioksiąg; pierwsze pięć ksiąg Starego Testamentu, zw. też księgami Mojżeszowymi, lecz nazwa ta nie wskazuje bynajmniej autora tych ksiąg, lecz tylko stwierdza, że podstawą ich jest tzw. prawo Mojżeszowe (stąd hebr. nazwa Księga Prawa); Pięcioksiąg opisuje, jak powstało to prawo, ilustruje wydarzeniami historycznymi lub uważanymi za historyczne genezę i rozwój prawa. [przypis edytorski]
101. szydersko (daw.) — dziś: szyderczo. [przypis edytorski]
102. więź — tu: wiązanka; bukiet. [przypis edytorski]
103. gesta — dziś: gesty. [przypis edytorski]
104. szames — tak nazywano sługę bożnicy, synagogi oraz żydowskiej gminy wyznaniowej; właściwie jest to woźny bożnicy, gminy lub rabina. [przypis edytorski]
105. synagoga (z gr.: miejsce zebrań) — bożnica; w judaizmie miejsce modlitw, odprawiania nabożeństw, studiowania Tory i Talmudu; często również siedziba gminy żydowskiej; tu znajduje się Aron ha-kodesz (Arka Przymierza): rodzaj skrzyni, w której przechowywane są zwoje Tory, powyżej zawieszona jest lampka Ner tamid, symbol obecności Boga, zaś centralne miejsce zajmuje bima, czyli podwyższenie z pulpitem, z którego czytana jest Tora. [przypis edytorski]
106. ściśniony (daw.) — dziś popr. forma: ściśnięty. [przypis edytorski]
107. gej (jid.) — idź, idźcie; tu: dalej. [przypis edytorski]
108. a szlechter, dummer, ferszoltener bube, alejdyk geher, szganet (jid.) — zły, głupi, przeklęty chłopiec, próżniak. [przypis edytorski]
109. a merder (jid.) — rozbójnik. [przypis edytorski]
110. ferszołtener (jid.) — przeklęty. [przypis edytorski]
111. z (...) otwartymi usty — dziś popr. forma N.lm: z (...) ustami. [przypis edytorski]
112. z rozczochranymi włosy (daw.) — dziś popr. forma N.lm: z (...) włosami. [przypis edytorski]
113. tefile (hebr.tefilin) — dosł.: modlitwy. [przypis edytorski]
114. przenoszony — tu: doznany (który trzeba było znieść, przecierpieć). [przypis edytorski]
115. kom her (jid.) — chodź tu. [przypis edytorski]
116. jedne — dziś popr.: jedno. [przypis edytorski]
117. namiętnymi ruchy (daw.) — dziś popr. forma N.lm: (...) ruchami. [przypis edytorski]
118. cycele cyces (jid.) a. cicit (hebr.) — element religijnego stroju żydowskiego; określa się tak zarówno frędzle przywiązywane do czterech rogów talitu/tałesu (chusty modlitewnej) zgodnie z zaleceniami Boga w Księdze Liczb (Lb 15, 38–40), jak również prostokątną chustę z otworem na głowę i frędzlami, która jest rodzajem stroju codziennego, tzw. talit katan (hebr.) a. tałes kutn (jid.). [przypis edytorski]
119. wyrzecz — dziś popr. forma 2 os.lp trybu rozkazującego: wyrzeknij. [przypis edytorski]
120. przenieść (daw.) — doznać, przejść, przecierpieć. [przypis edytorski]
121. Mora Nebuchim — Przewodnik błądzących, dzieło Mojżesza Majmonidesa. [przypis autorski]
122. zginienie — dziś raczej: zginięcie; zgubę. [przypis edytorski]
123. uśmiechniony — dziś popr. forma: uśmiechnięty. [przypis edytorski]
124. sajeta — cienki, kosztowny materiał sprowadzany z zagranicy. [przypis edytorski]
125. podwał — miejscowa nazwa składu spirytualnych napojów wyrobionych w gorzelni lub browarze. [przypis autorski]
126. te słońce — dziś popr. forma: to słońce. [przypis edytorski]
127. interesa — dziś: interesy. [przypis edytorski]
128. poczestny (daw.) — wyrażający cześć, uczczenie kogoś; dziś: poczesny. [przypis edytorski]
129. czepeczkę — dziś: czapeczkę a. czepeczek. [przypis edytorski]
130. zwątpiały — dziś: pełen zwątpienia a. osłabiony. [przypis edytorski]
131. w same (...) ucho — dziś popr.: w samo ucho. [przypis edytorski]
132. ściśniony (daw.) — dziś popr.: ściśnięty. [przypis edytorski]
133. kipiątek — wrzątek; tu: wrzawa. [przypis edytorski]
134. zakon — tu: prawo, przepisy religijne. [przypis edytorski]
135. trudnym oddechem — dziś raczej: ciężkim oddechem. [przypis edytorski]
136. zszarzany — dziś: zszarzały. [przypis edytorski]
137. płomię (daw.) — dziś r.m.: płomień. [przypis edytorski]
138. kiedy rzymski cesarz świątynię zburzył — w odwecie za wzniecane przez Żydów powstania niepodległościowe Titus Flavius Vespasianus, cesarz rzymski (79–81 r. n.e.) zburzył Jerozolimę wraz ze sławną świątynią, głównym ośrodkiem kultu dla judaizmu, w r. 70 n.e. [przypis edytorski]
139. przedsiębierca — dziś popr.: przedsiębiorca. [przypis edytorski]
140. łagodnymi usty — dziś popr. forma N.lm: (...) ustami. [przypis edytorski]
141. miriad — dziś r.ż.: miriada. [przypis edytorski]
142. Barkobek właśc. Szymon Bar-Kochba (zm. 135 r. n.e.) — przywódca ostatniego powstania narodowego (132–135 r.) przeciw władzy Cesarstwa Rzymskiego nad Judeą; utworzył niepodległe państwo izraelskie, sprawując w nim władzę jako nasi (książę), które ostatecznie zostało podbite przez Rzymian po dwóch latach wojny; przez sławnego rabina Akibę został ogłoszony mesjaszem, od niego też otrzymał przydomek Bar Kochba, co oznacza po aramejsku „Syn Gwiazdy” i stanowi odniesienie do biblijnej Księgi Liczb (Lb 17, 24 o wschodzącej Gwieździe Jakuba). [przypis edytorski]
143. Abrabanel a. Abravanel — jedna z najstarszych i najznakomitszych rodzin żydowskich w Hiszpanii. [przypis edytorski]
144. homeryczny śmiech — głośny i szczery. [przypis edytorski]
145. przeciw nich — dziś popr.: przeciw nim. [przypis edytorski]
146. amoraici — uczeni żydowscy, kontynuatorzy tannaitów, działający między 219 a 500 r. n.e. w dwóch ośrodkach: w Erec Jisrael i Babilonii, zajmujący się objaśnianiem Miszny; z ich prac powstała Gemara (w dwóch wersjach: babilońskiej i jerozolimskiej). [przypis edytorski]
147. gaon — uczony, geniusz. [przypis edytorski]
148. herste (jid.) — słyszycie, słyszcie. [przypis edytorski]
149. płomieńmi — dziś: płomieniami. [przypis edytorski]
150. uprzątnienie — dziś: uprzątnięcie. [przypis edytorski]
151. alte bobe (jid.) — prababka. [przypis edytorski]
152. pierzchnęła — dziś popr. forma: pierzchła. [przypis edytorski]
153. upokorzań się — dziś popr. lp: upokarzania się a. lm bez zaimka zwrotnego: upokorzeń. [przypis edytorski]
154. przybylec — dziś: przybysz. [przypis edytorski]
155. sztyl (jid.) — cicho. [przypis edytorski]
156. Sanhedryn (z gr.: trybunał sądowy) — zw. też Wysoką Radą a. Wielkim Sanhedrynem; najwyższa instytucja sądownicza i religijna starożytnego Izraela, trzy tytuły w kolejności ich znaczenia zarezerwowane dla najważniejszych członków sanhedrynu to nasi (książę), chacham (mędrzec) i aw beit-din (przewodniczący Izby Sądowej); zgodnie z tradycją rabiniczną sanhedryn istniał nieprzerwanie od czasów Mojżeszowych do IV w. n.e., jednak pierwsze pisemne potwierdzenie istnienia sanhedrynu pochodzi z 203 r. p.n.e.; sanhedryn zbierał się w Jerozolimie na Wzgórzu Świątynnym, przewodniczył mu arcykapłan; w czasie diaspory miejsce, w którym zbierał się sanhedryn, ulegało zmianom. [przypis edytorski]
157. dotknienie — dziś: dotknięcie. [przypis edytorski]
158. gęszcz — dziś: gąszcz a. gęstwina. [przypis edytorski]
159. lubo (daw.) — choć, chociaż. [przypis edytorski]
160. tałesa — dziś popr. forma: tałesu. [przypis edytorski]
161. gesta (daw.) — dziś popr. forma M.lm: gesty. [przypis edytorski]
162. w gęszczach — dziś: w gąszczach a. w gąszczu. [przypis edytorski]